70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Mięso bogów

Niezależnie od tego, na jak wiele sposobów będziemy walczyć z narkomanią i przestępczością narkotykową, jeśli nie ulegnie zmianie obecny kształt naszej kultury, rezultat najprawdopodobniej okaże się znikomy, a spożycie substancji psychoaktywnych będzie z czasem rosło coraz bardziej.

Pod hasłem „narkotyki” kryje się cała grupa bardzo złożonych, wielowymiarowych zjawisk. Dlatego też wszystko, co na ich temat zostaje wypowiedziane, musi być nader ostrożne i opatrzone słabymi kwantyfikatorami. Wszelkie wyrażenia typu: „każdy”, „zawsze”, „na pewno”, są w tym przypadku niesłychanie ryzykowne, bo wprowadzają uproszczenia i generalizacje, o które w kwestiach takich jak ta – budzących spore kontrowersje i społeczne obawy – bardzo łatwo, a które dodatkowo poważnie zafałszowują obraz problemu. Wystarczy sobie uzmysłowić, że uczeni badający działanie środków psychoaktywnych w ciągu 10, 20 lat potrafią zmienić swoje zdanie co do właściwości i szkodliwości danej substancji nieraz o 180 stopni , by zrozumieć, że narkotyki to jeden z tych problemów, których nie można raz a dobrze i ostatecznie rozstrzygnąć, czy to na polu intelektualnym, prawnym, politycznym czy zdrowotnym. Już sama nazwa na określenie substancji, o których chcemy mówić, jest nieprecyzyjna, bo odsyła w swym źródłosłowie do znieczulania bądź usypiania i tym samym odnosi się bezpośrednio do nielicznych środków chemicznych w ramach szerokiej i niejednorodnej grupy, jaką stanowią obecnie narkotyki.

Miękkie podziały

Z powodu nieokreśloności już na poziomie terminologicznym stosuje się różnego rodzaju klasyfikacje narkotyków. Najbardziej rozpowszechniona dzieli substancje psychoaktywne na narkotyki twarde i miękkie. Do twardych zalicza się m.in.: opium, heroinę, morfinę, kokainę i amfetaminę. Są to substancje, których zażywanie powoduje dwa rodzaje efektów: fizjologiczne i psychologiczne (behawioralne), by posłużyć się tym nieco już zdezaktualizowanym podziałem. W przypadku narkotyków twardych (zaliczyłbym do nich także alkohol) ważniejsze są efekty fizjologiczne, które można określić mianem uzależnienia tkankowego. Wynika ono ze specyficznej natury ich oddziaływania na ludzki organizm, które w efekcie powoduje, że po rozwinięciu nałogu nie można odstawić tych substancji bez interwencji medycznej. Skutki psychologiczne z kolei to z jednej strony fenomenologiczne doznania doświadczane przez jednostkę bezpośrednio po zażyciu substancji, które rzutują na jej dalsze wybory i doraźnie modelują zachowanie, a z drugiej strony efekty długofalowe. Wiążą się one z nawykiem, przyzwyczajeniem, a więc psychologicznym uzależnieniem objawiającym się dojmującym uczuciem braku i pragnieniem powtórzenia tego stanu, który wywołuje dana substancja, a który jest, moim zdaniem, poważniejszym nawet motywem sięgania po nią niż samo uzależnienie fizjologiczne. Skutki uzależnienia fizjologicznego można bowiem zazwyczaj znieść po pewnym niespecjalnie długim czasie. Człowiek jest już wtedy w stanie funkcjonować w miarę dobrze fizycznie, ale pozostaje głód psychiczny, potrzeba doznań produkowanych przez odstawioną substancję.

Narkotyki miękkie natomiast, na których w dalszej części przede wszystkim chciałbym się skupić, to substancje nie powodujące, w odróżnieniu od narkotyków twardych, uzależnienia fizycznego. W ramach tej grupy stosuje się z kolei często podział na słabsze i silniejsze substancje psychodeliczne (minor and major psychedelic drugs). Do słabszych zalicza się przede wszystkim pochodne konopi indyjskich, które jednak – podkreślmy – też mogą być bardzo różne. Z konopi indyjskich można bowiem wyprodukować środki relatywnie bardzo słabe, jak i bardzo mocne. Gdyby dokonać ich stratyfikacji w porównaniu z alkoholem, to „drabina mocy” wyglądałaby tak, że na najniższym szczeblu byłaby marihuana (oczyszczone liście), która jest jak piwo, stopień wyżej gandzia (nieoczyszczone liście), która jest jak wino, potem haszysz (żywica), który jest jak wódka i na samym szczycie charas (pyłek kwiatostanu zmieszany z żywicą), który jest jak spirytus. Przeciętny przedstawiciel kultury zachodniej, nawet używający marihuany, gdyby zaciągnął się jednym haustem charasu, prawdopodobnie natychmiast straciłby przytomność. Choć, jak wspomniałem, wszystkie te substancje zalicza się do słabszych psychodelików, to co najmniej haszysz i charas trudno tak naprawdę uznać za lekkie narkotyki.
Do drugiej grupy (major) substancji halucynogennych należą zarówno środki naturalne, jak i syntetyczne. Naturalne to najczęściej liczne grzyby z gatunku psilocybe, ale też np. muchomor czerwony (Amanita muscaria) oraz kaktusy, z których najbardziej znany jest Echinokaktus Williamsa, popularnie określany, jako pejotl (Lophophora williamsii), a także różne odmiany bielunia (Datura), szałwia wieszcza (Salvia divinorum) i wiele innych, w tym także kombinacje różnych substancji, takie jak słynna, południowoamerykańska ayahuasca. Psychodeliki syntetyczne pojawiły się na szerszą skalę po tym, jak w 1938 r. Albert Hofmann wyprodukował LSD (którego psychoaktywne właściwości odkrył na sobie dopiero 5 lat później). Hofmann był chemikiem związanym ze szwajcarską firmą farmaceutyczną Sandoz i zajmował się w tym czasie badaniem farmakologicznego potencjału ergotaminy, która jest z kolei pochodną sporyszu, jednego z pasożytów żyta. I właśnie na bazie tej substancji powstał Lyserg Säure Diäthylamid, który pod koniec lat 40. firma Sandoz wypuściła na rynek pod handlową nazwą delysid. Odkrycie to stanowiło przełom, okazało się bowiem, że środki silnie oddziałujące na psychikę można wytwarzać w laboratorium. W opinii znawców LSD nie różni się w działaniu od grzybów halucynogennych. Znany jest fakt, że Hofmann testował swój wynalazek m.in. w ten sposób, że udostępniał LSD uzdrowicielkom z plemienia Mazateków, aby dowiedzieć się, czy jego działanie podobne jest do używanej przez nie naturalnej psylocybiny i w odpowiedzi na zadane pytanie usłyszał, że tak, podarowane tabletki mają w sobie „ducha grzybów”.

Homo narcotus

Choć świat zachodni zachłysnął się narkotykami – niejako na powrót – w XX w., to przecież towarzyszyły one człowiekowi od zawsze. Przypuszczalnie nie ma kultury, w której choćby jedna substancja psychoaktywna nie byłaby obecna. Fakt ten skłonił niektórych myślicieli do postawienia hipotezy mówiącej, że gatunek ludzki zrodził się na skutek kontaktu naszych przodków ze środkami psychodelicznymi. Autorem jednej z nich jest nieżyjący już kontrowersyjny myśliciel Terence McKenna. W swoich książkach rozpowszechniał nader ryzykowną koncepcję „zaćpanej małpy” (stoned ape) głoszącą, że ludzie powstali w wyniku kontaktu prymatów z substancjami psychoaktywnymi zawartymi w grzybach halucynogennych, co rzekomo miało spowodować przyspieszony, odbiegający od ewolucji innych zwierząt rozwój naszego gatunku.

W wielu miejscach na świecie narkotyki funkcjonują nieprzerwanie od wieków mocno osadzone w lokalnym kontekście kulturowym, niezależnie od tego, że obecnie w większości krajów są nielegalne. Ale są też rejony, w których tradycja ich zażywania zaniknęła. Na Zachodzie inne substancje psychoaktywne zostały w pewnym momencie całkowicie wyparte przez alkohol i tytoń. Są jednak uczeni, którzy twierdzą, że da się wskazać w kulturze zachodniej zarówno twórców, jak i dzieła, a nawet całe prądy kulturowe, które świadczą o tym, że substancje psychoaktywne musiały być obecne i towarzyszyć ludziom różnych epok, pomimo że w oficjalnym obiegu już od dawna były nieobecne. Do artystów, którzy mieli korzystać z substancji halucynogennych, zalicza się często Hieronima Boscha. Ponoć pewne rozwiązania i wizje malarskie przedstawione na jego obrazach mogą być zinterpretowane jako efekt używania maści czarownic, której składową jest psychoaktywny bieluń (Datura stramonium). Zaś pierwszym utworem w muzyce klasycznej napisanym pod wpływem narkotyków ma być Symfonia fantastyczna Hectora Berlioza. Wśród polskich artystów najczęściej wskazuje się na Witkacego, tu trop jest dość oczywisty, bo on sam przyznawał się, pod wpływem jakich substancji tworzył swoje dzieła (były wśród nich pejotl i kokaina).

Nie trzeba jednak sięgać do wysokiej kultury, by odnaleźć ślady obecności substancji psychoaktywnych w życiu mieszkańców Europy, także na naszych terenach. Jeszcze parędziesiąt lat temu w południowo-wschodniej Polsce (w okolicach Gorlic) bardzo popularnym środkiem oszołamiającym był eter. Na weselach można było spotkać starsze kobiety, które odmawiały picia wódki, za to używały eteru (który w tamtejszym slangu nazywał się kropką) i pozostawały pod jego wyraźnym wpływem. W wielu miejscach używano także wywaru z makowin do usypiania dzieci. Istnieją dane mówiące o tym, że w odleglejszych czasach na terenach dzisiejszej Polski mógł być znany i wykorzystywany psychoaktywny potencjał muchomora czerwonego (Amanita muscaria), w którym substancją czynną jest muskaryna. W indyjskich Wedach występuje on jako „soma”. Używali go również wikingowie, a na Syberii wywar z tego grzyba sporządza się do dziś. Charakterystycznym śladem spożywania na obszarze Europy muchomorów w celach psychoaktywnych są krasnoludki, a więc małe ludziki rysowane zazwyczaj pod kapeluszem tego grzyba. Ta symbolika nie pozostawia żadnych wątpliwości co do pochodzenia skrzatów. Jednym z efektów używania grzybów jest bowiem makro- i mikroskopia: zjedzenie muchomora powoduje, że dorosłych ludzi widzi się jako bardzo małych. Motyw spotkania z małymi ludźmi po zażyciu grzybów powtarza się zresztą w wielu różnych kulturach, na przykład u Indian Winnebago z okolic Wielkich Jezior, u których muchomor czerwony nazywa się Miskwedo.

Święte substancje

Przez wieki religia i rytuał były podstawowym i najczęściej jedynym kontekstem kulturowym, w jakim ludzie sięgali po środki psychodeliczne. W nahuatl, języku wielu ludów zamieszkujących Mezoamerykę, nazwy substancji halucynogennych mają wyraźnie religijne konotacje. Najważniejsze dla tej kultury grzyby z gatunku psilocybe to teonanacatl – „mięso bogów”. Także cała ikonografia dotycząca ich zażywania i towarzyszące jej opisy sugerują, że chodzi o rytuał, którego odpowiednikiem w naszej kulturze jest przyjmowanie komunii. Obecnie jedynym na świecie legalnym kościołem, któremu prawo Stanów Zjednoczonych zezwala na używanie środka psychodelicznego (pejotlu) w celach religijnych, jest Amerykański Kościół Rdzenny (Native American Church), założony przez przedstawicieli wojowniczych plemion Komanczów, Kiowów i Apaczów pod wpływem kontaktów z meksykańskimi szczepami Yaqui i Huichol, a stanowiący niezwykłą mieszankę lokalnych wierzeń indiańskich i chrześcijaństwa.
Trzeba jednak wyraźnie podkreślić, że we wspólnotach tego rodzaju, zarówno dawnych, jak i współczesnych (np. z dorzecza Amazonii), istniały rygorystyczne zasady regulujące spożycie „świętych roślin” psychoaktywnych. Przede wszystkim były one zażywane w określonym czasie (raczej rzadko niż często) i w określonych warunkach, najczęściej po przejściu rytualnych postów i umartwień oraz – co najważniejsze – przy silnym wsparciu symbolicznym, zrozumiałym i podzielanym przez całą wspólnotę. Dzięki temu doświadczenie wewnętrzne adepta, pojawiające się po zażyciu narkotyku, miało zapewnioną religijną interpretację, która pozwalała zintegrować to, nierzadko potężne, przeżycie z resztą codziennej egzystencji.

Związek narkotyków z religijnością czy duchowością ma zresztą dość uniwersalny charakter, nieograniczony tylko do starożytnych kultur czy ludów pierwotnych. Istnieje co najmniej kilku szanowanych w środowisku uniwersyteckim badaczy doświadczenia religijnego, niezwiązanych ani z Ruchem New Age, ani z jakąkolwiek podejrzaną ezoteryką, by wymienić Hustona Smitha czy Waltera T. Stace’a, którzy zgodnie twierdzą, że doświadczenia wywoływane takimi środkami jak LSD, pejotl czy psylocybina to w pełni doświadczenia religijne, nieróżniące się w niczym istotnym od przeżyć św. Jana od Krzyża czy innych mistyków.

O tym, że wymiar sakralny zażywania substancji psychodelicznych nie powinien być lekceważony, bo nie ogranicza się jedynie do kontekstu kulturowego, lecz sięga głębiej, może świadczyć to, że nawet w tak świeckiej i z gruntu niereligijnej Francji, w ramach powstałego w XIX w. Stowarzyszenia Haszyszystów Paryża, do którego należeli m.in. Rimbaud, Verlaine i Balzac, dostrzegano duchowy wymiar doświadczeń wywołanych paleniem haszyszu – środka, jak to ujął Rimbaud, zapewniającego kontakt z wiecznością.
Ten potencjał duchowy narkotyków silnie dał o sobie znać w Europie i USA w XX w., gdy zdobyły one sobie ogromną popularność w młodzieżowych subkulturach Zachodu i zaczęły być swoistym zarzewiem przemian społecznych na masową skalę. Pojawiły się wtedy liczne grupy, które narkotyki postrzegały jako ważny element rewolucjonizujący świadomość, rodzący nowe idee i kreujący mentalność całkiem różną od zachodniej – dawno wyzutej z duchowości (pomimo swej chrześcijańskiej proweniencji), przesiąkniętej kapitalizmem, żądzą władzy, wojnami i mechanicyzmem. Wierzono, że LSD jest narkotykiem pokoju, założono nawet Ligę Rozwoju Duchowego (League of Spiritual Development) jako inne rozwinięcie popularnej nazwy tego środka. W jednej ze scen musicalu Hair Milosa Formana, LSD jest rozdawane ludziom przez osobę w uroczystym stroju księdza niczym komunia. Nie było więc żadną przesadą, gdy po latach Marilyn Ferguson pisała, że LSD przywróciło całemu pokoleniu religijne doświadczenie. Na wielu płytach rockowych z tamtego okresu pojawiały się przekazy w rodzaju: „dlaczego nie spróbujesz”, „narodzisz się na nowo”, „będziesz innym człowiekiem”, wyraźnie nawiązywano do wątków duchowych i kosmicznych obecnych w dawnych kulturach. A o znaczeniu tego aspektu mogą zaświadczyć słowa, które wypowiedział Jerry Garcia, gitarzysta i wokalista legendarnego zespołu The Grateful Dead, swoistej ikony ruchu hippisowskiego lat 60.: „Moim zdaniem pod względem politycznym i społecznym lata 60. były do bani. Ich prawdziwe znaczenie leży w ich wymiarze duchowym”.

O tym, jak znaczące piętno odcisnęły te ruchy kontestatorskie na współczesnej kulturze, najlepiej świadczy być może to, że nawet L’ Osservatore Romano, a więc pismo w żaden sposób z tymi ruchami niezwiązane a wręcz znajdujące się na przeciwległym biegunie do nich, na ogłoszonej przez siebie liście najważniejszych płyt muzyki popularnej trzy pierwsze miejsca przyznało płytom rockowym, z których pierwsze dwie z kolei to klasyki muzyki psychodelicznej.

Lata 60. to równocześnie czas, kiedy po raz pierwszy narkotyki zaczęły być dostępne i używane na masową skalę, całkowicie straciły swój elitarny charakter i stały się jednym z atrybutów młodzieńczego buntu, a w konsekwencji zaczęły być poważnym problemem zdrowotnym i społecznym w wymiarze dotąd niespotykanym. Wiele gwiazd i animatorów ruchów kontestatorskich z tamtych lat nadużywało narkotyków i, jak wiele na to wskazuje, nie używało ich bynajmniej w celach religijnych. Stworzenie pokojowego świata uduchowionych istot, nieznających chciwości ani przemocy – to była iluzja, która stopniowo zaczęła pękać. Dlatego też Frank Zappa, zapytany, dlaczego nie używa narkotyków, odpowiedział, że wystarczy tylko popatrzeć na tych, którzy ich używają, żeby odechciało się iść w ich ślady. Ale to nie LSD czy marihuana zabiły te osoby, lecz heroina, morfina, kokaina, amfetamina – pokonały je ciężkie narkotyki i alkohol. Fakt ten podkreślali potem często zwolennicy lżejszych narkotyków przy okazji dyskusji nad kwestią ich legalności i szkodliwości. Prawda jest jednak taka, że to straszne żniwo było skutkiem wyróżniającego te subkultury w zasadzie bezwarunkowego przyzwolenia na narkotyki i straceńczy tryb życia w ogóle. Od tamtego czasu najpierw Zachód, a dziś także reszta świata, mierzą się z problemem narkomanii i przestępczości narkotykowej. I to właśnie te fakty, nie zaś aspekt duchowy jak kiedyś w dawnych kulturach, wyznaczają miejsce narkotyków w naszych nowoczesnych społeczeństwach.

Narkotyki w kulturze dominacji

A jednak pomimo zmiany kontekstu kulturowego na tak radykalnie negatywny – z substancji zapewniających kontakt z wiecznością do siejących wielkie zniszczenie – narkotyki nie straciły na popularności. Przede wszystkim jest to kwestia specyfiki tych substancji. Dla bardzo wielu ludzi efekty działania narkotyków są, pomimo negatywnych skutków i zagrożeń, z jakimi wiąże się ich używanie, bardzo nagradzające i budzą nieodpartą chęć nieprzerwanego podtrzymywania stanu odurzenia. Nie wynika to jedynie ze skłonności hedonistycznych (choć użycie hedonistyczne to dziś jeden z głównych motywów korzystania z substancji psychoaktywnych). Przypuszcza się, że ludzie, sięgając po narkotyki, często niejako intuicyjnie, niefachowo się leczą, tzn. mając pewne problemy, natrafiają na substancję, która pozwala im je w jakiś sposób zniwelować. Najczęściej jednak takie „kuracje” kończą się fiaskiem i pogłębiają anomalie, z których miały leczyć, wpychając człowieka w błędne koło nałogu, gdyż narkotyki są, mówiąc oględnie, bardzo trudne do kontrolowania.

Ten leczniczy czy kompensujący aspekt zażywania narkotyków trzeba jednak przede wszystkim rozpatrywać w odniesieniu do całej kultury, a nie tylko jednostek. Ostatecznie bowiem to ona warunkuje formy zażywania, rodzaje najpopularniejszych substancji oraz niejako selekcjonuje grupę osób uzależnionych i wyznacza ich miejsce w społeczeństwie. A współczesne kultury zachodnie i wszystkie, które czerpią wzorce z Zachodu, to kultury dominacji, by posłużyć się określeniem Rianne Eisler (autorki epokowej pracy Chalice and Blade), kultury nastawione na bezpardonową walkę i konkurencję, w których nacisk środowiska na jednostkę jest przemożny. Kapitalizm bankowo-korporacyjny, w którym żyjemy współcześnie, nie zapewnia nam poczucia przynależności, nie gwarantuje komfortu psychicznego. Erich Fromm pisał w swoim czasie na ten temat bez ogródek: „zachodni porządek społeczny coraz mniej służy utrzymaniu zdrowia psychicznego; podważa on u jednostki jej wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa, zadowolenie, rozsądek i zdolność kochania. Robi z niej automat, który za to, że zawiódł jako człowiek, musi płacić wzrostem choroby umysłowej i rozpaczy, kryjących się za kurczowym popędem do pracy i tak zwanych rozrywek”.

Nie bez powodu wzorcowym producentem zjawiska narkomanii jest dziś korporacja, która ze swoim krótkim, trzymiesięcznym rozliczaniem efektów stanowi właściwy model funkcjonowania współczesnych ludzi, żyjących w zawrotnym tempie, narażonych na permanentny stres, stale przeciążonych.

Dlatego też jedną z grup, w których konsumpcja narkotyków jest największa, stanowią dziś, paradoksalnie, ludzie sukcesu (pracownicy wielkich firm, gwiazdy show-biznesu, politycy), wobec których stawiane są bardzo wysokie wymagania, osiągnięcie szczytu jest niekiedy stosunkowo łatwe, bo wystarczy czasami nagrać jedną płytę, a nawet singiel, by stać się niewiarygodnie sławnym i bogatym, ale równocześnie detronizacja może być równie szybka i niespodziewana. Kiedy emocjonalna amplituda i intensywność funkcjonowania psychicznego jest tak duża, atrakcyjność narkotyków, zwłaszcza narkotyków pewnego typu, niewyobrażalnie wzrasta. Są to z jednej strony silne opiaty: heroina i morfina, które działają jak otulająca kołdra, budują ciepłą, przytulną aurę, a tym samym zapewniają mocne poczucie komfortu, stabilności, bezpieczeństwa. A z drugiej strony stymulanty, przede wszystkim kokaina, która daje niewiarygodne poczucie mocy i cudowne, choć nader iluzoryczne wrażenie panowania nad wszystkim, ale którą też często zażywa się dlatego, że po prostu pozwala funkcjonować na „wyższych obrotach” i zamiast 8 godzin pracować 16 bez obniżonej wydajności.

I niezależnie od tego, na jak wiele sposobów będziemy walczyć z narkomanią i przestępczością narkotykową, rezultat najprawdopodobniej okaże się znikomy, a spożycie substancji psychoaktywnych będzie z czasem rosło coraz bardziej, jeśli nie ulegnie zmianie obecny kształt naszej kultury. Narkotyki bowiem świetnie z nią współgrają. Człowiek jest zwierzęciem o bardzo określonych potrzebach, m.in. bezpieczeństwa, przynależności, miłości, przyjaźni i musi je w jakiś sposób zaspokoić. Kiedyś pomagały mu w tym silne więzi społeczne, wspólnotowe, rodzinne i czas, który płynął wolniej. Dziś społeczna atmosfera życia codziennego jest taka, że jeśli mamy problemy, powinniśmy umieć poradzić sobie z nimi sami lub za pomocą swoich pieniędzy, którymi opłacimy odpowiedniego specjalistę lub usługę, a dodatkowo mamy uporać się z kłopotami w sposób jak najmniej zaburzający działanie struktur, w których na co dzień uczestniczymy. Jeśli zachoruję, to idę do lekarza, jeśli mam problemy psychiczne, to powinienem udać się do psychologa lub psychoterapeuty, jeśli finansowe – do banku, czuję się samotny – mogę kupić sobie psa, nikt mnie nie kocha – od czego są sex workers. W takiej sytuacji wyróżniająca narkotyki łatwość wywołania pożądanego efektu bez pomocy innych osób i bez większego nakładu czasu i energii, niewyobrażalnie zwiększa – i tak już wysoką – ich atrakcyjność.

Nasza kultura sprzyja sięganiu po narkotyki nie tylko z powodu wysokich wymogów wydajności stawianych przed nami, ale także określonego wzorca życiowego. Zachodni ideał życia to posiadanie odpowiedniej ilości dóbr oraz intensywnych, „niezapomnianych” przeżyć i doświadczeń, na miarę bohaterów kina i gwiazd srebrnego ekranu, nie wspominając już o wymogach związanych z wyglądem. Większość ludzi nie jest w stanie przybliżyć się do tego ideału nawet w niewielkim stopniu, żeby nie powiedzieć na „odległość strzału”. Ten dystans świetnie znoszą narkotyki, które unieważniają potrzebę posiadania dóbr, a dostarczają niesamowitych przeżyć, bo pozwalają poczuć się kimś niezwykle ważnym, znaczącym. Bardzo dobrze pokazuje to film Human Traffic z 1999 r., w reżyserii Justina Kerrigana. Jego bohaterowie, młodzi mieszkańcy Wlk. Brytanii, w ciągu tygodnia chodzą do pracy, której zazwyczaj nie lubią (swoich przełożonych wręcz nienawidzą) i w której często czują się upokorzeni i nic nieznaczący, ale za to w weekend przeżywają swoje królowanie: zażywają narkotyki, piją, palą, uprawiają seks i bawią się do nieprzytomności, podczas napędzanych rytmiczną muzyką techno rave parties. Narkotyki pozwalają im szybciej niż innego rodzaju środki zerwać ciągłość świadomości (i osiągnąć jej nową, nagradzającą jakość), a stan taki dla wielu ludzi jest obecnie coraz bardziej wartościowy i pożądany.

Integralną częścią tak zdefiniowanej kultury Zachodu, nie zaś ekscesem panoszącym się wewnątrz niej, jest wbrew pozorom również czarny rynek narkotyków. Rządzące nim prawa nie odstają od tych, jakie panują na legalnym rynku. Są bezwzględne, bo całkowicie podporządkowane logice maksymalizacji zysków. Narkotyki to po prostu pewien szybki i łatwy, choć bardzo niebezpieczny sposób zarabiania koszmarnych ilości pieniędzy. Dlatego zarówno ich produkcją, jak i dystrybucją rządzi twardy rachunek ekonomiczny. Z punktu widzenia handlarza narkotyków, idealny narkotyk to taki, który działa jak najkrócej i uzależnia po jednym wzięciu. Dlatego substancje krótko działające i mocno uzależniające, takie jak kokaina, zastępują te działające dłużej i wolniej uzależniające, jak heroina. Chodzi o to, by narkotyk zabijał, kiedy klientowi kończą się pieniądze. Dla handlarza nie ma bowiem nic gorszego niż heroinista, który żyje, a nie ma czym zapłacić. Na głodzie narkotykowym jest nieobliczalny i może próbować zdobyć narkotyk od swego dotychczasowego dilera, uciekając się do przemocy. Jeżeli natomiast ktoś weźmie kokainę dziesięć razy i za każdym razem zapłaci sto dolarów, a potem umrze, to zysk jest większy, a przede wszystkim wiąże się z mniejszym ryzykiem dla sprzedawcy.
Być może jednak najistotniejszą, choć często niedostrzeganą, konsekwencją „urynkowienia” narkotyków, która w sposób najbardziej radykalny wyznacza zmianę kontekstu ich obecności w kulturze, jest fakt, że dziś substancje psychoaktywne funkcjonują na takiej samej zasadzie jak McDonald’s. Mają one odpowiadać jak największej liczbie ludzi. Nie ma tu miejsca na większe subtelności. Nie produkuje się narkotyków dla filozofów, teologów czy artystów, lecz dla szarych i beznadziejnie tą szarością znudzonych mas.

Niewidzialne kredyty

Nic nie wskazuje na to, by nasza kultura w najbliższym czasie zmieniła się tak, aby narkotyki nie stanowiły dla niej zagrożenia i nie generowały tak destrukcyjnych zjawisk jak uzależnienia i nielegalny biznes narkotykowy. Dotychczasowe sposoby zapobiegania tym dwóm negatywnym skutkom nagłego, spektakularnego pojawienia się dużej liczby substancji psychoaktywnych w drugiej połowie XX w. w świecie Zachodu, pomimo ogromnych nakładów pieniędzy i zakrojonych na szeroką skalę działań różnego rodzaju, nie dają oczekiwanych rezultatów. Dlatego też coraz częściej, także w Polsce, szansy na poprawę sytuacji upatruje się w legalizacji zakazanych dotąd substancji. Całkiem prawdopodobne, że istnieją wystarczająco przekonujące względy ekonomiczne, polityczne, a może nawet medyczne, przemawiające za przyjęciem takiej strategii. Nie sposób mi je ocenić, bo nie znam dobrze wszystkich zależności, jakie między nimi istnieją. Chciałbym jednak zarysować, jakie zagrożenia niesie od strony psychologicznej potencjalna legalizacja środków psychoaktywnych, przede wszystkim dyskutowana dziś w Polsce legalizacja marihuany. Zaznaczam równocześnie, że kwestią w zasadzie niepodlegającą dyskusji jest depenalizacja zażywania i posiadania na własny użytek wszelkich substancji psychoaktywnych, która powinna być na powrót zagwarantowana stosowną ustawą.

Niewiele znajdzie się na świecie osób, które będą bronić hedonistycznego, całkowicie dowolnego używania ciężkich narkotyków takich jak kokaina, heroina, amfetamina, crack, czy nawet modna w kręgach kultury klubowej ecstasy (MDMA) i optować za ich zalegalizowaniem. Nie ma bowiem żadnych odpowiednio przeprowadzonych, w miarę obiektywnych, długofalowych badań pokazujących, że ludzie, którzy używają tych substancji długo i bez żadnego nadzoru, odnoszą z tego wymierne korzyści, potrafią sami siebie kontrolować, zapracować na swoje życie i nie stwarzać poważnych problemów społecznych, zdrowotnych i ekonomicznych. Statystyka nakazuje w tym przypadku przyjąć jako regułę pesymistyczny scenariusz, w którym kontakt z tymi substancjami kończy się zazwyczaj trwałym, ciężkim do wyleczenia uzależnieniem, a niejednokrotnie także śmiercią.

Główna kontrowersja dotyczy tzw. narkotyków lekkich, których zażywanie ma dużo pozytywnych aspektów i powoduje – zdaniem wielu fachowców – mniej szkód w porównaniu z uznanymi w naszej kulturze używkami takimi jak np. alkohol czy papierosy. Przede wszystkim jednak są to substancje o potężnym duchowym potencjale, tzn. otwierają człowieka na inne wymiary rzeczywistości, uczą odmiennego patrzenia na świat, niejednokrotnie wywołują głębokie doświadczenia religijne (poczucie jedności z wszechświatem, doznanie kontaktu z Numinosum, roztopienie w Pustce lub wspólnocie), pomagają w samopoznaniu, a nawet kształtują i rozwijają poczucie estetyczne oraz pogłębiają rozumienie sztuki. Prowadzono badania, które pokazywały, że osoby pod wpływem tych środków widziały świat jak na obrazach Picassa lub słyszały go jak muzykę klasyków dodekafonii w rodzaju Schoenberga czy Weberna.

Te pozytywne i wartościowe efekty zażywania narkotyków są jak najbardziej realne. Jednak mechanizm, który umożliwia wymienione powyżej doświadczenia – same w sobie bardzo ważne dla rozwoju duchowego i psychicznego – może już mieć bardzo negatywne konsekwencje dla życia jednostki. Polega on na tym, że substancje te, niezależnie od tego, czy będzie to heroina, morfina, LSD czy marihuana, wykonują za nas i za nasz organizm pracę, którą powinien on wykonać sam. Narkotyki dostarczają nam niezwykłej przyjemności, gdyż w zaskakująco dużej liczbie przypadków stanowią substancje, które organizm normalnie sam wytwarza. A zatem jeśli biorę morfinę, oduczam mój organizm produkcji odpowiadających jej w naszym organizmie endorfin, których liczba zwiększa się naturalnie, dając poczucie szczęścia, jako nagroda za podjęty wysiłek, niezależnie czy będzie to przebiegnięcie kilku kilometrów, napisanie książki czy spotkanie z fascynującym człowiekiem. Morfina dostarczana do organizmu z zewnątrz odzwyczaja go od tego, że musi ją wytworzyć sam, a równocześnie bez wysiłku dostarcza ogromnej przyjemności. Aby ją uzyskać własnym siłami w normalnych warunkach, nakład pracy musiałby być wręcz niewyobrażalny. Dlatego też największym problemem, jaki mają morfiniści i heroiniści, gdy uda im się przetrzymać detoks i fizjologiczne przyzwyczajenie zostanie opanowane, jest to, że ich życie zamienia się w beznadziejną otchłań szarości i rozpaczy. Organizmy tych ludzi oduczyły się bowiem produkcji endorfin, i musi minąć wiele miesięcy, a nawet lat, żeby tę zdolność odzyskały.

Aby precyzyjnie pokazać, o co mi chodzi, posłużę się pewnym przykładem. Otóż powszechnie wiadomo, że jedną z pożądanych konsekwencji używania marihuany czy haszyszu jest znaczny wzrost możliwości percepcyjnych – i to dlatego tak chętnie sięgają po nie zarówno muzycy, jak i odbiorcy muzyki. Gdyby chcieć uzyskać porównywalny efekt za pomocą własnego wysiłku, bez podpierania się chemicznymi protezami, jest on osiągany po, mniej więcej, dwóch tygodniach głodówki, która też potrafi wyostrzyć zmysły w niesamowity sposób. Oznacza to w gruncie rzeczy, że zapalając skręta z liści konopi indyjskich, zaciągamy dług energetyczny równoważny wysiłkowi układu nerwowego zmagającego się z pokusami czternastodniowego, ścisłego powstrzymywania się od jedzenia. A w przypadku użycia konopi indyjskich dostajemy całkiem za darmo coś, co jest, jakkolwiek by na to nie spojrzeć, dużo warte. W przyrodzie nie ma jednak nic za darmo i ten dług trzeba będzie oddać. Najczęściej spłata następuje w deficytach zdrowotnych i poważnych problemach psychicznych. To, że na drugi dzień po wypaleniu marihuany, nie odczuwa się zazwyczaj tak ciężkich skutków, jak po wypiciu litra wódki, nie oznacza, że równowaga naszego organizmu nie została zaburzona i nie da o sobie znać w dłuższym dystansie czasowym. Chociaż bowiem odstawienie tego specyfiku nie powoduje tak drastycznych objawów abstynencji, by potrzebna była interwencja lekarska, to jednak w wyniku długotrwałego używania marihuany organizm oducza się samodzielnego wytwarzania tego wszystkiego, co tak skutecznie wspomagało wcześniej jej wypalenie. Dlatego ludzie po odstawieniu konopi są rozdrażnieni i niezdatni do długotrwałych wysiłków, podatni na nudę i poczucie beznadziejności, spada u nich motywacja do czegokolwiek, seks i muzyka przestają im „smakować”, gdyż jakość ich doznawania znacznie się pogarsza, nawet w zestawieniu z wcześniejszym stanem normalnym, bez chemicznego „wspomagania”.

Cnota relatywizmu

W kontekście dyskusji o legalizacji marihuany często odżywa złudzenie, jakoby działała ona (podobnie rzecz się ma z LSD, heroiną czy alkoholem) na wszystkich ludzi tak samo. A przecież tak nie jest. Wiemy dziś coraz więcej na temat genetycznych podstaw uzależnienia od alkoholu i uznajemy, że nie wszyscy mogą go spożywać, a gdy mimo wszystko decydują się na to, są w większym stopniu niż inni narażeni na popadnięcie w nałóg lub inne kłopoty zdrowotne. Tak samo jest z marihuaną. Po pierwsze, istnieją ludzie, którzy palą marihuanę i nic im się nie dzieje. Po drugie, istnieją ludzie, którzy palą marihuanę i potem sięgają po narkotyki ciężkie. Po trzecie, istnieją ludzie, którzy palą marihuanę i zaczynają mieć poważne problemy psychiczne. Można powiedzieć, że dla każdej z tych grup marihuana stanowi trochę inną substancję. Negatywne skutki jej zażywania są faktem i stanowią realne zagrożenie dla osób, które po nią sięgną, nawet jeśli spora część z nich miałaby ich ostatecznie nie doświadczyć lub doświadczyć w pewnym tylko stopniu.

Z tego m.in. powodu nie przekonują mnie argumenty zwolenników legalizacji mówiące o mniejszej szkodliwości społecznej marihuany w porównaniu z tytoniem czy alkoholem. Jak rozumieć tę mniejszą szkodliwość i jak można ją w ogóle wyliczyć? Mniejsza szkodliwość społeczna z perspektywy polityków i rządów państw sprowadza się do bilansu ekonomicznego, konsekwencji finansowych, jakie pociągnie za sobą legalizacja danej substancji, ale taka perspektywa nie obejmuje „kosztów” psychologicznych, trudniejszych do ujęcia w liczby, których skutki można będzie ocenić dopiero po pewnym czasie. To prawda, że marihuana w przeciwieństwie do papierosów nie powoduje raka płuc, którego leczenie poważnie obciąża system opieki zdrowotnej. Wszystko wskazuje też na to, że w przypadku alkoholu, jeśli nawet zgodzić się na takie zestawienie in abstracto z marihuaną, jego szkodliwość jest zapewne większa. W przeciwieństwie do marihuany jednak alkohol o wiele silniej wrósł w naszą kulturę. I choć można by jeszcze wiele zrobić, by ograniczyć jego negatywne skutki społeczne, przede wszystkim poprzez wprowadzenie różnego rodzaju utrudnień w nabywaniu go i spożywaniu (tak jak w przypadku papierosów), to jego delegalizacja, właśnie ze względu na te uwarunkowania kulturowe, jest mało prawdopodobna, a byłaby zapewne – jak w przypadku prohibicji w USA – całkowicie nieskuteczna, wręcz szkodliwa. Dlaczego jednak mamy wprowadzić na rynek jeszcze jeden dodatkowy środek, który przecież może być zażywany z alkoholem, i tak bardzo niebezpiecznym, bo powodującym m.in. ogromną ilość wypadków na drodze, w których ginie wielu ludzi? Czy po to, by bilans ten potencjalnie zwiększyć?

Pomimo tych zagrożeń wiele osób jest w stanie przystać na legalizację narkotyków, przede wszystkim konopi indyjskich, jako na rozwiązanie ostatecznie bardziej korzystne niż prohibicja i mogące widocznie zmniejszyć szkody społeczne. Legalizacja ukróciłaby bowiem najprawdopodobniej nielegalny handel, a równocześnie zapewniła państwu zyski płynące z legalnej produkcji i dystrybucji tych środków, które można by następnie przeznaczyć na minimalizację szkód społecznych wynikających z uzależnienia obywateli. Zyskali by także sami uzależnieni, m.in. dlatego, że mogliby korzystać z substancji pochodzących z bezpiecznego źródła. Być może nie jest to utopijna wizja, ale – trzeba to wyraźnie podkreślić – tylko przy wprowadzeniu dodatkowych ograniczeń, takich jak ścisła reglamentacja substancji czy rejestracja i kontrola osób korzystających z tych środków. Pomimo to wątpliwości co do bilansu potencjalnych korzyści i strat pozostają. By je naświetlić, najłatwiej może będzie uciec się do analogii.

Coraz większym problemem społeczeństw Zachodu jest otyłość. Są ludzie ważący po 200-300 kg (i jest ich coraz więcej), którzy w żaden sposób nie mogą sobie dać rady z tą chorobą tylko dlatego, że mamy wolny rynek żywności, którego mechanizmy są nastawione nie na to, by edukować ludzi o szkodliwości pewnych głęboko w nas zakorzenionych przez ewolucję skłonności i zapewniać wysoki standard dostępnego pożywienia, ale na maksymalizację zysków. Przez jakiś czas można było utrzymywać, że zyski płynące z de facto niczym nieograniczonej, wolnorynkowej sprzedaży spreparowanej żywności przynoszą korzyści całemu społeczeństwu, a o swoje zdrowie i nawyki żywieniowe każdy powinien zatroszczyć się we własnym zakresie, ale po pewnym czasie skutki takiego podejścia okazały się katastrofalne. I dziś rząd USA (i nie tylko) prowadzi szereg kosztownych i zakrojonych na szeroką skalę działań, które mają ograniczyć epidemię otyłości w tamtym społeczeństwie. Okazało się bowiem, że ona sama generuje zbyt wysokie koszty społeczne, na tyle wysokie i poważne, że opłaca się wydać miliardy dolarów, by koszty te, niejako po niewczasie, zniwelować.

Prawo do narkotyku

Niezależnie od swego ostatecznego kształtu legalizacja marihuany (tak jak i innych środków psychoaktywnych, gdyby takowa wchodziła w grę) jako wypowiedź prawa na temat zażywania tej substancji będzie miała – nie da się tego uniknąć – charakter przynajmniej pośrednio normatywny. Legalizacja danej substancji konstytuuje bowiem prawo do jej zażywania, a tym samym zmienia perspektywę patrzenia na nią z tej, w której podkreśla się przede wszystkim jej szkodliwość, na tę, w której stanowi ona jedną z możliwych do wyboru używek, jedynie z zastrzeżeniem, że brana jest na własną odpowiedzialność jednostek. Przede wszystkim jednak legalizacja może uczynić konsumpcję marihuany zjawiskiem o bardziej masowym charakterze. Trafi ona potencjalnie do tysięcy, a nawet milionów użytkowników. Wielu ludzi, którzy wcześniej nawet nie pomyśleli o tym, by spróbować marihuany, kiedy stanie się to legalne, sięgną po nią tylko dlatego, że będą mieć do tego prawo. Pamiętam, jak w stanie wojennym wielu ludzi, którzy wcześniej nie byli niemal w ogóle zainteresowani alkoholem, kupowało go tylko z tego powodu, że rząd wydawał kartki upoważniające do jego nabycia. Działo się to w myśl zasady: mam prawo, to z niego korzystam. Sądzę, że podobnie będzie z marihuaną. Trzeba mieć świadomość i umieć przewidzieć konsekwencje tego, że zgoda na legalizację to potencjalna zgoda na sytuację, w której, by znowu posłużyć się sugestywnym obrazem, młodzi ludzie z Ursynowa czy licealiści z Przeworska stoją w kolejce po marihuanę.

Zważywszy na to wszystko, nie widzę wystarczających powodów, by legalizując marihuanę lub inne lekkie narkotyki, zachęcać tym samym do ich zażywania. Niech każdy, kto chce kosztować ich dobroczynnych skutków, robi to na własną rękę, wiedząc jednak, że nie jest w swoich skłonnościach wspierany przez istniejące prawo. Jeśli nie handluje nimi, nie zarabia na tym pieniędzy, to nie powinien być za to karany, choć nie można powiedzieć, że jest to wyłącznie jego sprawa, bo istnieje prawdopodobieństwo, że osoba ta, odurzając się, naraża nie tylko swoje życie, lecz przede wszystkim życie innych, w tym życie i zdrowie moje lub moich bliskich, choćby z tego powodu, że może spowodować wypadek, kierując samochodem pod wpływem marihuany lub marihuany i alkoholu. I nie chodzi o to, by osobę uzależnioną piętnować i obarczać winą za jej uzależnienie, ale należy mieć jasność co do tego, że źle się stało, iż w to uzależnienie popadła i że być może moglibyśmy tego jako społeczeństwo uniknąć, gdyby przewartościowaniu uległy łączące nas relacje.

Kiedy na wykładach oznajmiam studentom swój sceptycyzm w odniesieniu do psychoaktywnych substancji, nawet tak zdawałoby się nieszkodliwych jak marihuana, często odwołuję się do opinii ludzi, którzy – dzięki temu, że sami używali narkotyków i należą do subkultury wręcz z nimi utożsamianej – są w specjalny sposób wiarygodni. Zwykle przywołuję wtedy opinię japońskiego gitarzysty rockowego, o nazwisku Makoto Kawabata, wieloletniego animatora wpływowej, psychodelicznej formacji o wiele mówiącej nazwie Acid Mothers Temple. To, co ma on na ten temat do powiedzenia, jest nieomal tożsame z tym, co sam o tym myślę: „Doszedłem do wniosku, że narkotyki mogą ukazać nam wiele innych światów, ale nie są niczym więcej niż drogowskazem. Teraz jesteśmy w stanie bez problemów dostać się do tych różnych światów bez ich zażywania. I udało się nam dotrzeć jeszcze dalej, tam, gdzie – jak sądzę – nie można znaleźć się dzięki narkotykom. Jeśli potrzebujesz podpowiedzi albo mapy, które wskażą ci drogę do tych światów, narkotyki mogą być pomocne, ale są tylko wskazówką. Jeśli się na nich zatrzymasz, to tak, jakbyś o tych światach nadal nic nie wiedział”.

***

Od dawna już nie patrzymy na narkotyki jak na święte substancje, lecz związki chemiczne, które w specyficzny sposób oddziałują na nasz mózg. Pomimo braku wyraźnie religijnego kontekstu, duchowy aspekt zażywania narkotyków stanowi nadal dla wielu osób ważny motyw sięgania po nie. Rzadko jednak towarzyszy temu wiedza, dla przedstawicieli dawnych kultur oczywista, że klucz do zrozumienia działania narkotyku leży w jego dwuznaczności. To substancje, które dają niezwykle dużo i – jednocześnie – niewyobrażalnie dużo zabierają, są fascynujące i przerażające zarazem. „Mięsa bogów” nie można jeść bezkarnie, towarzyszy mu bowiem aura śmierci. Pokolenia przed nami dobrze to wiedziały, dlatego by ujarzmić choć po części kryjące się w tych substancjach niebezpieczeństwo, wpisały je w najmocniejsze ramy, jakie udało im się stworzyć, czyli systemy religijne i ścieżki doskonalenia duchowego. Czy mamy dziś narzędzia, by pójść ich śladem?

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata