70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Bliskowschodni kocioł

W ostatnim roku mieliśmy do czynienia z tzw. Arabską Wiosną Ludów, czyli serią antyrządowych demonstracji, które najpierw wybuchły w Tunezji, a następnie ogarnęły cały Bliski Wschód. Po dziś dzień sytuacja w krajach tego regionu jest niestabilna. W Syrii trwa wojna domowa. W Egipcie i Libii pojawiają się spory w obrębie nowych władz. W Bahrajnie nadal dochodzi do bezskutecznych demonstracji szyickiej opozycji. By wyjaśnić współczesne bliskowschodnie animozje, należy spojrzeć daleko wstecz. Czy jednak rzeczywiście wszystkiemu winny jest spór religijny z VII w.?

Czym różnią się szyici od sunnitów i jakie są podstawy wrogości między nimi? 

Wrogość między odłamami istnieje od samego początku islamu i ma źródło w konflikcie między szyitami, czyli stronnictwem uważającym, że prawowitymi następcami Muhammada są jedynie potomkowie jego córki Fatimy i Alego, a tymi, którzy sądzili, że scheda po proroku islamu ma mieć charakter sukcesji za zasługi, a nie za pochodzenie. Antagonizmy między tymi odłamami utrzymywały się przez stulecia, a podsycane były licznymi prześladowaniami i dyskryminacją mniejszości szyickiej przez rządzące dynastie sunnickie.

Nowego wymiaru tej wielowiekowej wrogości dodało jednak – o czym się dzisiaj często zapomina – pojawienie się na Półwyspie Arabskim na przełomie XVIII i XIX w. wahabitów. Realizując ideę radykalnego oczyszczenia islamu, dopuszczali się oni prześladowań szyitów na Półwyspie i w Mezopotamii oraz niszczenia schedy po nich. Zwalczali wprawdzie wszystkich nieortodoksyjnych sunnitów, ale to szyici z ich kultem świętych, pielgrzymkami do grobów, dekorowanymi meczetami i skłonnościami do popadania w stany mistycznej egzaltacji wzbudzali u nich szczególną wrogość. Przykładowo, kiedy wahabici zdobyli w 1802 r. Karbalę, nie tylko zniszczyli mauzoleum Husajna, jedno z najświętszych miejsc kultu szyickiego, ale dokonali także masakry tamtejszej ludności szyickiej. Trwające aż do lat 30. XX w. mordy i niszczenie grobów świętych pozostają żywe w pamięci wszystkich szyitów zamieszkujących dzisiaj Arabię Saudyjską, Bahrajn czy Irak. Do tego dochodzi oczywiście prześladowanie szyitów przez reżim Saddama Husajna oraz wojna iracko-irańska – oba te zjawiska spotęgowały konflikt między tymi odłamami islamu.

W takim świetle należy, moim zdaniem, widzieć dzisiejsze walki szyitów z sunnitami i wzajemne zamachy terrorystyczne w Iraku czy nawet w Pakistanie, a także nieskrywaną wrogość między władzami w Teheranie i Rijadzie. Różnice i wynikające z nich antagonizmy mają więc charakter przede wszystkim polityczny, chociaż niektóre rozbieżności doktrynalne oraz odmienna organizacja muzułmańskiej ummy i odmienne podejście do prawa muzułmańskiego powodowały, że szyici od zawsze byli uznawani, przynajmniej w pewnych kręgach, za heretyków. Po dzień dzisiejszy można usłyszeć wypowiedzi sunnickich uczonych, w których nazywają szyitów „niewiernymi” czy „brudnymi psami”.

Czy uważa Pan, że współcześnie w Bahrajnie czy Iraku mamy do czynienia z konfliktami religijnymi?

Nie. Nie uważam, żeby wydarzenia w Bahrajnie, Iraku czy innych państwach Bliskiego Wschodu można było nazwać konfliktami religijnymi. Myślę, że mamy do czynienia z sytuacją zbliżoną do tego, co można zaobserwować na Bałkanach czy w Irlandii Północnej. Na Bałkanach toczy się wprawdzie spór między prawosławnymi Serbami a chorwackimi katolikami, a w Irlandii katolików z protestantami, jednak nie są to konflikty stricte religijne, tylko polityczno-religijno-narodowościowe. Podobnie w Iraku czy Bahrajnie – oczywiście przy zachowaniu wszelkich proporcji – mamy do czynienia z konfliktami w pierwszym rzędzie politycznymi, choć powstałymi na gruncie religii.

Czy wojna Iraku z Iranem w latach 1980–1988 również nie miała podłoża religijnego?

Wojna Iraku z Iranem była przez obie strony przedstawiana jako religijna, bo to dobrze służyło propagandzie wojennej. Oczywiście wielowiekowe animozje religijne nie były tu bez znaczenia, ale głównym motywem działań militarnych były roszczenia terytorialne do bogatego w ropę naftową pasa przygranicznego przy rzece Szatt al-Arab i irańskiego Chuzestanu, zdominowanego przez szyickich Arabów. Jednak równie ważną przyczyną, która doprowadziła do wojny, były ambicje polityczne i walka o przywództwo w świecie islamu pomiędzy Saddamem Husajnem i ajatollahem Chomeinim, ucieleśniających z kolei aspiracje swoich narodów mających w pamięci czasy imperialnej świetności – Arabów z jednej strony i Persów z drugiej. Nie demonizowałbym zatem sporu szyicko-sunnickiego, który nie ma takiego potencjału konfliktogennego jak uwarunkowania polityczne czy historyczne, a czasem także plemienne, jak w Jemenie.

W Sudanie mimo secesji części południowej występuje spór co prawda nie sunnitów z szyitami, ale sunnitów z chrześcijanami. Czy tego konfliktu nie można nazwać religijnym?

Sudan jest przykładem na to, że konflikty etniczne i religijne nabierają znaczenia tak naprawdę wtedy, gdy mamy do czynienia z problemami o podłożu egzystencjalnym lub ekonomicznym. Zarówno przynależność etniczna, jak i religia to czynniki różnicujące i podkreślające odrębność „nas” od „nich”, które nabierają szczególnego znaczenia w sytuacji konfliktu interesów politycznych. Na to wszystko zawsze nakładają się jakieś zaszłości i animozje historyczne, które łącznie tworzą mieszankę wybuchową. Wieloletnia wojna domowa w Sudanie łączyła w sobie wszystkie te elementy, ale to dobra ekonomiczne odgrywały główną rolę. Takimi dobrami byli – jakkolwiek brutalnie i nieludzko to dzisiaj brzmi – czarni niewolnicy, którymi handlowali Arabowie. Takimi dobrami były i są do dziś – jako że Sudan jest nieustannie nękany plagą suszy – żyzne pastwiska Darfuru. Są nimi wreszcie bogate złoża ropy naftowej np. w Abyei, w spornej prowincji na granicy między dzisiejszym Sudanem a Sudanem Południowym, która – i to znowu jest typowe dla takich konfliktów – jest zamieszkana przez dwie grupy etniczne, różniące się pochodzeniem, wyglądem, językiem, religią i w zasadzie wszystkim, co chcielibyśmy porównać: na południu mamy bowiem czarnoskórą ludność nilotycką, głównie z plemienia Dinka, a na północy arabskich nomadów z plemienia Misiriya.

Jak zatem opisać konflikt w Iraku?

W Iraku podobnym konfliktem był, a po części nadal jest, spór kurdyjsko-arabski, który również zawiera w sobie wszystkie wspomniane wcześniej elementy: etniczne, językowe, religijne, historyczne, polityczne i oczywiście ekonomiczne. Nie da się przesądzić, który z nich jest najważniejszy, ale moim zdaniem te o charakterze ekonomicznym czy bytowym są zazwyczaj podstawowe. Można to ująć krótko: z powodu różnic religijnych, etnicznych, językowych czy politycznych ludzie mogą doświadczać różnego rodzaju nieszczęść, które czasem prowadzą do śmierci, kiedy jednak zagrożony jest podstawowy byt ekonomiczny, konflikt przeradza się niemal zawsze w walkę o przetrwanie.

W dzisiejszym Iraku prezydent jest Kurdem, a premier szyitą. Jak w takiej sytuacji odnajdują się sunnici?

To skomplikowana kwestia, bo mamy do czynienia z jednej strony z odgórną regulacją stosunków społecznych poprzez wspieranie pewnych ugrupowań na rzecz innych, a z drugiej – z mechanizmem odreagowania, jaki zawsze obserwujemy w procesach społecznych. Wielkie skupiska ludzkie wykazują naturalną tendencję do samoregulacji i homeostazy – jeśli wahadło działań społecznych wychyla się zbyt silnie w jedną stronę, to powracając, musi wychylić się z podobną siłą w drugą stronę.

Dzisiejsza sytuacja na szczytach władzy w Iraku jest wynikiem tego, że marginalizowani przez lata szyici i Kurdowie, wspierani aktywnie przez Amerykanów, zaktywizowali się w obszarze działań politycznych, natomiast dominujący dotychczas sunnici usunęli się w cień – co zresztą doskonale odzwierciedliła frekwencja wyborcza w 2005 r. Obywatele pozbawieni dotychczas możliwości ekspresji politycznej biorą odwet za lata dyskryminacji, a cały ten rewanżyzm polityczny jest podsycany dodatkowo przez grupy ekstremistyczne, które mają własne cele polityczne. Szyici nie są przecież jakimś monolitem – część skłania się ku radykalnym przywódcom takim jak Muktada as-Sadr, a część ku bardziej umiarkowanym, jak ajatollah as-Sistani. Ale działają też organizacje terrorystyczne np. samozwańcza „Al-Kaida w Mezopotamii”, która w 2005 r. wypowiedziała irackim szyitom „wojnę totalną”. Dodatkowo sytuację komplikuje poparcie Kurdów przez Amerykanów i niejasna rola Iranu wspierającego szyitów.

Czy w Bahrajnie jest podobnie?

Bahrajn jest podobny do Iraku, bo rządząca dynastia sunnicka sprawuje władzę w państwie, w którym ponad dwie trzecie ludności to szyici. Ale z drugiej strony jest to kraj, który dotychczas stanowił niemal wzorzec dla innych państw arabskich w zakresie regulacji oraz przestrzegania praw człowieka. Nie zmienia to faktu, że szyici byli i są pozbawieni praw i możliwości ekspresji swoich ambicji politycznych, nie mówiąc już o takiej zwyczajnej dyskryminacji jak choćby w zakresie podejmowania pracy czy wynajmowania mieszkań. Od lutego 2011 r., kiedy pod wpływem tzw. Arabskiej Wiosny Ludów doszło do pierwszych manifestacji i protestów, sytuacja ewoluowała poprzez wprowadzenie na wiosnę stanu wyjątkowego aż do względnego spokoju i dialogu w drugiej połowie roku. Początkowe próby ustępstw na rzecz wolności słowa czy rozdawania pieniędzy – całkiem sporych, bo w przeliczeniu na złotówki to mniej więcej po 8 tys. na rodzinę – nie dały żadnego rezultatu. Szczególne oburzenie, nie tylko na Zachodzie, ale częściowo także wśród krajów arabskich, wywołało prześladowanie przez służby bezpieczeństwa rannych szyickich demonstrantów w szpitalach, ale także lekarzy, którzy udzielali im pomocy.

Całą sytuację komplikuje jeszcze to, że szyitów popiera Iran, a zagrożony reżim w Manamie inne sunnickie monarchie w Zatoce takie jak Arabia Saudyjska czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, które zadeklarowały gotowość interwencji militarnej w rodzaju „bratniej pomocy wojskowej”. I dla nikogo nie było tajemnicą, że chodziło o wysłanie odpowiedniego sygnału, iż żaden kraj Zatoki, na którego terytorium mieszkają szyici, nie zgodzi się na szyicką irredentę. Ponownie więc widzimy, że prosty, zdawałoby się, konflikt religijny ma tak naprawdę głębokie wewnątrzpolityczne, a nawet międzynarodowe uwarunkowania.

Czy takie konflikty występują tylko w Iraku i Bahrajnie czy na całym Bliskim Wschodzie?

Nie da się tego tak jednoznacznie uogólnić, ale z podobnymi problemami mamy do czynienia w wielu krajach. Rzućmy tylko okiem, gdzie znajdują się największe złoża ropy naftowej, a zobaczymy bardzo charakterystyczne zależności: w Iraku to okolice kurdyjskiego Kirkuku; w Iranie zdominowany przez arabską mniejszość Chuzestan; w Arabii Saudyjskiej to prowincja al-Hasa, tradycyjnie szyicka i na dodatek doświadczona brutalnymi wahabickimi podbojami. Są oczywiście też takie kraje jak Jemen, gdzie szacunkowo szyici stanowią połowę, a może nawet dwie trzecie społeczeństwa – tam konflikty mają podłoże głównie plemienne. W Libanie zaś, gdzie też mamy niemal połowę ludności szyickiej, konflikty wynikały przede wszystkim z zaangażowania Palestyńczyków oraz Irańczyków w wewnętrzne sprawy tego kraju.

W historii to zawsze sunnici prześladowali szyitów, czy według Pana możliwa byłaby sytuacja odwrotna?

Trudno mi to sobie wyobrazić, choćby z tego powodu, że poza Iranem szyici nie sprawują władzy. Są takie kraje jak Azerbejdżan, gdzie większość szyicka ma odzwierciedlenie w strukturze władzy, ale ta władza nie ma charakteru wyznaniowego. Znając jednak dynamikę procesów społecznych i politycznych, nie możemy takiej sytuacji absolutnie wykluczyć. Ostatecznie przemoc, czy to o charakterze religijnym, czy politycznym, nie jest czymś właściwym jednemu ugrupowaniu religijnemu lub politycznemu. Najlepszym przykładem jest organizacja Ahlul Bayt wspierana przez rząd w Teheranie, która dość otwarcie nawołuje do prześladowania sunnitów, zwłaszcza w Europie czy w Ameryce Północnej.

Ale kiedy szyici i sunnici mają wspólnego wroga, są w stanie współpracować, np. szyicki Hezbollah z sunnickim Hamasem przeciwko Izraelowi. Czy nie jest tak, że kiedy pojawia się wspólne zagrożenie, ich wzajemne waśnie schodzą na drugi plan?

Jest takie stare przysłowie arabskie: „ja z moim bratem przeciwko mojemu kuzynowi, ja z moim kuzynem przeciwko mojemu sąsiadowi, ja z moim sąsiadem przeciwko znajomemu spoza naszego miasta”. I to przysłowie doskonale obrazuje sytuację. Kiedy mamy zewnętrznego wroga, łatwo się sprzymierzamy, ale to nie jest współpraca, która może owocować pozytywnymi rezultatami. Jest to typ więzi negatywnej, która ze swej natury ma charakter nietrwały i tylko chwilowo daje iluzję zbliżenia. Hamas z Hezbollahem mogą wspólnie działać na poziomie militarnym, ale nigdy nie stworzą żadnej wspólnej wizji ani wspólnej polityki. Hezbollah rozgrywa przy tym własną politykę, na którą niemały wpływ mają – jak można wnioskować z udzielanego jej poparcia – władze w Teheranie. To poparcie ma zresztą całkiem realny wymiar, bo pozwala rozszerzać wpływ szyickiego reżimu na obszar dotychczas zdominowany jednak przez sunnitów. Problem palestyński jest tylko propagandową zasłoną dymną. Nikt tak naprawdę nie wierzy chyba w to, że prezydentowi Ahmadineżadowi zależy na wolnej Palestynie.

W kogo w takim razie miałaby być wymierzona broń atomowa Iranu?

To zdumiewające, jak wiele osób ostrzega przed tym, że kiedy Iran zdobędzie już bombę atomową, będzie chciał zaatakować Stany Zjednoczone czy Wielką Brytanię. Moim zdaniem to są mrzonki i fantazje. Program atomowy Iranu jest jednoznacznie wymierzony w jego głównych wrogów, czyli wahabickich władców Arabii Saudyjskiej. Zdobycie broni atomowej ma na celu zmianę układu sił na korzyść Iranu przede wszystkim w Zatoce Perskiej, ale w szerszym wymiarze na całym Bliskim Wschodzie. Budowanie tarczy antyrakietowej w Europie Środkowej to jest polityczna gra, której celem jest obecność baz wojsk amerykańskich na tym terytorium, a nie żadna ochrona przed wyimaginowanym zagrożeniem. Cokolwiek by mówić o reżimie w Teheranie, nie jest on z pewnością aż tak szalony, żeby nad głowami Europejczyków wysyłać rakiety do USA.

W pewnym sensie miała Pani dobrą intuicję, pytając, czy szyici kogoś prześladują. Jeszcze nie, ale istnieje takie prawdopodobieństwo. Jeżeliby program atomowy udało się sfinalizować, zmieniłoby to układ sił na Bliskim Wschodzie w taki sposób, że nie da się takiej ewentualności wykluczyć. Reżim ajatollahów pokazał wielokrotnie, że potrafi się bezwzględnie rozprawiać ze swoim wrogami. Ponadto zauważmy, że zdobycie bomby atomowej przez Iran musiałoby doprowadzić do całkowitej rekonfiguracji sił na całym Bliskim Wschodzie. Z pewnością starałby się ją wówczas zdobyć także Egipt, który takie ambicje już od jakiegoś czasu sygnalizuje, a niewątpliwie musiałaby to uczynić także Arabia Saudyjska. To doprowadziłoby w najlepszym razie do sytuacji takiej jak pomiędzy Pakistanem i Indiami, a w najgorszym do nieprzewidywalnego w skutkach konfliktu światowego.

Przedstawił Pan bardzo czarny scenariusz. Spójrzmy może na spór w obrębie islamu od innej strony. Czy powstają jakieś inicjatywy porozumienia sunnicko-szyickiego? Czy uważa Pan, że istnieje jakaś szansa dialogu między oboma odłamami?

Pewne szanse zawsze istnieją, ale należy je oceniać bardzo sceptycznie. Próby zbliżenia były podejmowane jeszcze w XVIII w. za panowania Nadir Szaha w Iranie, kiedy to szkołę prawną imamitów – głównego nurtu szyickiego – starano się uczynić równoprawną z czterema obowiązującymi szkołami sunnickimi. Zakończyło się to całkowitym niepowodzeniem. Temat dialogu i zbliżenia był potem jeszcze podejmowany w latach 20. i 30. XX w. podczas tzw. kongresów muzułmańskich, ale zinstytucjonalizowaną formę przybrał dopiero pod koniec lat 40. wraz z utworzeniem tzw. Organizacji Zbliżenia między Szkołami Muzułmańskimi. Jej powstanie było wspólną inicjatywą ówczesnego rektora najbardziej autorytatywnej uczelni sunnickiej, czyli Uniwersytetu al-Azhar, Mustafy Abd ar-Raziqa oraz szyickiego uczonego Muhammada Taqi Qommi. Organizacja wydawała wspólne czasopismo i patronowała kongresom szyicko-sunnickim, ale dialog skończył się z chwilą zwycięstwa rewolucji islamskiej w 1979. Problematyczne jest jednak nie tyle to, że próby zbliżenia należą dziś do historii, ile bardziej to, że był to ekumenizm – o ile możemy tu użyć takiego słowa – elitarny, czyli funkcjonujący na poziomie uczonych, i nigdy nie udało się tego porozumienia przełożyć na język zwykłych ludzi.

IGNACY NASALSKI – arabista i politolog, doktoryzował się na uniwersytecie w Kolonii, obecnie adiunkt w Instytucie Orientalistyki UJ

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata