70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Rzymski hołd dla Brodskiego

Wśród rozlicznych talentów Josif Brodski posiadał także niezwykły dar przyjaźni. Na rzymskie spotkanie poświęcone życiu i twórczości poety przybyli bliscy z całego świata.

Wymagający i bezkompromisowy, pozornie pełen ironicznego dystansu, przez niektórych uważany za aroganta, gdy już kogoś zaaprobował i obdarzył przyjaźnią, był serdecznym i hojnym człowiekiem mającym dla bliskich wiele ciepła i uważności. Wyróżnieni tym darem, stawali się przyjaciółmi za pośrednictwem poety, czasem już po jego śmierci, odnajdując się i zbliżając dzięki tajemnej więzi łączącej tych, dla których był on ważny. Wymownym dowodem ich wdzięczności są spotkania organizowane w Nowym Jorku, Sankt Petersburgu, Wilnie, Rzymie…

Z pomocą przyjaciół żona poety, piękna Maria Sozzani-Brodsky, utworzyła The Joseph Brodsky Memorial Fellowship Fund. Jednym z jego celów jest powołanie do życia Akademii Rosyjskiej w Rzymie, która – na wzór istniejącej tutaj blisko sto dwadzieścia lat Akademii Amerykańskiej – umożliwiałaby przyjazdy do Włoch pisarzy, kompozytorów i artystów z Rosji.

Wiersze od przyjaciół

Akademia Amerykańska w Rzymie i Fundacja im. Brodskiego, wspierane przez sponsorów oraz liczne instytucje, zorganizowały w Rzymie w dniach 17–18 marca „Tribute to Joseph Brodsky” – hołd dla poety z okazji trzydziestej rocznicy jego pierwszego pobytu stypendialnego w Wiecznym Mieście (1981).

Pomysłodawcą wydarzenia był Seamus Heaney, który ze względu na stan zdrowia nie mógł niestety przybyć do Rzymu. Z różnych stron świata dotarli natomiast przyjaciele Brodskiego: Roberto Calasso – świetny pisarz i szef ekskluzywnej mediolańskiej oficyny Adelphi wydającej Brodskiego (a także Szymborską, Miłosza i Zagajewskiego); Borys Chersoński z Odessy, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych związany z samizdatem poeta ukraiński; Mary Jo Salter, autorka sześciu tomów wierszy, studentka Brodskiego obecnie wykładająca literaturę w Johns Hopkins University; Mark Strand – poeta obsypany nagrodami i obficie tłumaczony na włoski; niewymagający prezentacji Derek Walcott z dalekich Karaibów oraz Adam Zagajewski, który dzień wcześniej spóźnił się dzięki Lufthansie na spotkanie autorskie w Instytucie Polskim.

Podczas pierwszego wieczoru w przepełnionej Aula Magna Regina kampusu John Cabot University na Zatybrzu poeci czytali swoje wiersze, zaś Roberto Calasso – publikowane w tym numerze „Znaku” wspomnienie Rozmawiając z Brodskim, które stanowiło doskonałe wprowadzenie do całej imprezy.

Dobór utworów nie był przypadkowy: Derek Walcott przeczytał opowiadającą o rozmowie z Josifem VIII część poematu Białe czaple i dedykowany mu poemat Las Europy, Mark Strand napisany po śmierci poety wiersz Pamięci Josifa Brodskiego, Mary Jo Salter opisujący spotkania z nim kunsztowny Głos Ameryki, zaś Borys Chersoński wiersze związane z drogimi Brodskiemu Włochami: Rzym, Wenecja i Święta Agnieszka.

Na koniec nad głowami zebranych popłynęła niezwykła melodia głosu samego Brodskiego recytującego fragment poematu Część mowy. Po wieczorze międzynarodowe grono przyjaciół i bliskich poety zasiadło do uroczystej kolacji w pięknych wnętrzach Villa Aurelia, siedzibie Akademii Amerykańskiej. Z tarasów położonej na wzgórzu Gianicolo rezydencji rozpościera się oszałamiająca panorama Rzymu, którą zachwycał się często tutaj goszczący Josif Brodski.

Poza biografią

Nazajutrz poeci spotkali się z uczniami w szkołach oraz udzielali wywiadów. Wieczorem w dużej sali Villa Aurelia (gdzie także zabrakło miejsc i wielu słuchaczy stało pod ścianami) goście festiwalu czytali wybrane przez siebie utwory Brodskiego po angielsku, rosyjsku i włosku; szkoda, że Adam Zagajewski nie wpadł na pomysł przeczytania wiersza w przekładzie Stanisława Barańczaka – zabrzmiałby on z pewnością nie gorzej niż pierwowzór, a na pewno lepiej niż przekłady anglojęzyczne. Różnorodność wierszy pomogła uzmysłowić bogactwo twórczości Brodskiego, rozległość jego zainteresowań, wielość języków i form stroficznych, jakimi posługiwał się z olśniewającą maestrią.

Obok wierszy „włoskich” czy klasycznych, takich jak We Włoszech, Tors i Rzymskie elegie (Calasso), Listy do rzymskiego przyjaciela (Chersoński – proroczy dwuwiersz z 1972 roku!: „Jakie najnowsze wieści z Libii czy skądeś tam?/Ciągle walczymy na pustyni?”), Odyseusz do Telemacha (Salter), Dedal na Sycylii (Zagajewski). Usłyszeliśmy też kunsztownego Motyla (Calasso), Listy z czasów dynastii Ming (Walcott), wreszcie fragmenty Divertimenta meksykańskiego w wykonaniu Chersońskiego, który recytował utwory Brodskiego z pamięci.

Nie zabrakło wierszy zabawnych: Piosenki (Salter), ale najbardziej przejmująco zabrzmiały utwory autobiograficzne i osobiste: Nie, nie dostaję bzika: po prostu zmęczyło mnie lato (Walcott) i przede wszystkim Do mojej córki (Salter). Córka poety, 18-letnia Anna Brodsky, która siedziała na sali w gronie szkolnych koleżanek, ze wzruszeniem słuchała wiersza napisanego dla niej, gdy miała trzy lata.

Po półgodzinnej przerwie w nadal przepełnionej sali (było już po godzinie 22) Karl Kirchwey, jeden z dyrektorów Akademii Amerykańskiej, poprowadził rozmowę poświęconą życiu i twórczości Brodskiego. Usłyszeliśmy wspomnienia, celne uwagi dotyczące twórczości autora Znaku wodnego i poruszające osobiste wyznania.

Na początek wspomniano o niechęci Brodskiego do biografii; poeta, który życzył sobie, aby czytelnikom dostępne było jego dzieło, nie życie, z trudem zaakceptował to, iż jego biografię napisać zamierzał bliski przyjaciel Lew Łosiew. Ukazała się ona po rosyjsku, a niebawem opublikowana zostanie w Ameryce. Borys Chersoński przypomniał opinię Puszkina, że biografia poety zawsze jest kłamstwem, i wbrew opinii Marka Stranda, iż każdy chce być bohaterem biografii, słusznie utrzymywał, że nikt nie pragnie, by wszystkie jego głupstwa i uczynki były publicznie komentowane.

Metafizyczny chuligan

Następnie dyskutowano o tożsamości Brodskiego, który na pytanie, kim jest, odpowiedział kiedyś: „Jestem Żydem, poetą rosyjskim, eseistą angielskim i obywatelem amerykańskim”. Calasso stwierdził, że nigdy nie widział różnicy między tymi „rolami” i niemożliwe jest ich oddzielanie. Brodski był dla niego zawsze człowiekiem sprzeciwu, a jego angielska proza i rosyjska poezja podążały w tym samym kierunku. Chersoński rozbawił salę opinią, że jeżeli jest się poetą rosyjskim i żyje się w Ameryce, to musi się być Żydem. Mary Jo Salter przypomniała, że Brodski był dumny, iż jest obywatelem USA, natomiast Mark Strand stwierdził, że trudno mu mówić o Brodskim jako poecie amerykańskim: „Nie znaliśmy jego wierszy, tylko ich przekłady na angielski, które były czymś egzotycznym. Poeci amerykańscy rodzą się w tym języku, Brodski się go uczył. Ale też bawił się, grał nim, znajdował możliwości, których my nie znamy, wypróbowywał je, badał ich wartość”.

Największe oklaski w tej części wieczoru otrzymał Adam Zagajewski, który celnie scharakteryzował sylwetkę przyjaciela. Jego zdaniem wyzwaniem dla Brodskiego było wyzwolić się z biografii. Nienawidził jej, ponieważ należał do nieskończoności, a ona przecież nie ma biografii.

Z tych samych powodów nigdy nie tworzył poezji walczącej z systemem. Należał do kilku nielicznych ludzi w każdym stuleciu, którzy są wolni. Był ponad każdą religią, choć napisał wiele wierszy, które mogłyby być zamieszczone w antologii ułożonej przez jezuitów. Był metafizycznym chuliganem. Wiedział zarazem, że przeciwieństwem nieskończoności jest nasza śmiertelność. Nie był gentlemanem, nie był grzeczny, zawsze starał się wykraczać poza i wznosić się ponad. Był uosobieniem sprzeczności.

Czuł się bardzo związany z Polską – dawał temu wyraz na różne sposoby, czasem dość niekonwencjonalne: wyznawał na przykład, iż uwielbia polską kawalerię, natomiast nie ceni kawalerii czeskiej. Był uroczym arogantem.

Kiedy ogląda się zdjęcia młodego Brodskiego zrobione jeszcze w Leningradzie, widać, że jest szczęśliwy. Był piękny, wiedział doskonale, że jest młodym geniuszem, uwielbiał przeszkody, miał talent, był królem.

Derek Walcott, odpowiadając na pytanie, czego nauczył się od Brodskiego, przytoczył historię wspólnej pracy nad tłumaczeniem jego wiersza. Gdy we trójkę (z przyjacielem z Columbia University) ślęczeli nocą w domku na wsi nad jednym wersem, o czwartej nad ranem wykończony Brodski podsumował ich wielogodzinne wysiłki: „Fuck you, fuck poetry, fuck everything!”. Nieprawdopodobne było jego dążenie do doskonałości, umiłowanie poetyckiego rzemiosła, najwyższa miara wyznaczana poezji.

„Amerykańscy poeci – perorował Walcott – gdy mówią »jestem poetą«, ściszają głos. Brodski mówił: »JESTEM POETĄ« głośno i z dumą. Poeta to ktoś, kto każdego dnia niesłychanie ciężko pracuje nad każdym wersem. Pracowitość Brodskiego graniczyła z heroizmem. Chciał, żeby jego wiersz nie sprawiał wrażenia przekładu, miał brzmieć jak napisany po angielsku. Josif stawał się Josephem”.

Symbol wyzwolenia

O Włoszech Brodskiego ciekawie opowiedział Roberto Calasso: „Jeżeli jesteś w Petersburgu, nie możesz nie myśleć o Italii – Petersburg jest lustrzanym odbiciem Wenecji. Najwięksi rosyjscy pisarze tworzyli we Włoszech: Gogol, Turgieniew, Dostojewski (który tak nienawidził wszystkiego, co nie jest Rosją). Dla Brodskiego Włochy stanowiły naturalne milieu. Brak klasycznego wykształcenia był – paradoksalnie – jego wielką przewagą. Włochy są dla niektórych poetów niesłychanie przyjazne – serdecznie przyjęły Brodskiego, Audena, Walcotta, ostatnio zaś Szymborską, która była tu zupełnie nieznana, a podczas jej ostatniej wizyty na spotkania przyszły tłumy. To tajemnica – życie poezji jest wąską ścieżką”.

Calasso wie, co mówi – w jego oficynie ukazała się niedawno Radość pisania, czyli La gioia di scrivere. Tutte le poesie 1945–2009, która – podobnie jak wydane wcześniej Opera w przekładzie Pietra Marchesaniego – stała się prawdziwym bestsellerem.

Dyskutowano także o stosunku Brodskiego do Rosji. Chersoński zauważył, iż jest wiele tradycji rosyjskich i każdy może wybrać własną. Zupełnie inna jest tradycja Sołżenicyna, a inna Brodskiego, który chwilami był poetą „imperialnym”, ale nigdy rosyjskim imperialistą. Dla generacji Chersońskiego Brodski był symbolem wyzwolenia. Dla obecnych pokoleń poezja jest niczym, więc i Brodski jest nikim – bo uosabia kulturę.

Analizując wpływ Brodskiego na współczesną poezję amerykańską, dyskutanci zgadzali się, że silniej aniżeli wiersze oddziałuje jego eseistyka. Zaskakująco pesymistyczną wizję nakreślił Mark Strand: „Mam dosyć czarny obraz poezji amerykańskiej. Nie sądzę, ażeby oddziaływała na nią poezja Brodskiego, poezja Walcotta, moja poezja, czyjakolwiek poezja, ponieważ amerykańscy poeci nie czytają niczego. Nie mają cierpliwości. Zmierzamy w stronę ciemnych czasów”.

Surowej lekcji udzieliła Strandowi Anna Brodsky. Grzecznie, ale stanowczo, zaprotestowała w imieniu swego pokolenia przeciwko takiej diagnozie, pytając, czy nie jest zbyt mroczna. Miło było patrzeć, jak wespół z inteligencją wspaniale potrafią pracować geny – z jednej strony arystokratycznej rodziny Sozzanich (spokrewnionych z książęcym rodem Trubieckich), z drugiej – genialnego ojca, po którym córka ewidentnie odziedziczyła odwagę i charakter. Strand bronił się słabo, odpowiadając, że zapewne są młodzi poeci, którzy zadają kłam jego słowom, ale on nie spotkał ich zbyt wielu. Ze swoimi studentami nie rozmawia często o poezji, bardziej interesuje ich kino i kultura masowa. Przyznał jednak, że nie powinien tak generalizować.

Spotkanie wspaniale podsumował Derek Walcott: „Brodski był człowiekiem oddanym przyjaźni – mówił wyraźnie przejęty noblista z Karaibów – i wierzę, że tego wieczoru byłby wśród swoich przyjaciół szczęśliwy. Strand i Zagajewski czytali jego utwory swoim głosem, ale ja słyszałem głos Brodskiego. To dowód na to, że jeśli dać wierszom czas, one będą dojrzewać i rosnąć. To jeden z najpiękniejszych wieczorów w moim życiu”.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter