70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jestem, więc komentuję

Jestem człowiekiem, który kieruje się w życiu określonymi wartościami. Te wartości wyniosłem z domu moich rodziców i dziadków. Z pokolenia na pokolenie kultywujemy inteligencki etos.

Najważniejsze wartości to: Rozum, Fakty i Prawda. Nie angażuję się w to, co nieistotne; ważne jest starcie intelektów, wojna myśli. Żyję w świecie idei, to one – nie mam co do tego żadnych wątpliwości – są jedynie ważne. Oddzielam to, co intelektualne, od tego, co emocjonalne. Fakty i emocje należą do dwu rożnych sfer i nie należy ich łączyć. Często jednak zdarza się, że są mylone. Ja tego błędu nie popełniam – moje myśli są zawsze czyste, precyzyjne, na temat.

Stoję na ramionach olbrzymów, czuję ich wsparcie. To pokolenia myślicieli, które były przede mną. Za każdym razem gdy próbuję coś powiedzieć, wiem, że ktoś powiedział to wcześniej. Ale nadal trzeba mówić, przypominać i kontynuować ich myśl, nieść ją pod strzechy. Jestem erudytą – czytam wszystko i z każdej dziedziny. Myślę i to, co przeczytam, układam w nowe wzory; wygrzebuję stare, zapomniane idee i łączę je z tym, co najnowsze, niekiedy z zupełnie innego obszaru. Nie boję się popkultury, choć niechętnie (lub nigdy) się do tego przyznaję; w metodzie i w życiu jestem postmodernistą, mimo że moje poglądy są stałe i nienaruszalne. Ale czy można dziś nie być postmodernistą? Sam skonstruowałem swoje poglądy, jestem więc ich najwierniejszym wyznawcą.

Wiem, że moja misja – oświecenia i edukacji maluczkich – to ciężki kawałek chleba. Zdaję sobie sprawę, że niewielu podąża za moją myślą. Ale staram się, bo przecież jest to mój obowiązek. Mój intelekt postrzegam jako rodzaj długu, który muszę spłacić społeczeństwu i wspólnocie (jeśli wierzę w Boga, to również Bogu). Z jednej strony martwi mnie, jak niewielki zasięg mają moje słowa, lecz z drugiej – lubię to moje doborowe towarzystwo, tę arystokrację ducha i myśli, tych, którzy jeśli nawet podejmą dyskusję, to i tak ostatecznie w zupełności się ze mną zgodzą. Lubię tych, którzy nie potrafią skomentować tego, co napisałem, ale ochoczo dają lajki na Facebooku (który jest oczywiście szatańskim dziełem i / lub też narzędziem hegemonii globalnych korporacji). Potrzebuję ich uwagi, akceptacji, podziwu. Nie jestem próżny, po prostu zasługuję na ten podziw.

Mam wyrobione zdanie na każdy temat. Począwszy od tego, jakie wino pasuje do jakiej ryby, skończywszy na polskiej polityce dotyczącej rybołówstwa. Znam języki obce, a przede wszystkim język angielski i lubię go używać, jakbym był moim nastoletnim synem, urodzonym i wychowanym w Ameryce. Jestem mieszkańcem półkolonialnego kraju, więc potrzebuję odniesień do centrum. Od mojej ideologicznej orientacji zależy, gdzie to centrum jest – w Watykanie, Nowym Jorku czy w starożytnym Rzymie. W najgorszym razie może to być nawet przedwojenna Warszawa (choć to wymaga już solidnej intelektualnej gimnastyki), lecz centrum jest niezbędne, bym mógł wyjść z „tu i teraz”. Jestem ukrytym gnostykiem – współczesny świat jest zły (a przynajmniej – wedle „gnostycyzmu lokalnego” – Polska jest zła), moje komentowanie świata jest w istocie jego fundamentalną krytyką. Moja pozycja jest zawsze „na zewnątrz”, nawet gdy znajdę się w centrum ideowego sporu. To moje „na zewnątrz” wymaga pewnego stałego punktu podparcia – temu właśnie służy centrum. Jestem agentem wpływu owego centrum (nawet jeśli ono o tym nie wie), owo zewnętrzne źródło daje mi siłę i konstytuuje moją wyjątkową pozycję.

Ważne jest, by gdzieś przynależeć. Mam moich mistrzów, ludzi, o których uwagę zabiegam (choć oczywiście przyznaję się do tego niechętnie, a jeśli już, to tylko ironicznie). Wiem, że w dzisiejszym społeczeństwie sieć jest wszystkim – czy jestem lewicowym hipsterem (a szczególnie gdy jestem lewicowym niehipsterem) czy też liberalnym konserwatystą budującym własną „klikę” – znajomości i wzajemne wsparcie są dla mnie bardzo ważne. Nazwijcie to, jak chcecie: układem, mafią, grupą towarzyską lub siecią wsparcia – człowiek nie jest samotną wyspą. Razem z moimi kolegami jesteśmy silniejsi, możemy więcej. Autorytety są przydatne – pomagają budować własną pozycję. Człowiek ogrzewa się w ich blasku, ale prędzej czy później nadejdzie moment, w którym przestaną mu być potrzebne. Ale jeszcze nie teraz. Lubię być zapraszany do mediów, na publiczne debaty, a przecież bez znajomości nie byłoby to możliwe.

Czy wspominałem, że znam się na wszystkim? Tak? Chciałbym podkreślić, że są sprawy, na których znam się lepiej. Gdy na pewnej konferencji pewien profesor mówił o książkach, o których wcześniej nie słyszałem, uciszyłem go, przywołując japońskie komiksy z lat 60. oraz zapomnianego niemieckiego myśliciela z lat 30. XX w. Nikomu nie wolno sugerować, że jestem ignorantem! Chętnie wdaję się w intelektualne bójki – czy to w Internecie, czy podczas publicznej dyskusji – gdy widzę słabość moich przeciwników, sprawia mi to rozkosz. Bo zawsze wygrywam, zawsze mam rację. W walce tej nie ma miejsca na subtelności, wyrozumiałość, rozmowę. To, czego nauczyłem się na przerwach w liceum (albo czego nauczyli mnie silniejsi koledzy), wciąż obowiązuje – uderz tak mocno, by przeciwnik nie był w stanie oddać. Moi przyjaciele, koledzy i wielbiciele zawsze mnie wspierają, a ja im się odwzajemniam – kto nam się oprze? Jesteśmy jak stado młodych szympansów – bawi nas poniżanie istot słabszych od nas. Nie robimy nic złego, nikogo tak naprawdę nie krzywdzimy – to tylko słowa, które przywracają naturalną hierarchię i porządek rzeczy. Musimy to robić – bez nas świat popadnie w głupotę i stoczy się w otchłań. Czasem trzeba uderzyć jednego, by uratować cały świat. Nie jestem cynikiem – mówię, jak jest.

Uważam, że z racji tego, kim jestem (kimkolwiek bym był), wiem o świecie na tyle dużo, żeby wystawiać opinię innym autorom, a szczególnie autorkom. Nie jestem seksistą ani tym bardziej mizoginem, ale uważam, że przyjemniej słucha się ładnych kobiet. Bez nich świat przecież byłby nudny. Jestem mężczyzną, nie mam zamiaru za to przepraszać. Nawet gdy piszę o równości płci, gdy bronię praw kobiet i wskazuję palcem dyskryminację, robię to z uprzywilejowanej pozycji – to znaczy krzyczę, pouczam, szturcham przeciwników i każdego, kto ma inne zdanie, traktuję ostrym biczem mojego niezawodnego intelektu. Jestem w tym miejscu, bo sobie na to zasłużyłem. Gdy jestem sytym mieszczaninem na etacie, nienawidzę hipsterskich prekariuszy, którym tylko się wydaje, że są cool. W głębi serca czuję, że wiele się od nich nie różnię, gdybym tylko stracił etat, byłbym taki sam jak oni – to sprawia, że nienawidzę ich jeszcze bardziej. Gdy jestem prekariuszem, pogardzam sytymi mieszczanami, bo powinienem być na ich miejscu. Zasługuję na więcej, niż mam. Najczęściej jednak nie jestem ani prekariuszem, ani mieszczaninem – moja rodzina i ciężka praca wyposażyły mnie w sieć znajomości, które pozwalają mi być niepokornym intelektualistą. To, co materialne, nie jest dla mnie ważne, a moja nienawiść i pogarda to nie są emocje – to żądanie sprawiedliwości, efekt zimnej kalkulacji i pracy intelektu.

Nigdy nie wiązałem agresji z testosteronem, znam wiele agresywnych kobiet. Nie powiem tego głośno, lecz tak – kobiety są emocjonalnie rozchwiane, hormony zakłócają im myślenie. Wybuchają nieokiełznaną wściekłością lub wzruszają się byle głupotą. Rzadko rozumieją, że są sprawy ważniejsze niż ich przyziemne zainteresowania i troski. Nawet gdy mówią takim samym językiem i o tym samym, o czym ja mówię, tylko po mnie powtarzają. Kobiety, w najlepszym razie, to papugi – ładne i kolorowe – można nauczyć je kilku sztuczek i powtarzania wyuczonych formułek, lecz nigdy nie będą w stanie dołączyć do naszego męskiego grona. Są rzeczy na świecie, których nic nie zmieni – kobiety i mężczyźni fundamentalnie się różnią (lecz nie oczekujcie ode mnie, że powiem to publicznie – polityczna poprawność wykręca nam wszystkim, i z prawa, i z lewa, nasze męskie ręce i języki). Gdy dyskutuję na serio, nie tracę czasu na polemikę z kobietą. One czasem ładnie wyglądają przy stole, lecz ich zadaniem nie jest udział w dyskusji. Mogę jednak z nimi rozmawiać, bo rozmowa uwalnia emocje, a ja lubię je obserwować, patrzeć na nie i je analizować. Ja – zdradzę wam w sekrecie – nigdy nie rozmawiam, tak naprawdę jestem obserwatorem, który uczestniczy w społecznym eksperymencie. Niespecjalnie wiem, co o kobietach myśleć, na wszelki wypadek nie myślę o nich zbyt wiele. Mój świat – ten, z którego mnie znacie – jest światem mężczyzn (i kobiet udających mężczyzn). To, co mnie z kobietami łączy: moje życie erotyczne, uczuciowe i rodzinne, to jest moja prywatna sprawa i nic wam do tego!

Jestem, więc komentuję. Dobrze mi z tym.

* Za wsparcie i inspirację przy pisaniu tego tekstu bardzo dziękuję mojej żonie, bez jej zachęty i pomocy nigdy bym go nie napisał.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata