70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Samoudręczenie

Wierzę w autentyczność Dziennika Mrożka, tak jak wierzę w ból, który człowiek potrafi zadać samemu sobie.

Dziennik to dzieło masywne, trudne w czytaniu, często męczące. Inaczej niż Baltazar – terapeutyczna autobiografia, inaczej niż korespondencja z Wojciechem Skalmowskim – literacko-polityczne zwierciadło lat 1970-2003.

Brakuje mi ludzi, od których roi się korespondencja Mrożka, nie tylko ze Skalmowskim, lecz także z Janem Błońskim, Erwinem Axerem i Adamem Tarnem. To monolog o sobie samym pisany przez eremitę z wyboru. Brak tu krajobrazów i towarzystwa. Tylko od czasu do czasu pada jakieś nazwisko z niewiele mówiącą jednozdaniową charakterystyką. Rzadko pojawia się nawet Maria Obremba – pierwsza żona pisarza, choć prawie cały czas z nim przebywa. Jedynym człowiekiem, któremu pisarz poświęca dużo miejsca i z którym się bezustannie konfrontuje, jest Witold Gombrowicz.

Zamiast ludzi – fragmenty lektur przepisywane z gorliwością prymusa w językach oryginałów i tłumaczone na polski przez samego autora.

W Dzienniku brak też opisów powstawania kolejnych utworów. Z wnętrza pijanych nocy wyłaniają się znienacka nowe tytuły.

A przecież w latach 1962-1969 powstało wiele świetnych dzieł, między innymi Tango, trzy długie opowiadania Moniza Clavier, We młynie, we młynie, mój dobry panie i Moje ukochane Beznóżki (najlepsza ze znanych mi krytyka socrealizmu). W tym samym czasie zrodziły się również pomysły do Garbusa i Vatzlava – w tekście widoczne jedynie dla czytelników dobrze obeznanych z twórczością ich autora.

Skupiony wyłącznie na sobie Mrożek nie wypełnia Dziennika bez reszty. Owa reszta, choć objętościowo jest niezbyt duża, to jednak ciąży nad całością, uczłowiecza ją, zwraca ku Innemu. Składają się na nią dwa listy napisane tuż po śmierci żony: pierwszy do Piotra Rawicza – przyjaciela i autora Krwi nieba, drugi – do siostry pisarza, Litosławy. Są one opisem małżeństwa i choroby Marii. Jest to opis skażony – na dobre i na złe – literaturą, czyli Gombrowiczem. To w niej koncentruje się ból autora i jego miłość. Trudno o tym pisać bez zażenowania, przecież każdy rozpacza jak umie, a Mrożek nie potrafi bez literatury. Niemniej w tym całkowitym, wręcz oślepiającym zapatrzeniu w siebie, w tym pomniku postawionym prawdziwym czy rzekomym ułomnościom charakteru, jest to jedyny naprawdę osobisty fragment.

Autor rozpoczyna swój Dziennik w wieku 32 lat. Ma już za sobą spalenie diariusza, który pisał wcześniej (z dymem poszło tysiące stron), pracę w „Szpilkach”, „Przekroju”, opowiadania Słoń, sztuki Policja i Męczeństwo Piotra O‘Heya, a także podróż po Związku Radzieckim, pobyt w Anglii i Paryżu. Jego utwory wystawiane są w demoludach i na Zachodzie.

Wkrótce Mrożkowie wyjeżdżają do Włoch i osiedlają się w miejscowości Chiavari. W 1964 roku w „Dialogu” ukazuje się Tango, dzięki któremu twórca zasłynie w Europie i USA. Dlaczego więc tak męczy się z samym sobą i narzeka? Dlaczego boli go własna esencja i egzystencja? Dlaczego do tego stopnia nie podoba się sobie, że momentami rozważa samobójstwo? Czym zgrzeszył – poza pijaństwem (jak się zresztą wydaje, mocno przesadzonym)?

Dziennik daje świadectwo niezwykłej pracowitości i umiejętności samokształcenia: uczenia się języków, studiowania dzieł z zakresu filozofii i psychologii. Mrożek czyta, cytuje i przepisuje Freuda, Junga, Fromma, Nietzschego, Manna, Sartre’a. Na prawach wyjątku pojawia się przytoczony tylko po polsku znakomity tekst Epikteta o braku konsekwencji. Niejednemu umęczonemu własną duszą i ciałem wystarczyłby ten ostatni. Jednak nie Mrożkowi. Nie wymieniłam tu Gombrowicza – przesycony jest nim cały Dziennik, choć cytatów można znaleźć mało.

W trakcie lektury między autorem a czytelnikiem rodzi się więź, rodzaj wspólnoty. Z pewnym wahaniem dokonuję tu uogólnienia, przecież nie mogę ręczyć za innych, a szczególnie za dusze zachwycone własną czystością.

Mrożek pokazuje nam zwierciadło składające się z odprysków albo ułamków lodu, jak w baśni Andersena, z których jeden wpadł pisarzowi do serca. Często zdarza się, że szczerość owych pretensji do siebie, podsuwanie nam przed oczy swojego, prawdziwego czy wyimaginowanego, psychicznego kalectwa, ta niewzruszona apodyktyczność i namolność w krytykowaniu samego siebie, owo biadolenie i ględzenie, wywołuje czułość i śmiech. Czasami irytuje, a niekiedy nudzi. Ale Mrożek to wie, bo irytuje i nudzi sam siebie: „Weź się, człowieku, w garść” – pisze, „Jesteś, jaki jesteś” albo: „O nudo, Ty jesteś jak zdrowie”.

Niekiedy także złości. Na przykład, gdy autor powiada: „Kult dla kultury jest dla mnie paskudniejszy niż sama kultura”. Mrożek bliski jest Gombrowiczowi aż do momentu politycznego i filozoficznego rozstania, które nastąpi w Krawcu – sztuce schowanej w biurku i zapomnianej, a która nieświadomie (stworzona przed lekturą Operetki) stała sie polemiką z Gombrowiczem opętanym Młodością, Niższością i Formą.

Pierwszy tom Dziennika nie jest najlepszym utworem Mrożka, choć zapewne najboleśniejszym. Jego lektura wymaga cierpliwości i empatii. Autor nie lubi siebie, nie chce być sobą, ale nie ma wyjścia. Twierdzi, że nie potrafi się zmienić. Najwidoczniej dobre – do czasu – zdrowie, światowa sława, wspaniali przyjaciele (i przyjaciółki) nie mogą mu w tym pomóc.

Wierzę w autentyczność Dziennika, tak jak wierzę w ból, który człowiek potrafi zadać samemu sobie. Nie jest łatwo być dla siebie piekłem. Przed nami jeszcze dwa tomy obejmujące lata 1970-1989.

Sławomir Mrożek

Dziennik, t. 1: 1962-1969

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, s. 732

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter