70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Odzyskać przestrzeń lokalną

Dobrze pamiętam rozmowy sprzed dwudziestu lat, kiedy wieszczono, że społeczeństwo nie dorosło do samorządu, że jak tu będzie samorząd, to na pewno wszystko rozkradną… Ja uważam, że społeczeństwo dorasta w trakcie zmian i jest takie, jakie mu stwarzamy warunki.

Polacy są już przemęczeni polityką. Czy z tego powodu rezygnują często z udziału w wyborach samorządowych? Frekwencja znowu nie była zbyt wysoka.

Odpowiem inaczej na to pytanie. Po angielsku mamy dwa słowa: jedno to „politics”, drugie to „policy„. My obie te rzeczy obejmujemy słowem „polityka”. A nasza polityka, ta o której dudnią media, to jest tylko „politics”, czyli analiza kto sprawuje władzę i kto po nią sięga. Mnie to mniej interesuje, chociaż rozumiem, że to jest ważne. Mnie interesuje „policy„, czyli cele i procesy decyzyjne. Polacy są zmęczeni „politics”, ale nie „policy”. Bardzo mało mówimy o meritum władzy, a zatem o celach, programach i dokonaniach. Oczywiście, właśnie w czasie wyborów samorządowych na ten temat jest znacznie więcej, dlatego, że coś się dokonało przez te ostatnie lata. I nie ma w tym nic dziwnego, że władza, która kończy kadencję, chce nam przypomnieć, co zostało zrobione i że ten czas i nasze pieniądze nie zostały zmarnowane.

Politycy skupiają się na rzeczach bardzo efektownych: stadion, obwodnica, sala koncertowa, natomiast ginie w tym wszystkim bardziej rozbudowany i racjonalny dyskurs o osiągnięciach i niepowodzeniach ostatniej kadencji.

Każdy – to jest naturalne – usiłuje ukryć swoje błędy, a pokazać się z tej lepszej strony. W istocie rzeczy w wyborach samorządowych chodzi o gospodarkę komunalną, o kanalizację, o ulice… I jest pytanie: kto lepiej to potrafi zrobić? Oszczędniej, taniej, a jednocześnie sprawniej. Obowiązująca ordynacja wyborcza do samorządu, poza gminami do 20 000 mieszkańców, nie skłania do rozliczeń, bo to jest ordynacja partyjna. Ostatnie wybory są tego najbliższym przykładem. Ja chciałbym się dowiedzieć, jaki naprawdę jest program partii i poszczególnych kandydatów na najbliższą kadencję w konkretnej gminie, powiecie czy województwie.

Program formułowany dla konkretnej społeczności?

Tak. Ale przy proporcjonalnej ordynacji wyborczej, która dotąd obowiązuje – mam nadzieję, że już w przyszłych wyborach będzie inaczej – indywidualne obietnice nie znaczą prawie nic, ponieważ my wybieramy nie ludzi, a partie. Głosujemy na Iksińskiego z listy Z. Lista Z wygrywa, ale Iksiński się nie dostaje. A lista Z nic nam nie obiecywała. Niektóre partie dokonały w tym roku ciekawego wysiłku – mówię o dużych partiach – prezentując w mediach ogólnokrajowe programy samorządowe. Mnie się to wydaje zupełnie absurdalne. W trakcie wyborów samorządowych nie jestem specjalnie zainteresowany tym, jakie jest ogólne zapatrywanie się partii, tej czy tamtej, na samorząd.  To się przyda dopiero w przyszłym roku, jak będą wybory do parlamentu. Natomiast dzisiaj oczekiwałbym, że partia X, Y czy Z będzie miała program dla Szamotuł czy Olkusza, dla konkretnego powiatu; że nie będzie to ogólna teoria wszystkiego, tylko, że programy partii będą się różniły między sobą.

Ale w takim wypadku, czy nowa ordynacja  ma szanse to zmienić?

Ordynacja w okręgach jednomandatowych to nie lekarstwo na całe zło. W nowoczesnym społeczeństwie partie są oczywiście bardzo potrzebne, bo partia to jest urządzenie wymyślone specjalnie po to, żeby konsolidować ludzi i razem iść po władzę, a następnie ją sprawować –  politics właśnie. Ordynacja  większościowa w okręgach jednomandatowych wcale nie wyklucza partii. Oczywiście, przy takiej ordynacji wyborczej, kandydaci nadal będą – zwłaszcza w dużych miastach i w sejmikach – w większości partyjni. Partie będą miały nadal ogromną rolę do spełnienia… Ale będą musiały szukać kandydatów z poparciem społecznym, którzy mają autorytet i położą go na szalę wyborczą. Wyborcy przyjdą do radnego, którego wybrali i to jego będą rozliczać, a razem z nim – partię, która go rekomendowała; w tej właśnie kolejności. Dzisiaj mówię takie ogólne „sprawdzam” partii. Jednak nie ma żadnego związku między programem i obietnicami konkretnego radnego a okręgiem wyborczym, w którym staje on do wyborów. Chodzi o ten związek – tylko o to. Tam są bardzo realne problemy i ten ktoś musi znać te problemy, jeśli chce być radnym. Pan mówił o stadionach, to jest ciekawy przykład…

Nie chodzi mi tyle o fakt zbudowania stadionu, ile raczej o to, że władza uznaje odgórnie, że to właśnie on jest nam absolutnie niezbędny. Nie ma dyskusji o priorytetach inwestycyjnych miasta. Może zamiast budować stadion, lepiej było te środki zainwestować w transport miejski, może w coś jeszcze innego…

Mówiąc krótko, chodzi o to, że są różne potrzeby i priorytety. Proszę zobaczyć, co się dzieje w bardzo wielu miastach w Polsce. Centra prawie wszędzie wyglądają jak perełki. W ciągu dwudziestu lat, przy udziale pieniędzy europejskich, stało się tam dużo dobrego. Odnowiono zabytkowe pierzeje, jest ładniej. Ale poza centrum bardzo często dzieje się mało. Nawet w Warszawie ciągle są miejsca, gdzie nie ma kanalizacji. Przy jednomandatowych okręgach wyborczych ludzie, którzy mieszkają na takim terenie, patrzą w oczy tym kandydatom i nie pytają o stadion ogólnomiejski, tylko mówią: „kanalizacja i kropka”. Stadion niekoniecznie odpadnie, ale trzeba będzie się zająć także wodociągami, komunikacją miejską czy bezpieczeństwem na osiedlach.

Innymi słowy będzie to wymuszać komunikację z wyborcą.

Tak, i w związku z tym wpłynie na priorytety władzy. Jak się pojawią jednomandatowe okręgi wyborcze czy obywatelska inicjatywa uchwałodawcza, to wtedy ludzie dostaną więcej instrumentów i „życie obywatelskie” będzie znacznie bardziej realne… To już dalej zależy od aktywności poszczególnych osób i środowisk.

Ale czy jako społeczeństwo dorośliśmy do takich zmian? Z naszą kulturą polityczną, w której nadal dominuje przekonanie, że władza centralna coś zrobi lub czegoś nie zrobi, a my mamy na to niewielki wpływ?

Ja się z tym kompletnie nie zgadzam. Mówienie, że społeczeństwo nie dorosło, właściwie każe rozejść się…

I poczekać aż społeczeństwo samo dorośnie.

Właśnie. Dobrze pamiętam rozmowy sprzed dwudziestu lat, kiedy wieszczono, że społeczeństwo nie dorosło do samorządu, że jak tu będzie samorząd, to na pewno wszystko rozkradną… Ja uważam, że społeczeństwo dorasta w trakcie zmian i jest takie, jakie mu stwarzamy warunki. Czasami się mówi – to też jest taka piękna populistyczna gra w zielone – „a w Ameryce to miastem rządzi osiem osób, a u nas to musi być sześćdziesięciu radnych. To nie możemy tych radnych mieć o połowę mniej?”. Odpowiedź jest prosta: oczywiście możemy! Możemy ich w ogóle zlikwidować, będzie jeszcze taniej. A naprawdę w owej mitycznej Ameryce jest zupełnie inny świat obywatelski. Władza jest tylko pokrywką od garnka, w którym buzuje życie obywatelskie. I nie potrzeba tylu radnych, ponieważ to życie obywatelskie, biznesowe, lobbing, konsumenci, środowiska religijne i kierowcy ciężarówek, oni wszyscy funkcjonują w różnego rodzaju stowarzyszeniach. Cały system utkany jest z takich więzi i mechanizmów komunikacji społecznej, a ten jeden radny, który się zajmuje transportem publicznym, dzięki rozbuchanemu życiu społecznemu ma kompletny obraz interesów.

Wobec tego jego rola właściwie sprowadza się do zarządzania priorytetami i godzeniu tych różnych środowiskowych postulatów.

I tych priorytetów czy postulatów jest zgłoszonych dwa razy więcej niż u nas! U nas często w ogóle nie ma tego typu głosów. Społeczeństwo obywatelskie właściwie nie istnieje i my je musimy – co jest zresztą naszą kontynentalną tradycją – zastępować właśnie radnymi, którzy mają łowić potrzeby lokalne, bo nie ma innego sposobu ich artykulacji.

Czy w takim razie nie warto pójść jeszcze o krok dalej? Na początku 2009 roku w podkrakowskiej miejscowości Liszki, Stowarzyszenie Doxotronika przeprowadziło akcję pod nazwą „Nowa Polis”. Mieszkańcy Liszek mogli decydować o sprawach gminy w bezpośrednim głosowaniu internetowym. W ocenie pomysłodawców akcji taka forma podejmowania decyzji jest obiecującą perspektywą dla naszej demokracji.

Oczywiście racja. W Warszawie jest w Internecie masa grup społecznościowych, które dyskutują o swoim osiedlu, parku czy ulicy. Ale okazało się, że jak się tym aktywistom debaty lokalnej proponuje: „to może byś wystartował w wyborach samorządowych?”, to jest apage satanas! i w ogóle nie ma o czym mówić. Zatem taka nieco bardziej bezpośrednia forma demokracji – oczywiście tak!, ale to się musi stawać świadomie i powoli. Ta historyjka z Liszek, to jest powrót do naturalnego zagospodarowywania przez obywateli-mieszkańców – bo im się nazwa „obywatele” jak najbardziej należy – przestrzeni publicznej. Komunizm zabrał nam przestrzeń publiczną i dziś ta przestrzeń nadal należy do władzy.

Jakie rozwiązania wspierające samorządność, oprócz ordynacji wyborczej w okręgach jednomandatowych i inicjatywy uchwałodawczej mieszkańców, mógłby Pan przytoczyć?

Dużo się mówi na przykład o mechanizmach odnoszących się do tzw. jednostek pomocniczych – w dzielnicach czy osiedlach. Mówi się też o takich instytucjach jak lokalny, czy miejski rzecznik praw obywatelskich, który by chronił obywateli przed nadużyciami lub bezdusznością ze strony lokalnej administracji rządowej i samorządowej.

Jedną rzecz trzeba powiedzieć: mechanizmy regulacyjne mogą tylko stworzyć możliwości. One nie mają same mocy sprawczej. To są tylko takie miejsca w systemie, które mówią: no dobra, weźcie to w swoje ręce. Trzeba to rozumieć całościowo, to znaczy – jeszcze raz wrócę do sprawy z początku rozmowy – dzisiaj w Polsce rządzą partie i tak naprawdę nie jest im na rękę rozwój autonomicznej aktywności obywatelskiej. Dlatego punktem wyjścia jest ordynacja wyborcza w okręgach jednomandatowych, bo ona nas uwalnia w znaczmy stopniu z tego rygla partyjnego. Dopóki to nie nastąpi, nie ma co oczekiwać znaczących zmian, bo ludzie nie są w Polsce zainteresowani politics.  Cały system powinien być nastawiony na ośmielanie ludzi, by podejmowali działania. A władza musi być otwarta na te wyzwania. I wtedy po jakimś czasie – przywołany przez Pana eksperyment w Liszkach jest tu dobrym przykładem – to się ruszy.

Załóżmy, że udaje się wprowadzić nowe regulacje i mimo to nie ma  fali entuzjazmu dla samorządności. Co może być nie tak, oprócz spraw związanych z ordynacją?

W Polsce od 200 lat panuje centralistyczna kultura władzy. Jeszcze się nie nacieszyliśmy tą obywatelską samodzielnością, a już przystąpiliśmy do Unii Europejskiej. Znowu wzmacnia to podejście centralistyczne, a jeszcze na dokładkę okazało się, że jesteśmy uczestnikami globalizacji – znowu myślenie centralistyczne! W tych warunkach odbudowa samorządu i społeczeństwa obywatelskiego, czyli myślenia lokalnego, jest bardzo trudna. Centralistyczna kultura władzy znajduje wsparcie w tych dużych, obiektywnych procesach. W warunkach globalizacji są tylko dwie możliwości: albo, że człowiek będzie pyłkiem, zupełnie nieważnym, albo właśnie, że będzie w stanie wpływać na swoje miejsce zamieszkania – odzyska przestrzeń lokalną.

Z drugiej strony, to jest także kwestia bezpieczeństwa dużych systemów. Jeśli mamy system hierarchiczny, to błąd popełniony na górze roznosi się po całym systemie i jest nie do opanowania. Natomiast kiedy zarządzanie ma charakter sieciowy i mamy 2500 gmin i 300 powiatów, to nawet jak jeden z drugim prezydent nie da sobie rady, to ma to niewielki wpływ na mechanizm w całości. Kiedy była przygotowywana reforma decentralizacyjna, to ona miała sens demokratyczny – to oczywiste – ale również jej celem było coś zupełnie innego: uwolnić rząd, który ma się zająć sprawami o charakterze ogólnopaństwowym, od zajmowania się sprawami lokalnymi i regionalnymi, zostawić je wspólnotom lokalnym i regionalnym.

Co najlepiej wyraża się w zasadzie pomocniczości. Rząd winien się zajmować tylko tymi sprawami, których rozwiązanie nie jest możliwe na poziomie lokalnym i regionalnym.

Tak! Uwolnić rząd. Ale nie dla dobra tych społeczności, tylko dla dobra Polski.

Rząd nie powinien być przeciążony zarządzaniem sprawami na poziomie lokalnym…

Istotą reformy decentralizacyjnej były różnego rodzaju benefity pod stronie społeczności lokalnej, ale również racjonalizacja zakresu działania po stronie władzy centralnej. Niech się władza centralna zajmuje sprawami ogólnopaństwowymi, a nie przeszkadza w sprawach lokalnych. O tych ostatnich władza centralna nic nie wie i nie może wiedzieć, bo to za daleko od Warszawy. To też jest związane z bezpieczeństwem systemu, bo jeśli władza centralna nie podejmuje decyzji szczegółowych, tylko decyzje o charakterze regulacyjnym, to oznacza, że konkretne rozstrzygnięcia podejmowane są w każdym z tych setek miejsc, na miarę lokalnych (regionalnych) potrzeb i możliwości. Tam już zaczynają działać bardzo konkretne mechanizmy polityczne i społeczne. „Ja jestem z tego miasta”, mówi sobie burmistrz, „tu mieszka moja rodzina, zawsze mieszkała. Nie mogę tego schrzanić, bo się będę musiał wyprowadzić – nikt mi tu ręki nie poda.” Kiedy rządzi urzędnik przysłany z Warszawy, to on w ogóle nie ma tego typu dylematów. Skończy swoją kadencję i wyjedzie. Więc wiele wskazuje na to, że system zdecentralizowany jest lepszy. On oczywiście rodzi też pewne zagrożenia, ale to nie może stawać na przeszkodzie wdrażaniu rzeczy słusznych i dobrych, bo to jest tak, jakbyśmy powiedzieli, że rezygnujemy z budowy dużych ulic, bo przechodzenie przez taką ulicę może być groźne.

No właśnie, czy u rządzących nie jest cały czas obecne przeświadczenie, że samorządom nie można oddać zbyt wiele pola, bo system się załamie? Myślenie, które idzie w stronę tego, żeby formułować samorządom zadania odgórnie, z założeniem, że nie można im na tyle zaufać, by decyzje i planowanie cedować “na dół” w sprawach lokalnych.

Był kiedyś taki żarcik, sprzed 50 lat. Chruszczow pojechał do Keneddy’ego, ten zabrał go do Fort Knox – zasieki, strażnicy, wieże obserwacyjne – i pokazuje worki ze złotem, mówiąc “tu jest nasze bogactwo!”. Chruszczow pokiwał głową z uznaniem, a kiedy Kennedy z kolei przyjechał z wizytą do Związku Radzieckiego, usłyszał od Chruszczowa: “to ja, panie prezydencie, pokażę teraz panu nasze bogactwo!”. Zawiózł go gdzieś na Syberię. Tam gułag, strażnicy, druty kolczaste, ludzie zabiedzeni, jak to zwykle w takim miejscu i Chruszczow powiada: “U nas jest podobnie, jak u was w tej Ameryce, tyle, że dla nas największą wartością jest nie złoto, ale człowiek!”.

Więc coś jest na rzeczy. Oczywiście, po to wybieramy parlament, rządy, żeby władza dobrze zajmowała się sprawami na poziomie ogólnym, ale to wcale nie znaczy, że ta władza wie dobrze jak rozwiązać problemy naszego miasta czy powiatu. Dla mnie trudne do przyjęcia są decyzje central partyjnych, które z Warszawy zakazują swoim lokalnym ogniwom wchodzenia lub nie wchodzenia w koalicje z innymi partiami u siebie.

Czyli konflikt interesów między interesem lokalnym, a partyjnym na tym centralnym poziomie, jest rozwiązywany dość jednostronnie – zgodnie z interesem partii jako całości.

Nie można nad tym przechodzić do porządku dziennego. Ja dlatego tak krążę wokół tych problemów ordynacji i partyjnictwa, że one mają kolosalne znaczenie dla organizacji życia społecznego w skali lokalnej, dla aktywności obywatelskiej, dla tego, o czym Pan mówił – żeby nam się chciało chcieć.


MICHAŁ KULESZA – prawnik, doradca społeczny Prezydenta RP ds. samorządu, teoretyk administracji, specjalista z zakresu samorządu terytorialnego.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata