70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Łza po Nowosielskim

Blisko rok temu odszedł Jerzy Nowosielski – wielki mistrz sztuki sakralnej. Niestety, nie pozostawił po sobie uczniów. Trudno znaleźć artystów, którzy potrafiliby malować tak jak on w Wesołej czy w Tychach. Wszyscy wiemy, że sztuka sakralna przeżywa kryzys, jednakże niewielu uświadamia sobie, jak mało się temu przeciwdziała.

W polskim Kościele jej problem zdaje się nie istnieć. Z męczącą polityką przegrywa już nie tylko ona sama, ale kwestie estetyki w ogóle. Tymczasem problemy ze sztuką sakralną ciągną się w Polsce od lat 80. We wstępie wydanej w tamtym czasie przez Znak książki Sacrum i sztuka Jacek Woźniakowski ubolewał nad nikłym zainteresowaniem hierarchów pięknem w świątyniach. W tamtej epoce problemy z kościelną sztuką, w tym przede wszystkim z architekturą, miały podstawy polityczne i materialne (tak mówiono).

A choć obecnie Kościół znakomicie radzi sobie finansowo i nie buduje świątyń za plecami władzy, to jednak w tej materii niewiele się zmieniło. Problem leży zatem gdzie indziej.
Będąc kilka tygodni temu w Tbilisi i okolicach, odwiedziłem świątynie gruzińskiego Kościoła prawosławnego. Odkryciem była dla mnie ikona, którą tym razem mogłem obserwować nie w warunkach muzealnego oglądu, lecz żywego Kościoła. Ikona nie rości sobie pretensji do ukazania osobowości jej autora, lecz skupia się na teologicznym przekazie, a równocześnie nie staje się eksperymentem artystycznym. Zaskoczeniem było dla mnie to, jak bardzo zabieg wykładania świątyń ikonami zabezpiecza sferę sacrum przed kiczem lub mało udanym doborem wystroju ich wnętrz. Ukrywając autora, ikona daje gwarancję, że słabości twórcy oraz jego prywatne ekspresje będą w jakimś stopniu zamaskowane, nie zakłócą istoty – świętego wizerunku. Projektowanie osobistych odczuć na malarstwo sakralne utrudnia niekiedy jego odbiór. Drogą do przełamania kryzysu sztuki sakralnej nie jest sięganie do coraz bardziej wyrafinowanych osobowości twórczych. Może powinniśmy z większą estymą zwrócić się do pisarstwa ikonicznego?

Choć Gruzja pozostaje krajem wczesnej transformacji, to wiele moglibyśmy się od niej nauczyć. Przy seminarium prawosławnym działa szkoła ikon, czy raczej niewielkie studio. Proste wnętrze, kilka stołów, na ścianie powieszona modlitwa. Uczniowie – świeccy i zakonnice – w milczeniu modlą się, następnie przy szepcie mistrza piszą ikonę. Wszyscy pochłonięci są procesem pisania, nie zauważają obecności kilku odwiedzających. To bardzo wzruszające. Wyczuwa się napięcie i skupienie na tym, co święte. Pisarz ikon ma świadomość odpowiedzialności, że ktoś będzie się przy jego dziele kiedyś modlił.

Bardzo bym chciał, aby takie studio powstało przy którymś polskim arcybiskupstwie lub wydziale teologicznym. Diecezje, zwłaszcza w metropoliach, byłoby stać na taki wydatek. Studio nie tylko uczyłoby praktyki sztuki sakralnej, ale mogłoby także angażować się w refleksję intelektualną na jej temat. Podkreślam, że chodziłoby o praktyków, a nie historyków sztuki, których u nas dostatek. Nie mam na myśli także zakładów konserwatorskich, wszak niektóre diecezje takie utrzymują. Kto mógłby takie studio prowadzić? Nowosielski zmarł, w Polsce nie ma obecnie autorytetu tej rangi. Może moglibyśmy poprosić kogoś z zewnątrz, choćby ze wspomnianej Gruzji, prawosławnego, który jest zaangażowany w taki proces nie tylko twórczo, ale i duchowo? Z naszej strony byłby to piękny ekumeniczny gest: prawosławni, uczący katolików pisać ikony.

Ufam, że w tych troskach i pomysłach nie jestem sam, że dla wielu katolików w Polsce jest to problem, z którym trzeba będzie sobie poradzić w przyszłości. Z reguły nie wypada zwracać się bezpośrednio do czytelników, ale może jakiś hierarcha czy inny duchowny czyta właśnie ten felieton i miałby odwagę podjąć się takiego zadania? Jeśli tak, służę pomocą. Na początek mogę opowiedzieć, jak to wygląda w Gruzji.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata