70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jak domek z kart

Gdy się skończyła wojna, my, młodzi, zrozumieliśmy jedno: miało być inaczej. Ale dlaczego miało być inaczej? Bo nam rodzice mówili, że będzie inaczej. Większość z nas, w tym ja, przestało mieć rodziców, bo nasi ojcowie w większości zginęli, mojego ojca, kapitana Jakuba Wajdę, zamordowano z rozkazu Stalina w Charkowie wiosną 1940 roku, więc zostaliśmy sami. Ta samotność dosyć szybko stała się jednak dla nas szkołą. Szkołą życia.

Krzysztof Biedrzycki: W Pana twórczości II wojna światowa jest bodaj czy nie najważniejszym tematem. Pomimo upływu dziesiątków lat wraca Pan do niej. Nawet w najnowszych filmach, w Katyniu wprost, w Tataraku przez odwołanie do niezagojonej rany spowodowanej przez śmierć wojenną. Dlaczego tamte czasy wciąż pozostają dla Pana tak ważne?

Andrzej Wajda: Właściwie wojna oddaliła się ode mnie. Jeśli jednak do niej wracam, to głównie dlatego że obserwuję, jak fabrykuje się nowa historia Polski. Nie mogę się z tym pogodzić. Rozumiem, że słaba Polska, która ledwie stoi na nogach, nie może sobie pozwolić na to, żeby powiedzieć pełną prawdę o przeszłości, w tym o dwudziestoleciu międzywojennym. Ale Polska, która jest już w Unii Europejskiej, która się zjednoczyła z Europą tak dalece, jak to obecnie obserwujemy, nie powinna odczuwać strachu mówienia o tym, co było bolesne. A powiedzmy otwarcie: przedwojenna Polska to był domek z kart, który rozpadł się w ciągu kilku dni. Ja wtedy miałem 13 lat i to było najważniejsze doświadczenie mojego życia. Zobaczyłem wtedy, że wszystko, o czym nam mówiono, jest nieprawdą. Nieprawdą była armia, w której służył mój ojciec, rozbita i pozbawiona jakiegokolwiek taktycznego planu. Upadł autorytet marszałka Śmigłego-Rydza, prezydenta. Prezydent Mościcki pierwszego czy drugiego dnia wojny wyciągnął swój szwajcarski paszport, wsiadł, w co tam miał, i uciekł. Prezydent Rzeczypospolitej, którego portret wisiał w naszej szkolnej klasie pomiędzy krzyżem a portretem marszałka Śmigłego. Marszałek uciekł do Rumunii. Dlaczego do Rumunii? Polska tak nieudolnie prowadziła swoją politykę zagraniczną, że jedynie na króla rumuńskiego można było liczyć, bo innych królów już nie mieliśmy po swojej stronie. Każda armia ma dwa plany, jeden ofensywny, a drugi defensywny, bo bierze pod uwagę, że może też znaleźć się w takiej sytuacji. Marszałek może mówić, że „nie oddamy ani guzika”, ale przecież jego sztab i jego generałowie rozumieją, co się może zdarzyć. Nie było żadnej oceny przeciwnika, żadnej. 17 września wbili nam bolszewicy nóż w plecy, ale to też można było przewidzieć. Nie było szans, żeby Polska się obroniła, ale nie było powodu, żeby ta klęska wyglądała tak haniebnie! Zwłaszcza w oczach trzynastoletniego chłopca.

Dla Pana pokolenia to był właściwie koniec waszego świata?

Tamtego świata na pewno. Obraz odchodzącego na wojnę Ojca pozostał na zawsze w moich oczach, gdyż potwierdzał rycerską tradycję, kiedy Matka, całując Go na pożegnanie, w kieszeni munduru na sercu umieściła ryngraf z wizerunkiem Częstochowskiej Madonny.

Czwartego czy piątego dnia wojny, jakoś tak zaraz na początku, pod nasz dom podjechała konna podwoda i okazało się, że my jako rodzina oficerska mamy nakaz uciekać z Radomia. No i uciekaliśmy tą podwodą zaprzężoną w dwa konie do Puław i potem jeszcze do wsi Parchatka, która się znajduje w pół drogi do Kazimierza. Naszą podwodę konwojował żołnierz, gdy kolejny raz samolot niemiecki zaczął ostrzeliwać drogę, a ludzie uciekali w popłochu, nasz żołnierz się zdenerwował, zdjął swój pięciostrzałowy karabin z ramienia i zaczął strzelać do samolotu. I to jest dla mnie obraz 1939 roku! Obraz totalnej bezradności.

Nie mówię, jakie było bohaterstwo, ilu wspaniałych ludzi zginęło, o bitwach, które stoczono pomimo wszystko. Ja mówię, że obraz, który zobaczyłem, był dokładnie zgodny z planem naszego największego wroga, hitlerowskich Niemiec: stworzyć totalną panikę. Gdzie szli ci ludzie? Gdzie uciekali? Gdzie był wróg? Czy byli jacyś przyjaciele? Zostaliśmy sami.

Do tego obrazu dołącza się następny. Po kilku tygodniach, kiedy już armia niemiecka wkroczyła do Polski, matka zorientowała się, że nie ma co już dalej siedzieć w tych wzgórzach nad Wisłą i postanowiła wracać do Radomia. Ledwie wyjechaliśmy na drogę prowadzącą przez Kazimierz i Puławy, zobaczyłem niemiecką armię, pierwszy raz na własne oczy. Powiem, że ten obraz, który zobaczył trzynastoletni chłopiec, mogę porównać tylko do… Gwiezdnych wojen Lucasa, to była jakaś fantastyka. Piechota siedziała po czterech w rzędzie na ciężarówkach, po bokach sunęły motocykle, które ją ochraniały, dowództwo jechało w specjalnych samochodach, radiostacja z nimi. A przecież wychowałem się, urodziłem się w koszarach. Trzeciego maja defilada w Suwałkach, gdzie mieszkałem, była większa niż w Warszawie. Widziałem cięcie szablą i robienie lancą. Tak w mojej wyobraźni wyglądało wojsko. Oczywiście widać też było próby unowocześnienia tej armii. Gdy przenieśliśmy się do Radomia, pojawił się pluton łączności. Miałem wielkie szczęście znać Adama Mauersbergera. Powiedział kiedyś do mnie, jakby czytał w moich myślach – „Panie Andrzeju, niech pan nie wierzy, że w 1939 roku nie było łączności w polskiej armii, łączności nie było w głowie Rydza-Śmigłego”. Organizacja tej armii była organizacją z poprzedniej epoki. A ta część wojska, o której mówię, przypominała raczej armię napoleońską, którą po latach pokazałem w moich filmach.

Ryngraf może ochroniłby Ojca przed kulami, ale nie przed zdradą, dlatego po 17 września znalazł się z innymi oficerami w sowieckiej niewoli, ostatnia wiadomość, jaka do nas dotarła późną jesienią, mówiła, że znajduje się w obozie w Starobielsku. Ja, trzynastolatek, znalazłem się w takiej sytuacji: nie mam ojca, a cała przeszłość, która mnie ukształtowała, zniknęła jak cień. Zniknęło to wszystko, co mówili nam dorośli, co chcieli nam, dzieciom, wpoić i co przecież wpoili, bo gdyby nie wpoili, to nie przeżywałbym tego w tak intensywny sposób, nie obserwowałbym tych obrazów tak krytycznie. Od tego momentu trzeba było się posługiwać własnym rozumem. Bo nie miałem już nikogo, kto by był dla mnie autorytetem. Oczywiście w wieku 15 lat złożyłem przysięgę i stałem się żołnierzem AK, ale tam nie było ani miejsca, ani czasu na takie rozważania.

Czy dlatego tamta Polska tak rzadko pojawia się w Pana filmach?

Przedwiośnie byłoby takim filmem. W 1960 roku pierwszy scenariusz z Przedwiośnia napisał dla mnie Antoni Słonimski. Ale od roku 1960 do 1989, za PRL-u, ja tego filmu zrobić nie mogłem przy konsekwentnym sprzeciwie cenzury. A potem, gdy chciałem wrócić do tego tematu, Telewizja oddała go już komuś innemu.

Okres międzywojenny odszedł ode mnie raz na zawsze. A co zostało? Niestety śmierć Narutowicza, Bereza Kartuska, zamach majowy, rządy pułkowników. To oni doprowadzili do katastrofy, którą oglądałem na własne oczy w te dni ucieczki we wrześniu 1939 roku. Dlatego nie odczuwałem jakiejkolwiek tęsknoty za czasami przedwojennymi. Mógłby ktoś powiedzieć, że to mogło mnie pchnąć w objęcia lewicy. Nie, lewica była mi głęboko obca, w moim domu, oficerskim domu, nigdy się o tym nie mówiło, to nie miało żadnego znaczenia. Nie miałem w tamtym kręgu znajomych. To w ogóle nie był mój problem.

Niedawno obejrzałem wystawę na Zamku Królewskim w Warszawie poświęconą Dwudziestoleciu, którą przygotowało Muzeum Historii Polski. Co mnie uderzyło? Fałszywe, wyprodukowane przed wojną hasła nagle ożywają. Ożywia je skrajna prawica, która nie ma żadnej legitymacji, bo to przecież ona przegrała w 1939 roku. To oni zamordowali Narutowicza, to oni wsadzili do Berezy Kartuskiej Witosa, to oni doprowadzili do tego, że sejm zaroił się od mundurów. Mówi się, że to byłe epoka zbudowania Gdyni, Centralnego Okręgu Przemysłowego, naszych samolotów, naszych pilotów, RWD, itd. Tak, ale to były działania poszczególnych ludzi. W naszym kraju ludzie pełni inicjatywy byli zawsze. A gdy się pojawiły bardziej sprzyjające okoliczności, wykorzystywali je. Dlatego po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku rozwinęła się oświata, uniwersytety, sztuka. Natomiast rezultat tego, co zależało od polityki, zwłaszcza polityki zagranicznej i od zewnętrznej sytuacji, zobaczyłem na własne oczy w 1939 roku. To się rozpadło jak domek z kart, jak to nazwał Zegadłowicz w swojej sztuce granej po wojnie.

Gdy wojna się skończyła, byliśmy bardzo młodzi. Miałem 19 lat. Wydawało się nam, że wszystko jest przed nami. Ale przed nami był Związek Radziecki i towarzysz Stalin. Tak, tylko że to nie myśmy wybrali ten ustrój, nie my odpowiadaliśmy za tę powojenną Polskę. My, młodzi ludzie, byliśmy wtedy świadkami kolejnej klęski, którą było powstanie warszawskie. Ono definitywnie dobiło przedwojenną Polskę. Jeśli po powstaniu cokolwiek jeszcze zostało z tamtego przedwojennego świata, to tylko gdzieś głęboko w naszej świadomości.

Patrzenie na powstanie warszawskie jako na akt duchowy, że gdyby nie śmierć naszych chłopców i naszych dziewczyn, to przez te wszystkie ciemne lata komuny i stalinizmu nie przechowalibyśmy najcenniejszych wartości patriotycznych, jest czymś niemądrym. Ja patrzę na powstanie warszawskie niestety z perspektywy zwycięstw Stalina: stanął na drugim brzegu Wisły i patrzył, jak Hitler morduje największą armię podziemną w Europie, Armię Krajową, wiadomo było, że po powstaniu warszawskim ona już się nie podniesie. Po drugie: oczekiwanie, że powstanie stworzy miejsce dla rządu londyńskiego, który pojawi się w Warszawie i uniemożliwi Stalinowi jakiekolwiek dalsze ruchy, było przecież fikcją. Stalin z rządem londyńskim zerwał przy okazji zbrodni katyńskiej.

Z kolei zburzona Warszawa dla rządu komunistycznego stwarzała ogromną propagandową szansę, możliwość odbudowy. Kto żyw, i kto mógł, wrócił do Warszawy i rzucił się do odbudowy miasta, to było wtedy prawdziwym niekłamanym patriotyzmem.

Tylko że dookoła była wieś. Strasznie biedna wieś. Przyjechali więc biedni chłopi, zajęli się budowaniem stolicy. A jak zostali murarzami, poczuli swoją klasową siłę. Wtedy propaganda oznajmiła, kto zburzył Warszawę – rząd londyński, a odbudował – rząd warszawski. To był następny prezent Stalina dla nowej władzy Polsce.

Stalin osiągnął jeszcze jeden sukces. Przestała istnieć stara Warszawa, a z nią jej dawna ludność. A Warszawę zaludnili murarze, ci wszyscy, którzy byli potrzebni przy odbudowie. To oni zaludnili stolicę. Równocześnie tworzyła się nowa władza. Normalnie tworzyłaby się też z ludzi tam mieszkających, z przedwojennych urzędników. Ale nie było ich. Władzę obejmowali ci, którzy przeprowadzili się do nowych domów. To oni zaczęli pracować w ministerstwach PRL-u i rządzić Polską Ludową.

Opowiem zabawną anegdotę. W latach siedemdziesiątych przeprowadziliśmy się z Krystyną Zachwatowicz na Żoliborz i remontowaliśmy nasz dom. Znaleźliśmy jakiegoś murarza, bo trzeba było na podłodze w sieni położyć flizy. Przychodzi piątek, a zatrudniony przez nas murarz mówi, że w piątek nie będzie pracował. Prosimy go, żeby nie zostawiał nas z tym remontem dłużej, choć wiemy, że on knoci tę robotę, to są do dziś najgorzej ułożone flizy w całej Warszawie. Pytamy go – „A dlaczego w piątek pan nie może?” On na to –  „Nie, nie, nie, bo ja w każdy piątek spotykam się z premierem Jaroszewiczem, bo ja byłem wiceministrem budownictwa.” Można teraz zadać sobie pytanie: czy on mógłby zostać wiceministrem budownictwa, gdyby Warszawa nie została zniszczona? A nawet gdyby był ministrem, to w jakim otoczeniu on byłby się znajdował w tej starej dawnej Warszawie istniejącej po wojnie?

Wszystkie plany Stalina zostały zrealizowane. I tak właśnie patrzę na powstanie warszawskie. Bo cała reszta to jest literatura. Oczywiście Polacy, a zwłaszcza mieszkańcy Warszawy, którzy patrzyli na te wszystkie straszne rzeczy, na uliczne egzekucje, którzy byli pod ciągłą presją hitlerowską, czekali na moment zemsty. Zwłaszcza że stworzono i uzbrojono Armię Krajową. To nie jest nienaturalne, że czekali na taki moment przez całą okupację.

Ale jest przecież dowództwo. Jan Nowak-Jeziorański w ostatnim wywiadzie za jego życia opowiadał mi, że gdy przyjechał jako kurier z Londynu do Warszawy, usłyszał, że na pomoc powstaniu ruszą z jednej strony samoloty i będą ochraniać Warszawę, bo przecież polska flota powietrzna jako czwarta armia świata wspiera siły alianckie na Zachodzie, a ponieważ mamy też marynarkę wojenną, to ona przypłynie do Gdańska i będzie też desant lądowy ku pomocy Warszawie. A jak on im powiedział, że są tylko trzy polskie samoloty w Brindisi, w tym dwa są na chodzie, dowództwo oświadczyło, że i tak jest już za późno na odwołanie rozkazu, bo wszyscy są gotowi i już stoją w bramach, zatrzymać powstania się nie da. Nowak-Jeziorański  tłumaczył ich słabość, z czego ja wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, że z jednej strony słuchali BBC i to, co słyszeli, traktowali jako prawdę, bo alianci nie mogli kłamać, polscy dowódcy nie rozumieli, że to jest propaganda rządu brytyjskiego, rząd brytyjski chce, żeby inni to a nie co innego wiedzieli, z drugiej strony była też  sowiecka „Radiostacja imienia Tadeusza Kościuszki”, która zaganiała do powstania – „wy stoicie z bronią u nogi, my, wielki naród radziecki, walczymy.” Nikt nie słuchał radiostacji sowieckiej, ale dowództwo AK słuchało, jako głosu tego, co się zbliża. I w takich kleszczach podjęto decyzję, i można to zrozumieć. Ale po raz drugi, po 1939 roku, zrozumiałem, że to wszystko jest tematem dla patriotycznej literatury, a nie polityki, nie rozwagi, nie odwagi nawet, bo trzeba było mieć odwagę, żeby zatrzymać powstanie, wziąć na siebie odpowiedzialność, a nie mówić, że chłopcy już stoją w bramie i walki muszą się zacząć.

Pan widzi wojnę jako realizację planu i Hitlera, i Stalina, natomiast Polska wychodzi z niej pod każdym względem pokonana.

Moim zdaniem tak. Polska nie miała żadnego własnego planu, jak zmniejszyć skutki wojny, a potem skutki przesuwania się Armii Czerwonej i realizacji planu Stalina. Wiem, że sytuacja Polski była beznadziejna, ale czy trzeba było powiększać klęskę?

W filmach, z oczywistych, cenzuralnych powodów nie mógł Pan tego pokazać, ale pokazał Pan doświadczenie wojenne jako doświadczenie tragiczne, w takim podstawowym, greckim sensie jako sytuację bez wyjścia.

Przede wszystkim nie pokazałem powstania jako zrywu zwycięskiego, pełnego entuzjazmu. Dlaczego? Jerzy Stefan Stawiński przeszedł, jako dowódca, przez te kanały i on opisał to, co najmocniej utkwiło mu w pamięci, nie fakt, że wziął udział w powstaniu. Bo samo powstanie i ucieczka kanałami to były dwie różne rzeczy. Gdyby powstanie skończyło się tak, że Armia Krajowa nie może już walczyć, poddaje się i wychodzi z ruin, to byłby zupełnie inny obraz, ale ona została zagoniona do kanałów.

Dlatego okazało się, że Kanał był prawdziwym obrazem powstania. To, co mogłem powiedzieć, w tym filmie powiedziałem. Choć źle się wyrażam. Powiedzieć nie mogłem nic. Pokazałem. Bo powiedzieć, to znaczy – ująć w słowa. A ideologia wyrażona jest w słowach, więc słowa można ocenzurować, zawsze. Stąd się brała siła naszego kina. Polska szkoła filmowa odegrała tak wielką rolę, większą niż literatura, bo literatura w znaczniejszej mierze podlegała cenzurze, ona musiała nazywać słowami, a ja mogłem pokazać obrazem, że powstańcy dochodzą do krat u wylotu kanału, za kratami płynie mętna rzeka, po drugiej stronie jest jakaś szara przestrzeń, nawet domów nie widać. Ale publiczność wiedziała, że po drugiej stronie jest Stalin. Dzisiaj trzeba by pokazać czołgi z czerwonymi gwiazdami. Tamta widownia rozumiała nasze filmy.

Mieliście – Pana pokolenie – potrzebę mówienia prawdy, dawania świadectwa, ale zarazem żyliście w świecie kłamstwa, najpierw wojennego, oprócz zbrodni to był czas zakłamania, a potem komunistycznego. Jak radziliście sobie z tą sprzecznością?

Niemiecka propaganda sugerowała, że w Katyniu leżą zamordowani wszyscy polscy oficerowie wzięci do niewoli przez Sowietów. Tym większe było prawdopodobieństwo, że kapitan Karol Wajda to mój ojciec, a tylko imię zostało pomylone, ale Matka nie mogła przyjąć takiej interpretacji, natomiast mnie udało się wyszukać w książce zawierającej spis korpusu oficerskiego nazwisko kapitana Karola Wajdy, co pozwoliło nam jeszcze długo po wojnie czekać, że ojciec znajdzie się wśród zaginionych. Nie znaliśmy przecież jeszcze losu jeńców ze Starobielska i Ostaszkowa.

Gdy się skończyła wojna, my, młodzi, zrozumieliśmy jedno: miało być inaczej. Ale dlaczego miało być inaczej? Bo nam rodzice mówili, że będzie inaczej. Większość z nas, w tym ja, przestało mieć rodziców, bo nasi ojcowie w większości zginęli, mojego ojca, kapitana Jakuba Wajdę, zamordowano z rozkazu Stalina w Charkowie wiosną 1940 roku, więc zostaliśmy sami. Ta samotność dosyć szybko stała się jednak dla nas szkołą. Szkołą życia. Bo skoro nasi rodzice nie potrafili nas obronić i zostawili nas razem ze Stalinem, musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, jak żyć dalej, musimy się odnaleźć w tej nowej sytuacji, tu nie było mądrych. Jak zauważył Andrzej Kijowski, dzieci wojskowych wykazały w tych powojennych latach większą aktywność, gdyż straciły ojców i rodzinne domy, z których wygnali wojskowe rodziny Niemcy zaraz w pierwszych miesiącach okupacji. Ja też wiedziałem, gdzie i czego mam szukać. Przeżyłem wojnę, żeby zapisać się do krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i bez żadnego żalu zostawiłem Radom, gdzie mój Ojciec był adiutantem dowódcy 72 pułku piechoty.

Stąd wynikała chęć organizowania się. Gdy przyszedłem na Akademię Sztuk Pięknych w 1946 roku, powstała Grupa Samokształceniowa. To była nasza potrzeba wspólnoty. A że tej Grupie było bliżej do lewego niż do prawego? Byliśmy naiwni, nie można tego dziś ukrywać, ale trzeba to zrozumieć. Tuż po wojnie sytuacja nie wyglądała jeszcze tak beznadziejnie, jak to się dziś przedstawia, dopiero zjednoczenie partii w 1948 roku uzmysłowiło nam, w jakim kierunku to idzie i jaka to będzie ta nowa Polska. A że po drodze dawaliśmy się ukąsić Heglowi? Ukąszenie heglowskie, ha, ha, ha… W życiu Hegla nie czytałem, to jak on mnie mógł ukąsić? Mieliśmy świadomość, że musimy się skrzyknąć razem, od nowa, w jakiejś wspólnej sprawie, co zresztą zakończyło się niepowodzeniem, grupa się rozpadła. Ale w 1949 roku znalazłem się już w łódzkiej Szkole Filmowej i tu, widząc z bliska zabiegi niektórych kolegów i wykładowców o względy władzy, zrozumiałem, że od takiej polityki muszę się trzymać z daleka, jeśli chcę cokolwiek powiedzieć własnym głosem.

W krakowskiej ASP mieliśmy z jednej strony naszych nauczycieli malarzy-kapistów. To ich malarstwo – z tymi kwiatami, z tymi martwymi naturami – razem z wojennym doświadczeniem odeszło na zawsze. Przeczytałem Józefa Czapskiego o Cezannie i świadomości malarskiej jeszcze w czasie okupacji, wszystko już wiedziałem, ale wiedziałem też, że to malarstwo nigdzie nas nie zaprowadzi. Z drugiej strony Grupa Krakowska. Ale to też wyglądało dla nas jak awangarda z przeszłości. My chcieliśmy pokazać świat wojny, świat, który odszedł. Myśmy mieli świadomość polskiego artysty, który – zgodnie z tradycją romantyczną – jest głosem społeczeństwa. Jeśli nasza sztuka miała być głosem innych, to w tym wypadku musiała być głosem umarłych. No bo ci lepsi zginęli, oddali życie. Może dzięki nim żyjemy, naszym obowiązkiem jest o nich opowiedzieć. Najpełniej to zadanie spełnił Andrzej Wróblewski. To, że to malarstwo w tamtym czasie było tak pogardzane, zepchnięte na margines, wynikało stąd, że to było malarstwo w swojej istocie agresywne, nienawidziły go i jedna, i druga strona, i nowocześni, i postimpresjoniści, gdyż jego obrazy były brzydkie, namalowane jakby ręką umarłych. Ja zrobiłem to w moich pierwszych filmach, zwłaszcza w filmie Kanał upomniałem się o naszych zmarłych.

Warto też pamiętać, że były dwa obowiązki polskiego artysty – pocieszyciela w nieszczęściach i tę spełniał Sienkiewicz, oraz krytyka społecznych zachowań Polaków, jakie brał na siebie Żeromski. Ten drugi był nam wtedy bliższy, gdyż wierzyliśmy, że można się czegoś nauczyć na własnych błędach. Dlatego, kiedy myślę o Okrągłym Stole, pokojowych zmaganiach „Solidarności” z władzą, wierzę, że i prawa, i lewa strona Stołu widziały Kanał. Chciałbym wierzyć, że ten obraz odegrał też pewną rolę w ostatecznym rezultacie tej konfrontacji.

Stworzyliśmy więc polską szkołę filmową, która się zaczęła gdzieś w 1954 roku, w 1960 już się skończyła, Biuro Polityczne uznało, że to nie jest to, czego się po nas spodziewali. Tymczasem po raz pierwszy polskie filmy zaistniały na świecie, po raz pierwszy dostawaliśmy nagrody na międzynarodowych festiwalach, i to niekiedy za zdumiewające filmy jak Ostatni dzień lata Konwickiego. To było coś trudnego do uwierzenia. Dlaczego tak było? Bo byliśmy skazani na wybranie własnej drogi w tym grzęzawisku kłamstwa i pozorów. Ale nie mieliśmy innej ojczyzny, od kiedy tamta przedwojenna rozpadła się jak domek z kart.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata