70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Obrońcy hierarchii i grabarze tego, co wspólne

Walka o społeczny model, podług którego chcielibyśmy żyć, jest ważniejsza od tego, czy aborcja ma czy też nie ma być prawnie dopuszczalna. W gruncie rzeczy, dyskusja o przerywaniu ciąży jest jedynie symptomem, spektakularną bitwą znacznie poważniejszej wojny – mianowicie o to, jak będzie polskie społeczeństwo wyglądało.

Polska dyskusja – a raczej wojna – o aborcję na pierwszy rzut oka wydaje się sporem dwóch silnych narracji, pomiędzy którymi nie tylko nie ma żadnych szans na porozumienie, ale również brak jest podobieństw. Wyjątek może stanowić jedynie zdecydowane przekonanie o posiadanej racji. Chciałbym jednak zaproponować tezę odmienną – obie narracje są słabe , i w rzeczywistości składają się z wielu pomniejszych opowieści. Ich wspólną obok słabości cechą jest pragnienie ustanowienia ideowej hegemonii, daleko przekraczającej kwestię prawnego zakazu lub dopuszczalności przerywania ciąży. Mimo – a może właśnie dlatego – że spór o aborcję zastygł w dawno zdefiniowanych formach i wydaje się, że żaden nowy argument już nie padnie, proponuję, by potraktować go jako jeden z najważniejszych politycznych sporów we współczesnej Polsce, a także jako przykład konstruowania ideologicznych sojuszy.

Paradoksy „obrony życia”

Zacznijmy od tego, co widać od razu. Najważniejszą i najbardziej rozpowszechnioną w mediach narracją przeciwników prawnej dopuszczalności przerywania ciąży (którzy sami wolą się określać jako „przeciwnicy aborcji” lub bardziej jako „obrońcy życia”) jest ta, która głosi, że życie człowieka rozpoczyna się od naturalnego poczęcia i trwa do naturalnej śmierci i jako takie powinno być chronione bezwzględnie. Problem w tym, że narracja ta jest zbyt abstrakcyjna. Idea, jakoby ludzkie życie było dobrem najwyższym i jako takie powinno podlegać ochronie, nie jest wystarczająco przekonująca – nie tylko dlatego, że „obrońcy życia” są najczęściej zwolennikami kary śmierci i nie protestują przeciwko wysyłaniu żołnierzy do Afganistanu i Iraku, ale również ze względu na długą polską tradycję stawiającą inne wartości, takie jak honor, wiara, niepodległość ojczyzny, ponad jednostkowe życie. Dlatego owa narracja „ochrony życia ponad wszystko inne” nie wystarcza. Poparcie społeczne dla całkowitego zakazu aborcji wyniosło w Polsce w 2010 r. jedynie 14%, podczas gdy obecnie obowiązującą ustawę antyaborcyjną według wielu badań wciąż popiera większość polskiego społeczeństwa. Wśród „obrońców życia” istnieje więc swego rodzaju pusta przestrzeń pomiędzy uznaniem, że płód jest pełnoprawnym człowiekiem, a przyznaniem, że istnieje hierarchia człowieczeństwa i w sytuacji zagrożenia życia matki czy też ciąży, będącej efektem gwałtu, aborcja jest dopuszczalna. Ma ona w istocie potencjał otwarcia się na negocjacje zmierzające do liberalizacji ustawy, dlatego też, mimo że istnieje, oficjalna narracja „obrońców życia” tę przestrzeń przemilcza. Jeśli to nie przekonanie, że płód jest pełnoprawnym człowiekiem, jest na tyle powszechne, by stać się jedynym i wystarczającym politycznie argumentem przeciwko aborcji, to co nim jest?

Obrona władzy mężczyzn

„Antyaborcyjna” narracja ochrony życia od poczęcia musi więc spleść się z inną opowieścią – o „niewinnym, bezbronnym, nienarodzonym dziecku”, które powinno być chronione przez silnych. Bronione musi być nie życie jako takie, lecz szczególne – życie słabe i bezbronne. W tej narracji „obrońcy życia” stają się heroicznymi wojownikami. Pasuje to oczywiście zarówno do militarystycznego dyskursu „wojny z terrorem” w Afganistanie i Iraku, jak i do polskiej tradycji powstań i walk narodowowyzwoleńczych. „Obrońcy życia” chronią niewinne dzieci przed okrutnymi, czyhającymi na ich życie matkami. W tej narracji, obrona „słabych i niewinnych” jest oczywistym „dowodem” moralnej wyższości, bardzo ważnym w ekonomii symbolicznej władzy. Pozwala określić wroga – jest nim „wyrodna matka”. Jest to mechanizm konstruowania silnej narracji antykobiecej – to właśnie kobiety w ciąży są potencjalnymi potworami, przed którymi należy chronić płody. Ta narracja pozostaje zazwyczaj ukryta, gdyż jej zwolennicy zdają sobie sprawę, że zbyt otwarta pogarda wobec kobiet nie zwiększyłaby im poparcia społecznego. Ciekawym wyjątkiem jest głos byłego już polityka – być może stąd ta szczerość – Marcina Libickiego (dawniej ZChN, potem PiS), który w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” powiedział: „Nie można zmuszać kobiety, by zachodziła w ciążę, ale gdy jest w ciąży, to możemy ją zmusić do rodzenia. Dziecko poczęte wymaga ochrony. Matka jest tu tylko depozytariuszką” . Jest to potwierdzenie męskiej dominacji i dobrze wyjaśnia pęknięcie w narracji „obrońców życia”, gdy zaczynamy rozmawiać o tym, co następuje po urodzeniu dziecka.

Bowiem „obrońcy nienarodzonych” są prawie zawsze również zdeklarowanymi obrońcami autonomii rodziny oraz jej tradycyjnego modelu, w którym dominującą pozycję zajmuje ojciec. Ten ukryty dyskurs „obrońców życia” jest więc po prostu obroną struktury przemocy, władzy mężczyzny, w której zarówno kobieta (żona, matka), jak i dziecko (narodzone i nie) stanowią symboliczną własność, z jaką wewnątrz struktury rodziny mężczyzna może robić, co chce, a państwo (czy jakakolwiek zewnętrzna w stosunku do rodziny struktura) nie ma prawa interweniować. Jedynie pozornie postawa ta pozostaje w sprzeczności z domaganiem się przez „obrońców życia” prawnego (a więc gwarantowanego przez państwo) zakazu aborcji. W rzeczywistości niezgodności nie ma – państwo jest „wielką rodziną”, plemieniem, które nie może pozwolić na stratę nowych, potencjalnych wojowników i ich przyszłych matek. Rolą państwa jest więc potwierdzanie i umacnianie „tradycyjnego” modelu rodziny, co samo w sobie świadczy o niepewności i słabości tego modelu, który bez tej zewnętrznej pomocy mógłby się zawalić.

„Mój brzuch, moja sprawa”

Zostawmy na chwilę „obrońców życia” i przyjrzyjmy się argumentacji zwolenników „prawa wyboru”. Popierający prawną dopuszczalność przerywania ciąży argumentują, że skoro płód jest zależny od matki, to ona ma wyłączne prawo, by decydować o jego losie – „mój brzuch, moja sprawa”. Mamy więc do czynienia z odrzuceniem faktu istnienia płodu jako podmiotu. W tej wizji nie różni się on w zasadzie od nerki – jest integralną częścią ciała matki, do której tylko ona ma całkowite, niezbywalne prawo. Narracja ta przedstawia jednak zbyt egoistyczny rys człowieka i jest nie do pogodzenia z emocjami, które przeżywają przyszli rodzice – ma więc za mały potencjał politycznej skuteczności. Poparcie dla nieograniczonego prawa kobiety do usunięcia ciąży wyraża w Polsce jedynie około 7% społeczeństwa. Z tego powodu zwolennicy prawa do dopuszczalności przerywania ciąży podchwytują narrację Marcina Libickiego i przesuwają środek ciężkości ze sporu o płód na spór o matkę – jej zdrowie i życie. Nie mamy już więc do czynienia z wolną jednostką, która z sobie tylko znanych powodów, z jakich nikomu nie musi się tłumaczyć, decyduje o usunięciu „fragmentu siebie”, lecz z jednostką zagrożoną dominacją, pozbawieniem człowieczeństwa (ciężarna kobieta w ujęciu Libickiego jest przedmiotem, chodzącym inkubatorem), a także – co pokazało kilka przedstawionych w mediach drastycznych przypadków, gdy dobro płodu było ważniejsze od zdrowia i życia kobiety – zagrożoną utratą zdrowia i życia. Dyskurs zwolenników „wolnego wyboru” staje się tutaj dyskursem samoobrony kobiety przed nieludzkim prawem. Tu ponownie spotykamy się z retoryką wojenną, tutaj nie ma miejsca na kompromis – albo oni zabiją nas, albo my ich zabijemy.

Ukryty mechanizm segregacji

Dwie powyżej opisane narracje zwolenników i zwolenniczek wolnego wyboru nie dają jednak pełnego obrazu tego, o co moim zdaniem idzie im w sporze. Istnieje podskórny dyskurs, który tylko częściowo ujawnia się w obydwu narracjach, mianowicie dyskurs świadomości, którą nazwałbym Singerowską. Poglądy australijskiego filozofa i bioetyka, obrońcy praw zwierząt Petera Singera na kwestię aborcji dają się sprowadzić do twierdzenia, że o hierarchii człowieczeństwa decyduje świadomość. Aborcja jest dopuszczalna, ponieważ płód jest na niższym niż matka poziomie samoświadomości, a do pewnego momentu w ogóle jest jej pozbawiony. Kontrowersyjność tego stanowiska (trzeba dodać, że sam filozof swoje poglądy wywodzi z zasady empatii i próby minimalizowania cierpienia drugiego człowieka) bierze się z konsekwencji takiego rozumowania dla ludzi upośledzonych – jeśli hierarchię wyznacza świadomość, to głęboko upośledzony umysłowo człowiek może być przyrównany do zwierzęcia, a w przypadku gdy godzimy się na zabijanie zwierząt (przeciwko czemu akurat Singer protestuje), to w taki sam sposób możemy traktować tych ludzi . Przyjęcie tej narracji powoduje, że nie tylko płód, ale również narodzone dziecko nie musiałoby być traktowane jako pełnoprawny człowiek (co zresztą w kulturach tradycyjnych było praktykowane i często pozostało do dziś; podobne poglądy wyznawali XIX-wieczni liberałowie, tacy jak John Stuart Mill). W publicznej debacie dyskurs ten jest raczej rzadko wykorzystywany ze względu na jego łatwe skojarzenie z eugeniką, co w publicznej dyskusji jest niemal równoznaczne z przyznaniem się do popierania nazizmu. Ważne jest, by widzieć tę narrację jako wewnętrznie heterogeniczną – z jednej strony jest ona oparta na współczuciu, a z drugiej – ustala nowy mechanizm segregacji i ustanawia nową hierarchię.

Co się kryje za sporem o aborcję?

Mamy więc dwa obozy, które posługują się głęboko złożonymi, heterodoksyjnymi, a nawet częściowo wewnętrznie sprzecznymi narracjami. Mimo tych niespójności na sztandarach mamy z jednej strony hasło: „chrońmy życie nienarodzonych maluszków”, z drugiej zaś: „pozwólmy kobietom decydować o własnym życiu i zdrowiu”. Oba obozy odwołują się więc w swych „oficjalnych” narracjach przede wszystkim do współczucia i poczucia zagrożenia. Jak jednak widać, czynią to przede wszystkim poprzez przypisanie podmiotowości albo matce, albo płodowi, z odrzuceniem – lub znacznym jej osłabieniem – w odniesieniu do drugiego aktora. Gdyby w tych narracjach dominującym elementem było współczucie i ochrona tego, co uważa się za cenne, porozumienie moim zdaniem nie byłoby niemożliwe.

Problem w tym, że chodzi w tej walce o coś zgoła innego. Zanim do tego przejdę, chciałbym podkreślić, że nie można widzieć tych dwu narracji symetrycznie. Zarówno w sensie ich ontologii, jak i polityki, dyskursy te bardziej się rozmijają niż stają po przeciwnych stronach barykady. W wymiarze politycznym narracja „obrońców życia” tryumfuje – wciąż obowiązuje restrykcyjna ustawa antyaborcyjna, a do uchwalenia całkowitego zakazu zabrakło ostatnim razem w Sejmie tylko kilku głosów. „Obrońców życia” popierają najsilniejsze partie, Kościół katolicki i większość mediów. Zwolennicy „prawa wyboru” są w zdecydowanej defensywie.

W wymiarze ontologii problem jest jeszcze bardziej złożony – zwolennicy „prawa wyboru” odrzucają podmiotowość płodu, natomiast „obrońcy życia” dążą do ubezwłasnowolnienia kobiety w ciąży, uzurpując sobie prawo do reprezentowania płodów. Nie ma więc w istocie możliwości porozumienia ani nawet dialogu, jeśli z jednej strony mamy stanowisko: „kobiety, szczególnie w ciąży, nie są w stanie podejmować poważnych decyzji, dlatego my, mężczyźni wraz z »mądrzejszymi« kobietami musimy sprawować nad nimi kontrolę”, a z drugiej – „płód nie jest podmiotem, nie można więc w żadnym razie próbować tego czegoś chronić”.

Jeśli w „oficjalnym” obiegu możemy wyróżnić dwa dyskursy oparte na współczuciu, jeden kieruje je ku płodom, „dzieciom nienarodzonym”, natomiast drugi ku kobietom, to dwie ukryte narracje są dyskursami władzy i dominacji. Reprezentanci i reprezentantki dwóch pierwszych mogliby moim zdaniem wypracować kompromis, w którym celem byłaby z jednej strony minimalizacja liczby dokonywanych aborcji, a z drugiej – zapewnienie w maksymalnym stopniu zdrowia, życia, a przede wszystkim podmiotowości kobiet w ciąży. Jednak to nie te dyskursy wyznaczają rzeczywisty ton debaty – w cytowanym już wywiadzie Marcin Libicki jasno mówi, że jemu nie chodzi wcale ani o życie kobiet, ani „nienarodzonych maluszków”, a jedynie o utrzymanie określonego modelu władzy i moralności. Zwolennicy „prawa wyboru” usiłują ów istniejący model patriarchalnego społeczeństwa odrzucić na rzecz modelu bardziej egalitarnego, który zakłada emancypację, czyli pełne upodmiotowienie kobiet – również w ciąży.

Walka o społeczny model, podług którego chcielibyśmy żyć, jest w gruncie rzeczy dla obu stron ważniejsza od tego, czy aborcja ma czy też nie ma być prawnie dopuszczalna. W gruncie rzeczy dyskusja o przerywaniu ciąży jest jedynie symptomem, spektakularną bitwą znacznie poważniejszej wojny – mianowicie o to, jak będzie wyglądało polskie społeczeństwo. Z jednej strony mamy więc zwolenników hierarchicznej struktury, opartej na dominacji Kościoła katolickiego, mężczyzn oraz kobiet – strażniczek patriarchatu. W modelu tym „tradycyjna” rodzina (również o silnej wewnętrznej strukturze władzy) jest ważniejsza niż wszelkie inne więzi społeczne oraz instytucje, w tym państwo, które jest jedynie „strażnikiem wartości”. Z drugiej strony zaś mamy groźbę modelu opartego na całkowitym uwolnieniu jednostki z więzów społecznych – liberalnej (czy wręcz libertariańskiej) indywidualnej wolności. Ten model w Polsce zdaje się najpełniej wyrażać Ruch Poparcia Palikota, łączący (wciąż) neoliberalną fascynację gospodarką rynkową z „postępowymi” postulatami obyczajowymi.

Dla zwolenników „prawa wyboru” los płodów z definicji nie jest specjalnie ważny, trudno więc się spodziewać, by z tej strony padły propozycje zmierzające do rzeczywistego zmniejszenia liczby wykonywanych aborcji w Polsce.

Piłka jest po drugiej stronie – to „obrońcy życia”, również dlatego, że to oni dziś tryumfują, muszą zdecydować, czy bardziej zależy im na „życiu bezbronnych maluszków”, czy też na utrzymaniu konserwatywnej struktury społecznej. Jest to również pytanie do tych, dla których katolicka nauka społeczna nie jest pustym hasłem i którym zależy na budowaniu wspólnoty (również wspólnoty narodowej), a nie społeczeństwa będącego zbiorem rywalizujących ze sobą jednostek. Spór o aborcję ukrywa więc fundamentalny konflikt kulturowy i cywilizacyjny i to wybory, których dokonają „przeciwnicy aborcji” będą miały wpływ na to, czy Polska będzie miała szansę przetrwać jako podmiot społeczny.

Jeśli polskim „obrońcom życia” zależy rzeczywiście na „niewinnych maluszkach”, to czym prędzej powinni dokonać radykalnej liberalizacji obowiązującej ustawy antyaborcyjnej, która w pełni upodmiotowi kobiety w ciąży.

Tylko wtedy „obrońcy życia” będą mogli domagać się od zwolenników „wolnego wyboru” rozszerzenia kategorii podmiotowości z kobiet w ciąży na płody. Sporu o aborcję nie można rozstrzygnąć inaczej jak poprzez przedefiniowanie podmiotu, odchodząc od wizji jego jednostkowości i pełnej autonomii. Relacyjna, hybrydowa podmiotowość politycznie musi prowadzić z powrotem ku temu, co wspólne, stwarzając szansę i na emancypację, i na odbudowę społeczeństwa, które będzie oczywiście znacznie bardziej horyzontalne, niż zakłada model tradycyjny. Konserwatyści muszą więc zdecydować, które wartości są dla nich naprawdę ważne – „życie od poczęcia” oraz „wspólnota” czy też hierarchiczne społeczeństwo o dominującej pozycji mężczyzn, Kościoła i opresyjnego państwa. Im prędzej to zrozumieją polscy konserwatyści (jeśli jeszcze jacyś czytelnicy Floriana Znanieckiego zostali niepożarci przez barbarzyńskie hordy), tym lepiej dla nas wszystkich.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter