70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

10,780,000,000 wyników w 0.21 sekundy

Całości nagromadzonej informacji nie sposób wchłonąć i jakkolwiek by się człowiek nie starał, zawsze dręczyć go będzie niepewność, że coś ważkiego umknęło mu z pola widzenia. Jednak najtrudniejszy dziś problem wiąże się z koniecznością wyłowienia odżywczego ziarna z powodzi plew!

Obawia się Pan o przyszłość mediów?

Historia poucza, że z apokaliptycznymi przepowiedniami i biciem na alarm wypada być ostrożnym. Nikt nigdy z mediów zadowolony nie był. Straszyli nas mediami od niepamiętnych czasów – w tym temacie nic się nie zmieniło. Już gdy pojawił się Gutenberg i wymyślił „maszynkę do druku”, licznych mędrców ogarnęła panika, że coś się kończy – i kultura, i wiara, a przede wszystkim, że rozpusta i zepsucie obyczajów wedrą się drukarską szparą do przyzwoitych dotąd i bogobojnych domostw… Wielki pisarz węgierski – Sandor Marai – zanotował w swoim dzienniku w 1956 r., czyli 60 lat przed obecną wrzawą wokół upadku dziennikarstwa, że nasza epoka jest jedną z najbardziej ogłupiających w historii. A jeszcze stulecie wcześniej Sǿrena Kierkegaarda trwożył natłok prasowej informacji: już, jak alarmował, „prawdy nie widać spoza kłamstw codziennej prasy”. Powstrzymałbym się więc przed takimi sądami, że dzisiejsze zmartwienia i obawy związane z przyszłością mediów nie mają swego precedensu. Dziś po prostu niebezpieczeństwa są inne niż dawniej, wynikają z odmiennych przyczyn, w czym innym je upatrujemy. Marzenie ludzkości, by móc dokładnie przekazać obraz świata bez żadnych zniekształceń, skrótów, uproszczeń, skazane jest na niepowodzenie tak samo, jak miało to miejsce 100, 200 i 500 lat temu, i to się prawdopodobnie nie zmieni. Aby dziennikarz mógł w pełni, bez potknięć i lawirowania między pułapkami, spełnić przypisywane swemu zawodowi powołanie i osiągnąć stawiany przed nim cel, trzeba byłoby zmienić coś więcej niż obyczaje dziennikarskie. Pewnie trzeba by „pomajstrować” przy zasadach, na jakich życie społeczne się opiera, i przy mechanizmach, jakie je napędzają.

Jakie problemy czy niebezpieczeństwa stoją więc przed dziennikarstwem dzisiaj?

Wskazałbym na trzy nowe zjawiska w dzisiejszym świecie, które budzą, moim zdaniem, szczególny niepokój. Pierwsze to nadmiar informacji. To on, a nie jej niedobór jest dziś najnieznośniejszą z przeszkód w rozumieniu świata. Miast przebijać się przez mur ignorancji, nagromadzona wiedza sama staje się murem, który od świata odgradza. Gdy parę lat temu pisałem książkę o „płynnym życiu”, sprawdziłem w Google, ile odpowiedzi internet dostarczy na hasło „informacja”: dostałem 3,5 mln wyników. Trzy lata później, krótko przed naszą rozmową, ponowiłem tę próbę: to samo hasło wygenerowało już 9 bln 700 mld odpowiedzi; na termin „news” otrzymałem 10 bln 780 mld rezultatów. Nie było rzecz jasna mowy, bym choć z drobną cząstką tego wszystkiego się zapoznał. Zresztą olbrzymia większość wybranych przez mnie na „chybił-trafił” portali w ogóle nie odnosiła się do sprawy i myliła tropy, miast torować drogę. Problem polega więc dziś na tym, jak dotrzeć do tych niewielu treści, które naprawdę są dla obranego kierunku poszukiwań istotne. Ilość informacji rośnie dziś w tempie wykładniczym, a przecież nasza zdolność chłonięcia wiedzy, a także przyswajania jej i zatrzymywania, nie wzrosła od czasów Adama i Ewy… Całości nagromadzonej informacji nie sposób wchłonąć i jakkolwiek by się człowiek nie starał, zawsze dręczyć go będzie niepewność, że coś ważkiego umknęło mu z pola widzenia. Jednak najtrudniejszy dziś problem wiąże się z koniecznością wyłowienia odżywczego ziarna z powodzi plew! W jednym niedzielnym wydaniu „The Sunday Timesa” jest więcej informacji niż filozof oświecenia XVIII w. konsumował w ciągu całego życia. Zamiast napełniać płuca życiodajnym tlenem, natłok informacji dusi.

Nawet gdybyśmy dostawali ten tlen w odpowiedniej ilości, to chyba i tak nie mamy czasu na spokojnie oddychanie…

Właśnie… Drugi z nowych kłopotów, jakie dręczą współczesnego człowieka, to „tyrania momentu”. W epoce „realnego czasu” dziennikarze pracują pod niesamowitą presją, wiadomości starzeją się zbyt szybko, by starczyło czasu na ich uzmysłowienie i zgłębienie. Do tego dochodzi dzika konkurencja o miejsce w mediach o ograniczonej przecież pojemności: „wiadomość” ma się zmieścić w powiedzmy 20 wierszach szpalty albo 30 sekundach telewizyjnego dziennika. Symptomem naszych czasów jest Twitter – tam 140 znaków stanowi limit nieprzekraczalny! Pewien francuski dziennikarz zauważył, pół żartem, pół serio, że gdyby sprawa Dreyfusa wybuchła dzisiaj i Emila Zolę zaproszono do telewizji, by zaprotestował przeciwko gwałceniu prawa i wartości moralnych przez francuską sołdateskę, dano by mu dokładnie tyle „czasu na antenie”, że zdążyłby jedynie wykrzyknąć „J’accuse!” – i ani sekundy więcej… Po czym wyemitowano by kolejną reklamę najnowszej odmiany proszku do prania. Na strawienie informacji czasu już całkiem brak. Nagłówki na pierwszych stronach gazet służą dziś głównie temu, by wypierać z pamięci nagłówki wczorajsze. Zamiast w kulturze uczenia się, żyjemy dziś w kulturze zapominania.

A trzeci problem?

Trzecie zjawisko wyraził Marshall McLuhan w zwięzłej acz przenikliwej obserwacji: „media same są przekazem”. Co miał na myśli? Że media ze swej technicznej natury odciskają nie tylko formalne, ale i treściowe piętno na wszystkim, co przekazują. Piotr Kraśko informował o świecie nie tylko słowami, jakie wypowiadał, ale i sposobem ich wypowiadania: jako spiker „Wiadomości” w TVP1 nie siedział za stołem zarzuconym papierami, ale biegał po pokoju. Jaki jest bezsłowny przekaz? Wszystko płynie, świat żyje w pośpiechu, siąść i pomyśleć to tyle, co wypaść z bieżni. Nie można tego traktować jako osobliwości Kraśki: w bardzo wielu telewizjach na świecie prezenterzy prowadzą serwis informacyjny „na chodzie”, krzeseł w zasięgu kamer ubywa. Wiadomo, że ludzka uwaga jest ulotna i trzeba ją łapać w biegu. Ale czy pod ciśnieniem drogocennego czasu nie wprawiamy jej przypadkiem w jeszcze szybszy bieg i czy zamiast skłaniać widzów do zastanowienia, nie oduczamy ich tego nawyku i sztuki jakiej wymaga? Poza czasem przeznaczonym dla „nocnych marków” i niszowymi stacjami nadawczymi, coraz trudniej o choćby półgodzinną tylko audycję poświęconą systematycznej i pogłębionej refleksji nad jednym tematem. Media żyją wszak z notowań oglądalności, tzw. „ratingów” – im więcej widzów, tym więcej reklam i w efekcie – więcej pieniędzy. Z musu raczej niż wyboru informację wypiera „infozrywka” – połączenie informacji i rozrywki (coś w rodzaju przysłowiowego pasztetu z konia i zająca – jeden zając, jeden koń…). Zamiast konsekwentnego wywodu otrzymujemy „dźwiękokęsy” (soundbites). Po obejrzeniu dziennika człowiek może mieć wrażenie, że dowiedział się o wielu ważkich sprawach, ale w rzeczywistości on się tylko po nich prześlizgnął. Polszczyzna bez oporu przejęła z „kosmomowy” termin „surfowanie” – oznaczający ślizganie się po powierzchni fal, zamiast pływackiego zanurzania się w nich, nie wspominając już o nurkowaniu i zagłębianiu. Dziś informacja dociera do nas coraz szybciej, w zawrotnym wręcz tempie, ale jeszcze szybciej ucieka.

Kiedyś posłużył się Pan metaforą samolotu, by opisać czasy, w których żyjemy. Ludzkość leci samolotem i nagle pojawiają się turbulencje. Ktoś zagląda do kabiny pilota i okazuje się, że nie ma tam człowieka, a samolotem steruje autopilot. W dodatku samolot zmierza na lotnisko, które ma nie najlepszą sławę. Gdzie w tej metaforze jest miejsce dziennikarza? Czy dziennikarz leci samolotem? A może jest już na lotnisku i czeka na katastrofę?

Dziennikarzy nazwano „czwartym stanem” wkrótce po tym, jak pogardzany i lekceważony do niedawna „stan trzeci” (mieszczaństwo) przejął cielesne i duchowe rządy… Trudno sobie wyobrazić nowoczesne społeczeństwo, a przynajmniej jego liberalno-demokratyczną odmianę bez dziennikarzy, patrzących władzy na ręce i dyszących jej w kark. To zadanie (ta funkcja) przysparza dziennikarstwu wagi i mocy, ale i obciąża odpowiedzialnością. Wracając do przywołanej przez Pana metafory: obowiązkiem dziennikarza jest zbadać sytuację podczas lotu. Odkryć, że kabina pilota jest pusta, wszcząć alarm, uprzedzić w porę pasażerów, ostrzec, że zrobić coś w tej sprawie należy i to pilnie, i skłonić ich, by się w zapobieżenie katastrofie aktywnie, nie czekając na „odpowiednie instancje”, zaangażowali. A w dalszej perspektywie spowodować publiczną debatę nad konstrukcją samolotów, rolą pilotów, zakresem działań wież kontrolnych i zasadami powietrznej nawigacji.

Ale żeby dziennikarz mógł wejść do tej pustej kabiny i cokolwiek ustalić, potrzebuje i czasu i środków. Czy media działające w realiach rynkowych są w stanie utrzymać i dobrze pełnić tę kontrolną funkcję, o której Pan wspomniał? W czasie kryzysu media w pierwszej kolejności rezygnowały właśnie z wydatków na dziennikarstwo śledcze…

To ważne pytanie, podzielam niepokój w nim zawarty, ale nie jestem w stanie na nie „odpowiedzialnie odpowiedzieć”. Leszek Kołakowski nader słusznie zauważył, że tzw. futurologia, czyli „nauka o przyszłości”, jest absurdem bądź oszustwem, gdyż sugeruje ona ni mniej ni więcej możliwość nauki o niczym. Przyszłość ze swej definicji nie istnieje (gdy zaistnieje, nie będzie już przyszłością, lecz teraźniejszością).

Wróćmy jednak do poruszonej przez Pana kwestii. Słusznie narzeka Pan na cięcia w mediach – te teraźniejsze… Dotykają one nie tylko – jak Panu wiadomo – dziennikarstwo, ale również m.in. sektor, gdzie ja spędziłem swoje życie, czyli świat akademicki. W ciągu 20 lat, jakie upłynęły od mojego przejścia na emeryturę wiele się zmieniło. Gdy odchodziłem, na uniwersytecie angielskim na jednego pracownika nauczającego przypadało od 6 do 10 studentów, a w tej chwili przypada ich od 30 do 60. Relacja mistrza i ucznia nie może wyjść z tych „cięć” bez szwanku! Za wcześnie, by podliczać wszystkie konsekwencje takiej polityki, ale nie ulega wątpliwości, że nowa „pocięciowa” sytuacja wymaga nowych kwalifikacji, większego niż dotąd wysiłku i intensywniejszej pracy. Trudniej jest pracować w mediach teraz niż wtedy, kiedy o wiele więcej dziennikarzy wysilało się, by zapełnić jedną szpaltę. Obecnie dziennikarz musi robić wszystko w pośpiechu, czyli po łebkach, raczej surfując raczej po plotkach, domysłach, insynuacjach i przeciekach niż zagłębiając się w zagadnienia. Przychylnej atmosfery dla Kapuścińskich dzisiejszych czasów nie ma. Mimo to, Kapuścińscy, na przekór przeciwnościom losu, pojawiają się od czasu do czasu… Tym większa im chwała.

Czy niebezpieczeństwem są dziś również algorytmy, które decydują o tym, jakie informacje odnajdujemy za pomocą wyszukiwarek internetowych i mają wpływ na to, co i jak często widzimy w mediach elektronicznych? Czy postrzega Pan jako zagrożenie sytuację, w której coraz mniej jest człowieka a coraz więcej maszyn, mechanizmów i algorytmów w nadawaniu sensu znaczeniom i wydarzeniom?

Algorytmy są przeniesieniem praktyk marketingowych na resztę środków masowego przekazu. Wymyślono je właśnie po to, by firmy mogły uprościć zadania reklamy, by nie musiały emitować jej na oślep, w pustkę, tak jak się to działo wcześniej, a i wciąż jeszcze, choć rzadziej, dzieje. Ma ona docierać wprost do potencjalnego nabywcy. Algorytmy wymyślono po to, żeby użytkowników np. Facebooka można było sklasyfikować, śledząc to, czym się interesują, jakie portale i z jakimi intencjami odwiedzają i czym zajmują się ich „przyjaciele”. Przeciętny użytkownik Facebooka ma co najmniej pół tysiąca przyjaciół, a to jest już spora próbka statystyczna, z jakiej można wydedukować podatność na reklamowaną pokusę. W rezultacie w tym i innych serwisach pojawiają się reklamy skierowane nie do ogółu użytkowników, ale do konkretnego Jasia Kowalskiego, zwrócone jakby do niego osobiście i odpowiadające na jego marzenia, upodobania, zainteresowania. Jest to po pierwsze mniej kosztowne niż reklama emitowana na oślep, a po drugie bardziej dochodowe. Sam tego na sobie doświadczyłem. Co prawda nie ma mnie na Facebooku, ale nabywam książki z serwisu Amazon, który też ma na usługach taki algorytm. Kiedykolwiek więc wchodzę na portal, pojawia się komunikat w stylu: „cześć Zygmuncie, mamy specjalnie dla Ciebie przygotowane propozycje”.

I muszę przyznać, że ten chytry algorytm funkcjonuje dobrze, bo książki, które mi polecają spośród tysięcy innych, naprawdę trafiają do moich zainteresowań. Wszystkie tzw. portale „społeczne” są opłacane przez firmy sprzedające towary lub usługi. Mamy tu do czynienia ze swoistym zbiegiem podaży z popytem. Ludzie potrzebują asysty, by się przez natłok niechcianej, a natrętnie wszędobylskiej „informacji” przebić, więc robota algorytmu jest mile widziana: algorytm odgrywa tu rolę młockarni. Jak już mówiłem, w odróżnieniu od czasów mej młodości, kiedy moje pokolenie skarżyło się na brak informacji, dziś cierpimy z powodu jej zalewu i najbardziej brak nam takiej właśnie młockarni, która by oddzielała cenną dla nas wiedzę od bezużytecznej. Sam algorytm nie „chwyciłby”, gdyby nie „potrzeba społeczna”, która z jego nadania powstała.

Technologia powoduje zmiany w ludzkiej percepcji. Można odnieść wrażenie, że cała wiedza „pokolenia online” jest gromadzona na dysku zewnętrznym w postaci internetu. Jeżeli człowiek jest „podpięty” do tego dysku – może korzystać ze swoich umiejętności, ale w momencie kiedy ma działać w trybie offline, staje się zupełnie bezradny…

Coś w tym jest: po pierwsze, nie zapamiętujemy już faktów, by nie obciążać bez potrzeby pamięci. Dzięki serwerom w każdej chwili potrafimy (w zasadzie) wyciągnąć składowaną w nich informację, więc po co tracić czas na „wkuwanie” i „zamulać” sobie mózg. Po drugie, zważywszy na wykładnicze tempo wzrostu informacji i tyranię chwili, szansa na przyswojenie informacji i utrzymanie jej w głowie jest i tak znikoma. Nie jest to tendencja nowa (podobną funkcję pełniły, choć w znacznie mniejszym wymiarze, np. biblioteki publiczne), ale ilościowy wzrost informacji w erze elektroniki i kuszące pozory jej dostępności przeobrażają się w nową jakość. Wszystko to razem wzięte, nie może nie mieć olbrzymiego wpływu nie tylko na sytuację dziennikarzy, ale również nauczycieli szkolnych czy profesorów uniwersyteckich (niegdyś kontrolujących dostęp ucznia do wiedzy), którzy swoje doktoraty i rozprawy naukowe, zapewniające im miejsce na katedrze, pokończyli 10, a może i 20 – 30 lat temu. Teraz przecież każdy może sobie w sklepie narożnym albo nawet nie odchodząc od komputerowego monitora, nabyć software o świeższej niż ta w głowie jego nauczyciela zawartości. Trudno w tych warunkach sprawować rolę gatekeepera wiedzy, na jakiej zasadzał się autorytet nauczycielski.

Co będzie w przyszłości największym wyzwaniem dla mediów i dziennikarzy?

Zadaniem dziennikarza w dzisiejszych czasach, ważniejszym niż proste pośrednictwo w przekazie informacji – bo ta i tak bezustannie spływa wartkim potokiem na bezbronnych odbiorców, nawet jeśli nie czynią oni nic, by się do niej dostać – jest pomaganie człowiekowi zagubionemu w informacyjnych chaszczach, w odnajdywaniu związków między zdarzeniami. A także: przypominanie o tym, o czym słyszało się parę dni temu, a o czym się już zapomniało pod naporem nowych wiadomości i wiązanie tej wiedzy z tym, co się dzieje obecnie; wykrywanie tendencji w pozornie chaotycznym zbiorowisku przypadków i odsłanianie mechanizmów, jakie się za tymi tendencjami kryją. Jest to rola nie tylko i nie tyle dostarczyciela informacji, ile przewodnika po niej, asystenta w trudnej sztuce rozumienia świata i naszego-w-nim-bycia. Myślę, że przyszłość dziennikarstwa kształtować się będzie w zależności od tego, czy i jak dziennikarze nabiorą umiejętności, których spełnienie wymienionych przeze mnie ról wymaga.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata