70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Bezradność (nie tylko księdza)

Autorka walczy z laurkowym wizerunkiem „Jana od Biedronki” nie po to, żeby go potępić, tylko by pokazać, że był człowiekiem z krwi i kości, mającym swoje zalety i swoje wady. Niemniej – pokazując tę krew i te kości – obnaża go. Bo tego od niej oczekujemy.

Włodzimierz Bolecki, analizując twórczość Berenta, zwracał uwagę, że na historię składają się dwa całkowicie odmienne elementy: bios oraz logos. Ten pierwszy to – świadomie używam pleonazmu dla podkreślenia swoistości tego składnika – „żywe życie”, historia osobista jednostki, niepowtarzalna i ulotna, nieraz niezgodna z przyjętymi później interpretacjami, z doktryną, ze stereotypem, do którego biografia bywa sprowadzana. Ten drugi to z kolei ślad biosu: w postaci tekstów pozostawionych przez jednostkę, w których na rozmaite sposoby stara się ona zrozumieć swoją drogę, co znaczy niekiedy, że wpisuje ją w pewne ogólne przekonania, ale też interpretacje i wmówienia, przyjęte przez społeczeństwo, jeśli jednostka pozostała w pamięci bliźnich.

W przypadku pisarza ten podział jest jeszcze bardziej wyrazisty, a jak się za chwilę okaże: dramatyczny. Po jednej stronie – prywatna historia człowieka, któremu przydarzyło się odkryć w sobie talent czernienia papieru; po drugiej – jego utwory, opinie na ich temat, społeczny wizerunek autora. Konflikt polega na tym, że dziś wydajemy się bardziej zaciekawieni „faktem” niż „fikcją”: bądź dlatego że mistrzowie podejrzeń nauczyli nas nieufności do tego, co deklarowane i zewnętrzne, bądź dlatego że współczesne media wzmocniły w nas naturę plotkarzy. Przy tym z biosem utożsamiamy „fakt” , z logosem – „fikcję”. Być może właśnie przeczuwając to, Wacław Berent zniszczył przed śmiercią wszystkie swoje notatki, rękopisy utworów i dokumenty biograficzne. Śladem artysty miało być jedynie dzieło ukończone – nad nim panował i to chciał ludziom pozostawić – natomiast przeznaczeniem prywatności miało być rozproszenie w niepamięci, nieweryfikowalności.

Jednak sytuacja pisarza dzisiaj, ponad pół wieku później, jest znacznie trudniejsza. Berent umierał w czasie okupacji, prawie zapomniany – natomiast w czasie pokoju pojawia się natychmiast zapotrzebowanie na te właśnie informacje, których za życia artysta, o ile nie zdecydował się na karierę celebryty, skutecznie strzegł. Nietrudno dotrzeć do jego znajomych, przyjaciół, ale też, czemu nie, wrogów. Jeśli nie pozostawił rodziny, da się przejrzeć jego szuflady, piwnice i pawlacze. Wychodzą na jaw jego listy, intymny dziennik, tudzież karta zdrowia, której nie chroni już przysięga Hipokratesa. Przetrząsamy zawartość jego bieliźniarki, kosmetyczki, szafki z lekarstwami. W stosownej instytucji sprawdzamy, czy aby na pewno był tak przyzwoity, jak się wydawał, bo może jednak omsknął się raz czy drugi z moralnego gruntu i przyjmował wizyty esbeka? Lub nieświadomy, że znajduje się w jego towarzystwie, powiedział coś nieżyczliwego o opozycji w PRL, a ów to zapisał? Należy nam się – sądzimy – wiedza o tym wszystkim; a gdy ktoś zaprotestuje przeciwko tej praktyce, wskaże mu się zwyczaje Zachodu i stwierdzi, że zdradza się z prowincjonalnością kraju, który nie dość jeszcze tę kulturę naśladuje. Zasadą życia artysty ma być przejrzystość. Publikujesz, a nie podoba ci się ta zasada? Nie ma przymusu publikowania; zresztą zawsze możesz mieć nadzieję, że nie zdobędziesz wystarczającej sławy, by pięć minut po zgonie zajął się tobą jakiś samozwańczy detektyw.

Te refleksje wzbudziła we mnie książka sama w sobie dobrze napisana i uczciwa – Magdaleny Grzebałkowskiej Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego. Zaraz przejdę do jej zalet, bo przecież są, ale jeszcze przez chwilę chciałbym się zająć wykazaniem, że mogła zostać napisana jedynie w określonej sytuacji kulturowej – i to ta sytuacja, nie zaś praca reporterki, budzi mój protest.

Ksiądz Twardowski nie chciał za życia mówić o sobie. Nie tylko starał się, z większym lub mniejszym powodzeniem, rozdzielić role poety i kapłana – aż po zabawną zasadę: wiersze pisywał jedynie w czasie wakacji – ale robił też wszystko, by jego persona (publiczna, zewnętrzna strona osobowości, uformowana przez rolę społeczną duszpasterza) przesłoniła całkiem prywatność. Dla innych miał być ważny logos, słowo poety, i – przede wszystkim – Logos, Słowo, które było na początku, nie zaś przeżycia z dzieciństwa, data ukończenia gimnazjum, osobiste doświadczenia z lat okupacji czy całkiem prywatne przyjaźnie. Jeśli go o to wszystko pytano, mylił się i fantazjował. Celibat został tu najwidoczniej potraktowany radykalnie i rozszerzająco, jako wybór samotności, która tyleż chroni wrażliwą duszę, co przynosi cierpienie, pozostawiając wszakże pewien zakres spraw najintymniejszej relacji między tą duszą a Bogiem.

I oto kilka lat po śmierci Jana Twardowskiego wydawnictwo zleca napisanie jego biografii sprawnej i błyskotliwej reporterce. Przyjaciele księdza zachowują w stosunku do niej daleko posuniętą rezerwę (zresztą chyba nie tylko i nie przede wszystkim ze względu na wolę Zmarłego, o czym dalej). Ale przecież to ciekawe, że ksiądz nosił tupecik, co zapewne zdradza jakąś próżność, i że przyklejał go do łysiny. I że desperacko pragnął bliskości kobiet, przyjaźnił się z nimi, a potem porzucał, być może zaniepokojony nadmierną, choć konsekwentnie bezcielesną bliskością. I że pisał intymny dziennik, który już nie jest intymny, bo czytelnikowi należy się przynajmniej streszczenie obszernych fragmentów. I że przez dziesięć lat nie znalazł powodu, by przegonić esbeka, który go nachodził, a nawet raz mu się jakoby wyrwało, że nie podoba mu się opozycja demokratyczna, gdyż lubi spokój.

Dziś wydajemy się bardziej zaciekawieni „faktem” niż „fikcją”: bądź dlatego że mistrzowie podejrzeń nauczyli nas nieufności do tego, co deklarowane i zewnętrzne, bądź dlatego że współczesne media wzmocniły w nas naturę plotkarzy

Zawsze można to skomentować nieszlachetnie. Pewna dziennikarka, której nazwisko, mam nadzieję, popadnie kiedyś w zapomnienie, więc i ja je tutaj przemilczę, w programie TVP Kultura mówiła o księdzu per „agent”. Grzebałkowska przeciwnie: lubi swojego bohatera i z punktu widzenia standardów dziennikarskich jest bez zarzutu. Prawie nie komentuje faktów, które odkrywa. Przytacza jedynie opinie ludzi, którzy Twardowskiego znali lepiej czy gorzej. Dotarła do przyjaciół z młodości, z których jeden przed opublikowaniem książki zmarł – więc ma swoją rację, gdy na antenie radiowej Trójki twierdzi, że nie można było dłużej czekać z podjęciem tej pracy. Walczy z laurkowym wizerunkiem „Jana od Biedronki” nie po to, żeby go potępić, tylko by pokazać, że był człowiekiem z krwi i kości, mającym swoje zalety i swoje wady, wśród nich, zdaje się, przede wszystkim – brak asertywności. Niemniej – pokazując tę krew i te kości – obnaża go. Bo tego od niej oczekujemy. Dość już tego nieszczęścia, że nie znamy szczegółów małżeństwa Jana Kochanowskiego z Dorotą Podlodowską i nie wiemy, czy Mikołaj z Wilkowiecka łatwo znosił celibat. O współczesnych mamy prawo, więc musimy, wiedzieć wszystko, no i wiemy: od niedawna o Ryszardzie Kapuścińskim, teraz o Janie Twardowskim. Deo gratias.

Tymczasem w jakiejś mierze pogłębia to bezradność bohatera biografii, o której w gruncie rzeczy ona opowiada. Bezradność wobec sławy, która kusi, by cieszyć się gigantycznymi nakładami swoich tomików – i nigdy nie wiadomo, w którym momencie kończy się zrozumiała satysfakcja, a zaczyna niestosowna pycha. Wobec kobiet, niosących ciepło, jakiego tak brakuje, a przecież oczekujących w zamian czegoś więcej niż życzliwego uśmiechu. Wobec esbeka, który pracuje w niegodziwej instytucji, ale jest człowiekiem – więc czemu odmawiać mu rozmowy, choć oczywiście na nikogo się przy tej okazji nie donosi, ale teczkę się ma. Wobec wydawców, którzy – zwietrzywszy interes – nie zawsze oglądali się na prawa autorskie. Wobec ostatniej opiekunki, przyjaciółki i sekretarza w jednej osobie, a obecnie spadkobierczyni, która przy wszystkich swoich zasługach przekroczyła chyba w pewnym momencie granicę taktu i tak przestraszyła przyjaciół księdza, że ci, obawiając się pozwów, nie chcą o nim mówić. Wreszcie: bezradność wobec tych wszystkich, którzy garnęli się do Twardowskiego jako do nieczęstego dzisiaj źródła życzliwości, aż go prawie zadeptali (wstrząsająca jest w książce scena, w której w pokoju szpitalnym, gdzie ksiądz umierał, zbiera się tylu ludzi, że robi się duszno). Moralista powiedziałby zapewne: sama dobroć bez cnoty roztropności tak właśnie skutkuje. Choć, z drugiej strony, zbyt często jako roztropność przedstawiamy swój nieograniczony egoizm – i dlatego właśnie świadectwo takich ludzi jak ksiądz Twardowski tak nas przejmuje.

Zgoda: Magdalena Grzebałkowska w gatunku, na który się powszechnie zgodziliśmy, napisała świetną książkę. Udało jej się dotrzeć do nieznanych wcześniej materiałów, odgarnęła stereotypowy obraz księdza-poety, nie znajdując tam niczego szokującego, co najwyżej drobne śmieszności, uczłowieczające tę niezwykłą postać. Przekonała niektórych rozmówców, by jej zaufali; o jej krytycznym stosunku do spadkobierczyni, Aleksandry Iwanowskiej, świadczy raptem jedna złośliwość o klipsach, z których schodzi pozłotko (a mogłaby, zdaje się, stworzyć portret prawdziwie demoniczny). Czyta się to znakomicie.

Więc czemu odczuwam opór przed entuzjazmem, jakim na okładce dzieli się Jacek Hugo-Bader („Porywające! Co za życie! Co za pióro!”)? Może chodzi o to, że właściwie nic tu się nie mówi o wierszach – o logosie pisanym małą i wielką literą, jakby one były tylko nieznaczącym dodatkiem do tego, co było naprawdę. A może to jeszcze jeden rodzaj bezradności: bezradność czytelnika, któremu pewien aspekt współczesności nie podoba się coraz bardziej, i który wie, że prawdopodobnie jest po stronie mniejszości, przegrywającej z duchem czasu.

W wierszu Zbliżenie pisał Twardowski: „zbliża mnie do Ciebie / to co Cię oddala”. Zaimki każą w adresacie tego utworu domyślać się Chrystusa. Jednak opisany paradoks odnosi się chyba także do bliźniego, który – by czytać te wiersze – nie powinien, a przynajmniej nie musi, zbliżać się nadmiernie do szlachetnej, samotnej i trochę śmiesznej postaci człowieka skrytego do tej pory za sutanną.

Magdalena Grzebałkowska

Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego

Znak, Kraków 2011, s. 336

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata