70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Bóg wzburzy wodę…

Znajomy pastor anglikański opowiedział mi ostatnio ciekawą historię. Jego przyjaciel jest pastorem w zamożnej parafii anglikańskiej na południu Stanów Zjednoczonych, gdzie parafianinem jest jeden z byłych prezydentów. Oznacza to nie tylko, że w kościele jest ławka rodziny B. oraz witraż i skrzydło edukacyjne, ufundowane przez tę rodzinę, ale także i to, że parafia ma regularnie nietypowych gości.

Otóż co kilka miesięcy w kościele pojawia się kilku smutnych panów w ciemnych okularach, których miejsce pracy stanowi „tajemnicę państwową” i którzy w budynku ćwiczą przyszły państwowy pogrzeb eksprezydenta. Po każdych takich zajęciach parafia dostaje listę spraw i rzeczy „mogących niekorzystnie rzutować na bezpieczeństwo państwa” – i musi je poprawić. Niedawno, ku swojemu zdumieniu, kolegium kościelne dowiedziało się, że na tej liście znalazła się chrzcielnica stojąca przy wejściu do nawy głównej. Nie wierzący własnym oczom spokojni anglikanie z Teksasu przeczytali, że stojąca w tak prominentnym miejscu chrzcielnica może być „poważnym zagrożeniem bezpieczeństwa państwa”,

Nie wiedzieć czemu przypomniałem sobie właśnie tę anegdotę w czasie przygotowywania moich kazań na okres od Bożego Narodzenia aż po święto Ofiarowania Jezusa w Świątyni. Nie mogę się bowiem oprzeć wrażeniu, że oprócz niewątpliwego elementu humorystycznego wskazuje ona na coś dużo głębszego i poważniejszego niż brak wyobraźni pracowników służb specjalnych. Jak co roku uderza mnie nasza zdolność, by święta Bożego Narodzenia ucywilizować, obłaskawić i udomowić. I tak postny wigilijny posiłek stał się (dla wielu) ucztą kulinarną, która może skończyć się w szpitalu z powodu przejedzenia. Bulwersujący fakt urodzenia Jezusa pośród zwierząt i gdzieś na obrzeżach kraju, przekształcił się w ckliwe źródło sentymentalnych kartek i kolęd. Przesłanie mówiące o tym, że Bóg ofiarowuje darmo z łaski siebie samego niegodnej ludzkości, jest dziś okazją do orgii konsumpcjonizmu i kupowania prezentów tym, którzy – naszym zdaniem – na nie zasłużyli.

Tymczasem, jak zwraca nam uwagę znany biblista i teolog ewangelicko- reformowany Walter Brueggemann, pierwszą reakcją na wieść o urodzeniu Jezusa jest strach. Strach Heroda, że oto narodził się prawdziwy król Izraela (por. Mt 2, 3). Strach władcy, że jego władza opierająca się na wyzysku, przemocy i wojnie zostanie obnażona i zdemaskowana. Strach, że oto wraz z nowym i prawdziwym królem izraelskim ukazana zostanie nowa wizja królestwa i radykalnie inna przyszłość niż ta, jaką miał do zaoferowania Herod. Nic dziwnego, że ten strach popchnie go do próby wykrycia, gdzie się ów nowy król narodził (por. Mt 2, 8). Gdy zaś ta misterna intryga spełznie na niczym, Herod, wzorem wielu innych wcześniejszych i późniejszych tyranów, nie zawaha się sięgnąć po przemoc i każe wymordować dzieci (por. Mt 2, 16–18). Po to, żeby zniszczyć przyszłość i alternatywę, której tak bardzo obawiali się on i jego stronnicy.

Ale w ewangelicznych przekazach o urodzeniu Jezusa nie tylko Herod jest tym, kto się boi. Gdy aniołowie zjawiają się pasterzom, żeby im oznajmić o przyjściu Mesjasza, ci „okazali bojaźń wielką” (por. Łk 2, 9–10) Nic dziwnego – są bowiem grupą żyjącą na marginesie ówczesnego życia społeczno-religijnego Izraela. Jeśli przestrzegają przykazań, to tylko sporadycznie – i to tych, których można przestrzegać na pustyni. Nie są im znane subtelne spory teologiczne pomiędzy różnymi odłamami ich własnej religii, z którą są dość luźno związani. Establishment religijny i polityczny skutecznie im wmawiał, że Bóg objawia się zazwyczaj tylko wybranym, a jeżeli przypadkiem objawi się takim niegodnym ludziom jak oni, to nie oznacza to niczego dobrego.

Dopiero zapewnienie aniołów, że Zbawiciel narodził się właśnie im, a nie elitom i władcom tego świata, uspokaja ich. Wydaje się, że kluczowe są tutaj słowa: „a na ziemi pokój ludziom dobrej woli” (por. Łk 2, 14). Podczas gdy dla Heroda i jego dworu narodziny Chrystusa stanowią wyzwanie rzucone jego władzy, dla ubogich i dla pasterzy narodziny te niosą nadzieję. Nic dziwnego, że strach Heroda przekształca się w ludobójstwo, zaś strach pasterzy – w uwielbienie i wyzwolenie.

Czytam dalej Ewangelię o ofiarowaniu Jezusa w Świątyni. Jak zawsze opis pełen jest dwuznaczności: pojawia się radość i nadzieja. Obietnica wyzwolenia, ale także bólu i cierpienia. Dla jednych nowo narodzone Dziecię będzie „światłością, która oświeci pogan, i chwałą ludu izraelskiego” (Łk 2, 32), ale dla innych będzie Tym, który strąci ich z tronów i stanie się przyczyną upadku. Nawet Jego matce nie będzie oszczędzone cierpienie. „Także Twoją duszę przeniknie miecz” – powie jej Symeon (Łk 2, 35). W Ewangelii Mateusza mędrcy, oprócz złota i kadzidła, symboli władzy i boskości, składają dar mirry, przeczuwając, że bycie Tym, który rzuca wyzwanie władcom tego świata, musi się skończyć gorzką i męczeńską śmiercią.

Przyznam, że w okresie Bożego Narodzenia często myślę o chrzcie. Nie tyle o chrzcie Pańskim, ile o naszym chrzcie, który ma rozpoczynać nasze życie jako naśladowców Chrystusa. Jest on przypomnieniem danym światu, że dwa tysiące lat temu urodził się prawdziwy król Izraela. Chrzest to zatem nie tyle nasza osobista sprawa albo rodzinna impreza, ale wezwanie, żeby nasze narodzenie w chrzcie było zwiastunem Dobrej Nowiny dla ludzi dobrej woli. Żeby było ono także wyzwaniem rzuconym tyranom tego świata, którzy odbierają ludziom godność, człowieczeństwo i nadzieję.

Cały okres Bożego Narodzenia, które przecież już się dokonało, ma być nie tyle świętem konsumpcji albo też świętem naszej najbliższej rodziny, ile przypomnieniem i wyzwaniem, które pozostawił nam Bóg. Głosząc nowinę o Bożym Narodzeniu, powinniśmy pamiętać o strachu, który towarzyszył jej dwa tysiące lat temu. Strachu tych ludzi i instytucji, przeciwko którym Narodzenie było skierowane. Ale też strachu tych, do których było ono skierowane: bo bardziej lub mniej świadomie zdawali sobie sprawę z tego, że Boże Narodzenie i chrzest są wezwaniem do życia pełnego świadectwa. Życia dalekiego od wygody.

Cały okres Bożego Narodzenia, jest wezwaniem dla nas, żebyśmy i my, dwa tysiące lat później, zidentyfikowali Herodów i pasterzy XXI wieku. Gdzie w tej układance umieścimy 40 milionów uchodźców, ubogich (80% populacji świata), niedożywionych, tych bez pracy, uzależnionych od alkoholu czy narkotyków? Spróbujmy nazwać najbardziej znienawidzoną przez nas grupę społeczną, etniczną, religijną czy inną – i potem pomyśleć, co Bóg ma im do powiedzenia? Co ma nam do powiedzenia? Do czego wzywa nas chrzest? Jak się ma opis narodzin Chrystusa do naszego wygodnego świata, gdzie jesteśmy syci, zamożni, konserwatywni obyczajowo i liberalni gospodarczo?

Murzyńscy niewolnicy w Ameryce Północnej, przyjmując chrzest, śpiewali pieśni tzw. spirituals. Jedną z nich była Wade in the water: „Czekajcie w wodzie dzieci, czekajcie w wodzie dzieci – Bóg wzburzy tę wodę”. Pieśń ta przypomniała mi się właśnie teraz, razem z anegdotą o chrzcielnicy stanowiącej „zagrożenie bezpieczeństwa państwa”. Paradoksalnie, ów idiotyczny list służb bezpieczeństwa, nazywający tak chrzcielnicę, wskazuje na nasze prawdziwe powołanie: żeby nasz chrzest stał się nie tyle przepustką do wygodnego życia, ale by odzwierciedlał naukę i życie Chrystusa, głosząc radykalne odpuszczenie win, wolność uwięzionym, pocieszenie strapionym i wskazując drogę zagubionym. By głosił pokój zawsze i wszędzie tam, gdzie wmawia się nam, że jedynym ratunkiem i rozwiązaniem jest wojna. By tam, gdzie to konieczne, chrzcielnice w naszych kościołach były nie zabytkiem, ale prawdziwym „zagrożeniem bezpieczeństwa państwa” – tak samo jak owo małe płaczące żydowskie Niemowlę urodzone na skraju świata pośród bydła i pastuchów.

„Bóg wzburzy tę wodę”.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata