70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Intymne i absolutne

Chyba nie przypadkiem korespondencja Paula z Ingeborg zaczyna się od wiersza Celana W Egipcie i nie zawiera żadnych wierszy autorstwa Bachmann. Wiersz opowiada o mężczyźnie, który przegląda się w tafli wody, dostrzega tam kobietę i mówi o niej „obca”, bo w istocie wpatrując się w jej/swój wizerunek, widzi nie ją samą, lecz jedną z kobiet swojego plemienia: „Ruth, Naomi, Miriam”. Ważna jest tutaj gra odbić: oto kobieta, patrząca na mężczyznę z lustra, służy mu do tego, by mógł „stroić” ją, zawsze obcą, „najpiękniej”, tę kobietę „leżącą przy tobie”. Poeta mówi przez nią do siebie, nie widząc jej, domagając się za to jej spojrzenia, tym samym nie pozwala jej się do siebie zbliżyć, nie daje jej nawet zaistnieć inaczej niż jako jego odbicie.

1. Łatwo czytać listy jako świadectwo spotkania dwojga nadwrażliwych i psychicznie skomplikowanych osobowości, aliści efekt takiej lektury będzie nudnym i małostkowym plotkarstwem – nieco na siłę zresztą, bo pikantnych szczegółów próżno by tu szukać. Poza kilkoma wyjątkami pisma kochanków są krótkie, a spomiędzy spraw praktycznych, głównie wydawniczych, wydobywają się co najwyżej niedomówienia, aluzje, sugestie, przemilczenia. O wiele ciekawsza wydaje się przeto lektura tego dramatu jako wewnętrznego dialogu (dialektyki?) europejskiego rozumu (duszy?): Żyda ze wschodnich prowincji na styku imperiów z córką „porządnych” austriackich faszystów. Już w pierwszych słowach po rozstaniu oczywista staje się różnica oczekiwań: kiedy ona mówi o spotkaniu, on proponuje zbliżenie w postaci kolejnego listu, boi się bezpośredniej bliskości. Od początku domaga się więc miłości na dystans, a nawet więcej – oczekuje od ukochanej, że oboje będą zajmować się nim jako figurą cierpienia. Jakże to podobne do niemożliwych ślubów Kafki… Być może zatem ów wiersz z początku, apoteoza kobiecości jako tajemnej mocy determinującej tożsamość męskiego podmiotu, antycypuje wrażenie, jakie odniosłem po zamknięciu tego tomu pism intymnych, wrażenie, że ta książka (skoro już powstała z tego książka) domaga się ode mnie czegoś więcej niż podglądactwa – że oto mam przed sobą projekt duchowego ładu, jaki mógł ogarnąć zbolałą duszę Europejczyka po katastrofie. Projekt, który zamiast się ziścić, utonął w Sekwanie i spłonął w rzymskim hotelu.

Natręctwo sensów? Ależ oni sami widzą je wszędzie, zewsząd odczytują znaki. Listy poetów układają się w poemat, w hermetyczny traktat, w romans z kluczem. Bo też oboje byli tym właśnie – dwiema stronami tej samej historycznej karty. Kiedy on doświadczał cierpienia i poniżenia, ona musiała radzić sobie z bolesnym poczuciem winy. Dziś, kiedy stać nas jedynie na narracje prywatne, trudno nam zrozumieć ludzi, którzy doświadczenia zbiorowości brali na swoje własne sumienia. Jest rok 1947, historia, nim stanie się polityką historyczną, jest jeszcze żywą pamięcią, polityka zaś, nim zwiędnie w postpolitykę, wyrasta ze świeżej historii. Czyż nie mamy zatem prawa widzieć w ich miłości figury przemiany? Oto zaślubiny, niespełnione wprawdzie, dwojga uczestników europejskich dziejów, wychowanków zachodniego etosu, bohaterów i wyznawców jakiegoś „naszego” mitu. Wolno nam tak pomyśleć, bo dociera do nas ich nieco patetyczny, ale dzięki temu właśnie uniwersalizujący język. Nie boją się wielkich słów, nie unikają symboli, nie uciekają przed sentymentalizmem. Oboje świadomie sytuują się w przestrzeni wartości moralnych, wpisują swoją osobistą przygodę w dyskurs etyczny.

Momentem przełomowym okaże się marginalne z pozoru wydarzenie, które w interpretacji autora Fugi śmierci stanie się narzędziem autodestrukcji. Oto wdowa po Ivanie Gollu oskarża Celana o plagiat, na co wielu przyjaciół reaguje protestami. Poecie to jednak nie wystarcza, pośpiesznie zarzuca adwersarzom antysemityzm, szermuje oskarżeniami o faszyzm. Inge niepokoi się jego stanem, ale ocenia go chłodno: „jak gdyby nie obchodziło cię, że wielu ludzi podejmowało starania, jak gdyby obchodziło cię tylko co innego, brud, złośliwość, głupota”. Jest uczciwa i odważna, a przecież kończy wyznaniem klęski, doświadcza bezsilności kochania zdolnego obdarzyć mocą równie życiodajną, jak destrukcyjną: „moje uczucie dla ciebie zawsze jest zbyt silne i czyni mnie bezbronną”. Ale i jego niszczy własna szczerość, tak „fundamentalna” ponoć, ale to znowu ona o tym wie, bo przecież ona „musi się tłumaczyć”, pisze więc: „Na tym polega twoje nieszczęście, które uważam za silniejsze od nieszczęścia, które cię spotyka. Chcesz być ofiarą (…) Chcesz być tym, którego zniszczą, a ja tego nie mogę uznać, bo ty sam możesz to zmienić. Chcesz, żeby wobec ciebie zawinili…”.

Odtąd jej oceny będą coraz chłodniejsze, jego reakcje coraz bardziej paniczne. Do dialogu kochanków włączają się osoby trzecie, Gisèle Lestrange, żona Paula, i Max Frisch, partner Ingeborg. Ten ostatni, ze szwajcarskim dystansem, zwraca poecie uwagę, że „prywatny problem przedstawia jako polityczny” i że powoływanie się na „obozy śmierci” w polemikach literackich jest co najmniej ryzykowne moralnie. Mężczyźni, jak to zwykle bywa, pojedynkują się na wartości, kobiety potrafią się wspierać i doceniać. Bachmann pisze o Gisèle: „podziwiam ją za wielkość i niezłomność, której tobie brak”.

 

2. Czytanie cudzej korespondencji, w dodatku tak intymnej, budzi u czytającego niewygodne zażenowanie. Przeto nie interesuje mnie opis, interesują mnie wnioski.

Mówiąc więc o projekcie przemiany, mam na myśli konfrontację ofiary, która rozdrapując swoje rany, mimowolnie krzywdzi domniemanego winowajcę, z winowajcą, któremu udaje się osiągnąć dojrzałość za cenę osobistego szczęścia. W tym podwójnym portrecie strona kobiety wydaje się znacznie ciekawsza i moralnie budująca. Kiedy jego listy tchną narastającą idiosynkrazją, frustracją i resentymentem, ona zmierza ku zdolności do wybaczenia, ćwiczy się w umiejętności pocieszania. A sens, czy jakiś z tego wynika? Co najmniej od czasów Freuda uczy się nas, nowoczesnych, że poczucie winy to zbędny balast, który należy odrzucić, tymczasem postawa Celana wskazuje, w moim odczuciu, że przyczyną utrwalonego resentymentu jest raczej nieprzepracowane poczucie krzywdy. Uczą nas, ponowoczesnych, nasi najmodniejsi mędrcy, że człowiek naznaczony traumą poniżenia i wykluczenia ma prawo domagać się od innych specjalnego traktowania – tak jakby celem było raczej utrzymanie rany w otwartości (więc i w ekspozycji) niż dopuszczenie do jej zagojenia (zatem i zniknięcia).

Tak będzie do końca: on skupiony na sobie, ona na nim, on pokrętny i symboliczny w słowach, ona prostolinijna i praktyczna w odruchach. W ciągu następnych dwudziestu lat będą spotykać się rzadko, wolą czytać nawzajem swoje wiersze i pisać enigmatyczne listy. Poza wszystkim innym ich relacja świadczy o niezwykłym w naszych czasach zaufaniu do literatury, o graniczącej z patosem powadze w traktowaniu słów, ale i o niepokojącej łatwości zastępowania nimi działań, również tych wewnętrznych, skierowanych na zdolność radzenia sobie z własną psychiką. Poeta: „jesteś zasadą życia także dlatego, że jesteś usprawiedliwieniem mojego mówienia”, poetka: „odpowiedz mi nie pisemnie, ale uczuciem, czynem”.

Jego metoda: wierność Absolutowi w sobie, jej metoda: wychylenie ku Absolutowi w innym. „Staram się nie myśleć o sobie – pisze Bachmann – i z zamkniętymi oczami przeprawić się ku temu, o co naprawdę chodzi”. I zaraz mimowolnie zmienia podmiot zdania na zbiorowy: „Na pewno wszyscy jesteśmy w wielkim napięciu, nie możemy się odprężyć i poruszamy się okrężnymi drogami”. Kim są oni dwoje jako wszyscy? Zrazu sami o tym nie wiedzą, ale w miarę jak rozwija się ich spowiedź-historia, sens odsłania się im samym i niczym na kozetce u psychoanalityka, ujawnia się źródło tego nurtu, który poniesie ich na skraj przepaści… A przecież próbowali się ratować, chcieli sobie pomagać, chcieli dla siebie nawzajem dobra i wyrozumiałości. „Myślę o tobie i wciąż jeszcze ci się przysłuchuję”, kończy Bachmann jeden z pierwszych listów. Jemu, skupionemu na sobie, znacznie trudniej zdobyć się na empatię, a jeśli już, będzie to litość brutalna: „Dlatego to wszystko mówiłem, żeby odjąć ci poczucie winy, które się w tobie wzbudziło, kiedy świat mi się zapadł. Ażeby odjąć ci je na zawsze”. Ale ona nie chce „na zawsze”, dlatego to raczej ona podtrzymuje kontakt. „Jestem pewnie prostsza z nas dwojga, ale to raczej ja muszę się tłumaczyć, bo tobie trudniej to zrozumieć”.

No właśnie, nie wystarczy przeżywać, wspominać, komentować, coś najwyraźniej jest do zrozumienia. Chodzi o problemy, „których rozwiązanie rodzi tylko kolejny problem z rodzaju tych, jakie powstają dlatego, że tak długo karmi się je sensem i znaczeniem, aż na koniec stajemy wobec nich jako absurdum, niezdolni zadać pytania, jak do tego doszliśmy”.  Pamięć nieuchronnie nabiera sensu, aż nabrzmiała staje się czymś „sensownym”, tylko jakby tenże sens coś w niej przygniótł i stłamsił. W końcu zostają same sensy, których gra przeradza się w odbicia odbić, czyli w absurd, gdzieś bowiem gubi się sens źródłowy. Dlatego poeta za wszelką cenę, za cenę doprowadzenia własnego życia do absurdalnego wyczerpania, będzie bronił jednostkowości swojej pamięci – na przekór presji uogólniającego znaczenia, które przemieniając wspomnienie w znak, przepoczwarza je w fantazmat, czyli w „hydrę pamiątek”.

 

3. Czy to literatura znowu odprawia swój „zbójecki” proceder? Romantyczna dusza wschodnioeuropejska spotyka się tu z równie romantycznym germańskim umysłem, są nierozłączną całością, jak dwie strony kartki odwracają się do siebie plecami zapatrzeni w inne nieba. Ingeborg sugeruje kochankowi przemianę rozżalonego Gustawa w dumnego Konrada jako remedium na krwawiącą ranę osobistej klęski. Ale i on ma swoje racje, żeby się na ten „estetyczny” gest nie godzić. „Gdybym nie był zaangażowany – jak fascynującym, a też jakże sensownym zajęciem byłoby śledzić to obustronne wykraczanie poza siebie, tę dialektycznie spotęgowaną widmowość naszych rzeczywistości, wszak karmionych krwią! Tymczasem jestem zaangażowany, Inge, i dlatego niewrażliwy na to, co w owym starannie przekreślonym, ale przecież nie całkiem nieczytelnym miejscu jednego z listów piszesz o »modelowym« charakterze naszych relacji”. Być może do takiego właśnie poszukiwania sensu służy pisanie… wierszy? Cóż za nieznośnie romantyczny kicz! Istne romansidło w listach.

Pisanie jest zatem szukaniem, bo dopiero w słowach odnajduje się sens wydarzenia, tak jakby znajdował się on w drugiej warstwie, w powtórzeniu i w odbiciu – cudzy i bliźniaczy niczym portret brata, który okazuje się adresatem monologu. Ale jeżeli tak właśnie jest, to sens cierpienia odnaleziony w wierszu (wierszem?) utrwala samo to cierpienie. Poeta, który pisze, czerpiąc z takiego doświadczenia, nie „kompensuje” go w literaturze, jak chcieliby psychoanalitycy, ale właśnie pogłębia – o sens odbity na przykrywającym ranę opatrunku. Aż do momentu, w którym ten proces staje się nie do zniesienia? Od życia sensem nie ma ucieczki, bo jak pisze Celan w spolszczeniu Karpowicza, „Stwierdza nas pozór, ból i imię”.

Mieszkającemu w Paryżu poecie z Rumunii, zmuszonemu tworzyć wiersze i listy miłosne w języku swoich oprawców, mechanizm tworzenia nie pozwala osiągnąć dystansu, przeciwnie, imperatyw dochowania wierności źródłowemu doświadczeniu sprowadza to, co odległe, do tego, co intymne, i tam zagnieżdża. „Jakże miałbym sam siebie uważać za model? Taki punkt widzenia nigdy nie był mi bliski, oczy mi się zamykają, gdy pada żądanie, by były tylko oczami, a nie moimi oczami. Gdyby było inaczej, nie pisałbym wierszy”. I kończy wyrazem pewności, na jaką z rzadka tylko się zdobywa: „Tu, gdzie zdawało nam się, że stoimy, Inge, myśli przemawiają w imieniu serc, a nie odwrotnie”. Tymczasem ona, spadkobierczyni winowajcy, zdaje się postępować na odwrót – dopuszcza myśli, płynące z jej filozoficznego umysłu, do swojego serca, a ono nie może udźwignąć ich ciężaru. Poeci mówią więc do siebie językiem tej samej niemieckiej Europy, a jednak „po swojemu” – słowami listów tłumaczyć sobie będą te migracje sensu w swoich ciałach.

Konsekwencje takiej transl(ok)acji będą wszakże podobne: zamieszczone na końcu kalendarium żywotów równoległych ujawnia tajemniczą zbieżność okresów pobytu w klinice psychiatrycznej każdego z kochanków z osobna. Jakie nieszczęścia ich tam zagnały? W jednym z posłanych w liście wierszy Celan pisze o „wypustce duszy”, która dopływa do „zranionego świętością tchu”. Pojedyncza intymność garnie się do Świętego, a zarazem boi się zranienia Jego obcością. Obcością czegoś/kogoś, co musi być inne, skoro nie jest mną? To lęk przed otwartością na innego w jego osobności – czy to będzie Bóg, czy Rzeczywistość, czy Ona… W rezultacie zamknięcie swojego bólu w kokonie izolacji prowadzi do samozagłady podmiotu. Wydaje się, że ten, który przestraszył się świętości, nie tylko, jak sam pisze, „nie wyszedł z Egiptu”, ale, zaryzykuję tezę, z drogi do Ziemi Świętej zawrócił do Ziemi Niewoli – i tam rozstawia namioty.

Dla Paula ważniejsze od samej miłości jest jego własne cierpienie, Inge dojrzewa do wyrzeczenia się siebie, pozwala miłości zawładnąć sobą, bo traktuje to oddanie jak poświęcenie. Ona nie lęka się ani pamięci, ani świętości, raczej „długiego łańcucha myśli, który więzi”. Kiedy jego zaślepia skupienie na tym jedynym sobie, który go sobie podporządkowuje, ona czuje, że jest „wolna i zagubiona w tej wolności”, która rozprasza ją na możliwe sensy, aż do zupełnego zaniku istoty. Ona boi się, że mu „przynosi zniszczenie”, on odpowiada pocieszająco: „Nie, na pewno nie. Prawda, to tak. Prawda jest tu pojęciem przeciwstawnym, bo jest pojęciem podstawowym”.

Wolność przeciwstawia się prawdzie, a destrukcja aż do nicości budowaniu od fundamentów, jej umysł jego sercu, jej wola jego konieczności. Intymność dwojga naszym jest Absolutem?

_

Ingeborg Bachmann, Paul Celan,

Czas serca. Listy

Kraków: Wydawnictwo a5, 2010, s. 432.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter