70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Prezydencja na czas kryzysu

Leży w najżywotniejszym interesie Polski i Europy, aby Unia przetrwała obecny kryzys. Polska powinna być w czołówce państw, które o to walczą.

Co do tego, że Unia jest pogrążona w poważnym kryzysie nikt nie ma dzisiaj wątpliwości. Czy kryzys jest, Pana zdaniem, skutkiem polityki takich krajów jak Grecja, Irlandia i Portugalia? Czy część odpowiedzialności spada również na większe kraje członkowskie? Czy kryzys ma przyczyny natury ekonomicznej, czy również inne, głębsze – a zwłaszcza polityczne?

Powiedziałbym mocniej: Unię dotknął największy kryzys od początku jej istnienia. Przyczyn jest wiele. Wśród nich wysuwa się na czoło wciąż istniejąca wewnętrzna niespójność Unii i brak autentycznego ośrodka decyzyjnego, zdolnego szybko i sprawnie reagować na zagrożenia. Inaczej mówiąc: Unii do dziś brakuje wymiaru politycznego godnego tej nazwy. Dlaczego tak jest? Otóż niektóre państwa członkowskie oceniają przynależność do Unii jako zło konieczne i nie zmierzają do celów, jakie wyznaczyli jej „Ojcowie Europy”. Kraje te systematycznie dążą do tego, aby przekształcić Unię w strefę wolnego handlu.

O jakich krajach Pan mówi?

W szczególności o Anglii. Czuje się ona nade wszystko członkiem światowej wspólnoty krajów anglosaskich, z którą wiążą ją nie tylko ramy instytucjonalne, ale również historia, kultura, język i sentyment. Od krajów kontynentalnych – Francji, Niemiec, Hiszpanii – dzieli Anglię pamięć konfliktów i wojen, odmienny sposób życia i odmienne widzenie świata. Anglia była, jest i pewnie nadal będzie czynnikiem hamującym postęp Unii i rozluźniającym jej wiązania instytucjonalne. Premier David Cameron zapowiedział niedawno, iż w jego kraju każda istotna zmiana obowiązującego obecnie traktatu unijnego zostanie poddana pod referendum. Oznacza to, że żadnej „istotnej zmiany” nie będzie. Kolejne sondaże opinii publicznej wskazują bowiem, że przytłaczająca większość społeczeństwa angielskiego jest zmianom przeciwna.

W jaki sposób może to zagrozić Unii?

Świat zmienia się dzisiaj z wielką szybkością. Unia powinna więc mieć możliwość dostosowania się do tych zmian. Dotychczas służyły temu celowi kolejne rewizje traktatu rzymskiego: Amsterdam, Maastricht, Nicea, Lizbona. Pozbawiona tej możliwości Unia staje wobec perspektywy skostnienia, uwiądu i rozpadu. Nie jest wykluczone, że pewne państwa, ugrupowania polityczne i osobistości do tego właśnie dążą.

Dlaczego zatem Anglia wstąpiła do Wspólnoty Europejskiej przekształconej w dzisiejszą Unię?

Otóż powstanie Wspólnoty mocą traktatu rzymskiego z roku 1957 – usunięcie na jej obszarze barier celnych, administracyjnych i psychologicznych – okazało się czynnikiem stymulującym w sposób fenomenalny rozwój ekonomiczny państw założycielskich. W ciągu pierwszych piętnastu lat od wejścia w życie traktatu średni roczny wzrost PKB przekraczał pięć procent we Francji, w Niemczech i we Włoszech. Było to zjawisko niebywałe jak na rozwinięte kraje przemysłowe. Za wzrostem ekonomicznym szedł wzrost poziomu życia wszystkich warstw społecznych. Natomiast w Anglii, pozostającej poza Wspólnotą, PKB rósł w tempie o połowę mniejszym, mimo doskonałej ówczesnej koniunktury światowej. Wyspiarskie państwo stanęło wobec widma degradacji gospodarczej, społecznej i politycznej. Stąd decyzja, podjęta nie bez wielkich oporów, aby przystąpić do Unii. Londyn zdał sobie sprawę, że uzyskanie nieograniczonego dostępu do dynamicznego rynku wspólnotowego jest sprawą największej wagi dla gospodarki brytyjskiej. Doszedł również do wniosku, że będąc we Wspólnocie, uzyska wpływ na jej ewolucję, co z zewnątrz było niemożliwe. Do tej pory wszystkie rządy angielskie, zarówno prawicowe, jak lewicowe, hamowały ewolucję UE w kierunku większej spójności i większej sprawności, a zwłaszcza przeciwstawiały się powstaniu prawdziwej unii politycznej. Polityka Anglii przedstawia tym większe zagrożenie dla integracji europejskiej, iż tworzy zachętę do antyunijnych tendencji w innych państwach członkowskich, ich model i punkt oparcia.

Jakie są inne powody kryzysu?

W dużym stopniu zmiana generacyjna. Odchodzą pokolenia, które były nie tylko świadkami powstania pierwszych Wspólnot Europejskich oraz ich powolnej mutacji w dzisiejszą Unię, ale również beneficjentami głębokich zmian, które przyniosła integracja europejska – pokoju, dobrobytu, odrzucenia konfrontacji między państwami na rzecz idei współpracy, dialogu, budowy zaufania i działania na rzecz wspólnego interesu. Dla nowych pokoleń te czasy należą już do historii.

Skąd ta zmiana nastawienia?

Nowe pokolenia żyją w warunkach o wiele trudniejszych niż ich rodzice. Okres szybkiego rozwoju gospodarczego należy w Europie do przeszłości. Stary Świat odczuwa boleśnie konkurencję krajów Azji i Ameryki Łacińskiej. Upadają całe gałęzie aktywności ekonomicznej. Bezrobocie utrzymuje się na wysokim poziomie. Bieda zagląda w oczy niemałym odłamom społeczeństwa. Na tym tle pojawia się zjawisko znane od wieków: poszukiwanie kozła ofiarnego. Rosnące dziś w siłę ugrupowania skrajne i populistyczne nie mają wątpliwości: wszystkiemu winna jest Unia. Ta retoryka wydaje się przemawiać do ludzi zmęczonych trudnościami życia i niespokojnych o przyszłość. Stąd osłabienie poparcia społecznego dla integracji europejskiej. Wskażę na jeden tylko symptom tej ewolucji: systematycznie spadającą frekwencję w wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Czy obecny kryzys można porównać do wielkiej recesji z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych wraz z jej konsekwencjami politycznymi?

Można. W roku 1929 francuski premier i minister spraw zagranicznych Aristide Briand przedstawił na forum Ligi Narodów propozycję utworzenia „związku federalnego” państw europejskich. Ówczesna sytuacja ekonomiczna i polityczna Europy wydawała się sprzyjać ustanowieniu nowych zasad w stosunkach między państwami. Projekt Brianda został życzliwie przyjęty przez przedstawicieli rządów, opinię publiczną i media. Gdyby chociaż w części został wówczas zrealizowany, to Europa może uniknęłaby drugiej wojny światowej. Jednakże bezprzykładny kryzys ekonomiczny, który wybuchł parę tygodni po genewskim wystąpieniu Brianda, i spowodowany przezeń bezprzykładny kryzys socjalny zmiotły ten projekt z agendy Europy. Ugrupowania polityczne żerujące na nędzy i rozpaczy ludzi uzyskały ważną, albo dominującą, pozycję. Europa znalazła się na drodze do nowej wojny.

Wracając do współczesności, jakie były etapy obecnego kryzysu?

Kryzys uderzył najpierw w najbardziej wrażliwy i najmniej odporny składnik UE, czyli strefę euro, to znaczy grupę krajów, które przystąpiły do unii walutowej i zastąpiły własne waluty jednolitą walutą europejską. Podatność na kryzys wynikała z niespójności strefy. To, że należące do niej państwa nie ujednoliciły swoich polityk fiskalnych, ekonomicznych i socjalnych, okazało się czynnikiem rozsadzającym jej zwartość. Najsilniejsze gospodarczo i najmniej dotknięte kryzysem państwa strefy euro podjęły ogromny wysiłek, aby uratować jednolitą walutę. Utworzony został Europejski Fundusz Stabilizacyjny, dysponujący setkami miliardów euro. Proponowany pakt konkurencyjności i konwergencji pewnie zostanie przyjęty i być może zredukuje wewnętrzną niespójność strefy. Trzeba sobie życzyć, aby te wysiłki przyniosły sukces. Bez euro sytuacja byłaby jeszcze gorsza, niż jest obecnie. Przypominałaby chaos i katastrofę z roku 1929 i lat następnych. Euro jest bezcennym instrumentem ekonomicznej, politycznej i ludzkiej integracji Europy. Co więcej, stanowi jeden z podstawowych warunków znaczenia Europy w szybko zmieniającym się świecie. Jednakże kryzysu nie udało się jeszcze definitywnie opanować. Czołowi politycy europejscy powtarzają, że jeśli nie uda się uratować euro, to nie uda się uratować Unii Europejskiej. Byłoby lekkomyślmością nie brać tych deklaracji serio. Sytuacja wciąż jest niepewna.

Czy rzeczywiście może, Pana zdaniem, dojść do rozpadu albo uwiądu Unii Europejskiej?

Unia jest dzisiaj osłabiona i zagrożona jak nigdy w swej historii – przez światowy kryzys ekonomiczny i finansowy, przez zapaść strefy euro, przez politykę pewnych państw członkowskich, przez rozrost wrogich jej ugrupowań politycznych na prawicy i na lewicy, przez spadek udzielanego jej poparcia społecznego – a jej przyszłość może przybrać formę jednego z czterech możliwych scenariuszy.

  • Unia przezwycięży kryzys, wypłynie na spokojniejsze wody, odbuduje swą spójność i sprawność decyzyjną, stanie się autentycznym podmiotem stosunków międzynarodowych w skali planetarnej, pozostanie głównym ekonomicznym i politycznym partnerem Trzeciego Świata, zachowa pionierską rolę w walce z zagrożeniami środowiskowymi. Jest to scenariusz, którego osobiście najbardziej pragnę. Jego realizacja nie jest całkowicie wykluczona – kryzys jest czasami okazją do „nowego odbicia”. Ale szczerze mówiąc, nie wydaje mi się niestety bardzo prawdopodobny.
  • Unia się rozpadnie. Toute proportion gardée byłby to powrót do stanu sprzed drugiej wojny światowej. Najbardziej rozwinięte i najsilniejsze państwa europejskie – Niemcy, Francja, Anglia – mogłyby może z większym powodzeniem wyzwolić się z sytuacji chaosu i niepewności, jaka charakteryzowała stosunki międzynarodowe przed II wojną. Jednak dla Polski, ponownie ujętej w obręcz niemiecko-rosyjską, byłaby to katastrofa. Unia Europejska – jak inne twory człowieka – nie jest z założenia wieczna. Aby mogła istnieć i działać, musi liczyć na zrozumienie, przychylność i wsparcie państw członkowskich i społeczeństw. A te niezbędne podpory nie są dzisiaj równie mocne jak pół czy ćwierć wieku temu.
  • Unia będzie nadal istnieć, ale paraliżowana od wewnątrz zostanie skazana na stagnację, przybierając siłą rzeczy formę strefy wolnego handlu, a więc jednej z wielu banalnych organizacji międzyrządowych.
  • Unia się podzieli. Pewna grupa krajów (dzisiaj mówi się o krajach strefy euro, ale nie jest wykluczone, że będzie to grupa jeszcze mniejsza) wyodrębni się i utworzy zespół w pełni zdolny do życia i działania. Byłaby to „mała unia” zarówno ekonomiczna i walutowa, jak polityczna i obronna. Ewolucja taka mogłaby się dokonać w ramach traktatu z Lizbony, odwołując się do postanowień o „wzmocnionej współpracy”. Polska parokrotnie wypowiadała się przeciwko wiszącemu w powietrzu instytucjonalnemu wyodrębnieniu strefy euro z Unii Europejskiej i apelowała o utrzymanie jedności. Jest to stanowisko zrozumiałe, ale nie wydaje się, aby mogło znaleźć poparcie w strefie euro. W środowiskach rządowych, politycznych, naukowych i medialnych jej państw członkowskich coraz wyraźniej daje o sobie znać zniecierpliwienie polityką europejską Anglii i paru bliskich jej krajów. Coraz wyraźniejsza staje się również determinacja, aby uniezależnić się od Londynu i nie pozwolić, aby historyczny dorobek integracji europejskiej, osiągnięty olbrzymim wysiłkiem w ciągu ostatniego półwiecza, został skazany na bezwład, regres i atrofię. W tej sytuacji Polska nie powinna trwać przy polityce oporu wobec podziału Unii. Polityka ta może doprowadzić do izolacji naszego kraju i pozbawić go przychylności najważniejszych państw europejskich. Bardziej realistyczne – i w ostatecznym bilansie zdecydowanie bardziej korzystne dla Polski – byłoby podwojenie wysiłku, aby jak najprędzej znaleźć się w strefie euro. Przyniosłoby nam to istotne korzyści ekonomiczne, polityczne i prestiżowe. Nie trzeba zapominać, iż Polska wzięła na siebie traktatowe zobowiązanie, że przystąpi do unii walutowej. A im wcześniej się z niego wywiąże, tym lepiej dla niej i dla Europy.

Jakie zadania stoją przed Polską w obecnej fazie kryzysu Unii? Jakie powinny być jej priorytety podczas prezydencji UE, którą będzie sprawować w drugiej połowie bieżącego roku?

W moim przekonaniu powinniśmy działać jako kraj duży, poważny i dojrzały. Obca powinna nam być myśl, że jeśli Unia staje wobec wielkich i groźnych wyzwań, to od zmierzenia się z nimi są Francja i Niemcy, a my możemy się zajmować sprawami o bardziej bezpośrednim dla nas znaczeniu: Partnerstwem Wschodnim, polityką energetyczną, ostatecznym otwarciem rynku unijnego, budżetem na lata 2014–2020 i tak dalej. Te sprawy są niebłahe i trzeba o nich mówić, ale w dzisiejszej sytuacji rysują się jednak jako drugorzędne wobec fundamentalnego problemu, który powinien stać na czele polskich priorytetów: co i jak uczynić, aby Unia przetrwała kryzys, mogła działać, rozwijać się i służyć przyszłym pokoleniom. Polska, z jej sytuacją geopolityczną i jej doświadczeniem historycznym, potrzebuje Unii bardziej niż jakikolwiek inny kraj europejski. Potrzebuje jej dla swego bezpieczeństwa, swego rozwoju i utrzymania swego znaczenia. Dlatego nie powinna koncentrować uwagi i wysiłku na sprawach cząstkowych, ale brać na siebie odpowiedzialność za Unię jako całość i za jej przyszłość.

Czy nie jesteśmy jeszcze krajem zbyt słabym, aby podejmować takie zadania? Czy nie lepiej skupić się na paru sprawach bardziej terre-à-terre?

Nie. Powinniśmy być w pierwszej linii walki o cel fundamentalny. Trzeba nam również unikać retoryki i działań wywołujących wrażenie, że główną, jeśli nie jedyną, naszą troską jest „obrona interesu narodowego”. Byłaby to prosta droga do izolacji i bezsilności, do degradacji Polski i szkodzenia jej najżywotniejszym interesom. Wszyscy bronią swych interesów – jest to jak najbardziej naturalne – ale nie czynią już tego tak, jakby nic się nie zmieniło od czasów drugiej wojny światowej. Jedyna skuteczna polityka w Unii to „gra zespołowa” mająca na oku sukces całej ekipy i wszystkich jej członków. W przededniu prezydencji polska dyplomacja powinna zbudować sojusz, który umożliwiłby osiągnięcie celów, o których wspomniałem. Jego oczywistymi stronami wydają się Komisja Europejska i Parlament Europejski oraz wszystkie kraje członkowskie, które chcą Unii takiej, jaką pół wieku temu zaprojektowali „Ojcowie Europy”, a nie takiej, do jakiej chcieliby ją zredukować premier David Cameron i gorliwie sekundujący mu prezydent Republiki Czeskiej Václav Klaus. Wierzę, że w historii nie ma determinizmów. Jej architektami są ludzie i narody. Unia jest dzisiaj zagrożona jak nigdy w swej historii. Nie znaczy to jednak, że musi się rozpaść albo zastygnąć w bezruchu prowadzącym do atrofii. Polska w czasie swej prezydencji i w latach następnych powinna wysunąć się na czoło w akcji jej ocalenia. Mam nadzieję, że tak właśnie będzie i że tą drogą nasz kraj uzyska znaczenie i respekt, do jakich predestynują go jego historia, dynamizm i przywiązanie do wolności.


Jerzy Łukaszewski, w latach 1972–1990 rektor Kolegium Europy w Brugii, w latach 1990–1996 ambasador RP we Francji, w latach 1998–2002 członek Komitetu Integracji Europejskiej Rządu RP

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata