70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czy Nobel zasłużył na Różewicza?

Czy w poezji można dokonać większego aktu założycielskiego niż ten, który polega na całkowitej zmianie jej rytmu, jej sposobu oddychania?

JUSTYNA SOBOLEWSKA

Jego twórczość przypomina żywe srebro, zmienia się tak szybko jak świat. Różewicz, dziewięćdziesięcioletni poeta, nie ma w sobie nic z pomnika. Ni stąd, ni zowąd potrafi założyć błazeńską czapeczkę.

Tę zmienność widać też w dokumentalnym filmie Andrzeja Sapiji nakręconym w 2010 roku. Różewicz pokazuje kilka różnych twarzy: jedna w cieniu, kiedy widać tylko zmęczony profil. Różewicz zatopiony w sobie, świat jest gdzieś daleko poza nim. Inaczej zupełnie wygląda, kiedy spiera się z późnym Wittgensteinem, z jego poszukiwaniem Boga. „Rozczarował mnie–mówi.–Pociesza mnie to, że umrę cały”.

Potem z kolei żartuje z Ryszardem Przybylskim, wypala zakazanego papierosa jak uczniak i cytuje Byrona: „trzeba być lub przynajmniej starać się być wesołym”.

Różewicz cały czas przenicowuje swoją twórczość i mnoży paradoksy: jak pisać, skoro poezja dawno umarła? Skoro ważne jest milczenie–skąd ten zalew słów? Od lat dziewięćdziesiątych do jego wierszy wdziera się śmietnikowa rzeczywistość. Czy to znaczy, że z utworów wycieka wtedy poezja?

Nikt tak dobrze jak on nie uchwycił bezradności poety. Jest to profesja bardzo wstydliwa. Poetą się bywa. Poeta przypomina sobie, jedząc kaszankę, że poezja umarła. Nie może pisać. Ma zawsze to samo zadanie–przedzierać się przez zewnętrzny szum do źródła, z wierszy „budować arkę, żeby coś ocalić”. I wskazywać w stronę śmierci, bo to jego najważniejszy temat.

Warto porozmawiać o rewolucji, której dokonał on na początku swojej twórczości i o jego późnym dorobku, satyrycznym i prześmiewczym. O Różewiczu, który przewidział zjawiska kultury masowej – nowej sztuki – i o jego dzisiejszym tonie krytycznym wobec rzeczywistości. Co zostało z tamtej rewolucji? Czy Różewicz ma uczniów? Joanna Mueller nazywa go najważniejszym fundatorem dyskursu poetyckiego w XX wieku. Tym, który najpierw zburzył rytm poezji, a potem stworzył wzorzec, którego nie sposób dziś pominąć.


PIOTR ŚLIWIŃSKI

Po co Nobel komuś takiemu jak Tadeusz Różewicz? Żeby okazało się, że nieprzejednany krytyk kultury może zostać zaadoptowany do jej celów i rytuałów? Żeby poeta przestał nas boleć? Żebyśmy upewnili się, że jest naprawdę wybitny? Żeby zaleczyć nasze kompleksy?

Jeśli ktoś potrzebuje do tego wszystkiego Nobla, to nie zasługuje na Różewicza.

Nobla dostaje się nie tylko w Szwecji, lecz również w kraju. Różewicz nie dostał go, bo tego nie chcieliśmy. W Polsce nieomal od początku towarzyszył poecie cień nieufności. Był i jest dla nas twórcą zbyt ciemnym, zbyt trudnym i w dodatku zbyt słabo budzi zbiorowe emocje.

W Szwecji, gdzie zdarzyło mi się mówić o jego twórczości, otrzymałem od starszej pani zasadnicze pytanie: dlaczegóż to–indagowała–ten poeta jest tak smutny? Usłyszawszy te słowa, pomyślałem, że nie tylko moja angielszczyzna, ale nawet i polszczyzna muszą znajdować się w stanie opłakanym, bo przecież od godziny żarliwie mówiłem, jak mi się wydawało–dlaczego. Po chwili przypomniałem sobie jednak wielkie zdjęcia, wiszące na jednej ze stacji metra, na które zwrócił mi uwagę Zbyszek K. Wiosna, niedziela, słońce, ludzie rozłożeni na kocach i leżakach, na łące, nad wodą, kosze z jedzeniem, kwiaty, Sztokholm, kwiecień 1943 roku…

Poeta jest smutny, bo nawet kiedy o tym nie wiemy, kończy się świat. W walczącym getcie, na fermie, gdzie najpierw hoduje się, a potem zabija wściekłe krowy, wszędzie, gdzie górę bierze człowiek, siewca zła. Jednak mówiąc to, nie mam złudzeń–my jesteśmy jak tamta miła, wykształcona i oddana literaturze starsza pani, a poeta jest samotny tak samo jak zawsze.

Gdyby dostał Nobla, jego samotność mogłaby się jedynie pogłębić.

 


ADAM POPRAWA

Corocznie w październiku odbywa się dzień hipokryzji. Z Różewiczem trzeba całkiem inaczej.

„jestem poszukiwaczem poezji / od roku 1938”

Obok dziewięćdziesiątej rocznicy urodzin powinniśmy zatem obchodzić również siedemdziesiątą trzecią rocznicę poszukiwania poezji. Okazuje się, że Różewicz jest także idealistą: szuka jej mimo napisania setek wierszy. Ilu wierzyło w nią tak bardzo i ilu nadal wierzy?

Poeta platonik nurza się w odmętach różnych przejawów kultury masowej oraz cywilizacji współczesnej i pilnie je bada. Tak namiętnym krytykiem był jeszcze chyba tylko Lem, ale Różewicz poddaje takiej próbie również własny wiersz.


TADEUSZ DĄBROWSKI

Osobiście żałuję, że najwybitniejszy powojenny polski poeta nie otrzymał dotąd Nobla. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że co roku nie otrzymuje tej nagrody co najmniej kilkunastu pisarzy z całego świata, którym się ona należy.

Chociaż nie jestem nawet pewien, czy Różewicz do końca spełnia „noblowskie kryteria”. Jego projekt poetycki zakłada ciągłą ucieczkę od uświęconych przez tradycję form uprawiania literatury, jest jednym wielkim antynurtem. Poezja zwrócona przeciwko sobie może być dla szwedzkich akademików propozycją zbyt radykalną.

Z drugiej strony, cele etyczne, jakie Różewiczowski wiersz przed sobą stawia, okazują się tak konserwatywne, że aż niegodne człowieka ponowoczesności–mistrza transgresji, żonglującego tożsamościami.

Nie przyda się on także jako działacz, jego wiersze i dramaty stronią od polityki, od kolektywnie pojętej ideowości.

Cóż więc po takim poecie, co ani nie bawi, ani nie postuluje? Jak nagrodzić literaturę, która zadaje ból skuteczniej niż fizyczny przedmiot, która wyrzeka się literackości na rzecz bycia po prostu? Jak nagrodzić poezję, która skazuje nas na cierpienie („Powoli ostrożnie / trzeba zdejmować słowa // rozbierać obraz z obrazu / kształty z barw / obrazy z uczuć / aż do rdzenia / do języka cierpienia / do śmierci” –pisze Różewicz w Na powierzchni poematu i w środku)?

Przecież cierpienie jest ostatnią rzeczą, o której chcemy dziś mówić. Odkąd zniknęło Zło, jego miejsce zajęło właśnie cierpienie. Cała ludzkość dzień i noc pracuje nad technikami uśmierzania bólu. W tym przemyśle, niestety, uczestniczy również literatura. Więc może jednak Różewicz nie zasłużył na Nobla? Być może zasłużył tylko na wieloletni flirt z tą nagrodą? Pojawia się pytanie: „tylko” czy „aż”. Bywa, że flirt jest ciekawszy i bardziej płodny niż stały związek.


JANUSZ DRZEWUCKI

Nobel to bez wątpienia najbardziej medialna i przez to najrentowniejsza nagroda literacka świata. W dniu ogłoszenia werdyktu nazwisko laureata można usłyszeć w każdym zakątku kuli ziemskiej, chociaż – paradoksalnie – często nie zna się żadnej jego książki. Wyróżniony staje się celebrytą. Nagroda jako taka jest dzisiaj przede wszystkim – podobnie jak Oskar – elementem popkultury. Nikt, kto choć trochę zna się na filmie, nie uważa, że nagradzane Oskarem dzieła to najlepsze filmy.

Kiedy przeglądam listę laureatów literackiej Nagrody Nobla z ostatniego trzydziestolecia, widzę, że jest ona polityczna à rebours. Akademia Szwedzka od wielu lat podejmując swoje decyzje, kieruje się zasadą politycznej poprawności, aby zadowolone były wszystkie cywilizacje i kultury, kontynenty i państwa, narody i języki, rasy i płcie, zamykając usta wszelkim krytykom z lewicy i prawicy. Nie ma to już większego związku z literaturą.

Pytanie „czy Nobel zasłużył na Różewicza?” prowokuje mnie do zadania innego, które pozostanie bez odpowiedzi: „czy Różewicz potrzebuje Nobla?”. Różewicz z Noblem czy bez Nobla to jeden i ten sam poeta, jeden jedyny.


 

LESZEK SZARUGA

Różewicz powinien był dostać tę nagrodę dawno temu. Ale czy rzeczywiście Noblowi taki honor się należy? Wątpię. To nagroda wykalkulowana, stanowiąca nie tyle kompromis gustów artystycznych, ile w dużej mierze „subtelnych” racji politycznych, a Różewicz swą twórczością sytuuje się poza tymi miarami.

Choć z drugiej strony, gdy myślę o awanturze, jaką wywołałoby przyznanie tej nagrody autorowi Do piachu, uważam, że Polsce (nie Polakom) wyróżnienie to bardzo by się przydało. Wyobrażam sobie te protesty i obelgi, jakimi powitaliby ów werdykt liczni strażnicy „polskości”. Emocji byłoby co najmniej tyle, ile z okazji Nobla dla Szymborskiej czy pochówku Miłosza. Myślę, że z tej awantury miałby sam Różewicz tyle samo frajdy, co z niezdolności pojęcia przez polską „krytykę literacką” sensu poematu Kryształowe wnętrze brudnego człowieka.

Szwedzcy akademicy nie pojmą notatki Różewicza: „Gdybyśmy byli anonimami, byłoby więcej czystości i powagi w traktowaniu tego »zawodu«”. Jest gorzej: w wypadku Nobla pisarze stają się „reprezentantami” swych nacji.

 


JACEK GUTOROW

Różewicz jako potencjalny noblista? Nie wiem jak innym, ale mnie coś tu się nie zgadza. Twórczość jednego z najwybitniejszych poetów europejskich rozmija się z tradycyjnie rozumianym gustem literackim, a nawet klasycznie pojmowaną historią literatury, których wcieleniem wydaje się być szwedzkie jury.

Różewiczowskie opus jest przecież wyjściem poza literaturę, poza proste opozycje dzieła i życia, fikcji i rzeczywistości, słowa i świata. Kwestia, którą stawia ono przed innymi (dotyczy to zresztą każdego rodzaju sztuki i każdego wybitnego twórcy), wykracza poza ramy zakreślone przez historię literatury. Wielkiego pisarstwa nie można do końca oswoić, ujeździć czy udomowić. Tkwi w nim zawsze coś nieprzewidywalnego, nieukładnego, dzikiego, coś, co nie daje się sprowadzić do wspólnego mianownika, którym miałoby być jakieś kryterium tego czy innego jury, rynek bądź ideologia.

Jak pisał Antonin Artaud: „kiedy wymawiamy słowo »życie«, winniśmy rozumieć, że nie idzie o życie poznawane w zewnętrznym wyglądzie rzeczy, lecz o to osobliwe ognisko kruche i ruchliwe, którego nie mogą zagarnąć formy”. Dobrze, że w całym literackim (krytycznym, czytelniczym) interesie jest wciąż coś niepoliczalnego.


 

STANISŁAW BEREŚ

Z osłupieniem patrzę na pytanie, które na gruncie logiki nazywa się „pytaniem sugestywnym”, a zatem narzucającym odpowiedź, w tym wypadku tezę, że Komitet Noblowski to grono matołów, bo nie przyznał dotąd nagrody polskiemu poecie, dramaturgowi i prozaikowi–Tadeuszowi Różewiczowi.

A cóż to za chory pomysł? Za jakie zasługi dla ludzkości akademicy szwedzcy mieliby mu dać tę nagrodę? Jakież to szczęsne wiadomości dla cywilizowanego świata ma nasz pisarz? Że człowiek jest gorszy niż zwierzę, bo morduje dla przyjemności zabijania? Że z krwi i łez jego ofiar dałoby się stworzyć ocean? Że okrucieństwo, jakie przejawia, nie ma precedensu w całym kosmosie? Że bez skrupułów wyznaje: „zamordowałem człowieka / i czerwonymi palcami / gładziłem białe piersi kobiet”, bo nie zna czegoś takiego jak wyrzuty sumienia? Że dla pełnego brzucha, władzy oraz seksu zdradzi każdy ideał i wyrzeknie się każdej wartości? Że woli bezmyślny bełkot mediów i tanią rozrywkę niż lekturę filozofów? Że nie czeka go nic dobrego, bo koniec świata zaczął się już ponad pół wieku temu, a tak naprawdę jesteśmy już w piekle? Że (jak każdy z nas) będzie umierać w zwierzęcej męce i trwodze, widząc, jak rozłazi się w szwach jego ciało? Czy to są te rewelacje, za które Akademia Szwedzka ma pokochać naszego poetę i dać mu milion dolarów?

A może ktoś uważa, że to tylko figury literackie, metafory i logiczne paradoksy? Przecież nieźle sobie radzimy, sprawy mają się dobrze, a interes –jakim jest życie –kręci się niezgorzej. Gdzie tu koniec świata? Takiemu ślepcowi trzeba przypomnieć słynną Piosenkę o końcu świata i jej zakończenie: „innego końca świata nie będzie”. Miłosz dobrze wiedział, o czym mówi, bo pisał ją w epicentrum okupacyjnej zagłady. A przecież Różewicz jest większym katastrofistą od niego. „Nie uważam, tak jak on– mówi noblista– że wszystko, co się dzieje z ludzkością po zerwaniu przymierza z Bogiem, zasługuje tylko na jedno: na karę i Sąd Ostateczny. Różewicz czeka na Sąd Ostateczny, to jest marzenie całej jego twórczości”. A gdyby ktoś jeszcze dalej wątpił, czy Miłosz mówi całkiem serio lub nie przesadza, przypomnijmy, co wyznał sam Różewicz: „odkryliśmy na ziemi piekło, według teologicznej teorii mojego przyjaciela, Jerzego Nowosielskiego, który uważa, że to, co w tej chwili przeżywamy, jest formą piekła i agonii cywilizacji. Odkryliśmy drugą stronę medalu homo sapiens”.

A więc za takie bezcenne i krzepiące ludzkość wiadomości akademicy w Sztokholmie mieliby wyróżnić naszego pisarza najwyższymi honorami? Na moje rozumienie logiki to byłoby tak, jakby pacjent świeżo po otrzymaniu diagnozy nieuleczalnego raka biegł po kwiaty i prezenty, by wyrazić lekarzowi wdzięczność.

Podtekstem tej – pozornie tylko inteligentnie sformułowanej – ankiety jest prowincjonalno-martyrologiczne przekonanie o narodowej krzywdzie, co jest z kolei wyrazem megalomanii. Czy przekonanie, że polscy poeci powinni co piętnaście lat dostawać z rozdzielnika najwyższą nagrodę literacką świata nie jest przejawem pychy? Na dwieście państw na ziemskim globie (z których każde ma po kilkunastu kandydatów) i na kilka tysięcy języków narodowych? Nawet gdyby przyjąć, że uwzględnimy tylko trzydzieści najczęściej używanych?

Zapewne byłoby bardzo miło, gdyby kolejny polski pisarz przyjął hołd i podarek od króla Szwecji, ale chłodny rozsądek każe przypomnieć, że tej nagrody nie otrzymali tacy mocarze literatury jak Marcel Proust, George Orwell, Robert Musil, Jorge Luis Borges, Louis-Ferdinand Céline, James Joyce, Wystan Hugh Auden, Charles Bukowski i setki, setki innych. Gdyby każdy kraj miał tylko pięciu wybitnych pisarzy, uwielbianych i cenionych u siebie, jak u nas Różewicz, to i tak kolejka liczyłaby tysiąc osób. Gdyby nawet rozdzielać Nobla z aptekarską uczciwością, rozładuje się ona dopiero w XXXI wieku. Ale wtedy na schodach Konserthuset pojawi się co najmniej sto tysięcy wielkich pisarzy, którzy narodzą się w tym trzecim tysiącleciu. Nagrody tej rangi co Nobel muszą ranić, a radość z jej przyznania musi trafiać się rzadko, jakkolwiek nie byłoby to przykre dla naszego poczucia sprawiedliwości.

Szanse na Nobla powierzyliśmy de facto tłumaczom Różewicza i może warto sprawdzić, co tak naprawdę czytają po niemiecku lub po angielsku szwedzcy akademicy i co z tego– oraz jak– rozumieją? Jest bardzo możliwe, że nie czytają tej samej poezji, którą my znamy.Widziałem już wiele arcydzieł literatury polskiej, które w przekładach na języki obce miały poziom wypracowań szkolnych. A były podpisane nazwiskami uznanych tłumaczy (niestety na ogół z polskimi nazwiskami). Nie można o nich było powiedzieć nawet „mierne, ale wierne”. Czy jakiś wybitny traduktolog zweryfikował przekłady poezji Różewicza? Byłbym bardzo ciekaw efektu.

Na koniec pragnę dorzucić jeszcze jedną myśl, jaka musi się rodzić w głowie każdego emerytowanego jurora, a zatem i w mojej, bo od czternastu lat pracuję w kapitułach–najpierw Nike, obecnie zaś Angelusa. Co roku słyszę, że „nagrodę przyznano niesprawiedliwie”, a mówią to dobitnie wszyscy finaliści, półfinaliści i ćwierćfinaliści. A także ci, którzy w ogóle nie weszli do kwalifikacji. Czyli wszyscy oprócz laureata! Na ogół uważają, że stało się to na skutek przyjęcia politycznego lub środowiskowego parytetu, tajnego układu pod stołem lub zgoła spisku, korupcyjnej gry, wpasowania się w „dyskurs dominujący”, skandalicznego zaślepienia, napadu starczej demencji, bydlęcej bezmyślności, intelektualnego lenistwa, rażącej niekompetencji.

Tymczasem, obserwując przez tyle lat od środka obrady jury, nie widziałem ani jednego przypadku przyznania nagrody w wyniku jakiegokolwiek formalnego lub nieformalnego „układu”. Dostrzegałem za to niejednokrotnie–tego nie będę ukrywać–półświadome „lobbingi” płci, orientacji lub różnego typu fundamentalizmów. O ile naturalnie zeszły się przy jednym stole. Jednak w ostatecznym rozrachunku decydują zwykłe gusta, do których–jak wiemy–zdrowy rozum nie ma przystępu.

Jak pamiętamy, nominacje noblowskie w zakresie literatury nadchodzą co roku w liczbie kilkuset (!) od członków Akademii Szwedzkiej oraz członków akademii i podobnych instytucji we wszystkich krajach, które wysuwają kandydatury swoich pisarzy. Sporządzają je profesorowie literaturoznawstwa i językoznawstwa, dotychczasowi laureaci oraz przewodniczący stowarzyszeń twórczych z krajów kandydatów. Kiedy w wyniku pierwszej selekcji ilość nominacji udaje się zredukować do około 350, do dzieła przystępuje De Aderton (Osiemnastu), w skład którego wchodzą „szwedzcy pisarze, poeci, filolodzy i historycy”, a na jego czele staje pięcioosobowy Komitet Noblowski, wybierany co trzy lata. Ich celem jest wyłonienie najpierw 15-20 faworytów, z nich zaś– po miesiącu– pięciu finalistów. Cały ten proces trwa 16 miesięcy. Trudno sobie nawet wyobrazić, by w tak skonstruowanym systemie dało się zawiązać jakiś trwały „układ”. W końcu wszyscy są tu niezależni. Niech mi ktoś pokaże na świecie zwartą falangę jednakowo myślących, wolnych intelektualistów.

Dobrze znający się na rzeczy (skoro wylansował Szymborską) Anders Bodegård potwierdza: „nie ma, moim zdaniem, w Akademii Szwedzkiej żadnego »sekretnego parytetu«–ani politycznego, ani geograficznego”. Jej członkowie–choćby nie wiem jak uczeni–to ludzie, którzy też mają swoje mądre i głupie teorie, lepsze lub gorsze gusta, a także podobne im przekonania, wyobrażenia, przesądy, fobie i lęki. Ich suma rodzi anioła lub potwora. Jak każda zresztą demokracja.

 


JAN STOLARCZYK

O Noblu dla Różewicza mówiło się od drugiej połowy lat sześćdziesiątych do pierwszej lat siedemdziesiątych. Nie znam żadnego świadectwa wskazującego na publiczny wyraz jego zawiedzionej nadziei czy personalny uraz, kiedy nagrodę otrzymali Miłosz i Szymborska. Tej ostatniej gratulował w „Tygodniku Powszechnym”: „Oczywiście, że się cieszę, przecież to druga kobieta-Polka otrzymała wielką Nagrodę. (…) Wisławo, znamy się tak długo, że mogę Cię ucałować i pogratulować”.

O tym, że zgłoszono Różewicza do nagrody Nobla (bez podania, kto to uczynił), pisał w kwietniu 1968 roku do poety Stanisław Skoneczny. Sekretarz Akademii miał zamiar spotkać się z kandydatem, ale do spotkania ostatecznie nie doszło: Różewicz nie zamierzał jechać do Krakowa. W tej informacji kryła się jakaś prawda, skoro w maju 1969 roku poeta pisał do Kornela Filipowicza: „Drogi Kornelu, w drodze do Finlandii zatrzymałem się kilka dni w Szokholmie na zaproszenie Instytutu Szwedzkiego. (…) jutro idę złożyć wizytę Sekretarzowi (Instytutu) Nagrody Nobla w Akademii Szwedzkiej… może zresztą ta instytucja nie tak się nazywa. (Ale niech »koledzy po piórze« śpią spokojnie–idę tam tylko tak sobie–w celach towarzyskich.)”.

Chociaż zaproszenie było oficjalne, poeta unikał mówienia o sobie, na koniec dostał tomik poezji sekretarza, za który podziękował i po krótkim przejrzeniu schował go do kieszeni: „Sekretarz pewnie był w jury przy wręczeniu nagrody Reymontowi” (T.R.).

W 1976 roku w Królewskim Teatrze Dramatycznym w Sztokholmie wystawiono Białe małżeństwo. Na premierę przyjechał autor. Był też na niej Artur Lundkvist– osoba wpływowa, członek jury Akademii Szwedzkiej. Obaj panowie przez chwilę okazjonalnie rozmawiali. Konserwatywnemu Lundkvistowi sztuka zdawała się być nazbyt erotyczna (pornograficzna?). Różewicz nie starał się objaśnić swoich racji.

Powiedziałem kiedyś Mistrzowi: „Idąc, podkłada pan sobie nogę”.

W Pomnikach czytamy: „Nasze pomniki / są dwuznaczne / mają kształt dołu”. Taki swój odwrócony pomnik, dwuznaczny, skierowany w głąb siebie, tworzy Różewicz. Odwrócenie jest niezbędnym warunkiem tworzenia wyższego porządku. Akt odwrócenia, który jest jak pozbawienie się wzroku, aby przenikliwiej widzieć, jest tożsamy z przyjęciem odpowiedzialności artysty za powołane słowa: „Poeta w czasie pisania / to człowiek / odwrócony / tyłem do świata / do nieporządku / rzeczywistości”.

Inaczej odwrócony był od świata poeta romantyczny, w porywie buntu zrywający z nim więzi. „Bunt” Różewicza polega na stałej trosce o niezależność we wszelkich jej przejawach. Niekiedy przybiera ona cechy pewnej bezwzględności (na przykład wobec mediów, mielonego banału). Sam poeta (dla wyrazistości rzecz nieco upraszczam) mówi o „walce o oddech”, która jest tu przecież synonimem troski o prawdę wyrazu. Oddychanie (jak pokarm) zalicza się do elementarnej biologicznie wymiany energii z otoczeniem, zaś oddychanie czystym powietrzem stanowi o ludzkim zdrowiu. W środku wierszy Różewicza słychać niemal biologiczny rytm krótkiego oddechu. Dla mnie jest on najbardziej prawdomównym i nieupozowanym z poetów współczesnych.

Z Różewiczem nikomu nie jest po drodze. On jest osobny ze swoim skupieniem. Przez wrodzoną niechęć do kłamstwa, salonów i układów towarzyskich, środowiskowych podchodów, krytyczne trwanie przy własnym zdaniu naraził się on honornym patriotom i kruchcie, części solidarnościowej opozycji, przyjaciołom poetom (nie tylko Przybosiowi), władza nie miała z niego pożytku. „Jestem człowiekiem, człowiekiem, który pisze wiersze”. Jest–jak Norwid–cierniem w polskiej literaturze i zarazem „chlebem, który żywi” kilka pokoleń powojennych poetów. Nie pisze się już pod Różewicza, jak Różewicz, pisze się wiersze „Różewiczem”–bezwiednie, naturalnie i nieświadomie.

Wracając do faktów, powinienem wspomnieć o szwedzkim wolontariuszu, który przez lata przypominał wpływowym osobom z kręgu Akademii o istnieniu wybitnego polskiego pisarza godnego wyróżnienia. Był nim profesor Józef Trypućko, slawista z uniwersytetu w Uppsali. We wrześniu 1975 roku pisał do poety: „we właściwym czasie i z odpowiednią motywacją zgłosiłem Pańską kandydaturę do Nobla”. Z jego listów i innych nieznanych dziś dokumentów dowiemy się kiedyś, kto starał się o nagrodę dla Tadeusza z Radomska i jak bardzo zależało przedstawicielom niektórych naszych instytucji kulturalnych (na przykład PEN Clubu), znanym pisarzom i filologom, aby ten odludek, nihilista i kolaborant nigdy nie został laureatem Nagrody Nobla.


JOANNA MUELLER

Tadeusz Różewicz wybił polską poezję ze snu. Dotychczas układała się ona w śpiewne wersy, usypiające czujność czytelnika regularnym brzmieniem. Debiutancki Niepokój z 1947 roku radykalnie zdruzgotał senne metrum– wersy zostały postawione na baczność, autor wyrwał je z bezpiecznych związków rytmicznych, kazał każdemu z nich walczyć o uwagę odbiorcy, samodzielnie chwytać oddech.

Nikt wcześniej w Polsce tak nie pisał, nawet przedwojenni awangardziści, którzy próbowali narzucić „przedniej straży” polskiej poezji ozdrowieńczy rytm wiersza wolnego. I to nie nazwiskiem Peipera czy Przybosia zostanie po latach nazwany czwarty system, który–obok sylabizmu, sylabotonizmu i tonizmu–wejdzie do podręczników poetyki. Teoretycy nadają temu systemowi (czy podsystemowi) wersyfikacyjnemu różne miana–wiersza wolnego skupieniowego, syntagmatycznego czy poawangardowego–jednak najbardziej rozpoznawalna i najchętniej używana nazwa to po prostu „wiersz różewiczowski”.

W wierszu tym, przypomnę, wersy nie są poddane jakiejś odgórnej zasadzie numerycznej–nie składają się z równej liczby sylab (jak w sylabikach), nie przestrzegają prawa regularności ułożenia i liczby akcentów (jak sylabotoniki) czy zestrojów akcentowych (jak toniki). Tutaj jedyną zasadą narzucaną brzmieniu jest znaczenie–wersy (zwane syntagmami, wiązaniami czy skupieniami) kończą się tam, gdzie składni braknie oddechu, gdzie trzeba–nowym wersem–głęboko nabrać sensu, a potem wydech–i tak wciąż od nowa.

Czy w poezji można dokonać większego aktu założycielskiego niż ten, który polega na całkowitej zmianie jej rytmu, jej sposobu oddychania? I czy wielu było w polskiej literaturze poetów, którzy dokonali równie radykalnej kardiowersji w wierszu jak Różewicz? Myślę, że nie i dlatego właśnie w nim widzę najważniejszego fundatora poetyckiej dyskursywności w XX wieku.

Chyba każdy nowoczesny poeta w Polsce w poszukiwaniu własnej dykcji musi odnieść się do paradygmatu ufundowanego przez Różewicza–choćby negatywnie, po to tylko, by już zawsze pisać przeciw niemu. Niemal wszyscy początkujący poeci sięgają odruchowo po ten wzorzec rytmiczny, a czynią to tak naturalnie i nieświadomie, jak się śpi czy oddycha.

Metafora snu i oddychania powraca tu nieprzypadkowo. Ojcowie dyskursu, jak mówi teoria psychoanalizy, muszą pogodzić się z tym, że ich własne dzieci podniosą na nich rękę. Wiersz Różewiczowski od dawna nie wybija już z marzenia sennego. Przeciwnie, przez ponad pół wieku okrzepł w regularności, wygodnie się umościł w zbiorowej nieświadomości i całkowicie uśpił czujność twórców oraz odbiorców. Świadome pisanie to dzisiaj pisanie przeciw temu, co ufundował ów poeta. W przestrzeni współczesnego wiersza wolnego mamy rozmaite nowe dykcje, ale żadna nie urosła jeszcze do rangi systemu wersyfikacyjnego, a autor żadnej z nich nie zasłużył moim zdaniem na miano twórcy nowego metrum. Synowie, owszem, nagminnie łamią prawo ojca, ale ich bunt nie wychodzi poza przestrzeń „nieskończonych możliwości wytwarzania dyskursu”, którą on sam dla nich otworzył. Poezja polska czeka na arytmię nowego niepokoju, na radykalną kardiowersję. Póki co jej metrum wciąż bije w rytm Niepokoju Różewicza.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata