70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Im góra wyższa, tym lepiej

Z pewnością profesor Walery Pisarek jest jedną ze znakomitszych osób wśród tych, którzy z takim przekonaniem czuwają dziś na językiem ojczystym i nim się opiekują. Stojąc na straży polszczyzny, Profesor nie pozostaje jednak nieczuły na zmiany, nie wartościuje wyłącznie negatywnie mód językowych i powtarza: mówmy po polsku, nawet go kalecząc, ale mówmy po polsku.

Przypomina, że wielu zjawisk nie można traktować wyłącznie z niechęcią, gdyż na przykład „to właśnie muzykująca młodzież wyciągnęła z samych trzewi prasłowiańszczyzny i ożywiła wyraz »czad«, a także tchnęła życie w odświeżone nowymi znaczeniami wyrazy »łoić« i »piecyk«”. Jednak nade wszystko profesor Pisarek pozostaje wybitnym badaczem komunikologiem, autorytetem w tak ważnej, zwłaszcza obecnie, dziedzinie jak komunikowanie masowe.

Wyzwaniem i swoistym dziełem życia stał się dla profesora Pisarka Ośrodek Badań Prasoznawczych, placówka założona w 1956 roku i szybko zdobywająca uznanie zarówno w kraju, jak i za granicą dzięki dogłębnym i pionierskim badaniom, którym poddana została polska prasa. Szczególną rolę odegrał Walery Pisarek również w Radzie Języka Polskiego, będąc w latach 1996–2000 jej pierwszym przewodniczącym. Wśród wielu przedsięwzięć, w których Profesor wziął udział, był między innymi cykl dziesięciominutowych programów nadawany w Telewizji Polskiej w latach 70. zatytułowany Lekcja języka polskiego.

Profesor jest autorem wielu publikacji, by wspomnieć chociażby: Poznać prasę po nagłówkach (Kraków 1967), Nowa retoryka dziennikarska (2002) – za którą w 2002 roku został uhonorowany Śląskim Wawrzynem Literackim– Słowa między ludźmi (Warszawa 2004), O mediach i języku (Kraków 2007) czy Wstęp do nauki o komunikowaniu (Warszawa 2008).

*

Czym są dla Pana słowa?

Słowa są prawdziwą rzeczywistością… Słowa są ważne, bo bez nich nie bylibyśmy sobą, nie bylibyśmy ludźmi. Gdybyśmy mieli inne słowa, to najpewniej bylibyśmy kim innym; słysząc inne słowa, odmiennie odbieralibyśmy wszystkich wokół.

To, co mówię, nie jest metaforą. Wielu ludzi opisuje rzeczywistość – również tę antropologiczną – posługując się niemal w każdym zdaniu dwiema, trzema metaforami; prawie każdy wyraz jest użyty przez nich metaforycznie. A ja staram się jak najbardziej mówić w sensie pozytywistycznych zdań protokolarnych. Gdy mówię: kim innym byśmy byli, używając innych słów, to mówię to dosłownie. To nie przenośnia. Pewną przenośnią jest, kiedy mówię: „my”, a w gruncie rzeczy mam na myśli naszą świadomość, a nie ciało.

Słowo nie musi składać się z dźwięków. Zapisanym słowem może być obraz, zdjęcie, nawet tylko parę kresek… jeżeli tylko temu słowu została przypisana jakaś treść – czy to przez tego, który udostępnia innym słowo, czy to przez tego, który je odbiera.

W pewnym sensie jestem myśliwym: lubię polować na piękne powiedzenia, na powiedzenia odkrywcze. Odczuwam wtedy pełną satysfakcję. Inaczej jest z błędami, nie traktuję ich jak zwierzyny, którą potem można powiesić sobie w gabinecie nad biurkiem: oto jest piękny, ustrzelony lew. Wynotowuję je sobie czasem, tak jak inne wyrażenia czy zwroty, które szczególnie zwróciły moją uwagę. Usłyszałem niedawno w radiu: „po zimie występują ubytki w nawierzchni” – nie jest to błąd, ale przykład wzniosłego, czy może raczej medycznego określenia…

Kiedy nie szukam przykładów, na przykład ilustracji błędów, to odbieram rzeczywistość słowną taką, jaka ona jest. Teksty prawie nigdy nie służą do przekazywania samej formy – oczywiście można protestować: funkcja poetycka wypowiedzi polega przecież na tym, że słowa są tym, co się liczy – ale zwykle mówimy coś po to, by kogoś przekonać, zrobić na kimś dobre wrażenie, odpowiednio nastawić i tak dalej. A jeżeli tak jest, to na drugi plan schodzi sposób, w jaki coś zostało powiedziane. Chyba że przekroczone są pewne granice: w kierunku niezrozumiałości, wulgarności albo rzeczywiście bardzo rażącego wykolejenia.

Od kilkunastu lat pielęgnuję ideę słów sztandarowych, czyli takich, które nazywają coś najpiękniejszego, najwartościowszego, takich, które faktycznie można wypisywać na sztandarach. Ale to również słowa o znaczeniu odwrotnym, oznaczające coś najbrzydszego. Począwszy od lat 80., korzystając z zaplecza Ośrodka Badań Prasoznawczych, co kilka lat przeprowadzaliśmy specjalne badania. Wyselekcjonowane osoby prosiliśmy o wybranie słów z uprzednio przygotowanej listy. Potem pytaliśmy, co czytają na co dzień, a następnie prowadziliśmy badanie zawartości tych gazet pod kątem tego, z jaką częstotliwością pojawiają się w nich słowa uznane za sztandarowe. To dawało nam odpowiedź na pytanie, czy i w jakim stopniu dane pismo odpowiada oczekiwaniom, świadomości i hierarchii wartości jego czytelników i ogółowi Polaków. Zależności te są szczególnie widocznie przy „Naszym Dzienniku” czy Radiu Maryja.

Stajemy wobec pytania, co na co wpływa. Pozytywiście wystarcza stwierdzenie, że jedna cecha współwystępuje z drugą. Ale kiedy zastanawiamy się, co jest przyczyną, a co skutkiem, to prawdopodobnie zależności są obustronne. To raczej ludzie gromadzą się pod sztandarami danej gazety, a uciekają od sztandarów przez nich nieuznawanych.

Jakie teraz są to słowa?

Dla Polaków słowem najobrzydliwszym jest „zakłamanie”, a najpiękniejszym – „miłość” . Bywa tak na wielu płaszczyznach i, jak wykazały badania, również w relacjach zachodzących między czytelnikiem a tekstem.

Słowo „miłość” jest z pewnością w różnych czasach rozmaicie rozumiane, ale jako słowo sztandarowe występuje zawsze, niezmiennie.

Na przestrzeni lat na pewno dostrzegalne są różnice powodowane na przykład sytuacją polityczną.

Polityka ma mniejsze znaczenie, niż sobie często wyobrażamy. W świadomości ludzi odgrywa stosunkowo niewielką rolę.

Prasę bada się w sposób obiektywny, porównując częstość używania różnych słów. Kiedy weźmiemy pod uwagę lata peerelowskie, ale i okres dwudziestolecia międzywojennego, różnice w wynikach okazują się zadziwiająco małe, zupełnie powierzchowne. Choć czasem bardzo istotne. Wiadomo, że informacja prasowa musi lokalizować w czasie i przestrzeni to, co opisuje. Formalnie rzecz traktując, przyimek „w” będzie tutaj wysuwał się na czoło jako najczęściej używany wyraz, w przeciwieństwie do literatury pięknej i mowy potocznej, gdzie nie jest takie ważne, czy coś zdarzyło się „w piątek”, „we wtorek”, „w Krakowie” czy gdziekolwiek indziej. Jeżeli jednak chodzi o nazywanie rzeczy materialnych, to tu, naturalnie, różnice są wyraziste. W latach 70. i 80., kiedy porównywałem słownictwo ówczesnej prasy peerelowskiej, prasy radzieckiej, czeskiej i enerdowskiej ze słownictwem prasy zachodnioniemieckiej, słowem najczęściej u nas używanym była „praca”, z kolei tam: DEM – Deutsche Mark. Współcześnie swoista marketyzacja słownictwa polega na tym, że zupełnie rzadkie dawniej słowa, należące do terminologii związanej z działalnością banków, awansowały do najczęściej używanych, przede wszystkim w prasie codziennej.

Badania pomagają zdiagnozować nie tylko nas, ale i stan polskiej prasy, która dziś boryka się ze spadkami nakładów, co dla wielu tytułów oznacza rychłe „być albo nie być”…

Z chwilą pojawienia się kina aktorzy zastanawiali się, czy w przyszłości będą jeszcze występować na scenach teatrów… Historia sama przyniosła odpowiedź, choć oczywiście mało jest prawdopodobne, aby znów nastały czasy antycznej Grecji, kiedy całe amfiteatry były obsadzone przez widownię. Odpowiedź brzmiała: będą małe salki teatralne, lecz znajdzie się miejsce dla zespołów, które zdołają zwrócić uwagę. Wiadomo, że z chwilą pojawienia się nowego środka przekazu stare środki nie znikają, ale zmniejsza się ich zasięg. Nie tylko prasa, ale i telewizja musi się przygotować do tego, że nie będzie niedługo tym, czym jest obecnie…

…co jest chyba już teraz wyraźnie zauważalne, skoro wielu młodych deklaruje, że w ogóle telewizji nie ogląda…

A przy tym wszystkim ciągle trwa i nasila się współzawodnictwo w Internecie! I tu dochodzimy do pytania, kto „rządzi”. Publiczność czy nadawca? Nadawca „rządzi” o tyle, że szuka i płaci za znalezienie sposobu, jak zanęcić odbiorcę. Nęci się tym, co przyciąga największą liczbę osób. Seks i zbrodnia chodziły w tej roli zawsze w parze, a seks ze zbrodnią połączony pozostał najskuteczniejszą przynętą.

A gdzie jest miejsce na misję?

Misja robienia pieniędzy to też misja… Jednak przecież chodzi o świadomość: owszem, robię pieniądze i wiem, że to, co produkuję, jest niewiele warte, ale dzięki zarabianiu mogę na przykład utrzymać pismo elitarne, pismo, które będzie zaspokajało bardziej wysublimowane gusty. Pamiętam takie hasło: „kultura masowa kulturze elitarnej”. Tak jak człowiek szlachetny nie zostawi bliźniego bez jedzenia, tak nie można pozbawić strawy duchowej…

Jedni po to utrzymują gazetę czy rozgłośnię, by przekonywać do pożądanych przez siebie zachowań – innym zależy na zysku, efektach finansowych. I w jednym, i drugim przypadku podmiot rozgrywający szuka sposobów na pozyskanie czytelników. Ale wszystko to podporządkowane jest naczelnej idei: albo zdobycia ich świadomości, albo zdobycia ich lub dzięki nim pieniędzy – nawet od swoich wrogów, byle tylko kupowali, słuchali, czytali.

Trudno jest umiejętnie rozgraniczyć potrzebę zarabiania i tego, by dobrze kształtować nasze gusta, a nie tylko schlebiać gustom najniższym…

Ale w każdym człowieku tkwi kawałek anioła. I w polityku, i w krwiożerczym kapitaliście. Jeden i drugi gotów jest poświęcić troszeczkę, co nie służy bezpośrednio jego interesom. Nawet szatan musi być czasem dobry.

Komunikolog od zawsze

Co sprawiło, że obrał Pan taki kurs w życiu?

Wydaje mi się, że spoglądając wstecz na drogę życiową, którą przeszliśmy, i zastanawiając się nad jej meandrami, staramy się uczynić ją bardziej logiczną, chcemy ją racjonalizować i dopatrywać się w jej przebiegu wynikania z własnych przemyślanych wyborów, a nie z przypadków.

Po doświadczeniach więziennych, kiedy powróciłem na studia po kilkuletniej przerwie, późną jesienią 1955 roku, spotkałem się z tymi samymi profesorami co przedtem – oni jednak już inaczej oceniali te same dzieła i tych samych autorów, nad którymi pochylaliśmy się wcześniej, w moim „poprzednim życiu”. Chętnie się więc tłumaczę, że zniechęciło mnie do literaturoznawstwa to, iż o tym samym utworze i tym samym twórcy można mówić na różne sposoby w zależności od klimatu politycznego. W przeciwieństwie do badań nad literaturą językoznawstwo, zwłaszcza oparte na metodach statystycznych, bez względu na to, czy odkrywa rzeczy dotychczas nieznane, czy mówi rzeczy banalne, doprowadza do wniosków, które trudniej podważyć. Zresztą to, co mówię, powtarzam w znacznym stopniu za profesorem Zenonem Klemensiewiczem, który tak właśnie tłumaczył, dlaczego poświęcił się językoznawstwu i dydaktyce. I on mówił o potrzebie znalezienia twardej podstawy w humanistyce po swoich frontowych doświadczeniach z I wojny światowej.

Dziś mogę również powiedzieć, że w zachęceniu mnie do językoznawstwa było trochę – a nawet więcej niż trochę – kobiecej ręki mojej żony, która była asystentką Klemensiewicza i zarówno jego uczyła sympatii do mnie, jak i mnie sympatii do niego. Zresztą profesor Klemensiewicz był moim nauczycielem w pierwszym okresie moich studiów, więc mógł mnie pamiętać, a naturalnie ja pamiętałem go bardzo dobrze – od samego początku był dla mnie uosobieniem solidności. I tak, kiedy w imieniu powstającego właśnie Ośrodka Badań Prasoznawczych do profesora zwróciła się jedna z jego założycielek, późniejsza dyrektor, Irena Tetelowska, z prośbą o zorganizowanie pracowni językowej, Klemensiewicz pomyślał o mnie. Tak to – może powiedzieć ktoś nie bez racji – nie dzięki rozważaniom nad sensem życia, ale pośrednio przez protekcję żony znalazłem się jako początkujący językoznawca w kręgu Ośrodka… Potem nie wyobrażałem sobie, że mógłbym nie poświęcić się językoznawstwu – czystemu, prawdziwego, statystycznemu. Językoznawstwu, w którym to, co się powie, jest tym właśnie i niczym innym; faktem, który każdy może sprawdzić.

Potem znów wtrącił się los i wymusił na mnie inne zachowanie, inne wybory w pracy naukowej. Zadecydowała o tym katastrofa lotnicza, w której na Policy 2 kwietnia 1969 roku zginęli Zenon Klemensiewicz, Irena Tetelowska oraz sekretarka Ośrodka Basia Wójtowicz. Nagle okazało się, że jestem w Ośrodku jedyną osobą z doktoratem i, jeżeli mam przyjąć ten ciężar odpowiedzialności, nie mogę ograniczać się tylko do swojej, językoznawczej działki. Najpierw zacząłem realizować wszystkie te plany, które zostały wytyczone przez Tetelowską, na przykład jej pomysł na encyklopedię wiedzy o prasie. Było to piękne zadanie… Potem zorganizowaliśmy ogólnopolską sieć ankieterów, która miała dla nas wykonywać badania opinii społecznej, przede wszystkim dotyczące aktywności medialnej, czytelnictwa prasy i tak dalej. To znów wymagało i pracy – „przekopania się” przez obszerną literaturę – i aktywności: pisarskiej oraz czytelniczej, a także udziału w konferencjach różnego typu. Reprezentowałem zresztą, jeszcze za życia Tetelowskiej, Ośrodek Badań Prasoznawczych w towarzystwie międzynarodowym, International Association for Mass Communication Research. Dziś – po tym, jak gremium to doszło do wniosku, że przedmiotem zainteresowania większości członków Towarzystwa stało się nie tylko masowe komunikowanie – jego nazwa brzmi: International Association for Media and Communication Research.

Jestem dziś medioznawcą dumnym z honorowego członkostwa tego Towarzystwa podobnie zresztą jak i z honorowego członkostwa Polskiego Towarzystwa Komunikacji Społecznej. A najpierw byłem polonistą piszącym pracę magisterską o Słowackim. Potem zrobił się ze mnie językoznawca i następnie również prasoznawca czy – jak lubię to podkreślać – po prostu badacz komunikowania, komunikolog. Zresztą kiedy tak nazywam swoje zainteresowania, to okazuje się, że od samego początku nie zajmuję się niczym innym jak komunikacją między ludźmi. I tak jak językoznawstwo mogę uważać – za co przepraszam wszystkich językoznawców – za jedną z nauk pomocniczych nauki o komunikowaniu, tak i inne specjalności medioznawcze mieszczą się w tej wielkiej dyscyplinie, będącej koroną całej humanistyki.

Dziś Ośrodka takiego jak kiedyś już nie ma. Istotą jego dawnej działalności były badania empiryczne – teraz służy on przede wszystkim jako placówka dydaktyczna w ramach Uniwersytetu Jagiellońskiego, a powstawał bez takich ambicji. Tego typu badań, jakie najlepiej i najpełniej prowadziliśmy w latach 1980–1981 – mówię to z najgłębszym przekonaniem, choć zapewne nie zgodziłaby się z tym cała Polska – nikt dzisiaj nie prowadzi. Tamte „solidarnościowe” miesiące szczególnie sprzyjały swobodzie badań nad komunikowaniem się ludzi. Masowość metod badawczych była odpowiedzią na ówczesne masowe komunikowanie. Dziś podobne metody zapewne by nie wystarczyły, zwłaszcza z chwilą pojawienia się Internetu, telefonów komórkowych i nowych sposobów komunikowania… W swoich najlepszych latach Ośrodek był dostosowany do tamtej sytuacji. Któż dziś jest w stanie przeprowadzać systematyczne badania ankietowe na kilkunastotysięcznej próbie? Dziś często muszą wystarczyć badania telefoniczne na podstawie próby kilkusetosobowej.

W zakresie badań nad komunikacją społeczną w Polsce ideałem jest dla mnie to, co zrobiliśmy w okresie solidarnościowym – a mianowicie badania kompleksowe w pełnym tego słowa znaczeniu. Czyli: aby z jednej strony pytać ludzi, z kim o czym rozmawiają, co czytają, czego słuchają, co oglądają. Potem: co znajduje się w kanałach, które im się oferuje; w jakiej formie jest to prezentowane, którym dziennikarzom i kanałom publiczność ufa, jakie ambicje zawodowe mają dziennikarze, aż po badania, kto i z jakim skutkiem steruje tym, co się ma znajdować w prasie, radiu i telewizji. Wszystko to się złożyło na zupełnie bezprecedensową publikację, którą udało się wydać dopiero ćwierć wieku po ukończeniu badań1. Dotąd dostępny był wyłącznie maszynopis.

Czy po katastrofie lotniczej na Policy miał Pan Profesor wątpliwości, wahania związane z pracą w Ośrodku i odpowiedzialnością za nadanie jej takiego kierunku, jaki był zgodny z pragnieniami Zenona Klemensiewicza i Ireny Tetelowskiej?

Oczywiście, że były… Spotkaliśmy się całym zespołem na zebraniu i nie tylko ja wówczas płakałem. Zresztą w ogóle jestem osobą płaczliwą. Ustaliliśmy, że jeżeli będzie taka możliwość – czyli pozwolenie – to postaramy się robić to samo, tylko jeszcze lepiej.

Mówcie z błędami, ale po polsku

Współtworzył Pan nowelizację ustawy o języku polskim z 2004 roku. Kilka lat temu Rada Języka Polskiego wystosowała do byłego ministra sportu i turystyki Mirosława Drzewieckiego prośbę o wyjaśnienie – mogłoby się wydawać – błahej sprawy: braku polskich znaków na koszulkach polskich zawodników. Był więc Bak, a nie Bąk i Zewlakow zamiast Żewłakowa. Czy Rada Języka Polskiego musi pisać do ministra w nadziei na odpowiedź, nie mając narzędzia, które pomoże rozwiązać problem – by te nasze ogonki i kropki pojawiły się na koszulkach?

To była bardzo poważna sprawa. Interwencja ta nie wynikła nawet z inicjatywy samej Rady, lecz kibiców, którzy pisali do nas z wymówkami, dlaczego tolerujemy coś takiego. Uzyskaliśmy wreszcie odpowiedź: że koszulki zostały po prostu takie zakupione; inne kosztowałyby więcej – zupełnie idiotyczne tłumaczenie.

W praktyce karalna jest tylko nieobecność języka polskiego, czyli jeżeli na produkcie nie ma opisu sposobu zastosowania, wskazówek użytkowania w języku polskim, a produkt taki jest wystawiony do sprzedaży.

Pamiętam sprawę słupów przy postojach dla dyliżansów w Krakowie przed kilkoma laty, słupów stylizowanych na te z czasów zaboru austriackiego lub wręcz będące ich replikami. W czasach zaborów na słupach były napisy po polsku. A teraz cały opis trasy na nich zamieszczony był wyłącznie w języku angielskim…

Jeżeli chodzi o ustawę o języku polskim z roku 1999, to czuję się jej współautorem, choć mówię to z pewną przesadą, bo z mojego pierwszego projektu z roku 1996 niewiele się ostało poza ogólną ideą, aby kładziony był nacisk na używanie języka polskiego, na jego obecność. Jestem nadal takiego zdania: kaleczcie go, jak chcecie, mówcie z błędami – ale mówcie po polsku… Jeżeli się przestanie mówić o czymś po polsku, odpowiednie słowa natychmiast znikną. Albo się w ogóle nie pojawią, jeśli się po polsku nie zacznie o czymś mówić i pisać.

Jednym z obszarów, w których używanie języka polskiego zostało wyłączone, jest handel. Według starej wersji ustawy – na wzór obowiązującej we Francji – cały biznes powinien być prowadzony w języku polskim. Firmy to zaakceptowały… i zaczęły przesyłać pytania do Rady Języka Polskiego, czy można coś nazwać tak lub inaczej. Jednak na forum unijnym nie zostało to przyjęte tak bezboleśnie. Ostatecznie uzgodniono, że w tak zwanych stosunkach B2B (dosłownie: „biznes do biznesu”) brak języka polskiego jest akceptowany. Ale już w kontaktach B2C („biznes do konsumenta”) musi występować język konsumentów. Naturalnie wszystko to jest bardzo trudne i skomplikowane. Cały czas zasłaniamy się tym, że nie chodzi nam o język polski, ale o Polaków, którzy muszą być poinformowani w sposób najskuteczniejszy.

W książeczce z 1978 roku Język dla wszystkich Witold Cienkowski przywołuje przykład rozpisanego na łamach pisma „Moda i życie” konkursu na nową nazwę szlafroka. Nadesłano wiele propozycji – mniej lub bardziej udanych, czasem wyjątkowo uroczych. Wydaje się, że pomysł spotkał się z dużym zainteresowaniem, a pasje słowotwórcze odkryło w sobie wiele osób. A jak jest dziś? Jak dziś „uczestniczymy” w języku?

Parę lat temu „Polityka” przeprowadziła akcję „Spolszcz to sam”: podzieliwszy rzeczywistość leksykalną na różne działy (rozrywki, samochodowy, kulinarny, muzyczny i tak dalej), z każdego z nich wybrano kilkanaście wyrazów obcych, ale będących już w użyciu, i zaproponowano czytelnikom, aby zastąpili te wyrazy słowami niekoniecznie całkowicie polskimi, to znaczy zbudowanymi wyłącznie z pierwiastków polsko-słowiańskich, ale tak, aby nie raziły swoją obcością. Zachowałem w pamięci między innymi „listel” jako mail, czyli list elektroniczny. Starałem się nawet przez tydzień czy dwa popularyzować tę nazwę, ale potem straciłem do niej przekonanie. Zastanawiano się również nad małpką – czyli angielskim at, które można by spolszczyć. Pojawiły się więc w propozycjach czytelników „Polityki”: ślimaki, ślimaczki, muszelki, żmijki, rzęski. I ślimak, i pozostałe wydały mi się sympatyczniejsze niż małpka. Zapamiętałem również nazwę dla laptopa, taką z odcieniem humorystycznym, mianowicie: „nałonnik”. Bardzo mi się spodobała! Panowała pewna dowolność, ale prośbę skierowano do czytelników „Polityki”, a więc odbiorców prezentujących nieco wyższy niż przeciętny poziom, stanowiących warstwę czytelniczo i intelektualnie wyrobioną. Byłem w jury kilku działów. Spotkało się to z dużym zainteresowaniem i z podziwem traktowałem odpowiedzi uczestników.

Pytano mnie też nieraz – a tyle osób uczestniczy w dyktandach – czy Polacy rzeczywiście lubią weryfikować swoje umiejętności? Lubią być nagradzani, to pewne. A nawet nie mając żadnych szans zabłyśnięcia w ogólnopolskim konkursie, wielu przychodzi z nadzieją, że może oto los się uśmiechnie, może się okaże, że sami nie wiedzieli, iż tak doskonale opanowali polską ortografię. „Twarzocudka w podnietkach” – tak brzmiał jeden z tytułów felietonowego werdyktu w ramach cotygodniowego podsumowania. Cały czas przyjmowaliśmy, że się bawimy. I owszem, bawimy się intelektualnie, ale i trochę się droczymy z czytelnikiem.

Napisane na piasku, wyryte w kamieniu

Czego nie lubi Pan w mediach?

To, co mnie drażni – zresztą nie tylko w mediach, ale i całej naszej obecnej rzeczywistości – to zerwanie z trwaniem. Na przykład zawsze byłem dumny, że okładka „Zeszytów Prasoznawczych” nie zmieniła się od początku ich wydawania. Jednak zmiana lub brak zmiany szaty graficznej jedynie symbolizuje to, co dotyczy innych form i treści.

Tak jak dziś – w filozofii i sztuce, aksjologii i etyce – można sobie powiedzieć: myśleliśmy tak, a spróbujmy inaczej, odwrotnie; może to, co uważamy za złe, nie jest takie złe, lub dobre jest to, co dotąd za zło uważaliśmy. Może inne myślenie da wyniki ciekawsze i po prostu lepsze. Jednak niedobre jest przekonanie, że to tylko o tę zmianę chodzi. Boli mnie, że często sądzi się, iż nie należy być wiernym. Nie jestem wielbicielem tej cechy nowoczesności, jaką jest niewierność. Ja nie potrzebuję zmian, jeżeli jestem przekonany, że coś jest słuszne, dobre.

A tymczasem wydaje się, że wszystko, co mamy, jest na teraz, bo wciąż chcemy mieć coś ładniejszego, bardziej atrakcyjnego… Oczywiście, i ja miałem wyobrażenie, że coś w życiu bym chciał mieć, posiadać, ale kiedy wreszcie znajdę się w jakimś odpowiadającym mi mieszkaniu, chcę powiedzieć: tak, tutaj mogę żyć do końca moich dni. A tymczasem dziś mówimy: trzeba się ruszać, ciągle gdzieś przenosić – najlepiej do innego miasta albo do innego kraju. Niepokoi mnie przekonanie, że wszystko, co czytamy i poznajemy, jest na trochę, na teraz i nie ma co traktować tego poważnie, bo niedługo będzie mogło znaleźć się na śmietniku – zarówno przedmioty, jak i myśli. I to są te moje strachy, które dniami i nocami nie dają mi spokoju.

Jak to jest z prasą? Ta, na każdym chyba poziomie, prześciga się w wyznaczaniu nowych granic. Niedawno mówił Pan Profesor o tabloidach: gdy pojawi wśród nich nowe pismo, musi sięgnąć po bardziej śmiałe środki niż gazety konkurencyjne. Czy uważa Pan, że chęć zwiększenia udziału obrazu kosztem słowa jest naszą zasługą, czy może jesteśmy ofiarami współzawodnictwa?

Przyczyną jest niewątpliwie technologia. Marshall McLuhan miał wiele racji, twierdząc, że prawdziwym przekazem jest sam środek, kanał przekazu. Nie jest ważne, co jest napisane, ważne na czym. Pozorny nonsens uzasadniany jest przez niego w ten sposób: nawet najwznioślejsze słowo napisane na piasku niewiele znaczy, ponieważ jest pisane przez człowieka, który sam nie przywiązuje do tego wagi. Natomiast jeżeli wyryjemy to w kamieniu i napis przetrwa parę tysiącleci – a pisane jest przecież po to, by nie zginęło – to nie jest istotne, co napisano, ale na czym.

Na przykład: w Stanach Zjednoczonych telewizja była, jest i pozostanie nastawiona – tak jak każda telewizja – na rozrywkę. I rzeczywiście analizy programów komercyjnej telewizji amerykańskiej dowodzą, że rozrywka w niej dominowała i dominuje. Tak było też w latach siedemdziesiątych, kiedy w Związku Radzieckim sterowana przez partię telewizja miała służyć indoktrynacji politycznej. Gdy w tym samym czasie według tego samego programu badano funkcje społeczne wypełniane przez telewizję i zaspokajane przez nią potrzeby w USA i ZSRR, okazało się, że w obu krajach publiczność szukała rozrywki i, o dziwo, w obu też ją znajdowała. Ludzie radzieccy widzieli ją w tym programie, jaki był im dany, a który w założeniu wcale nie miał być rozrywkowy.

Ta rozrywka to wynagrodzenie nam trudu… trudu czytania czy oglądania.

Szukamy w telewizji odprężenia i przyjemności, nawet jeśli ten, kto nadaje program, wcale nie myśli o dostarczeniu nam przyjemności i chce osiągnąć coś przeciwnego. Nawet przemówienia pierwszego sekretarza mogły stanowić rozrywkę, bo patrzyliśmy przynajmniej na to, jak ten tam, po drugiej stronie, ładnie się rusza… Nie było wtedy zbyt wielu innych źródeł rozrywki.

Niedawno zostałem wmanewrowany w uczestnictwo w imprezie organizowanej przez Instytut Teologiczny w Bielsku-Białej – konferencji „Literatura i obrazy”. Zostałem zaproszony w charakterze wygłaszającego bardzo krótki wykład inaugurujący. Wystąpiłem tam z sugestią, że petroglify ludzi pierwotnych (choć już nie neandertalczyków) mogły spełniać podobną funkcję do tej, którą dziś spełniają tabloidy. Zatem: mamy przekaz, tekst w formie obrazowej – a obraz jest słowami, opowiedzianą historią, tylko że słowa są namalowane. Potem następuje udoskonalenie: możliwość zapisania mowy alfabetem fonetycznym, potem zapisywanie całych tekstów do druku, poczynając od XV wieku. I właściwie dopiero wtedy, gdy technologia umożliwia przenoszenie względnie aktualnych obrazów, zaczynamy im znów poświęcać coraz więcej miejsca.

Jak mówi mój kolega z Ośrodka Badań Prasoznawczych: czytelnictwo przeradza się w oglądactwo. Mówią tak nie tylko obserwatorzy prasy masowej, tabloidów; w podobnym tonie wypowiedział się profesor Szczeklik, pisząc, że dziś prędzej można sobie wyobrazić artykuł naukowy bez słów niż bez obrazka2. Przechodzimy do kultury obrazkowej, historia zatoczyła wielkie koło. Mówi się często, że ta kultura obrazkowa jest zła – uważam, że wręcz przeciwnie, i znów wracam do McLuhana, który nieszczęście widział w tym, że Gutenberg zmusił nas do linearnego rozczłonkowywania i kontynuowania tekstu; że wszystko następuje jedno po drugim. Zjawiskiem naturalnym i bliższym naszej świadomości jest to, by zobaczyć i ogarnąć jednym rzutem oka. W kulturze obrazkowej nie ma początku ani końca, nie ma następstwa, nie ma też logiki wynikania jednego z drugiego – i nie tego się powinno w niej szukać.

Dla jednych celów lepsza jest kultura słowa pisanego, dla innych – obrazkowa.

Więc owa świadomość wypierania słowa przez obraz nie jest dla Pana przygnębiająca? A może obie formy kultury przekazu zawsze będą współistnieć, tylko od czasu do czasu szala będzie przechylać się to na jedną, to na drugą stronę?

Będzie współistnienie. Ludzie mają różne potrzeby, a słowo i obraz je zaspokajają. Słowem – bardziej niż obrazem – można rzeczywistość przekształcać. Ale dopiero połączenie obrazu ze słowem daje pełnię przekazu. Płaczące kobiety są tylko płaczącymi kobietami, jeżeli się nie zlokalizuje ich w czasie i przestrzeni; jeżeli nie przypisze się im jakiejś narodowości i jakichś okoliczności. A to najprościej zrobić słowem.

Tylko czy to nie ogranicza naszej wyobraźni? Mówiąc o jakimś przedmiocie, każdy człowiek wyobraża go sobie na różne sposoby. Pokazując zdjęcie tego przedmiotu, nie pozostawiamy wątpliwości i nasza wyobraźnia nie ma tu dużo do powiedzenia.

Teoretycy teatru powiadają: publiczność grecka obywała się niemal bez rekwizytów. Byli nauczeni uzupełniania sobie wyobraźnią treści słów. Na scenie mogą bowiem, według Jerzego Axera, grać przedmioty, których nie ma na scenie, ale o których się mówi; mogą również grać przedmioty, które pojawiają się na scenie, ale w rzeczywistości czym innym są w akcji aniżeli faktycznie. A trzecią kategorią są te rekwizyty, które grają po prostu siebie. Według Axera współczesna publiczność ma znacznie uboższą wyobraźnię. Zmniejszyła się zdolność wyobrażania tego, co nazywane jest słowem; przez podawanie zdjęć zanika umiejętność uzupełniania tekstu wyobrażeniami. Prawdopodobnie, gdy parę czy parędziesiąt milionów Polaków czytało Trylogię Sienkiewicza, każdy z nich inaczej wyobrażał sobie Helenę, Tuhaj-beja i innych. Teraz jest Scorupco i Olbrychski… Świat bohaterów Sienkiewiczowskich przestał być taki bogaty. Jednak mimo tych prawd raczej z nieufnością podchodzę do hipotez, które nie zostaną rzeczywiście sprawdzone.

Język giętki

Jest Pan autorem kilku dyktand w ramach corocznego konkursu ortograficznego. Jak się pisze te teksty? Które darzy Pan szczególną sympatią?

Bardzo lubię to swoje dyktando Ptasie radio… Przygotowanie go było bardziej pracochłonne i czasochłonne od innych. Bowiem chciałoby się – może nie powinienem nawet tak mówić – nie tyle dorównać Tuwimowi, ile się nie ośmieszyć, nie wykazać własnej nieporadności. Moje zadanie polegało na zbudowaniu tekstu na wzór Tuwimowskiego Ptasiego radia. I Tuwimowi – choć był mistrzem słowa i na pewno by potrafił układać przepiękne dyktanda – sprawiłoby to więcej kłopotu aniżeli napisanie wiersza. Chyba więc najbardziej lubimy to, co przyszło nam z wielką trudnością. Im góra wyższa, tym większą przyjemność sprawia wdrapanie się na jej czubek. Co nie oznacza, oczywiście, że to dyktando było w moim życiu najwyższym szczytem!

A poważnie – doceniam znaczenie chociażby tego faktu, iż siedzimy tu i rozmawiamy; to, że ja Pani opowiadam, co było i jest moim udziałem. Siedzę sobie na takim prywatnym czubku, oglądam świat i patrzę w dół, myśląc: jak się musiałem natrudzić, aby się tu wdrapać; jakie to były kłopoty i również cząstkowe przyjemności i jakie przeżyłem chwile szczęścia…

W tym roku dyktando było szczególne, inne niż dotychczasowe. Od paru lat za panią Krystyną Bochenek, inicjatorką i duchem opiekuńczym dyktand chodzili zwycięzcy poszczególnych konkursów, żaląc się, że nie mają prawa ponownie brać w nich udziału i że byłoby ciekawie, gdyby mogli się ze sobą zmierzyć. Ostatnie dyktando było więc Dyktandem Mistrzów. Na odważny i interesujący pomysł wpadł profesor Andrzej Markowski: ogłoszone zostało, że wiele wyrazów w tekście można napisać na kilka sposobów zgodnie ze słownikiem ortograficznym. I wszystkie te sposoby mieli „mistrzowie” podać. Czasem piszący dawali się ponieść fantazji, dopisując takie sposoby zapisu, jakich słownik nie uwzględnia. Udało się osiągnąć cel i wyłonić zwycięzcę. Jednak gdyby jakiś sprawdzian się nie udał, zawsze każdy z jurorów ma w zanadrzu przygotowane narzędzia, które powinny zdemaskować osoby niezasługujące na najwyższy laur.

Jakie to narzędzia?

To takie „zdanka”… Na przykład:

Ichneumon Rikki-Tikki-Tavi nie wiedział, że Kszemendra nie hodował niuhempszyrów ani nie recytował muwaszszah i szahdahu; nie był też kszatriją, choć mógł przypominać jakiemuś kszatrii o dharmie i świątyni Brahmy w Radżasthanie.

Jest ono niewątpliwie bardzo trudne, gdyż wymaga wiedzy orientalistycznej. W zdaniu takim jak

Wpół do dziewiątej zatrzymał się w pół drogi, złożył mapę wpół i spojrzawszy na wpół drwiąco na wpółżywych półfinalistów, w półczwartej godziny jakby w półśnie dojechał dwudziestkąpiątką do celu.

żadna wiedza poza ortograficzną nie jest potrzebna.

Przekonałem się, że pisownia wielu wyrazów, w zależności od kontekstu i znaczenia, dopuszcza tyle rozmaitych możliwości, że łatwo się poślizgnąć i zasugerowawszy się poprzednio użytym zapisem, odpaść z biegu po zwycięstwo.

Słowa są ważne. Od nich zależy, jaką rzeczywistość odbieramy. Słowacki powiada, że chodzi o to, „aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa”. Tak mówi poeta. Ale nam, niepoetom, w gruncie rzeczy nie powinno to wystarczać. Powinno nam też chodzić o to, żeby głowa tego, który nas słucha, pomyślała o tym, co chcemy jej przekazać; żeby dobrać takie słowa, które nie tylko wyrażą, co myślimy, ale dzięki którym odbiorca zrozumie i uwierzy, o co nam chodzi.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata