70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Podglądanie Czapskiego

W dzienniku Czapski realizował „święty egoizm malarza”: aby twórca mógł być dla ludzi, musi posiadać własny, utajony świat. W ręce niepożądanych czytelników trafił dwutomowy album z reprodukcjami pięciuset kart.

Malarstwo i pisanie, dwie namiętności Czapskiego lub raczej dwie konieczności, najpełniej spotykały się w prowadzonych przez dziesięciolecia dziennikach. Powstało ich prawdopodobnie blisko 300 tomów, ocalało ponad 270 (przedwojenne kajety przepadły).

Te najważniejsze – ostatnie – zapełniały półkę nad łóżkiem Czapskiego w jego pokoju w Maison-Lafitte, dzisiaj przechowuje je Muzeum Narodowe w Krakowie. Ich liczba przytłaczała Czapskiego w przenośni i zupełnie dosłownie: sypały mu się na głowę, gdy próbował wydobyć pojedynczy tom. Rzadko rozstawał się z zapisywanym właśnie zeszytem. Oddychał i patrzył piórem, ołówkiem, pędzlem. Łapane in flagranti pozy i gesty przechodniów czy znajomych zamykał w dziennikach. Kajety pęczniały od lokatorów: kartek, wycinków z gazet, pocztówek i listów przesyłanych przez przyjaciół.

Cały ten dobytek znaczył czasem drogę Czapskiego po paryskich muzeach i galeriach. Bywało, że pisarz tracił swój zeszyt. „Zgubiłem kajet, więc piszę tu” – notował na wklejonym potem do tomu 7 (1944-45) skrawku papieru. Dziennik wiódł równoległe życie do życia autora. Właśnie teraz rozpoczął on swój kolejny rozdział: w ręce niepożądanych czytelników trafił dwutomowy album z reprodukcjami pięciuset kart.

Dzienniki oglądali dotąd nieliczni. Pojedyncze karty wykorzystywano jako ilustracje do książek i okładek Czapskiego, a także tomiku wierszy Adama Zagajewskiego. Szczęśliwcy mogli zwiedzić też wystawę przygotowaną przez Janusza Marciniaka (oprócz licznych fotografii, eksponowano dwa kajety) oraz małą ekspozycję kilkunastu zdjęć i notatek wystawioną kilka lat temu u krakowskich dominikanów.
Bardzo długo Dziennik był dla nas głównie tekstem. Tak udostępnił go nam sam autor, który traktował go jak brudnopis esejów czy listów (stał się też podstawą Na nieludzkiej ziemi). Nieco później za namową przyjaciół zdecydował się na opublikowanie wyboru z codziennych wpisów, które nazwał „wyrwanymi stronami”. Z tych urywków wyłania się człowiek w trudzie układający się z samym sobą, z czasem, z malarstwem; przyglądający się sobie bez złudzeń, próbujący dociec prawdy. Można o nim powiedzieć, że jest dobrowolnym więźniem malarstwa, pogodzonym chyba z wyrokiem wiecznego poszukiwania. „Mój dziennik jest całymi partiami zupełnie nudny” – twierdził. Nie miał racji.

Podziemna korona

Choć wielu diarystów uzupełniało tekst szkicami, a wielu artystów notowało w swoich szkicownikach, trudno przywołać kogoś, kto robiłby to na taką skalę jak Czapski. Dziennik jest osobnym rozdziałem w jego twórczości.

W eseistyce znajdują swoje odzwierciedlenie fascynacje pisarza. Jego teksty to ruch myśli, bezkompromisowe poszukiwanie istoty kluczowych dla niego spraw i wchodzenie w głąb malarstwa. W tym ostatnim uderza uporczywe dążenie do odtworzenia pierwszego, świeżego spojrzenia, próba złapania „błysku” – momentu, w którym objawia się rzeczywistość. Wobec malarstwa (zresztą słabo u nas znanego) i eseistyki artysty stajemy zawsze uzbrojeni w jakiś portret autora. Z trudem udaje nam się zapomnieć, że wessała go historia, która wyznaczyła mu określone role.
Dziennik jest najbardziej wierny pierwszym intuicjom Czapskiego i być może dlatego wywołuje wrażenie spotkania z żywym człowiekiem w różnych momentach jego życia, z kimś niemal namacalnym, utkanym nie tylko z wielkości. Jest on bliższy, bardziej codzienny. Życzliwie przygląda się światu. W dzienniku Czapski jest prawdziwy.
Przeglądanie notatek przypomina szperanie w skrzyni ze skarbami, to odkrywanie „podziemnej korony”. Dziennik jest całą galerią szkiców, prywatnym zbiorem dowodzącym czujnego oka i sprawnej ręki. Czapski w rysunku osiągnął to, czego poszukiwał w malarstwie. Z tysięcy kart jego kajetów wyłania się genialny obserwator, przyglądający się ludziom i miejscom z sympatią, ale nie bez szczypty humoru. Wrażliwy na barwę i kształt. Czapski-satyryk, przyrodnik, widz teatru codzienności.

Tematyka jest bogata: pejzaże, kwiaty, martwe natury, kawiarniane wnętrza, ludzie i cała masa zwierząt. A wszystko to przetkane uważnym spojrzeniem skierowanym na samego siebie: Dziennik to autoportret pełen autoportretów. Tętni życiem i kolorami. Przez karty przechodzą ciemnoskóre kobiety, mężczyźni zaglądają pod maski samochodów, otyłe panie eksponują krwistoczerwone paznokcie, a w oknie odbija się niewyraźnie szkicujący siebie artysta.

Spośród ulotnych szkiców, kształtów oddanych jednym pociągnięciem, bezbłędną linią wyłaniają się wypracowane („piłowane”) studia, spośród impresji – kontemplacja, uważne badanie rzeczywistości z ołówkiem w ręku, jak zalecał Redon. A zaraz potem znów ruch i koncept: rysunek człowieka, na który Czapski nakleił maleńki kartonik z tym samym mężczyzną parę sekund później. Wycięte pośrodku kartki okienko – rama do pracy na kolejnej stronie. Naklejone na siebie te same widoki o różnych porach dnia czy roku.

Święty egoizm malarza

Oglądanie Dziennika to nie tylko przekładanie kart, to podążanie za człowiekiem, którego inspirowała rzeczywistość, to eksplorowanie niepowtarzalnego świata myśli, spostrzeżeń i przeżyć. To również – zaglądanie bezbronnemu już teraz autorowi przez ramię.

W dzienniku Czapski realizował „święty egoizm malarza”, o którym pisał w swojej monografii Pankiewicza: twórca, aby mógł być dla ludzi, musi posiadać własny, utajony świat. Dziennik był takim utajonym światem, do którego wejście było możliwe tylko wtedy, kiedy autor pokazywał kajety. W drugim tomie znajdujemy wpisane ręką Broniewskiego wiersze, w dzienniku 33 z 1953 r. przy pokolorowanym dość ekstrawagancko szkicu przedstawiającym wazon z kwiatami, Czapski wkleił maleńkie zdjęcie dziecka z psem i podpisał: „Bernard 4 ½ lata ten rysunek zakolorował”.

Można też znaleźć sporą liczbę adresów dopisanych innym charakterem pisma. A jednak w 1961 r. Czapski zanotował: „moje dzienniki oblizane prze to, że pokazuję je wszystkim, moje tam rysunki, jakoś niemieją”. Nazywał swój dziennik „uczciwym”, nie „na wynos”, w przeciwieństwie do tych Gide’a czy Gombrowicza (oba krytykował).

Z czasem jednak to poczucie zaczęło ustępować świadomości, że kajety „coś znaczą”. Być może uznał, że mają wartość nie tylko osobistą, ale jak każda, zwłaszcza znakomita ekspresja artystyczna, „należą” w jakiś sposób do wszystkich, którzy się nad nimi pochylą. W liście do Marcinkowskiego podpowiadał: „Tu byś mógł grzebać, bo lubisz moje rysunki. (…) Piszę Ci o tem najprościej, żebyś wiedział, gdzie będziesz mógł w przyszłości mnie odnaleźć”. Wciąż jest to jednak dziennik intymny, wciąż wdzieramy się w czyjeś życie.

Tekst chroni się w nim przed ciekawskim okiem, jest tak nieczytelny, że czasem sam autor (płynnie przechodzący z polskiego na francuski, niemiecki, rosyjski) nie mógł mu podołać. Niewiele odczytano po jego śmierci, zmienia się to dzięki pracy Janusza Nowaka z Biblioteki Czartoryskich, ale pozostaje pytanie, dokąd wolno nam dojść w tej pracy. Czy do publikacji? Formalna warstwa dzienników ułatwia wybór – jest tak interesująca i pełna, że udostępnienie jej szerszemu gronu odbiorców jest poza dyskusją. Dotychczas problemem było jedynie, jak to zrobić. Odpowiedzią są Wybrane strony.

Wyselekcjonowanie pięciuset z kilku tysięcy kart nie było z pewnością łatwym zadaniem, ale wybór dokonany przez Emilię Olechnowicz jest znakomity. Dwa albumy nawiązują formą do późniejszych kajetów Czapskiego, oprawione w podobne płótno, mają zbliżony do nich format. Oddają też elastyczność artysty w podejściu do zeszytów – zapełnianych raz w pionie, raz w poziomie, swobodnie obracanych. Prócz kart możemy też znaleźć fotografie okładek, które Czapski traktował jak powierzchnię użytkową – zapisywał na nich hasłowo zawartość tomu, cytaty, rysował, czasem wklejał szkice bądź rysował.

Wybrane strony stanowią świetnie opracowany i reprezentatywny zbiór fotografii Dziennika. Być może warto byłoby dołączyć do tego wyboru kilka satyrycznych rysunków lub wprowadzić wklejki, odtworzyć mobilne formy czy okna na kolejne strony wycięte na poprzednich, być może zdjęcia zyskałyby na dalszej obróbce graficznej, ale i bez tego dwutomowa publikacja spełnia wyśmienicie swoje zadanie. Wybrane strony pomyślane jako pendent do Wyrwanych stron wypełniają dotkliwą lukę w dostępie do twórczości Czapskiego.

Józef Czapski
Wybrane strony. Z dzienników 1942-1991, t. 1-2
wybór i opracowanie Emilia Olechnowicz

Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską. Oddział Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, Warszawa 2011, t. 1-2, s. 320 + 202

 
 

Prenumerata edukacyjna

Jesteś studentem, doktorantem, nauczycielem? Skorzystaj z nowej oferty!
Numer z darmową dostawą za jedyne 9 zł

Zamów teraz!

Prenumerata