70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Gdyby Ciol mogła chodzić do szkoły…

Szkoła Ducuum mieści się w dwóch budynkach: w murowanym są dwie klasy, dwie następne w zbudowanym z trzciny. Uczy się tu około 150 dzieci. W klasach nie ma podłóg, ławki są tylko w murowanym budynku, na ścianie wisi obdrapana tablica – to całe wyposażenie. Dzieci przychodzą z reklamówką z logo UNICEF-u, w której mają cienki zeszyt i ołówek. Żadne dziecko nie ma podręczników. Za to mają duże ambicje i wielkie marzenia.

„Szkoła jest światłem świata” – te słowa słyszę od piętnastoletniej Ciol, z którą rozmawiam, stojąc przed jej tukulem (domem z gliny i trzciny) w wiosce Guan Chat w południowym Sudanie. Największym marzeniem Ciol była szkoła: chciała nauczyć się czytać i pisać, dowiedzieć się czegoś o świecie. Trwająca dwadzieścia jeden lat wojna[1] w południowym Sudanie uniemożliwiła spełnienie tego marzenia i zmieniła jej życie. Ciol urodziła się długo przed końcem konfliktu, dlatego nigdy nie chodziła do szkoły. Niestety, teraz jest już na to za „stara”, rodzice niebawem będą chcieli ją wydać za mąż. Poza tym ma tyle obowiązków w domu, że nie miałaby czasu, żeby się uczyć. Jej ojciec jest wojskowym w Ludowej Armii Wyzwolenia Sudanu[2] w Dżubie (stolicy południowego Sudanu), a matka pojechała do niego, żeby się nim „opiekować”, to znaczy gotować, sprzątać, nosić wodę etc. Na Południu takie czynności przynoszą mężczyznom ujmę. Dlatego Ciol, jako najstarsza, opiekuje się teraz pięciorgiem swojego rodzeństwa. Jej życie jest ciężkie. Musi zdobywać jedzenie, gotować, zmywać, sprzątać, dbać o młodsze dzieci, przynosić wodę razem z rodzeństwem (zajmuje to o wiele mniej czasu, od kiedy Polska Akcja Humanitarna wybudowała tutaj studnię). Dziś rano jedli placki z sorgo – to ich najczęstsze pożywienie. Ciol nie dojada i często jest głodna. Marzy o tym, żeby kiedyś najeść się do syta. Wszyscy czekają na porę deszczową, kiedy krowy wrócą z pastwisk i będzie trochę mleka. Swoje życie w okresie suszy Ciol porównuje do życia zwierząt, które szukają czegokolwiek, co nadaje się do zjedzenia. Jak będzie mleko, to sprzedadzą je i będzie można kupić ryż, który jest ulubionym pożywieniem, bardzo jednak drogim.

Ciol opowiada mi o ciężkim życiu kobiety w Sudanie i o tym, że na razie, dopóki nie zmieni się sposób myślenia mężczyzn i stosunek do kobiet, nie mają one szans na większe zmiany. Dzisiaj mężczyzna może zbić kobietę za byle co. Gdyby kobiety były wykształcone, ich życie na pewno byłoby inne. Gdyby Ciol mogła chodzić do szkoły, w przyszłości zostałaby ministrem i zajęłaby się poprawą życia kobiet w południowym Sudanie.

Szansę na naukę ma dziesięcioletnia Rachel Ajah, która chodzi dopiero do pierwszej klasy. Wcześniej, zamiast do szkoły, chodziła po wodę do rzeki odległej o ponad dwie godziny drogi. Teraz do nowej studni ma dwadzieścia minut. Przynosi wodę rano, przed pójściem do szkoły, potem jeszcze dwa razy: po powrocie ze szkoły i wieczorem. Rachel Ajah bardzo lubi zdobywać wiedzę, a jej ulubionym przedmiotem jest matematyka, której uczy Martin Ghai Akoy. Martin jest nauczycielem wolontariuszem w szkole Ducuum koło Bor, choć sam uczy się jeszcze w ostatniej klasie szkoły średniej. Po jej ukończeniu chciałby studiować na uniwersytecie w Dżubie i zdobyć kwalifikacje księgowego. To teraz dobry zawód, a Martin musi pomagać swojej mamie i rodzeństwu. Martin jest chrześcijaninem, należy do Kościoła episkopalnego i uważa, że każdy chrześcijanin powinien spełniać dobre uczynki. Dlatego uczy bezpłatnie w szkole, która powstała z prywatnej inicjatywy nauczyciela Thon Mathayo Kucha, po to, żeby dzieci mieszkające w okolicy miały do szkoły kilkanaście minut i nie musiały chodzić pięć mil do Bor. W budowie szkoły pomogła rodzina Thona, która jest w Stanach (są uchodźcami). Zebrali około tysiąca dolarów, trochę dołożyli różni znajomi Sudańczycy, którzy wyemigrowali do krajów europejskich, i za te pieniądze Thon rozpoczął budowę. Trochę pieniędzy zebrał wśród rodziców, którym zależało, żeby dzieci miały bliżej do szkoły. Thon nie ma pieniędzy na pensje dla nauczycieli, może polegać tylko na wolontariuszach. Sam uczy angielskiego i religii.

Szkoła Ducuum mieści się w dwóch budynkach: w murowanym są dwie klasy, dwie następne w zbudowanym z trzciny. Uczy się tu około 150 dzieci. W klasach nie ma podłóg, ławki są tylko w murowanym budynku, na ścianie wisi obdrapana tablica – to całe wyposażenie. Dzieci przychodzą z reklamówką z logo UNICEF-u, w której mają cienki zeszyt i ołówek. Żadne dziecko nie ma podręczników. Za to mają duże ambicje i wielkie marzenia. Mamer Manyang Mach ma dwanaście lat. W przyszłości chciałby być lekarzem i leczyć ludzi, a przede wszystkim ratować im życie. Monika też chce być lekarzem. Dziesięcioletni Thol chce być pilotem. Jeszcze nigdy nie widział samolotu z bliska. Chciałby latać po niebie, tak jak ptaki. Mabiore w przyszłości będzie liderem wspólnoty. Nawet teraz wygląda bardzo poważnie, chociaż jest bardzo mały. Czyściutko ubrany, z godnością siada w szkolnej ławce. Dziesięcioletni Kuol chciałby mieć mundurek szkolny i piłkę. Siedmioletni Thioj nie ma żadnych marzeń, a Aniver marzy o tym, żeby nie musiała nosić wody – choć nosi tylko dwuipółlitrowe kanistry, to i tak dla niej za ciężko. Przyłącza się do niej ośmioletnia Nyil, która trzy razy dziennie nosi po siedem litrów i chociaż studnia jest blisko, to jednak musi długo czekać w kolejce.

Thon Mathayo Kucha uważa, że edukacja jest najważniejsza. Z zapałem opowiada nam o swojej wizji szkoły. Tylko dzięki niej dzieci mają szansę żyć tak, jak się żyje w innych krajach, i mieć poziom wiedzy taki, jak dzieci z innych krajów. Jest dumny z tego, że daje im coś najbardziej wartościowego. Ma świadomość, że większość z tych dzieci nie ukończy szkoły, dlatego bardzo chciałby prowadzić nauczanie z zakresu rolnictwa. Taka umiejętność pozwoliłaby im robić coś, co im zapewni lepszą przyszłość.

Jednym z największych problemów szkoły jest brak wody. Najbliższa studnia jest oddalona o czterdzieści minut drogi. Ponieważ mężczyzna nie nosi wody, żona nauczyciela, Adun, codziennie przynosi dla dzieci dwudziestolitrowy kanister. To jednak za mało. Gdyby każde dziecko chciało wypić więcej niż kilka łyków, to wody z kanistra nie starczy dla wszystkich.

Obok szkoły stoi tukul, w którym mieszka rodzina Thona i Adun. Mają siedmioro dzieci: trzech chłopców i cztery dziewczynki. Pięcioro z nich chodzi do tej szkoły. Po lekcjach Thon wycina w buszu gałęzie, które sprzedaje jako chrust na targu. W ten sposób zarabia około 200 funtów sudańskich na miesiąc[3]. Wystarcza to na kupienie kaszy i czasami garści fasoli.

Szkół, które mieszczą się w budynku, murowanym lub ulepionym z ziemi, jest tutaj niewiele. W południowym Sudanie jest ich tylko 12 procent[4]. W jednej z wiosek, w Pamai Payam, jest szkoła pod drzewem, do której chodzi siedmioletni Gat Wech Gat Kek[5]. Lekcje są każdego dnia, choć nauczyciel przychodzi z wioski oddalonej o półtorej godziny. Uczy się tu około 100 dzieci. Siedzą na ziemi i pilnie słuchają nauczyciela. Gat Wech chciałby chodzić do normalnej szkoły, takiej w budynku. Chciałby uczyć się angielskiego, żeby rozmawiać z ludźmi, którzy im pomagają, i zdobyć wykształcenie, żeby stać się kimś. Uważa, że sytuacja w Sudanie poprawi się, gdy będzie więcej wykształconych ludzi. W wolnym czasie zajmuje się kozami, przynosi wodę, opiekuje się młodszym bratem i siostrą, pilnuje, żeby uciekać na czas, kiedy zbliżają się ludzie z koczowniczego plemienia Murle, porywający Dinkom dzieci i krowy.

Najlepiej wyposażone są szkoły wybudowane przez organizacje humanitarne. Bol Choi Gat Luak chodzi do drugiej klasy takiej szkoły, zbudowanej w Pamai przez brytyjską organizację Save the Children. Szkoła ma podłogę, ławki i tablicę, jest tu woda i toalety. Bol chciałby zostać lekarzem. Od kiedy w Pamai zbudowano studnię, ma więcej czasu na naukę i czytanie. Jest dumny z posiadania kilku książek, w tym podręcznika do angielskiego. Koniecznie chce się pochwalić umiejętnością czytania, więc idziemy do jego tukulu. Bol wychodzi do nas z książką w ręku i z dumą czyta po angielsku pierwszą i drugą lekcję z książki do ćwiczeń.

Po dwudziestojednoletniej wojnie w Sudanie zniszczenia są tak ogromne, że pracy od podstaw potrzeba we wszystkich dziedzinach życia. Należy do nich również edukacja. Już przed wojną sudańskie Południe było o wiele słabiej rozwinięte od Północy. Około 90 procent szkół znajdowało się na Północy, na przykład na 51 szkół średnich w Sudanie tylko dwie były na Południu. Zaledwie jedna trzecia mieszkańców południowego Sudanu umie pisać i czytać. Na około 1500 szkół podstawowych, tylko 12 procent ma jakiś budynek. W wielu z nich nie ma dostępu do wody (70 procent szkół) ani toalet (47 procent). Ponad połowie dzieci droga do szkoły zajmuje więcej niż godzinę. Z powodu znacznego obniżenia poziomu życia wiele dzieci, zamiast się uczyć, musi pomagać rodzicom. Zaledwie jedna czwarta domów ma dostęp do wody, dlatego dziewczynki chodzą po wodę zamiast do szkoły. Poziom nauczania jest bardzo niski, tylko 7 procent nauczycieli ma wykształcenie średnie. To wszystko sprawia, że w Sudanie edukacja jest luksusem dostępnym dla nielicznych.

Sudan nie jest jedynym krajem, w którym dzieci nie mają dostępu do szkół. Państwem o najwyższym odsetku dzieci w wieku szkolnym, które nie mogą się uczyć, jest Afganistan. Takie dzieci stanowią tu jedną piątą populacji. W 2005 roku na siedem milionów dzieci ponad dwa miliony nie poszło do szkoły. Tylko 34 procent Afgańczyków między 15 a 24 rokiem życia (50 procent mężczyzn i 18 procent kobiet) umie czytać i pisać. Te liczby świadczą o tym, jak bardzo w Afganistanie jest potrzebna edukacja. W kraju jest już ponad 8500 szkół, z czego mniej niż połowa ma budynki.

Jednym z Milenijnych Celów Rozwoju jest zapewnienie, że do 2015 roku dzieci na całym świecie – zarówno chłopcy, jak i dziewczęta – będą mogły ukończyć szkołę podstawową. Na razie na świecie 75 milionów dzieci w wieku szkolnym nie uczęszcza do szkoły podstawowej (blisko połowa tych dzieci mieszka w krajach Afryki subsaharyjskiej). Ponad 770 milionów dorosłych jest niepiśmiennych – to prawie jedna szósta wszystkich pełnoletnich mieszkańców naszej planety. To musi się zmienić. A zmienić to możemy i musimy my – mieszkańcy bogatszych krajów.

 


[1] Traktat pokojowy między północnym a południowym Sudanem został podpisany w styczniu 2005.

[2] Sudański ruch partyzancki mający reprezentację polityczną.

[3] Około 240 złotych.

[4] Wszystkie dane liczbowe pochodzą z raportu opublikowanego na stronie http://no.sudan-forall.org/sections/ihtiram/pages/ihtiram_issue4/luka_biong_deng.pdf

[5] Tamże.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata