70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Reporter elegijny

Filip Springer, młody reporter i fotograf, jest autorem Miedzianki. Historii znikania oraz Źle urodzonych. Reportaży o architekturze PRL. W tym roku nakładem Wydawnictwa Karakter ukaże się jego kolejna książka pt. Zaczyn. Reportaż o życiu i dziele Zofii i Oskara Hansenów.

Dlaczego Miedzianka? Dlaczego „historia”? Dlaczego „znikania”? Miasteczko naznaczone jest znamieniem podwójnej tożsamości. Na początku nie było Miedzianki, był Kupferberg, a jego niemieckojęzyczni mieszkańcy parali się rolnictwem, górnictwem czy ważeniem piwa. Miedzianka stała się faktem znacznie później i, co ważne, z tą przemianą szedł w parze proces znikania poprzedniej tożsamości. Jednym z najistotniejszych wątków książki Springera jest owa, nieuchronna i bezpowrotna, zamiana tożsamości: ludzi od dawien dawna związanych z miasteczkiem zastępują inni: kresowiacy, akowcy szukający schronienia przed UB czy byli przymusowi więźniowie poprzednich współobywateli Kupferbergu.

Ważne jest coś jeszcze: znikaniu Kupferbergu i pojawianiu się Miedzianki towarzyszą legendy o poniemieckich skarbach, duchach dawnych mieszkańców oraz okryte tajemnicą podziemne prace kopalniane. Są Rosjanie doglądający pracy górników, są domysły co do wydobywanych kopalin, jest językowy knebel („nikt o tym nie mówi, bo ludzie do dziś się boją”, „w domu się o kopalni nie mówiło, bo to była tajemnica i nikt nikomu nie ufał”). Jest wreszcie zniknięcie ostateczne, fizyczne zapadnięcie się Miedzianki, z której obecnie nie pozostało nic. Jak powiada autor: „mógłbym tylko chodzić po tym, co zostało z Miedzianki, i nawet nie wiedzieć, jaka historia się tam kryje”.

Historia, zarówno w Miedziance, jak i Źle urodzonych odgrywa niemałą rolę. Kontekst historyczny wyjaśnia wiele z losów bohaterów książek. Ale jest i czytelna różnica językowa wynikająca prawdopodobnie i z wyboru pisarskich strategii, i ze społecznego tła bohaterów. Zabieg, w którym autor zamiennie stosuje rzeczowniki „historia” i „bestia”, jest znamienny: historia staje się nie tylko zapisem dziejów, ale i brutalną ożywioną siłą, której ofiarami padają mieszkańcy miasteczka: i ci dawniejsi, kupferbergowscy, i ci późniejsi, powojenni. Wszyscy w swoim prowincjonalnym spokoju, oddaleni od bestii o lata świetlne w porównaniu z ważnymi społecznie architektami przyczyniającymi się do odbudowy kraju.

le urodzone, napisane językiem znacznie oszczędniejszym, mówią o historycznym pechu obiektów oraz ich autorów. Wiele ze zrealizowanych w Polsce Ludowej projektów nie miało po uzyskaniu wolności dobrej prasy, wiele z nich w związku z tym przestało istnieć, a ich wyburzanie, co pokazuje Springer na przykładzie katowickiego dworca, owiane było aurą skandalu prawnego. Ergo: złe urodzenie dotyczy projektów architektonicznych, ale także ich autorów, ludzi zdolnych, a w wielu przypadkach genialnych, którym przyszło żyć w takiej, a nie innej dziejowej fazie, przyszło borykać się z absurdami założeń peerelowskich decydentów, tandety i marksistowskiej ekonomii, w której zawsze wszystko wychodziło na tę trójczynę, przyszło im wreszcie konfrontować się z oskarżeniami o współpracę z systemem, czyli – użyjmy metafory z Miedzianki – o policzenie między pomocników bestii.

Złe urodzenie to może jeszcze coś. Może było ono po części, wbrew staraniom architektów, efektem niedostrzeżenia potrzeb innych niż te dyktowane założeniami moderny? Może są takie potrzeby i takie komplikacje, na które żadna, nie tylko nowoczesna architektura nie odpowie i których nie przewidzi. Oskar Hansen nie przewidział (nie dostrzegał) religijnych potrzeb mieszkańców Osiedla Słowackiego. Efekt? Gigantyczny, neogotycki kościół, który jak czytamy, „wygląda jak statek kosmiczny, który wylądował akurat tam, gdzie mu było wygodnie. Patrząc na ten kościół z dachów najwyższych na osiedlu bloków, aż chce się wyć”. Profesor Lipiński marzył o zaprojektowaniu kościoła. „Architektura to było jednak dla niego przede wszystkim rozwiązywanie problemów. A w kościele problemy do rozwiązania są przecież jedyne w swoim rodzaju”. Ale czy było to możliwe w tamtych czasach, w takim architektonicznym języku, z problemami samej estetyki sakralnej, odnośnie do której Jerzy Nowosielski pyta: „skąd więc architekt ma czerpać inspirację do kształtowania wnętrza kościelnego, jeśli amorficzna jest sama akcja liturgiczna” ? Czy można wyobrazić sobie, jak szaleniec i geniusz Hansen dyskutuje o detalach liturgicznych z szaleńcem i profetą Nowosielskim? Cóż to by była za dyskusja! – tryb niestety warunkowy.

Kto mógł przewidzieć, że w katowickiej Superjednostce zaczną się plenić agencje towarzyskie, kto mógł wiedzieć, że jeden z najdłuższych na świecie bloków mieszkalnych na warszawskim Przyczółku Grochowskim, tak zaprojektowany, że można przez niego przejść ciągiem korytarzy, zostanie wbrew zamierzeniom małżeństwa Hansenów podzielony przez mieszkańców szeregiem krat i furtek?

Ważne są zdjęcia. Na przykład ze strony 29 Źle urodzonych, z rozdziału o profesorze Lipińskim. Wnętrze zaprojektowanego przez profesora domu igloo, który mamy możliwość obejrzeć na kilku poprzednich fotografiach. Wiemy więc, jak dom wygląda, znamy zainteresowania profesora („przez wiele lat prowadził w tym domu pomiary temperatury i wilgotności”, „dom był eksperymentem”, profesor zaś propagatorem „architektury bioklimatycznej”, „jednym z pionierów myślenia ekologicznego”), przewracamy strony i widzimy zaciemniony pokój, wymownie puste krzesło, za nim półokrągłe okno, przez które wpada dzienne światło, białą firankę, która im bliżej okiennego zaokrąglenia i sufitu, tym bardziej traci swoją biel, przemienia się w jasne wertykalne smugi, by wreszcie utonąć w czerni. Albo strona 64: Ściana Wschodnia w Warszawie. Jest w tym kadrze nastrój miejskiej melancholii rodem z obrazów Hoppera, tym bardziej dojmującej, że pozbawionej bohaterów: tylko budynek i widz. Rzecz nie w kolorach ani w świetle, ale w (nie)obecności ludzi: strony 48–49 przedstawiają zdjęcia poznańskiego Okrąglaka. Po lewej dwa czarno-białe zdjęcia archiwalne, na których jest jakieś życie: malutkie samochody, jacyś przechodnie, a pod spodem zdjęcie matki wracającej z dzieckiem z zakupów. Krój jej sukienki, uczesanie, słoneczne okulary, krótkie spodenki i podkolanówki jej synka ożywiają scenę. Popatrzmy teraz na prawo. Ten sam Okrąglak, nagie ściany, pusta galeryjka, na wjeździe dla dostawczych samochodów rozrzucone śmieci. Tonacja: szarości, błękity, fiolety.

Zdjęcia są ważne, bo dzięki nim zadajemy sobie pytania o ów brak ludzi. Już nie przychodzą – mają złe skojarzenia z minionym ustrojem, miasto oferuje im inne miejsca na miarę nowych czasów. Ale też: odeszli – jak profesor Lipiński, który umarł i który, wraz ze swoimi projektami oraz projektami swoich koleżanek i kolegów z tamtych czasów, być może skazany jest na niepamięć bądź na pamięć pełną żalu i resentymentów. Zdjęcia są ważne, bo ich dobór, zestawienie z fotografiami archiwalnymi oraz sposób kadrowania opisywanych budynków tworzą dodatkową opowieść (nie wyłącznie, podkreślmy, tak melancholijną), co nie powinno dziwić o tyle, że zanim powstała książka, miała miejsce praca nad projektem Źle urodzone.

Zdjęcia z Miedzianki aż takiej autonomii nie mają. Pełnią istotną, acz służebną wobec tekstu funkcję. Ale w jednym miejscu stają się asumptem do ważnej uwagi: „Zdjęcia. Powykręcane kartoniki nie większe od dłoni. Hanna Gębuś każe mi zabrać wszystkie, na których jest choćby kawałek Miedzianki. Nie uporządkowała ich, fotografie z ich ubiegłorocznych imienin mieszają się z tymi z jej młodości. Przebieram bezradnie w pudełku, ale skąd mam wiedzieć, czy to, co widać w tle, jest miasteczkiem. Nigdy tam nie byłem, nie widziałem, nic nie wiem. Chyba nie chcę ich brać, ale nie dlatego, że nie chcę ich w ogóle. Bardzo chcę. Tyle że jej nie zostanie już nic. / – Ja umrę i ktoś je wyrzuci. Panu się przydadzą”.

Ważny to fragment, bo wygląda zza niego sam narrator ze swoją pokorną niepewnością, obdarzony, wbrew swoim wątpliwościom, prostodusznym zaufaniem. Domyślamy się, że z zaufania rodzi się poczucie odpowiedzialności za zdjęcia, za ich uporządkowanie, nadanie im jakiegoś narracyjnego toku, za zachowanie pamięci.

Obie książki mówią o znikaniu w takim sensie, w jakim rzecz znika dla nas, ponieważ nie dostrzegamy w niej niczego wartościowego. Miedzianka podsuwa nam figurę dwóch kamiennych krzyży, przypominających, jak to niegdyś, przed dawnymi laty w Kupferbergu brat zabił brata. Od pewnego momentu narracji owe krzyże staną się jedynie punktami topograficznymi: zabudowania, browar, dwa kamienne krzyże, droga do Jannowitz, tylko tyle, bez nakazu, bez wypisanego na nich wezwania: Memento, a ono przecież nadawało krzyżom znaczenie. W Źle urodzonych, choć takiego językowego rozwiązania nie ma, jest za to co chwila nasuwające się pytanie o naszą zbiorową pamięć, o to, jak w niebyt odchodzą miejsca i związani z nimi ludzie, o szacunek dla topografii naszych miast oraz o to, czy niewcześni bohaterowie Springerowskich reportaży i fotografii coś jeszcze dla nasz znaczą, coś nam mogą przekazać.

Są reporterzy czechofilscy (wiadomo), są reporterzy podróżnicy (Dariusz Rosiak) i reporterzy epicy (Małgorzata Szejnert). Mamy wreszcie Filipa Springera: reportera elegijnego.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata