70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czy wiara to religia?

Współczesnym problemem wiary jest to, iż utraciła dotychczasową glebę naturalnej religijności, w której od wieków zapuszczała korzenie. Czy ten związek musi być dozgonny? Czy kryzys wiedzie nieuchronnie do „śmierci Boga”?

Włączając się w dyskusję nad tekstem Charlesa Taylora na temat poszukiwania różnych ścieżek wiary w epoce świeckości, chciałbym zwrócić uwagę na przydatność dawno już zaproponowanego rozróżnienia pomiędzy wiarą a religią. W potocznym języku terminy te używane są zamiennie, w każdym razie w Polsce. Gdy kogoś określamy jako religijnego, mamy na myśli człowieka wierzącego; zaś ludzie religijni mogą być uczestnikami rożnych wiar.

Nie jest to bynajmniej oczywiste. Szerokie rozumienie terminu „religia”, obejmujące każdą postać relacji człowieka do Rzeczywistości Absolutnej, upowszechniło się tak naprawdę stosunkowo niedawno. Dla klasyków różnica pomiędzy tymi dwoma terminami była oczywista. Tomasz z Akwinu rozumiał religię jako akt sprawiedliwości, do którego jest zobowiązany człowiek w stosunku do swojego Stwórcy. Aktami religijności są wszystkie postaci kultu, tak zbiorowego, jak i osobistego, w których człowiek wysławia Boga, przeprasza Go za swoje grzechy i uchybienia lub uprasza o łaskę przebaczenia. Wiara zaś to przyjęcia Objawienia, ufne zawierzenie temu, co Bóg powiedział o sobie i o drodze, jaką człowiek ma do Niego zmierzać. Człowiek wierzący jest człowiekiem religijnym, bowiem czci Boga i wychwala Jego Imię, ale człowiek religijny nie musi być człowiekiem wierzącym, i przecież jest takich wielu.

Tertulian mylił się, gdy mówił, że człowiek jest z natury chrześcijaninem. Jest człowiekiem religijnym, ale chrześcijaństwo nie jest owocem naturalnej religijności, lecz przyjęciem Daru z wysoka, dlatego teologia określiła je mianem „daru nadprzyrodzonego”. Istota myśli wypowiedzianej przez Tertuliana jest jednak ważna, określała bowiem – używając terminologii Taylora – jaka jest ta „ścieżka”, która wiodła do wiary. Była nią oczywiście „naturalna religia”, która kazała Rzymianom oddawać cześć bogom swoich ojców, a innym ludom składać hołdy Słońcu. Mircea Eliade nauczył nas, iż dzieje religii wskazują na wiele hierofanii, poprzez które człowiek poszukiwał możliwości kontaktu z sacrum czy po prostu z Boskością.

Ta naturalna religijność, ukierunkowanie człowieka ku poszukiwaniu sensu ostatecznego wyrażające się w rozlicznych kultach i tradycjach religijnych czy duchowych, stanowiła glebę, na której mogło wzrastać ewangeliczne ziarno. Kiedy Taylor zachęca nas do poszukiwania nowych „ścieżek” wiodących do wiary, ma na myśli – jak rozumiem – konieczność nowego przemyślenia tego, co jest dla współczesnego człowieka tą glebą, na którą ma paść owo ziarno, aby wydało owoc stokrotny (no, choćby trzydziestokrotny). Dla tradycyjnej religii pożywną strawą była przyroda, jej cudowna harmonia i groźna kapryśność; trzeba było złożyć ofiarę, aby zapewnić sobie obfite plony, trzeba było kornej modlitwy, aby wylały życiodajne wody Nilu. Legitymizacją władzy królewskiej musiało być boskie namaszczenie, inaczej siła miecza, który dzierżył władca, nie budziła należnego lęku.

To, co nazywa się „sekularyzacją”, to nic innego jak proces stopniowego zaniku tak rozumianej religijności naturalnej. Człowiek stanął twarzą w teraz z przyrodą i zmaga się z nią przy pomocy swojej przemyślności, a nie religijnych ofiar czy magicznych zabiegów. Władza czerpie swoją legitymizację z demokratycznego wyboru ludu, a nie z boskiego wyroku.

Oczywiście sprawy są bardziej złożone niż te banalne stwierdzenia. Im bardziej człowiek wnika w tajniki przyrody, tym boleśniej uświadamia sobie swoją kruchość i ograniczoność. Gdy władcy zapominają, że rozliczeni będą nie tylko przez elektorat, ale że mają zdać sprawę przed Nieznanym Trybunałem, łatwo ubóstwiają samą władzę.

Religijność naturalna jest mściwą boginią. Wygnana z naukowych laboratoriów i terapeutycznych kozetek powraca pod postacią komputerowych horoskopów, magicznych miejsc czy kamieni i innych tego typu rzeczy. Człowiek jest z natury religijny, a natury oszukać nie można. Owszem, istnieją ateiści, ale ateista prawdziwy to „rzadki ptak”, jak powiedział mądry Gombrowicz. Nie tylko wtedy gdy rozum śpi, budzą się upiory.

A gdzie wiara? Współczesnym problemem wiary jest to, iż utraciła dotychczasową glebę naturalnej religijności, w której od wieków zapuszczała korzenie. Czy ten związek musi być dozgonny? Czy kryzys wiedzie nieuchronnie do „śmierci Boga”?

A może oznacza oczyszczenie, wszak do potocznie przeżywanej wiary wkradło się wiele elementów dalekich od czystości prorockiego przesłania biblijnego. Czy wspomniani przez Taylora chłopi z Quebecu, bijący w dzwony, by odegnać burzę, byli religijni czy wierzący? Czy założenie piorunochronu jest aktem niewiary? A może czeka nas wysiłek, nienowy przecież, bo wciąż ponawiany przez myślicieli i mistyków, aby oczyścić obraz Boga z tego wszystkiego, co powoduje jego nazbyt ludzki i naiwny wizerunek? Może ten obraz jest zaciemniony projekcją naszych pragnień? Bóg Ojciec Jezusa Chrystusa nie jest spełnieniem ludzkich pragnień, ludzie czekali na innego Boga. Bóg spełnia swoje obietnice, a nie ludzkie pragnienia. Czy umiemy to odróżnić?

Tak, trzeba szukać nowych „ścieżek wiary”. Jest ich wiele, ale – jestem o tym przekonany – wszystkie wiodą przez człowieka. Święty Augustyn, opisując swoje przeżycia związane ze śmiercią przyjaciela, napisał w Wyznaniach: „I stałem się sam dla siebie wielkim problemem” (IV,4). Gdy prorocy sekularyzmu głoszą „śmierć Boga”, człowiek staje się sam dla siebie wielkim problemem i „wiara może się jawić jako źródło sensu w świecie” (Taylor).

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter