70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Drugi skok w rozdwojonym domu

Walka w klatce zmieniła Dużego. Ożenił się i zaczął podróżować. Spoglądam teraz na jego żonę i dzieci ryczące nad trumną. Kruszynka ma twarz pociągłą i bladą z natury, więc smutek dodaje jej uroku, a brzdące różnią się tylko wzrostem, niczym więcej. Jest ich piątka. Duży ledwo nałożył obrączkę i już zabrał się za płodzenie. Kruszynka rodziła co roku, gdy kra szła rzeką. Duży powtarzał mi, że prawdziwym wyzwaniem jest ojcostwo.

Dla moich dwóch przyjaciół: Wita i Dobrosława

.

1.  Pogrzeby są nudne, wszystkie takie same, a jednak zamiast smutku obejmuje mnie groza. Mój brat idzie do ziemi. Ojciec jakoś się trzyma, mama nie trzyma się wcale, Kruszynka chlipie wśród brzdąców, maciupki kondukt żałobny zaciska się jak głodny brzuch wokół pustki po Dużym, liście ślizgają się po nagrobkach i zaraz z rodzinnego nieba polecą krople wspomnień. Chciałbym wrócić do domu i trzeć uszy, aż odlecą. Chciałbym siedzieć na łóżku. Chciałbym nie robić nic, poza sprawdzaniem, że ciągle jestem. Macałbym sobie palce. Rozdrapywał kolana. Ale stoję tutaj, owiany przez smutek innych i mokry wiatr. Mój brat już się schował, a ja boję się, że zniknę. Wstąpię za nim do grobu i ponownie będziemy zjednoczeni. Przecież kiedyś byliśmy.

2. Nie pamiętam, ile mieliśmy lat, ja i on w jednym ciele, z jednym mózgiem, sercem i chujem, który jeszcze nie nauczył się fruwać. Wolność nie zna wieku, nie znają jej pola poza granicami Rykusmyku i ciemne schody poniemieckich kamienic, dzikie psy niewiele wiedzą o dzieciach, ale za to o wolności – wszystko. Chodziliśmy nad rzekę i na grandę. Ręce, które rwały świeże wiśnie, należały do mnie i do brata jednocześnie.

Za miastem stał dom, gdzie nie wolno było nam chodzić. Nie żeby był nawiedzony czy coś, choć starzy powiadali, że mieszkał tam człowiek tak zły, tak okropny, że piorun pozbawił go życia. Sam Bóg pofatygował się w sprawie tego łajdaka, przy okazji chałupa pękła – tak to bywa z Bogiem i z łajdakami. Dom mógł runąć w każdej chwili, przynajmniej tak słyszałem, zresztą dawno go nie ma, ale w tamtych czasach przyciągał samą osobliwością kształtu rozłupanych ścian i tajemnicą czającą się pomiędzy.

Mówiono też, że piorun trafił głębiej i rozorał skałę – w piwnicznej podłodze wołała dziura wiodąca do podziemnego jeziora bez dna, gdzie żyła wściekła ryba z oczyma jak sputnik. W nocy za nic byśmy nie poszli, lecz dzień był piękny. Kierowaliśmy się na Piotrowice, potem w las, pod górę ścieżynką, i już był ten dom, większy niż przypuszczaliśmy, bez szyb w oknach i bez niczego w środku, za to cały osmalony. Już mech się wdarł, już drzewka rozpierały reszki desek. Pokręciliśmy się i chyba trochę chciało nam się wracać. Znaleźliśmy schody o popękanych stopniach. Znaleźliśmy kawałki wosku wciśnięte między czerwone cegły i znaleźliśmy ciemność tam na dole.

Jama w głębi piwnicy biła chłodem. Staliśmy przez chwilę na jej brzegu i wtedy wydarzyło się coś, czego nie umiem opisać ani nawet przywołać w pamięci. Straciłem przytomność. Znalazłem siebie przy schodach. Krzyczałem, że w życiu tam nie wejdę, po prostu mowy nie ma, a na mnie pogardliwie spoglądał Duży, mój brat, którego chwilę wcześniej nie było. Mnie też nie było. Potem już tylko błagałem, żeby nie szedł albo chociaż spuścił się ostrożnie na rękach. Uśmiechem strącił ślad trwogi z ust i skoczył. Potem wróciliśmy do domu.

Rodzice, koledzy, wszyscy przeszli nad tą zmianą do porządku dziennego. Był jeden chłopak, jest dwóch – to chyba jednak coś dziwnego. Sam nie zwracałem uwagi na opinie innych przejęty nagłą grozą swojego osobnego istnienia. Byłem częścią, jestem całością. Jakby noga uzyskała swoje własne życie, tchórzliwe serce i niewielki rozumek. Nie wstydzę się tego, kim jestem. Chcę jednak być. Nie chcę zniknąć. A pod piwnicą rozdwojonego domu nie było żadnego jeziorka, tylko loszek, płytki i zagracony. Duży zwichnął sobie kostkę.

Atlas polskich mężczyzn: operator (nr 702)

Operator, ilustracja: Tymoteusz Piotrowski

3. W podstawówce szliśmy łeb w łeb, ale w ogólniaku nie dało się już ukryć, jak bardzo się różnimy. Wolałem trzymać się z boku i jeśli ktoś do mnie zagadał, to dlatego że pomylił mnie z Dużym. Tak do drugiej klasy byliśmy jeszcze podobni, potem Duży zaczął grać w kosza, w siatkę, poszedł na siłownię, a ja pozostałem kruchy. Tylko szeptało we mnie.

Uczyłem się tak sobie, do dziewczyn nie miałem śmiałości, tymczasem Duży wziął sobie za punkt honoru nie zejść poniżej piątki na świadectwie maturalnym, czego zresztą nie osiągnął. Z perspektywy czasu myślę, że braki w wiedzy maskował inteligencją, urokiem i wyczuciem chwili. Zawsze wiedział, co powiedzieć, zarazem, wydawał się niezwykle łagodny, niemal bezbronny wobec świata.

Duży miał inne oblicze. Nie dość, że został prymusem, to jeszcze przewodził bandzie urwisów i razem dokazywali co się zowie. Parę razy mnie wyciągnął i wiem, co robili, ale niezbyt mi się podobało. Pili mnóstwo taniego wina, palili tanie papierosy i nieustannie ganiali za panienkami. Szło im nawet nieźle z tym ostatnim. Prócz tego ukradli trochę materiałów z zaplecza w sali chemicznej i zrobili z nich bombę, która nie wybuchła. Wytrzasnęli trochę świerszczyków i Duży zadał sobie wiele trudu, przyklejając gołe babki do kartek książek z katalogu lektur obowiązkowych w szkolnej bibliotece.

Wpadł, bo przeholował, jak to on. Dyrektor naszej szkoły nie miał włosa na głowie, więc Duży z resztą bandy zakradł się pod jego dom i białym sprejem wymazał ŁYSY CHUJ pod samym oknem. Wpadł, bo ktoś go zobaczył, było ich kilku, lecz on jeden został rozpoznany. Bałem się wówczas, żeby ta historia nie odbiła się na mnie. Duży zareagował po swojemu, rzekł, że dom dyrektora obsmarował w pojedynkę. O dziwo, łysy chuj go nie wyrzucił, proponując męskie załatwienie sprawy. Duży za własne pieniądze kupił farbę i zamalował szkodę. Pędzel wręczony przez dyrektora miał rozmiar szczoteczki do zębów. Maturalne świadectwo Dużego zepsuła fatalna ocena z zachowania.

4. Na studia chciałem iść do Legnicy lub Wrocławia, bo niedaleko. Duży wyciągnął mnie do Warszawy, twierdząc, że to jedyne miasto w Polsce. Okazało się dla mnie za wielkie, zbyt głośne i pozbawione wyraźnego centrum – miejsca, które mógłbym wziąć za punkt odniesienia względem innych. Mieszkanie razem również nie okazało się dobrym pomysłem, choć Duży mnie kochał i dbał, jak mógł. Pożyczał mi notatki, ponieważ często nie miałem siły wyjść z domu, i pisał za mnie prace zaliczeniowe.

Marketing niezbyt go interesował i uczył się raczej dla samej radości pozostawania w czołówce, zresztą jego studiowanie stanowiło przedłużenie ogólniaka. Do panienek, kumpli i nauki doszedł biznes. Nie umiem powiedzieć, czym zajmował się w danej chwili. Pracował jako ankieter i ochroniarz, pisał magisterki za kasę i instalował sieć osiedlową, handlował ubraniami po sieci i dorabiał jako dziki taksówkarz, otworzył kafejkę internetową, zamkniętą za nielegalne oprogramowanie, i prowadził bar tlenowy, który padł sam z siebie. Czasem, gdy zastanawiam się, kim był mój brat, znajduję taką odpowiedź: Duży sprzedawał ludziom tlen, coś, co jest za darmo.

To nie byłaby prawda. Duży potrafił błyskawicznie zarobić górę forsy i jeszcze szybciej ją stracić. Rozbijał swoje samochody, coraz starsze i lepsze, fundował weekendy za miastem kolejnym panienkom i zamawiał whisky w knajpach, co w tamtych czasach naprawdę coś znaczyło. Pamiętam łoskot miłości zza ściany i to coś, nienazwane i straszne, szepczące za moimi plecami. Duży chodził na Krav Magę i skakał ze spadochronu. Ja niknąłem w lesie i krzyczałem na drzewa.

Wraz z sesją, co pół roku, na niego spadała trwoga, na mnie melancholia. Duży porzucał wszystko, odklejał się od kobiet i interesów, wyrzucał flaszki i przepędzał kumpli. Siedział nad książkami, notował ręcznie, a mrowie jego liter przypominało potłuczone szkło. Spał po trzy godziny, przed świtem wskakiwał w dres i robił parę rundek wokół osiedla. Pamiętam jego sylwetkę niby ruchomy kawałek stali prujący naprzód przez świeży śnieg, aż w końcu niknął w nim zupełnie. Wracał, czerwony na uśmiechniętej mordzie, i robił dwie herbaty, dla siebie i dla mnie.

Pomógł mi przebrnąć przez trzy lata i semestr czwartego roku. Potem nagle przestał, bardzo w swoim stylu. Po prostu obudził mnie i powiedział, że już dosyć. Pożyczy notatki, ale nie napisze prac zaliczeniowych. Zrobił dosyć i nie widzi efektów – tak mi rzekł. Wszystkiego nie dźwignę – tak powiedział. Miesiąc później wróciłem do Rykusmyku, gdzie mieszkam do teraz, a mój brat wiedział już, jak ważna jest sztuka poświęcania innych.

5. Resztę jego życia składam z pogłosek i rzadkich rozmów, które odbywaliśmy, kiedy przyjeżdżał na Boże Narodzenie. Tak wiele rzeczy mi się zlewa i wpełza pod łóżko. Chyba nie zauważył, że skończył studia, i żył jak wcześniej, od kobiety do interesiku. Kochał każdą kobietę i każdy swój biznes. Porzucił je wszystkie, nie mówiąc dlaczego. Firmy zakładał bądź kupował półtrupki, reanimował, rozkręcał, dawał się rozszaleć i sprzedawał z zyskiem tylko po to, by natychmiast wziąć się za następną. Powtarzał, że jest wojownikiem, a nie biznesmenem.

Chodził po grotach i wspinał się bez zabezpieczenia. Bawił się w rajdy, a gdy go pytałem, czemu robi to wszystko, odpowiadał, że życie jest krótkie i tylko mnie jednemu przecieka między palcami. Nigdy nie umrę, powiedział, lecz raz był blisko. Poszedł do klatki, walczył na gołe pięści i cóż rzec więcej, pojął wówczas, że nie można zdobyć wszystkich szczytów. Połamali mu żebra, rozsmarowali nos na twarzy. Są miejsca, gdzie takich jak Duży zjadali na śniadanie. Podobno – nie wiem, czy to prawda – ocucony wyszedł o własnych siłach, by runąć wśród przechodniów.

Walka w klatce zmieniła Dużego. Ożenił się i zaczął podróżować. Spoglądam teraz na jego żonę i dzieci ryczące nad trumną. Kruszynka ma twarz pociągłą i bladą z natury, więc smutek dodaje jej uroku, a brzdące różnią się tylko wzrostem, niczym więcej. Jest ich piątka. Duży ledwo nałożył obrączkę i już zabrał się za płodzenie. Kruszynka rodziła co roku, gdy kra szła rzeką. Duży powtarzał mi, że prawdziwym wyzwaniem jest ojcostwo.

Wkręcił się w deweloperkę i zamierzał przy tym zostać, jak mówił – dla rodziny. Jeśli raz na kwartał gdzieś nie wyskoczył, zaczynało nim trząść. Sprawdził, gdzie bije serce Czarnego Lądu, pojechał i w góry Ameryki Południowej, przewędrował Indie, lecz nie zaznał oświecenia. Jego dom – widziałem na zdjęciach – wypełniały dziwaczne pamiątki w rodzaju czarnych rzeźb i kawałków kości. Narzekał, że dzieci grają nimi w wojnę i bawią się w Pana Boga, a w nocy, po Wigilii, kiedy wszyscy posnęli, przyszedł do mnie i oznajmił, że pierwszą dekadę dorosłości przeżył dla siebie, drugą dla bliskich, trzecią przeznaczy dla świata. Świat pozbył się go szybko, jakby w obawie, co też Duży dla niego przygotował.

6. Rok po krachu tego banku w Stanach firma Dużego ogłosiła upadłość i próżno było szukać siły zdolnej ją podźwignąć. Duży dotąd myślał, że klęska to złamane żebro i rozkwaszony nos. Rozpaczliwie szukał pocieszenia w dziwce i butelczynie, potem zrywał się do czynu niczym wariat szukający Boga w zimnych murach opuszczonego klasztoru. Kruszynka zatrzasnęła przed nim drzwi i Duży niby zranione zwierzę popełzł do jakiejś nory ze ślepą kuchnią, gdzie miał telewizor, kochankę i żadnej nadziei.

Myślę, że picie i smutek zassały go podobnie jak biznes i rodzina – w swoich oczach pozostał chłopem na schwał, tylko o brudnej twarzy. Chciałbym móc określić, jak długo tak pełzał. Pół roku? Dwa lata? Nie wiadomo. Aż wreszcie wyszedł na miasto, trzeźwy i czysty, kupił telefon i zaczął dzwonić. Do kogo tylko mógł, czyj numer pamiętał, z tą samą na pozór fantastyczną bajką. Organizował wyprawę do Indii, biorąc na siebie również funkcję przewodnika. Skreślił kosztorys, powymyślał jakieś zniżki i nawet proponował, że mnie ze sobą zabierze – upatrywał w tym nadziei na moje ozdrowienie.

Odmówiłem, ale oni pojechali. Duży nie zarobił zbyt wiele, na następną wyprawę jednak starczyło, potem na jeszcze jedną i w ten sposób stanął na nogi, wygrzebywał się z gówna siłą robaka, co nie ma mózgu, skóry, serca, lecz jedynie upór. W końcu dostrzegł słońce, a był to blask telewizji. Zaprosili go tu i tam, zgłosili się sponsorzy – albo odwrotnie, naprawdę nie wiem – i skończyło się tak, że mama wdarła się do mojego pokoju, krzycząc, żebym schodził, bo leci cały program o moim braciszku. Nie zszedłem. Wiedziałem, jak Duży wygląda. Domyślałem się, co ma do powiedzenia. Mama tego dnia była taka bezkształtna. Taka niebezpieczna.

Robakiem będąc, rodzinę ocalił – pełzał u stóp Kruszynki i dawał się deptać. Wylatywał za drzwi, więc powracał oknem. Dopuszczony do dzieci, pozwalał się kochać, przekupił je, przemiłował i fundnął całoroczny disnejland. Dbał, by Kruszynka widziała ich razem, dopilnował, by brzdące mówiły jej o ojcu. O miłości ojca. O jego śmiechu. O jego oddaniu. Przysięgał, że wiele się nauczył i został dobrym człowiekiem. Dobre wspomnienia trwają dłużej niż złe i na Wigilię zeszłego roku zjawili się wszyscy: Duży, dzieciarnia i Kruszynka obwieszona biżuterią.

7. Ogarnia mnie lęk. Trumna zniknęła pod ziemią, niedługo się rozejdziemy i nie wiem, czy rozdzielenie jest trwałe, czy brat pociągnie mnie za sobą. Jak dotąd, śmierć była mi obojętna. Teraz czuję dziwny niepokój. Jakby ząb mi kruszał od środka. Nie wiadomo który. Do zniczy i flakonów na pobliskich grobach lepią się mokre liście. Najmłodszy z brzdąców przestępuje z nogi na nogę, inny próbuje kucać, zaś matka podnosi go nerwowym gestem, jakby wyrywając go z ziemi.

Duży umarł, bo pojechał do Syrii. Podróże już mu nie wystarczały, dostrzegł siebie w roli reportera, kupił aparat, chciał pisać i robić zdjęcia przestrzelonym głowom. Chciał zobaczyć płonące kościoły. Chciał zobaczyć ciała nieodróżnialne od gruzu, szczupłych żołnierzy, kolumny pędzące donikąd i nocne pożary. Uważał, że wyczyta z tego sens niedostępny innym. W jakiś sposób sądził, że tę wojnę wywołano dla niego, tak samo, jak, być może obwiniał się za coś niezrozumiałego, co nazywał moim nieszczęściem.

Przedostał się do ogarniętego wojną kraju, spędził tam tydzień, który na zawsze pozostanie tajemnicą. Nie ma kogo zapytać, trupa ograbiono. Duży nie zginął jednak w walce, nie dosięgnęła go kula. Trupa znaleziono w pokoiku na przedmieściach Aleppo. Leżał na łóżku, bez jednej rany. Zmarł we śnie. Drzazga kości żebrowej, odłupana kilka lat wcześniej podczas walki na gołe pięści, oderwała się od skrzepu i pożeglowała do serca.

Chciałbym już pójść. Sam nie odejdę. Poczekam jeszcze chwilę, żeby zmieszać się z innymi. Duży zapewne życzyłby sobie innego pogrzebu. Ludzie wiedzą już, że każdy umiera tak samo, ale nie pojęli jeszcze, że wszystkie pogrzeby są do siebie podobne i właściwie nie ma znaczenia, kogo chowają. Łzy także są identyczne. Chłód idzie od ziemi, spieszy się ksiądz. Nie chcę umrzeć. Nie ma już domu, w którym się narodziliśmy, Duży i Mały, postawieni przed przepaścią. Przepaść była dołkiem, dołek był przepaścią. Mój brat w pierwszej chwili życia skręcił kostkę. Mnie nic nigdy się nie stało. Idziemy. Oni idą, a ja z nimi. Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Mam nadzieję. Droga biegnie łagodnie w dół, strzeżona przez rdzawe drzewa. Za płotem stoją samochody. Nimi rozjedziemy się do domów. Ojciec musi podtrzymać matkę, która…

Kopenhaga, wrzesień 2013

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata