70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Gorzkie żniwa

Książka Jana Tomasza Grossa i Ireny Grudzińskiej-Gross Złote żniwa na nowo rozpaliła debatę na temat postaw Polaków wobec ludności żydowskiej w czasach powojennych. W tym numerze publikujemy rozmowę o pamięci, odpowiedzialności i poczuciu skruchy.

<W dniu 23 stycznia 2011 użytkownik Jacek Filek napisał:>

Pisanie i publikowanie, Pawle, to nie czynności mimowolne. Poprzez nie autor – bardziej lub mniej świadomie – pragnie coś urzeczywistnić, coś osiągnąć. Co, wedle Ciebie, chciałby urzeczywistnić swą ostatnią książką Jan Tomasz Gross?

J.

<W dniu 24 stycznia 2011, użytkownik Paweł Filek napisał:>

Jacku,
Ucieszyło mnie Twoje pytanie, bo, prawdę mówiąc, mnie ono również nurtuje. Do głowy przychodzą mi trzy odpowiedzi, przy czym zakładam czyste intencje autora, czyli a priori odrzucam odpowiedzi w rodzaju: „Chce być kontrowersyjny”, „Chce być sławny”, „Chce zwiększyć sprzedaż”, „Chodzi mu o szkalowanie Narodu Polskiego” (koniecznie wielkimi literami). Moja pierwsza myśl jest taka, że chodzi o „przeoranie” polskiej pamięci. (Nie mogłem się powstrzymać. Od początku mojego myślenia nad tą książką bawi mnie myśl, że historyk to też hiena cmentarna, która żyje z rozkopywania grobów…) Pozwól, że w tym miejscu podzielę się z Tobą pewnym doświadczeniem osobistym. Jak wiesz, żyję pomiędzy dwoma światami. Około dziesięć lat temu zacząłem – najpierw sporadycznie, potem coraz częściej, czego kulminacją był mój blisko półtoraroczny pobyt w Jerozolimie – przebywać między Żydami. Nie mam tu na myśli ludzi podobnych do mnie – garstki wciąż żyjących w Polsce, przeważnie całkiem zasymilowanych potomków żydowskich komunistów – ich znałem już wcześniej. Mówię o osobach o silnej tożsamości żydowskiej, potomkach ocalałych z Zagłady, którzy wyemigrowali do Palestyny, Anglii, Stanów Zjednoczonych, Kanady i tak dalej. Otóż zaszokowało mnie (którego świadomość historyczną ukształtowała polska szkoła i uniwersytet) to, jak złego zdania są ci ludzie o Polakach i ich roli w Holokauście. Ujmując rzecz krótko, spędziłem godziny, argumentując – bo tego mnie przecież uczono! – że Polacy bezradnie patrzyli się na rzeź dokonaną przez Niemców na ich sąsiadach. Niektórzy bohatersko próbowali ich ratować, inni – nieliczny margines – współpracowali z mordercami. Moi rozmówcy zaś nieodmiennie twierdzili, że Zagłada dokonała się przy poklasku, jeśli nie wręcz współpracy polskiego społeczeństwa.

Tak więc z perspektywy „żydowskiej pamięci” książka Grossa  nie wnosi praktycznie nic nowego, prezentuje po prostu obowiązującą w tym świecie narrację. Gwoli sprawiedliwości: pamięta się tam również Polaków, którzy z narażeniem życia ratowali Żydów, tyle tylko, że wspomnienia te są, by tak rzec, wysepkami na oceanie podobnych do tych opisanych przez Grossa. Książka ewentualnie mogłaby być argumentem dla syjonistów (musimy mieć silne zmilitaryzowane państwo, bo wszyscy nas nienawidzą i chcą zabić) lub dla ortodoksów (jesteśmy Narodem Wybranym, bo wszyscy nas nienawidzą i chcą zabić). Jedni i drudzy zresztą wcale jej nie potrzebują. Jej wydanie na polskim rynku miało na celu odmienienie obowiązującej w Polsce narracji, ukazanie Polakom, jak wyglądają z perspektywy innych. Miało „rozkopać” polską świadomość historyczną. Pokazać punkt widzenia, wedle którego Polacy nie byli wcale tacy heroiczni i niewinni, jak lubią o sobie myśleć. Uświadomić, że można być ofiarą i katem równocześnie. A po co to robić? Po co w ogóle mieszać ludziom w pamięci? Nie wiem, może w imię  Prawdy? Może po to, by pokazać, że jest ona wielowymiarowa i polifoniczna, i że często jest też brzydka i bolesna?

Druga myśl jest taka, że książka ta jest oskarżeniem. A jeśli tak, to kto jest oskarżonym, o co, przed jaką instancją? Założenie autora byłoby tu zapewne takie, że istnieje pewien długowieczny podmiot, który dziś, po siedemdziesięciu latach, można obwinić o udział w masowym morderstwie. Tym odpowiedzialnym podmiotem miałby zapewne być naród polski, a może także kler katolicki. Kolejnym założeniem byłoby to, że istnieje jakaś instancja, jakiś sąd, przed którym ten podmiot miałby stanąć. Co miałoby być ową instancją? Historia? Nie wiem… I co miałoby być wynikiem tego procesu? Zapewne takie oskarżenie mogłoby się stać – przepraszam, że sięgam po argument skrajnej prawicy –  podstawą do realnych roszczeń materialnych w jak najbardziej ziemskich sądach (czyli chodziłoby o to, by wyrwać złodziejowi ukradziony złoty ząb). Jednak naprawdę nie sądzę, by to właśnie było celem Grossa. Po co więc takie oskarżenie? Chodzi być może o wyznanie win i o przebaczenie, które mogłoby po nim nastąpić. Ale kto miałby dzisiaj przyznać się do winy? I kto miałby być przebaczającym? I czy jednak można w ogóle mówić o winie i przebaczeniu w historii? Tego nie wiem – może Ty mi odpowiesz?

Trzecia odpowiedź, która przychodzi mi do głowy, to taka, że być może temat „Polacy i  Żydzi w latach 1939–1945 i później” nie jest bynajmniej głównym tematem Złotych żniw. Owszem, studiowanym tu przypadkiem jest Holokaust na ziemiach polskich, ale po to, by stać się przyczynkiem dla bardziej uniwersalnej refleksji na temat natury ludzkiej. Sam autor zresztą kilkakrotnie podkreśla, że podobne do opisanych przez niego wydarzenia miały miejsce w całej Europie (tyle tylko, że to akurat w Polsce znalazło się „jądro ciemności”), przywołuje też podobne przypadki z innych czasów i miejsc. Rozumiane tak Złote żniwa byłyby raczej dość pesymistyczną wizją człowieka w ogóle, byłyby książką o chciwości i zawiści, o nienawiści do Innego, o zezwierzęceniu ludzi w czasach chaosu, o tym, że w tych czasach nawet „porządny człowiek” dostosowuje się do istniejących „standardów”, o tym, że w gruncie rzeczy lekko traktujemy krew bliźniego i bardzo niewiele potrzeba, byśmy zaczęli zabijać.  A po co pisać taką książkę? Tego nie wiem. Może Ty mi odpowiesz?

P.

<W dniu 25 stycznia 2011 użytkownik Jacek Filek napisał:>

Zgodziłbym się z Twoją myślą, że intencją Grossa jest „przeoranie” polskiej pamięci i że jego książka niewiele nowego mówi Żydom, jest natomiast szansą dla Polaków, by zbliżyć się do bolesnej prawdy. Zgadzam się też, że żniwem Złotych żniw mogłoby być może nie tyle przebaczenie – bo kto miałby tu prawo przebaczać w imieniu pomordowanych ofiar? – ile przebudzenie Polaków z „moralnej drzemki”. My, Naród bohaterski, który nie dał się zgnieść zaborcom, który w bezprecedensowy sposób stawił czoła niemieckiemu okupantowi, a potem nie ugiął się pod jarzmem sowieckiego komunizmu, lecz zrzucił je i wyzwolił Europę, My, Naród, który w tych mrocznych czasach dał światu ojca Maksymiliana Kolbego i papieża Jana Pawła II; My mielibyśmy mieć coś wspólnego z owymi snującymi się po marginesie społecznym dewiantami, którzy tropili, grabili i mordowali swych sąsiadów Żydów? Co za złośliwiec z tego Grossa, chce nam spaskudzić nasze dobre samopoczucie, naszą dumę narodową! Ponieważ z etycznego punktu widzenia owo dobre samopoczucie, owo moralne samozadowolenie jest czymś nader niebezpiecznym, Złote żniwa dają nam szansę przebudzenia się i zmierzenia z prawdą. Ja osobiście dziękuję Bogu za Grossa i myślę, że każdy Polak,  który uważnie i bez uprzedzeń przeczyta tę – naprawdę dobrze udokumentowaną – książkę, winien jest Grossowi wdzięczność. To, czy ów tropiciel grzechów polskich, ów strażnik polskiej winy w sposób w pełni uprawniony z grzechów Polaków czyni grzechy polskie, a z win Polaków winę polską, zostawiam na razie na boku. Zgadzam się natomiast, iż – jak sam pisze w zakończeniu – „Wyliczanie okrucieństw nie prowadzi do żadnego uogólnienia (…) Ale skłania do pokory” (s. 122).

Wszelkie rozprawianie się z mroczną przeszłością jest nie tylko formą spłacenia długu, jaki my wszyscy ciągle żyjący mamy wobec „zdradzonych o świcie”, ale i warunkiem takiego wyprawienia się w przyszłość, które nas i naszych następców, lepiej zabezpieczy przed podobnymi klęskami moralnymi.

Pytasz, czy książka nie jest przypadkiem prezentacją i ilustracją dość pesymistycznej wizji człowieka, nie Polaka, lecz człowieka w ogóle? I dodajesz, że jeśli tak, to po co pisać taką książkę? Według mnie wizja, że człowiek „jest” tym czy tamtym, „jest” taki czy owaki, jest fałszywa, bowiem człowiek nie „jest”, lecz „staje się”. I właśnie dla owego stawania się człowieka i człowiekiem warto pisać i czytać takie książki.

Pawle, wymądrzam się tu, ale prawda jest taka, że z trudem utrzymuję równowagę. Książka Grossa mnie powaliła. Odtwarzane przez niego wydarzenia są tak przerażające, że nie umiem sobie z tym poradzić. I nie idzie bynajmniej jedynie o tamte dni. Boję się o Ciebie. Jestem świadom, że na osiedlu w każdej chwili mogą zrobić Ci krzywdę.

J.

<W dniu 26 stycznia 2011, użytkownik Paweł Filek napisał:>

Jacku,
Trochę jestem zmieszany. Przywykłem do stylu nauki, który po hebrajsku nazywa się chewruta, polegającego na tym, że dwóch facetów siedzi nad tekstem i kłócą się (są jak zderzające się ostrza, jak mówi Talmud). Droga do zrozumienia wiedzie tu przez znajdowanie słabych punktów w rozumowaniu partnera. Tak właśnie widziałem swoją rolę w naszej rozmowie. Ty tymczasem mówisz rzeczy, których bardzo chętnie słucham, i z którymi bardzo trudno mi przychodzi się nie zgodzić. Mimo wszystko spróbuję.

Mówisz mniej więcej tak (popraw mnie, proszę, jeśli coś przeinaczam lub zbytnio upraszczam): w Polsce na wielką skalę miało miejsce nie tyle przemilczenie, co po prostu kłamstwo na temat roli Polaków w Zagładzie Żydów. I oto przychodzi Jan Tomasz Gross i mówi, jak było naprawdę. I ta prawda Polaków wyzwoli (skoro ty – „ateista” – dziękujesz Bogu za Grossa, to ja – Żyd – parafrazuję sobie Ewangelię). Na czym miałoby polegać owo wyzwolenie? Piszesz: na  rozprawieniu się z przeszłością i wyprawieniu się w przyszłość, będąc zabezpieczonymi przed podobnymi klęskami moralnymi. Rozprawa z przeszłością zakłada, że Polacy mają ze swoją jakiś problem, tymczasem oni właśnie żadnych problemów nie mają! Wydaje mi się, że wyznanie win musi pochodzić od winnego, że spowiedź powinna być wynikiem szczerej skruchy. Gross tymczasem – niezależnie od tego, za kogo się uważa: Polaka, Żyda czy Amerykanina – zawsze będzie dla Polaków obcym, który bezczelnie wskazuje palcem i oskarża. I w dodatku jest to oskarżenie wobec świata, rozmawiamy bowiem o Złotych żniwach, ale istnieje też skierowane do zachodniego czytelnika Golden harvest? Jak mają się czuć Polacy, gdy publicznie pierze się ich brudy? Czy przez przypadek nie jest tak, że faktycznie efektem pisarstwa Grossa jest uniemożliwienie Polakom rozrachunku z własną przeszłością? I czyja to właściwie przeszłość? Czy naprawdę wierzysz, że MY mamy jakiś dług? Czy Ty i ja możemy uderzyć się w piersi i powiedzieć: „Zgrzeszyliśmy”? Czy nie jest tak, że winny może być jedynie konkretny człowiek, że to te lub tamte ręce mordują czy kradną? Każdego dnia ktoś – jakiś Polak albo Żyd – gdzieś kogoś morduje, ale co to ma ze mną wspólnego? (No dobrze, są tacy, którzy wierzą, że ma, i mnie też się tak czasem wydaje, ale nie dyskutujmy tutaj tego poglądu). No chyba że Grossowi chodzi właśnie o winy polskie, a nie winy jakichś tam Polaków, bo dlaczego niby miałyby mnie obchodzić te drugie? Ale czym miałby być owe polskie winy? Czy powinniśmy czuć się winni współudziału w wymordowaniu Jaćwingów i Prusów? Czy mamy mieć wyrzuty z powodu wygnania arian? A może ta książka dotyczy w dużo większym stopniu teraźniejszości, niż się na pozór wydaje? Może oskarżona tu zostaje pewna mentalność czy kultura, wciąż dziś obecna, może wyraża ona obawę, że nic się nie zmieniło, że i dziś mogłyby się nam przydarzyć jakieś „złote żniwa”… Czy to właśnie sugerujesz, pisząc o „uchronieniu przed moralną klęską w przyszłości”, o strachu przed tym, co na osiedlu?

W końcu,  po co się rozprawiać? Jak takie rozprawianie się ma nas zabezpieczyć na przyszłość? Wybacz mi cynizm, ale jeśli historia jest nauczycielką życia, to tutaj uczy nas chyba tego, że warto łatwo się bogacić, kiedy jest okazja. Bo czyż nie jest to opowieść o zbrodni bez kary? Dlaczego poznanie tej prawdy miałoby kogokolwiek zmienić? A co do mojej osoby, to dziękuję Ci bardzo za troskę, naprawdę się wzruszyłem, ale nie martw się, proszę, o mnie, bo to niepotrzebne. Na osiedlu jest w porządku. Sami dobrzy ludzie dookoła.
P.

<W dniu 28 stycznia 2011 użytkownik Jacek Filek napisał:>

Prowokujesz mnie? Rzeczywiście, napięcie między nami jest zbyt wątłe, żeby zaiskrzyło. No dobrze, niech Ci będzie, spróbuję więc nieco się poprzyczepiać. Na początek – język. Z jednej strony Gross nie pozostawia złudzeń: „Żydzi w całej Europie, a więc również i w Polsce, zostali wymordowani przez Niemców” (s. 179). Pisze też, że „w Holokauście biorą udział zwykli Niemcy – oprócz nazistów także urzędnicy państwowi, Wehrmacht, czyli poborowi, oraz ludność cywilna Rzeszy” (s. 121). Mamy przeto zróżnicowanie na zwykłych Niemców i nazistów. Naziści to Niemcy, ale nie wszyscy Niemcy to naziści. Gross pisze: „Katastrofa europejskiego żydostwa – nigdy dość tego powtarzać – ma miejsce za sprawą nazistów, Niemców, którzy podbijają niemal cały kontynent i w pewnej chwili przystępują do systematycznego mordowania Żydów” (s. 114), pisze jednak również, że „Zagłada to dzieło nazistów” (s. 106), że „ludobójstwo (…) stało się esencją nazistowskiej polityki okupacyjnej” (s. 196), pisze o ludziach „rozstrzeliwanych przez esesmanów”  (s. 39), o „nazistowskich mordercach” (s. 18), cytuje Adorna: „To, co naziści zrobili Żydom, było nie do wypowiedzenia” (s. 24). Czy nie jest więc tak, iż „dobrzy ludzie”, ale nie ci z Twojego osiedla, lecz z dzisiejszych Niemiec, są w lepszej sytuacji niż „dobrzy ludzie” w Polsce? W języku Grossa występują „Polacy”, „polscy chłopi”, „ludność polskich wsi i miasteczek”. Pojęcie „Polaka” pozostaje niezróżnicowane i mnie jako Polakowi nie sposób nie identyfikować się z Polakami, o których Gross pisze. Natomiast mój przyjaciel Hans z Berlina zawsze może powiedzieć: „to naziści”, „to esesmani”, „to hitlerowcy”, „niewiele mam z tym wspólnego”. „Niemiec hitlerowskich” (s. 36), „systemu nazistowskiego” (s. 110) już nie ma, ale „Polacy” są. Czy to świadomy zabieg? Czy może podświadomie działające uprzedzenie do Polaków?

J.

<W dniu 30 stycznia 2011, użytkownik Paweł Filek napisał:>

Jacku,
Czy próbowałem Cię sprowokować? Tak i nie. Nie chodzi mi przecież o to, by być kontrowersyjnym, albo spierać się dla samego sporu. Raczej próbuję nauczyć się czegoś od Ciebie. Zaczęliśmy naszą rozmowę od pytania o cel wydania książki, i tak się składa, że dla mnie właśnie ten temat jest najbardziej interesujący. Z samej książki nie dowiedziałem się wiele nowego, natomiast kwestie pamięci i zapominania, winy i wybaczenia w historii, odpowiedzialności narodów (czy innych mniej lub bardziej abstrakcyjnych bytów), całej polityki historycznej i tak dalej są dla mnie bardzo interesujące. Przyznam Ci się, że kiedy myślę o tym, co spotkało Żydów europejskich, to muszę walczyć z myślą, że najlepiej byłoby to wszystko – wszystkie te relacje, zdjęcia, to, co nam przypomina – zgromadzić w jednym miejscu, polać benzyną i spalić, a popiół rozrzucić na cztery wiatry. Często wydaje mi się, że najlepiej byłoby właśnie nie pamiętać, nie wiedzieć, nie myśleć o tym więcej. Przecież to nie mogło się naprawdę zdarzyć, prawda? Przecież to tylko koszmarny sen. Chciałbym, żeby ci biedni pomordowani ludzie mogli już spać w spokoju, żeby nikt już nie otwierał ich grobów. Dosłownie i w przenośni. Nieważne…

Na podstawie cytowanych przez Ciebie fragmentów wydaje się, że faktycznie – twój przyjaciel Hans z Berlina jest w lepszej sytuacji niż Ty, zawsze bowiem może powiedzieć: „To zrobili naziści”. Sądzę, że działa tu kilka czynników.  Po pierwsze, właśnie brak rozliczenia udziału Polaków w Holokauście. Nie mamy terminu na określenie Polaka przyczyniającego się do mordowania Żydów, bo oficjalnie oni nie istnieli (no dobrze, mamy słowo „szmalcownik”, ma ono jednak bardzo konkretne znaczenie, nie obejmujące całości zjawiska, o którym pisze Gross. Właściwie to można ukuć jakiś neologizm, proponuję „górskista”, na cześć Józefa Górskiego, który w cytowanej w Żniwach wypowiedzi tak bardzo się cieszy, kiedy jedzie „przez odżydzone polskie miasteczka” [s. 105]).

Po drugie – paradoksalnie – to, z czego Polacy są niezwykle dumni, czyli fakt, że żadna licząca się siła polityczna nie współpracowała z Niemcami, że nie było polskiego Petaina czy Quislinga, działa tu na ich niekorzyść. Po prostu nie ma na kogo wskazać palcem.

Po trzecie, na tym właśnie polegało całe „piękno” pomysłu (ten wyrafinowany niemiecki intelekt!), żeby zrobić rzeźnię za własnym płotem. Przeciętny Niemiec po tym, jak jego żydowskich sąsiadów wywieziono gdzieś na wschód – do nowego domu i pracy, oczywiście – nie musiał oglądać konających ludzi w gettach i bydlęcych wagonach, nie mieszkał koło obozów śmierci, a podczas przechadzki po lesie nie natykał się na masowe groby. Paradoksalnie przeciętny Niemiec wychodzi z tej historii dużo „czystszy” niż Polak, bo oficjalnie on przecież o niczym nie wiedział. Bóg (albo Historia, czy co tam sobie chcesz) wypróbował Polaków dużo bardziej niż inne narody. I oni niestety z tej próby nie wyszli zwycięsko.

Po czwarte, tak, Gross świadomie pisze o „Polakach”. Tezą książki jest przecież właśnie to, że poza nielicznymi jednostkami, praktycznie każdy w Polsce miał swój udział – czy to aktywny, czy jako beneficjent, czy chociażby jako bierny świadek – w morderstwie dokonanym na Żydach. W książce wielokrotnie podkreślane jest, że dotyczyło to wszystkich opcji politycznych (vide mordy na ukrywających się w lasach dokonywane przez każdą z armii partyzanckich) i sfer społecznych, łącznie z elitą intelektualną i klerem. Trochę w pośpiechu to wszystko spisałem, mam jednak nadzieję, że z grubsza ma to jakiś sens. Czekam na Twoją odpowiedź.

P.
<W dniu 30 stycznia 2011 użytkownik Jacek Filek napisał:>

Pytasz mnie, filozofa, który pisze książki o odpowiedzialności, o odpowiedzialność narodów, o to, czy naród, czy w ogóle jakaś zbiorowość może być podmiotem odpowiedzialności. Pytasz, czy człowiek świadomy przynależności  do swego narodu może ponosić odpowiedzialność za czyny popełnione przed laty przez swych pobratymców. To nie są łatwe pytania. W pewnym zakresie teoretycznym można co nieco rozjaśnić i rozstrzygnąć, lecz ostateczna odpowiedź jest zawsze odpowiedzią konkretnego serca.

Po pierwsze, mamy dwie różne odpowiedzialności. Jedna patrzy wstecz, w przeszłość, i ma na uwadze czyjeś winy. Gotowa jest sądzić, domagać się sankcji i zadośćuczynień. Ta odpowiedzialność niejako spada na sprawców w konsekwencji ich czynów czy zaniechań. Druga odpowiedzialność patrzy w przód, w przyszłość, i ma na uwadze pewne zadania. Nie jest ona konsekwencją czynów, lecz dopiero tych czynów się domaga. Pierwsza jest negatywna, zakłada zło, którego czynienie chce karać. Druga jest pozytywna, zakłada dobro, o które się troska. Nasz pośredni udział w odpowiedzialności negatywnej, odpowiedzialności za poczynione przez naszych pobratymców przed laty zło, jest w pierwszym rzędzie sprawą odczucia. I nie sądzę, by w tej sprawie udało się znieść różnice między ludźmi. Czymś innym jest natomiast nasz udział w odpowiedzialności pozytywnej, ta zawsze jest przed nami i zawsze możemy się do niej poczuwać i ją podejmować. Jak czas przepoławia odpowiedzialność, tak przepoławia i winę. Co innego znaczy być winnym czegoś, co się uczyniło, a co innego, być winnym coś komuś. To drugie bycie winnym także odsyła nas w przyszłość, określa czekające nas zadanie. W kwestii Zagłady Żydów wszyscy jesteśmy winni coś ofiarom. Przed nami wszystkimi stoi zadanie, by uczynić, co w naszej mocy, by to nigdy się już nie powtórzyło. W tym sensie na wszystkich nas spoczywa pewna odpowiedzialność pozytywna, odpowiedzialność za przyszłość.

Przeczytanie Złotych żniw było dla mnie czymś innym niż dla Ciebie – ja dowiedziałem się o rzeczach, których nie byłem w pełni świadom. Moją reakcją było nie tyle poczucie winy, co uczucie wstydu i strachu. Dlaczego było mi wstyd? Mam podać jakieś teoretyczne wyjaśnienie? Nie, nie będę tego czynił. Ten wstyd jest faktem, faktem podstawowym i nie wymaga żadnych teoretycznych rozjaśnień. Natomiast strach, który mnie ogarnął i nie opuszcza, jest właśnie strachem o przyszłość, jest uczuciem odsłaniającym mi obszary mej, naszej odpowiedzialności za przyszłość.

J.

<W dniu 31 stycznia 2011 użytkownik Paweł Filek napisał:>

Jacku,
Dziękuję Ci bardzo. Nie chcę, nie lubię być patetyczny, ale uważam, że napisałeś pięknie i mądrze. Objawiłeś mi coś nowego, co zdaje mi się tak dobrze znane. Dziwne.

Jednym z centralnych pojęć religii żydowskiej jest Teszuwa. Najczęściej tłumaczy się to słowo jako „skrucha”. Etymologicznie wywodzi się ono z rdzenia, który oznacza powrót lub odpowiedź. Jest więc ono w jakiś sposób pokrewne idei odpowiedzialności. Majmonides w swoim dziele Miszne Tora, definiując warunki pełnej skruchy/powrotu, pisze, że grzesznik powinien znaleźć się w identycznej sytuacji jak ta, w której zgrzeszył, i nie zgrzeszyć. Frapujące w takim ujęciu rzeczy jest to, że prawdziwa skrucha jest więc właściwie niemożliwa, nigdy wszak nie znajdujemy się w identycznej sytuacji dwukrotnie! Być może pobrzmiewa tu przekonanie bliskie koncepcji podwójnej odpowiedzialności i podwójnej winy, o którym piszesz. Przekonanie, że wprawdzie nie możemy cofnąć tego, co już się dokonało, musimy natomiast  zrobić wszystko, co w naszej mocy, by się upewnić, że już nigdy nie powtórzymy błędów przeszłości. A grzesznik, który dokonał pełnej Teszuwy –  jak mówi Talmud, i być może wyraża to przekonanie o „prymacie” pozytywnej, skierowanej w przyszłość odpowiedzialności – większy jest nad Sprawiedliwego, który nigdy nie grzeszył.

Wstyd, odczuwany także przeze mnie, o którym piszesz, że jest faktem podstawowym i niewymagającym wyjaśnień, jest nim, o ile w ogóle jest. A co, jeśli nie go nie ma? Co, jeśli żyjemy w bezwstydnym świecie? Debata wokół Złotych żniw dopiero się zaczyna. Obawiam się jednak, że skupi się ona na tym, czy w polskich lasach „zgubiło się” 50 czy 150 tysięcy Żydów, na tym, czy polskich chłopów stać było na buty, na tym, czy Żydzi witali kwiatami Sowietów… Nie, nie uważam, że te kwestie są bez znaczenia. Tyle tylko, że jeśli Złote żniwa mają w nas wzbudzić strach o przyszłość, należałoby raczej zapytać, dlaczego „dobrzy ludzie” wypisują na forach internetowych mądrości rodem z „Der Stürmer”, dlaczego naśladują odgłosy wydawane przez małpy, widząc na boisku czarnoskórego piłkarza, albo dlaczego siedząc w knajpie, zaśmiewają się z kawałów o Żydku w kominie… Tak, ja też czasem boję się o przyszłość. Tak, czy owak, jest już późno, a ja mam jeszcze coś do zrobienia, więc kończę już. Dziękuję, że zechciałeś ze mną porozmawiać. Mam nadzieję, że nie było to dla Ciebie zupełną stratą czasu. Pozdrawiam,

P.

____________________________________________________________

 

POSTSCRIPTUM

Zewnętrzne okoliczności sprawiły, iż rozmowa nasza została nieco sztucznie zakończona. W rezultacie nie powiedzieliśmy wszystkiego, co powiedzieć należało. Prawdopodobnie nie ma między nami różnicy, jeśli idzie o główną tezę Złotych żniw, ale trzeba by to bardziej wprost stwierdzić. „Plądrowanie własności żydowskiej było – taka jest teza Grossa – faktem społecznym, nie zaś aberracyjnym zachowaniem grupki zdemoralizowanych indywiduów” (s. 52), „była to praktyka społeczna, a nie kryminalne wyskoki dewiantów ze społecznego marginesu” (s. 131).

Zajęcia stanowiska wymagają również kwestie metodologiczne. Sądzę, że Gross ma rację, kiedy zakłada, że „dla zrozumienia tego, co się wydarzyło, nie statystyki – z konieczności przybliżone – tylko dokładna znajomość konkretnych zdarzeń jest potrzebna” (s. 83). Musimy przeto „badać ograniczoną liczbę  konkretnych zdarzeń” (s. 96), których świadectwa są nam dostępne. Jednak: „W jaki sposób informacje o losach konkretnych ludzi przełożyć na wiedzę o epoce?” (s. 41) i „co pozwala zdarzenie jednostkowe par excellence traktować jako wgląd w ogólną naturę rzeczy?” (s. 39). Te pytania, oczywiście, nie mogą znaleźć w pełni zadowalających odpowiedzi. Mimo to uważam, że przejście Grossa od licznych konkretów do pewnych wniosków ogólnych jest przekonujące. Rzeczywiście, „poszczególne wypowiedzi i wydarzenia (…) dodają się do siebie i układają w spójny obraz” (s. 193). Rzeczywiście, Grossowi udaje się ukazać pewną „komplementarność wypowiadanych uwag i sytuacji” (tamże), o których skłonni byliśmy myśleć, iż były odosobnione.

Solidaryzuję się też z intencją autora, by anonimowości działań machiny i jej struktury przeciwstawić zindywidualizowany konkret, by ofiarom bez twarzy i ich mordercom bez twarzy przeciwstawić indywidualną śmierć i zindywidualizowanego prześladowcę, bowiem „dopiero na peryferiach Holokaustu – tam gdzie mordowali Żydów sąsiedzi – znajdziemy najwięcej informacji, pozwalających zindywidualizować tragedię śmierci milionów” (s. 110).

W mej ostatniej książce Życie, etyka, inni w rozdziale Wygarnianie prawdy, pisałem o warunkach, jakie spełniać musi ten, kto bliźniemu ciska w twarz gorzką o nim prawdę. Nie wiem, czy Jan Tomasz Gross spełnia te warunki. Zapewne byłoby lepiej, gdybyśmy sami sobie tę prawdę wygarnęli. Jednak jak długo można czekać?

Na koniec chciałbym podnieść kwestię zasadniczą dla etycznej oceny człowieka. Jeśli staję naprzeciw Polaka, Niemca czy Żyda, to nie to, że jest Polakiem, Niemcem czy Żydem, będzie dla mnie zasadniczym znakiem rozpoznawczym, lecz to, czy żyje w sposób godny. Wszelkie podziały na narody, kultury, religie, ideologie, rasy i tym podobne schodzą na dalszy plan. Zasadniczym podziałem jest podział na żyjących godnie i żyjących niegodnie. Podział etyczny przenika wszelkie wspomniane wyżej zbiorowości.

Paradoksalnie, działa to niejako w obie strony. Hienie cmentarnej jest w gruncie rzeczy obojętne, czy szczęka, z której wyrywa złoty ząb, jest żydowska czy katolicka, nie ma to bowiem znaczenia dla wartości łupu, za jakim węszy. Ty zaś, który stajesz naprzeciw bliźniego, nie patrz na to, czy jest „czarny”, czy „biały”, czy jest Polakiem, czy Żydem, czy jest wierzący, czy niewierzący, czy jest z „twojej partii”, czy z „wrogiej”, zobacz natomiast, jakim jest człowiekiem. Jeżeli zatem czytasz Złote żniwa jako książkę, której autor chciał powiedzieć, że jesteś „złym człowiekiem”, bo jesteś „Polakiem”, to rozminąłeś się z problemem, przez nią stawianym.

Jacek Filek

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter