70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Blaski i cienie kapitału społecznego

Specyfiką sytuacji Polski jest chyba nie tyle niski poziom zasobów kapitału społecznego, ile jego antypaństwowy charakter. Na przestrzeni ostatnich dwóch stuleci Polacy nauczyli się, że warto inwestować przede wszystkim w rodzinę, a na pomoc można liczyć tylko ze strony instytucji niepolitycznych, takich jak Kościół.

Nauki społeczne „odkryły” istnienie kapitału społecznego w latach 70. i 80. XX wieku, choć poszczególni badacze sporadycznie używali tego terminu już wcześniej. Socjologowie i politolodzy badający kwestie rozwoju społeczeństw doszli wówczas do wniosku, że sam kapitał finansowy nie wystarczy, by budować sprawne państwo; konieczne są też sieci społecznych powiązań oraz zaufanie, czyli – najprościej ujmując – kapitał społeczny. W istocie jednak, trudno tu mówić o odkryciu, gdyż kapitał społeczny to nowa nazwa dla zjawiska od dawna analizowanego w myśli społecznej, a mianowicie – więzi społecznych. Znaczenie tych więzi dla stabilności państwa dostrzegali już starożytni; Arystoteles w Etyce nikomachejskiej pisał wszak o przyjaźni, która powinna łączyć obywateli polis. Stan, kierunki przemian i znaczenie więzi społecznych dla ładu społecznego były także głównym wątkiem myślenia o społeczeństwie w wieku XIX. To wówczas powstały klasyczne koncepcje Ferdinanda Tönniesa, który zestawił ze sobą tradycyjną wspólnotę (Gemeinschaft) z nowoczesnym społeczeństwem (Gesellschaft), Émile’a Durkheima, który mówił o solidarności mechanicznej i organicznej, oraz wiele innych. Koncepcje te, dziś tworzące kanon myśli społecznej, stanowiły próbę uchwycenia ówczesnych przemian społecznych, a zwłaszcza stopniowego rozluźniania więzi społecznych pod presją urbanizacji, industrializacji i wzrostu mobilności.

Niemniej, mimo tej bogatej prehistorii koncepcji, twórcom pojęcia i badaczom kapitału społecznego udało się tchnąć nowego ducha w trwającą od stuleci debatę. Wyróżnić można dwa zasadnicze ujęcia problemu. Pierwsze, które bywa określane mianem lewicującego, znaleźć można w pracach francuskiego socjologa Pierre’a Bourdieu. Kapitał społeczny jest według niego „sumą zasobów, aktualnych i potencjalnych, które należą się jednostce lub grupie z tytułu posiadania trwałej, mniej lub bardziej zinstytucjonalizowanej sieci relacji, znajomości, uznania wzajemnego. To znaczy, jest sumą kapitałów i władzy, które sieć taka może zmobilizować”. Kapitał społeczny jest tu jednym z zasobów jednostki, obok kapitału symbolicznego, kulturowego i, rzecz jasna, finansowego. Według Pierre’a Bourdieu podziały klasowe wyrażają się na wielu płaszczyznach: posiadanie dóbr materialnych jest tylko jedną z nich. W swoich badaniach francuski socjolog kładł więc nacisk na nierówności klasowe w posiadanych zasobach kapitału kulturowego (takich jak znajomość konwencji, gusta i smak, wykształcenie czy rodzinne pamiątki) i społecznego (czyli sieci kontaktów i znajomości). Ludzie różnią się sieciami stosunków społecznych, jakie utrzymują, a także wielkością rozmaitych zasobów, do jakich uzyskują dostęp dzięki owym sieciom. Choć teoretycznie posiadany kapitał społeczny może rekompensować braki innych typów kapitału, najczęściej działa tu zasada, iż ci, którzy już mają, będą mieć jeszcze więcej: ci, którzy już posiadają zasoby różnych kapitałów, najczęściej mają także odpowiednie sieci znajomości. Do takich wniosków doszła Maria Theiss, opisując kształtowanie się swoistej „burżuazji kapitału społecznego” na poziomie lokalnym w Polsce. Z jej badań wynika, iż dużymi zasobami tego kapitału dysponują osoby obfitujące także w kapitały innego typu. Ci, którzy już posiadają pieniądze i władzę, są także lepiej „ustosunkowani”; ci, którzy są pozbawieni tych zasobów, najczęściej muszą ograniczyć się do wąskiego grona rodziny, bo przecież utrzymywanie stosunków towarzyskich, przynależność do stowarzyszeń itp. wiążą się na ogół z jakimiś kosztami.

Choć nie ulega wątpliwości, że kapitał społeczny może być rozumiany jako zasób indywidualny, znakomita większość jego badaczy przyjmuje inne, szersze jego rozumienie – jako zasobu całej wspólnoty. Za przedstawicieli tego „liberalnego” ujęcia uznaje się amerykańskiego socjologa Jamesa Colemana, Roberta Putnama i Francisa Fukuyamę. Ważny artykuł tego pierwszego z roku 1988 okazał się wpływowy w kręgach naukowych, a książki Putnama i Fukuyamy zyskały światowy rozgłos i nadały impet badaniom empirycznym, w tym prowadzonym przez Bank Światowy.

W swej pierwszej pracy Putnam przyjrzał się różnicom między regionami Włoch właśnie pod kątem zasobów kapitału społecznego. Przekonywał, że aby zrozumieć, dlaczego reforma samorządowa przynosi znakomite rezultaty na Północy, zaś mizerne na Południu, trzeba cofnąć się tysiąc lat wstecz: gdy w XI wieku na Południu powstawały jednolite twory państwowe z silną władzą centralną, najczęściej pochodzenia obcego, Północ weszła w długi okres istnienia niezależnych komun. Kilkaset lat odpowiedzialności za własne losy i konieczność współdziałania uruchomiły tam gotowość do zaufania i współdziałania także z ludźmi obcymi; na Południu zaś nauczono się polegać wyłącznie na rodzinie i kręgu najbliższych przyjaciół. Kolejna praca Putnama, Samotna gra w kręgle (wyd. angielskie 2000) dotyczyła stanu więzi społecznych w Stanach Zjednoczonych[5]. Zwrócił w niej uwagę, że skłonność Amerykanów do stowarzyszania się, którą z takim podziwem opisywał Alexis de Tocqueville w początkach XIX wieku, słabnie: Amerykanie wolą dziś grać w kręgle samotnie, a nie – tak jak do niedawna – w ligach kręglarskich. Tytułowa samotna gra w kręgle to zwykła indywidualna rozrywka; gra w ustabilizowanych zespołach to miejsce zawierania znajomości, źródło poczucia zakorzenienia i przynależności itp. – a więc miejsce wytwarzania kapitału społecznego. Oczywiście, zjawisko nie ogranicza się do gry w kręgle. Putnam szczegółowo dokumentuje ten sam proces w odniesieniu do wszelkich form stowarzyszania się: śpiewania w chórze, towarzyskiej gry w karty, urządzania imprez sąsiedzkich, udziału w niedzielnych nabożeństwach i innych zbiorowych praktykach religijnych, uczestnictwa w zebraniach czy wspólnych obiadów i zwykłych spotkań w gronie rodziny i przyjaciół. Rzecz dotyczy zresztą także tych form zaangażowania w sprawy publiczne, które nie wymagają fizycznej współobecności ludzi – czytelnictwa gazet, oglądania wieczornych wiadomości czy podpisywania petycji. Co ciekawe, spadek zaangażowania występuje niezależnie od takich zmiennych jak przynależność religijna, etniczna, płeć, miejsce zamieszkania itp. W zasadzie jedynie wiek odgrywa rolę – za to rolę kluczową. Osoby starsze (urodzone przed 1945 rokiem) wykazują o wiele większą skłonność do współdziałania niż przedstawiciele młodszych pokoleń.

Co odpowiada za ten stan rzeczy? Putnam wskazuje kilka podstawowych przyczyn. Po pierwsze, winien jest urban sprawl – czyli suburbanizacja. Zapoczątkowany w Stanach Zjednoczonych po 1945 roku exodus poza granice miast miał istotne konsekwencje dla zasobów kapitału społecznego Amerykanów: mieszkanie poza miastem, łączone najczęściej z pracą w mieście, wiąże się bowiem z coraz dłuższymi dojazdami; czas spędzony w samochodzie to czas „ukradziony” rodzinie i przyjaciołom. Tu na marginesie można dodać, że nawet ukształtowanie przestrzeni może sprzyjać budowie kapitału społecznego bądź ją utrudniać – otwarte, dostępne dla wszystkich, a zarazem zadbane przestrzenie zachęcają do spotkań, w trakcie których możliwe są wymiana informacji, nawiązywanie kontaktów, wzmacnianie istniejących więzi; przestrzeń zaniedbana, zdegradowana, sprywatyzowana zniechęca do kontaktu, powoduje, iż wolimy pozostać w domowych pieleszach. Drugim winowajcą jest według Putnama telewizja. W swej recenzji książki amerykański socjolog Mark Chaves zauważył, że „Putnam daje nam mnóstwo powodów, by nienawidzić telewizji”. Telewizor przykuwa nas do fotela, usuwa część z tradycyjnych powodów do spotykania się z innymi ludźmi: zaspokaja potrzebę wymiany informacji, „życia życiem innych”, zastępuje przyjemność z obcowania z ludźmi. Trzecim powodem są według autora rozmaite konsekwencje upowszechnienia się modelu rodziny, w której pracuje oboje rodziców, a także – szerzej – większe tempo życia i wzmożona presja rynku.

Taka diagnoza spotkała się z ostrą krytyką – Putnama oskarżano między innymi o konserwatyzm i apologię tradycyjnego, patriarchalnego wzorca rodziny. Inni przekonywali, że to, co wziął za kryzys form stowarzyszania się, tak naprawdę jest zmianą – stare, nieadekwatne już formy odchodzą w przeszłość, na ich miejsce zaś pojawiają się nowe. Zwłaszcza internetowe serwisy społecznościowe w dramatyczny sposób wykazały, że ludzie instynktownie rozumieją znaczenie więzi; sukces Facebooka i innych powiela też wiele serwisów (np. Goldenline), które służą wspomaganiu kariery zawodowej, a więc przekuwaniu kapitału społecznego w finansowy. Wpływ Internetu na zasoby kapitału społecznego jest jednak kwestią problematyczną. Niektórzy przekonują, iż duża aktywność społeczna w sieci wiąże się z większym zaangażowaniem w świecie realnym; inni, że jest wprost przeciwnie – Internet to „pożeracz czasu”, który dawniej spędzano w gronie rodziny i znajomych. We wrześniu 2010 roku na jednej z amerykańskich politechnik przeprowadzono eksperyment, który miał pomóc rozstrzygnąć ten spór. Na jakiś czas pozbawiono studentów dostępu do głównych serwisów społecznościowych – Facebooka i Twittera – a także do popularnych komunikatorów internetowych. Choć reakcje na pomysł władz uniwersytetu były mieszane, część z 800 studentów niewielkiej uczelni przyznała po tygodniu, że dopiero odcięci od sieci byli w stanie skupić się na nauce, a wieczorami wychodzili na korytarze i do świetlic akademików, poznali swoich sąsiadów, znaleźli czas, by pójść razem na imprezę lub do kina.

Praca Putnama spotkała się z żywym odzewem; autorowi zarzucano jednak przesadny pesymizm. Być może dlatego w kolejnej pracy zebrał pozytywne przykłady z całej Ameryki, w których dokumentuje przypadki skutecznego budowania nowych wspólnot i form stowarzyszania się. Opisuje między innymi przemianę bibliotek publicznych w Chicago w prężne centra działalności kulturalnej, rozwój mega-Kościołów (niezależnych kongregacji liczących nawet kilkadziesiąt tysięcy wiernych) umożliwiających wiernym tworzenie małych grup modlitewnych, program rewitalizacji zagrożonej wyburzaniem dzielnicy w Bostonie czy internetową wspólnotę mieszkańców San Francisco.

Wychodząc od podobnego rozumienia kapitału społecznego jako „nieformalnej normy, która promuje współpracę pomiędzy dwiema bądź więcej osobami”, Francis Fukuyama przyjrzał się jego znaczeniu dla gospodarki. Zauważył, że tam, gdzie poziom zaufania jest wysoki, powstają wielkie przedsiębiorstwa; w społeczeństwach familijnych, gdzie ufa się głównie osobom z kręgu rodziny, dominują firmy małe i średnie. Oznacza to, że brak zaufania podwyższa koszty transakcyjne działalności gospodarczej – jest swoistym podatkiem, który musi płacić każdy członek takiego społeczeństwa. Nie przypadkiem mała Holandia może się poszczycić jednym z najwyższych wskaźników koncentracji kapitału; wielkie Chiny – prognozuje – prawdopodobnie zaś nigdy takiej koncentracji nie osiągną, nigdy nie opanują pewnych branż gospodarki, gdyż tworzenie wielkich struktur współdziałania napotyka tam blokadę w postaci tradycyjnej etyki konfucjańskiej, zasadniczą wagę przywiązującej do lojalności wobec rodziny.

Powstaje więc pytanie: czy silna rodzina blokuje rozwój kapitału społecznego na poziomie całego społeczeństwa? Nie ulega wątpliwości, że stanowi ona jedno z podstawowych źródeł kapitału społecznego na poziomie jednostki – dostarcza jej ochrony i daje dostęp do wielu zasobów. Fukuyama przekonuje, że te społeczności imigranckie w Stanach Zjednoczonych, które cechowały się silnymi strukturami rodzinnymi (oraz więziami etnicznymi), np. Koreańczycy, szybciej odnosiły sukces finansowy. Jednocześnie niektórzy teoretycy modernizacji dowodzili, że silne struktury rodzinne są podstawową barierą na drodze do nowoczesności. Stając wobec tego dylematu, niektórzy badacze doszli do wniosku, że kapitał społeczny nie jest sam w sobie ani dobroczynny, ani zły – jak każdy inny rodzaj kapitału, może znaleźć różne zastosowanie. Alejandro Portes wymienia takie jego potencjalne konsekwencje negatywne jak „wykluczenie outsiderów, zbyt wielkie roszczenia wobec członków grupy, ograniczenie wolności indywidualnej oraz obniżanie średnich wymagań, poprzez dostosowanie do umiejętności przeciętnych członków grupy”. Kapitał społeczny stanowi także podstawę do budowy tzw. brudnych wspólnot – różnego typu mafii, klik i układów. „Amoralny familizm”, który Edward Banfield opisywał w latach 50. XX wieku na przykładzie małego włoskiego miasteczka, to najbardziej znana ilustracja funkcjonowania takiego „brudnego” kapitału społecznego.

Broniąc tezy o pozytywnym znaczeniu kapitału społecznego, Putnam wyróżnił dwa jego typy: pomostowy (bridging) i wiążący (bonding). Ten pierwszy przejawia się w relacjach, jakie nawiązują między sobą członkowie odrębnych grup etnicznych, religijnych i innych. Ten drugi zaś łączy osoby o podobnym pochodzeniu społecznym, a więc podobne do siebie. Dla funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego potrzebne są oba typy kapitału: ten pierwszy umożliwia współpracę przy realizacji projektów, które wymagają twórczego połączenia sił ludzi o odmiennych zasobach i umiejętnościach, ten drugi jest ważny przede wszystkim jako źródło poczucia zakorzenienia, podstawa tożsamości. Dylemat: rodzina czy bliżsi i dalsi znajomi, jest więc zdaniem Putnama fałszywy.

Powyższe dylematy są także silnie obecne w polskim kontekście. Specyfiką sytuacji Polski jest chyba nie tyle niski poziom zasobów kapitału społecznego, ile jego antypaństwowy charakter. Na przestrzeni ostatnich dwóch stuleci Polacy nauczyli się, że warto inwestować przede wszystkim w rodzinę, a na pomoc można liczyć tylko ze strony instytucji niepolitycznych, takich jak Kościół. Nawet wielka mobilizacja społeczna Solidarności miała charakter przejściowego zrywu przeciwko „onym”. Można powiedzieć więc, że Polacy gromadzą kapitał społeczny po to, by nie stanąć bezbronnie wobec opresywnego państwa (własnego czy obcego). Trzeba przyznać, że w warunkach PRL-u taka strategia niejednokrotnie okazywała się skuteczna. W taki właśnie, nieco „sztuczny” sposób komunistyczne państwo przyczyniało się do wzmocnienia polskiej rodziny; dzisiejsze, stosunkowo niskie – na tle zachodnioeuropejskim – wskaźniki urodzeń pozamałżeńskich czy rozwodów zawdzięczamy między innymi polityce państwa, które uprzywilejowywało małżeństwa w dostępie do cennych i rzadkich dóbr, jakimi były na przykład własne mieszkania, podejrzliwie traktowało prywatną własność i systemowo utrudniało organizację społeczeństwa na wyższych poziomach. Kapitał społeczny okresu PRL-u był nastawiony na przetrwanie; po roku 1989 pozostaje nadal nastawiony na adaptację; kluczową kwestią najbliższych lat jest „przesterowanie” go na rozwój i przyszłość.

Janusz Czapiński przekonuje, że kapitał społeczny jest niezbędny dla sukcesu pewnych dużych przedsięwzięć infrastrukturalnych i stabilnego wzrostu w dłuższej perspektywie. Od dwudziestu lat Polacy intensywnie i z powodzeniem zabiegają wprawdzie o podwyższanie rozmaitych zasobów indywidualnych; przykładem takiej inwestycji jest boom edukacyjny. Tymczasem potencjał dalszego wzrostu jedynie dzięki temu prywatnemu kapitałowi (który Czapiński określa mianem ludzkiego) jest już bardzo ograniczony: autor szacuje, że paliwa tego starczy na kolejne dziesięć lat, które trzeba wykorzystać na intensywne inwestowanie w kapitał społeczny. Inaczej – rozwijając sugestywne porównanie tego samego autora – Polacy nadal będą jeździć coraz lepszymi samochodami po coraz gorszych drogach, czuć się coraz mniej bezpiecznie w coraz silniej strzeżonych osiedlach, mieć coraz piękniejsze domy w coraz bardziej chaotycznym otoczeniu, coraz więcej pracować, nie odczuwając większego zadowolenia z życia, i tak dalej. Indywidualne zasoby nie przeobrażą się w magiczny sposób w dobro wspólne. Jak jednak tego dokonać, skoro tkwimy w błędnym kole braku zaufania?

Diagnoza, jaką stawiają badaczki kapitału społecznego Anna Kubiak i Anita Miszalska, nie napawa optymizmem. Ich zdaniem, „nie widać przesłanek odbudowy więzi społecznych wzmacniających demokratyczne społeczeństwo”. Czy tak jak południowe Włochy Polska skazana jest na amoralny familizm i niezdolność do szerszej współpracy? Na pocieszenie warto jednak przypomnieć opinię Ralfa Dahrendorfa, który komentując falę demokratyzacji w Europie roku 1989, napisał, że o ile reforma konstytucyjna trwa na ogół sześć miesięcy, zaś uruchomienie gospodarki rynkowej sześć lat, o tyle budowa społeczeństwa obywatelskiego może zająć lat sześćdziesiąt.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter