70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Przyszłość to rzecz złożona

Na pewno do refleksji nad przyszłością włączyć się muszą ludzie młodzi – to będzie ich świat i ich odpowiedzialność za los naszego kraju. Różnych pasjonujących możliwości do takiego działania widzę dzisiaj bardzo wiele.

Na czym polega sens naukowego zajmowania się przyszłością? Kiedyś parali się tym filozofowie, dziś jest to domena przedstawicieli wielu dziedzin nauki. Kiedy jednak myślimy o naukowcach, nie kojarzymy ich raczej z ludźmi, którzy wykraczają poza poznawanie rzeczywistości takiej, jaka jest w danej chwili, i próbują… no właśnie: przewidzieć przyszłość?

Każdy z nas ma potrzebę i prawo, aby myśleć o przyszłości, interesować się nią w kontekście swojej rodziny, firmy, kraju, a ostatnio coraz częściej całego globu. Ale tę potrzebę i prawo ogranicza fakt, iż myślenie o przyszłości jest trudne, bo zmusza do podejmowania decyzji, do których nie jesteśmy przygotowani. Na przykład nie potrafimy sobie wyznaczyć odpowiedniego horyzontu czasowego ani zakresu takich rozważań. W czasach społeczeństw przemysłowych za metaforę życia społecznego mogła służyć  skomplikowana maszyna, która, choć dopuszczała pewne, niekiedy nawet gruntowne innowacje, to jednak generalnie funkcjonowała w sposób przewidywalny. Jednak ostatnio panuje coraz silniejsze przekonanie, że ludzkość traci kontrolę nad swoim losem. Wokół nas jest coraz więcej pozornego lub rzeczywistego chaosu, wynikającego z problemów w skali całego świata: globalizacji, przeludnienia, rozprzestrzeniania się chorób, szybkości wdrażania do życia codziennego przełomowych nowości technologicznych. To wszystko powoduje, że prawie wszyscy czujemy się wobec przyszłości bezradni.

Powstaje więc pytanie, co możemy zrobić, aby stworzyć sobie możliwość uporządkowanego myślenia o przyszłości. Uważam, że jedyna droga polega na odwołaniu się do metodologii naukowej. Trzeba skończyć z „przewidywaniem” i „zgadywaniem”. Nie cenię sobie opinii formułowanych w taki sposób. Takie „przewidywanie”, co będzie za pięć czy dziesięć lat, bywa efektowne, ale nigdy się nie sprawdza. Dysponujemy tysiącami przykładów zupełnie chaotycznych opinii tego typu, czasem wygłaszanych przez osoby cieszące się autorytetem. Myśleć o przyszłości powinno się inaczej: konstruując jej różnorodne wizje, czyli scenariusze rozwoju. Chodzi o to, żeby przewidywać różne możliwe sytuacje na podstawie analizy przebiegu ich powstawania. Innymi słowy, nie spekulujemy, jak za dziesięć, dwadzieścia, czy nawet czterdzieści lat będzie wyglądał świat. Zamiast tego mówimy: jeśli dzisiaj będziemy w pewien sposób kształcić młodzież i promować określone wartości w społeczeństwie, zaś w parlamencie przyjmować takie, a nie inne ustawy, jeśli jutro zrobimy to czy owo, jeśli pojutrze… to wówczas, na przykład za 10 lat stworzymy szansę na realizację pewnego konkretnego scenariusza rozpatrywanych zjawisk. Jeżeli podejmować będziemy po drodze inne decyzje, zwiększymy prawdopodobieństwo zaistnienia  innego, możliwego do przewidzenia scenariusza. Jeśli nic nie zrobimy, spełni się jeszcze inny scenariusz rozwoju. Według mnie racjonalne mówienie o przyszłości właśnie tak powinno wyglądać – najpierw analiza możliwych przyczyn zmian, a potem ich konsekwencje.

Przyszłość firmy, regionu, obszaru życia publicznego czy wręcz całego kraju to sprawa skomplikowana i na tyle poważna, że nikt z nas nie powinien próbować zastanawiać się nad nią indywidualnie. Należy natomiast  kształtować mechanizmy mądrości grupowej. W pracach słynnego Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) brały udział tysiące ludzi – w podobny sposób realizowaliśmy  Narodowy Program Foresight „Polska 2020”. Ważne jest też wewnętrzne zróżnicowanie grup. W jednolitych zespołach ludzi istnieje tendencja do wytwarzania stereotypów, które dominują w danym środowisku. Należy dopuścić tam tych, którzy patrzą nieco z boku, z dystansu, potrafią zaprotestować lub zadać naiwne z pozoru pytanie, co później okazać się może bardzo kreatywne. Tego typu debata powinna być też prowadzona w sposób, któremu również przypisuję cechy naukowego myślenia – na przykład na drodze profesjonalnie prowadzonej burzy mózgów.

Nasze zespoły ekspertów były naprawdę niezwykle zróżnicowane – obok naukowców w projekcie brali udział politycy, w tym także członkowie rządu,  samorządowcy, przedsiębiorcy, studenci, przedstawiciele organizacji pozarządowych i dziennikarze.

Jak tradycyjnie prognozuje się przyszłość?

Najłatwiej jest wziąć dane statystyczne, które gromadzimy od wielu lat, i w mniej lub bardziej formalny sposób ekstrapolować je w czasie. Dla wąskich obszarów życia publicznego, opisywanych niewielką liczbą parametrów o łatwych do ustaleniach relacjach  jest to metoda skuteczna. Ale jeśli mamy do czynienia ze zmiennymi o różnym charakterze i trudnych do ustalenia korelacjach, to próba prostej ekstrapolacji w czasie okazuje się zazwyczaj niewystarczająca. Poza tym metody bazujące wyłącznie na analizie danych historycznych mają także inną poważną słabość, nie pozwalają bowiem na wykrycie zmian o wyjątkowym charakterze – takich, które nie wynikają prosto z przeszłości. Pod koniec XIX wieku uznano na przykład, że w mieście wielkości Paryża transport publiczny nie ma żadnej przyszłości, bo odchody końskie, co skrupulatnie obliczono, będą zalegać na ulicach, uniemożliwiając jazdę. Nie przewidziano jednak, że transport miejski nie musi być wyłącznie konny!

Dlatego proces myślenia o przyszłości musi umożliwiać kreatywne przewidywanie wyjątkowych sytuacji – a jeśli nawet nie samych sytuacji, to przynajmniej ich natury i skali możliwego wpływu na przebieg analizowanych procesów.

Mniej więcej na takim pomyśle opiera się sposób postępowania w projektach typu foresight, które na świecie prowadzi się już od czterdziestu lat. Mają one różny charakter – są projekty korporacyjne, regionalne, branżowe oraz narodowe, które dotyczą przyszłości całego państwa. Taki właśnie trwający przeszło dwa lata program, koordynowany przez Instytut Podstawowych Problemów Techniki Polskiej Akademii Nauk zakończyliśmy kilka miesięcy temu. Na określenie tego typu prognozowania nie ma w języku polskim odpowiedniego słowa, dlatego używamy angielskiego terminu „foresight”. W języku angielskim funkcjonują dwa słowa, które możemy przetłumaczyć jako „prognoza”. „Forecast” oznacza prognozowanie zjawisk, na które nie mamy realnego wpływu – stąd na przykład „weather forecast”. Natomiast „foresight” oznacza przewidywanie rozwoju zdarzeń czy zjawisk z uwzględnieniem naszych działań w trakcie ich trwania. W przypadku „foresight” nie mówimy po prostu, że coś się wydarzy, tylko raczej, że jeśli postąpimy w określony sposób, przyniesie to konkretny skutek – a jeśli zrobimy co innego, rezultat będzie inny. Jest to bardziej racjonalne spojrzenie na przyszłość –  wyobrażanie sobie możliwie wielu przyczyn, które prowadzą do przewidywanego rezultatu. Niektórzy próbują to tłumaczyć na polski jako „aktywne prognozowanie”, ale tak naprawdę nie mamy na razie dobrego terminu.

W ramach Narodowego Programu Foresight„Polska 2020” zidentyfikowaliśmy wiele „niszowych” szans dla Polski. To obszary, za sprawą których Polska może odnieść największą korzyść, jeśli skoncentruje wysiłek na ich rozwoju. Chodzi nie tylko o technologie, ale również, między innymi, o badania z zakresu humanistyki i nauk społecznych. 

Od czego zatem, zdaniem naukowców, zależy przyszłość Polski?

W celu określenia przyszłości kraju w ramach analizy metodą Foresight wyróżniliśmy pewne czynniki kluczowe. To bardzo złożone zagadnienie, ponieważ gama możliwych oddziaływań jest olbrzymia. Aby nadać całemu przedsięwzięciu pewną dyscyplinę intelektualną, wyróżniliśmy cztery grupy czynników kluczowych, które można uznać za podstawę całej analizy.

Po pierwsze to, co zdarzy się w Polsce w najbliższych latach, w dużym stopniu zależy oczywiście od działalności nas samych – od reform, o których już od dawna się mówi, że powinny zostać przeprowadzone, czyli od zmian w systemach finansów publicznych, ochrony zdrowia i zabezpieczeń społecznych, unowocześnienia administracji, realizacji idei państwa prawa. Tę grupę czynników kluczowych możemy określić jako naszą zdolność do przeprowadzania reform wewnętrznych.

Druga grupa czynników to wszystko, co nas otacza „na zewnątrz kraju”. W zglobalizowanym świecie marzenie o tym, abyśmy mogli prowadzić politykę całkowicie autonomiczną w stosunku do innych krajów, jest zupełną mrzonką. Dwa czynniki mają tu szczególny wpływ na przyszłość: globalizacja oraz wydarzenia w Unii Europejskiej. W tym kontekście myśleć musimy  oczywiście o rynkach walutowych i surowcowych, bezpieczeństwie energetycznym, ochronie środowiska,  migracjach  ludności czy międzynarodowym terroryzmie.

Następną grupą czynników kluczowych, niedocenianą przez wielu analityków, choć realnie być może najważniejszą, jest legitymizacja społeczna podejmowanych działań reformatorskich. Skuteczność i sposób realizacji reform, które zaplanujemy w Polsce, zależy bowiem od tego, czy skutecznie przekonamy społeczeństwo, że są one konieczne, zaś koszty związane z ich wprowadzeniem w życie rozkładają się sprawiedliwie. Bez uwzględnienia tego elementu nie odważyłbym się mówić o jakichkolwiek korzystnych zmianach – nawet jeśli sytuacja międzynarodowa byłaby bardzo dla Polski korzystna, nawet gdybyśmy mieli władzę zdolną do zaproponowania właściwych reform – jeśli nie znajdziemy odpowiedniego języka do rozmowy ze społeczeństwem, wszystko i tak skończy się porażką.

Wyróżniliśmy jeszcze jedną grupę czynników kluczowych, którą rozmyślnie potraktowaliśmy osobno, choć formalnie można by ją zapewne włączyć do grupy reform wewnętrznych. Uznaliśmy bowiem, iż właśnie ta grupa zjawisk będzie miała zupełnie specjalny wpływ na sytuację w Polsce w najbliższych dziesięcioleciach. Grupę tę określiliśmy terminem „sektor wiedzy”. Dziś na świecie termin „społeczeństwo wiedzy” przestał już być tylko sloganem. Wszystkie bogate kraje – a także przewidujące środowiska w krajach biedniejszych – są przekonane o tym, że ich przyszłość zależy od zdolności do tworzenia, przetwarzania, chronienia oraz upowszechniania wiedzy. Jest to zasadniczy czynnik rozwoju – szans na sukces będziemy mieli tyle, ile zgromadzimy potrzebnej do tego wiedzy. Ekonomiści wyróżniają także inne czynniki wzrostu, które oczywiście również są istotne, lecz sektor wiedzy jest, a w przyszłości będzie jeszcze bardziej,  absolutnie kluczowy. Bez niego w kraju takim jak Polska, zasadnie aspirującym do współtworzenia nowoczesnego świata, nie zrealizuje się żaden satysfakcjonujący scenariusz.

Rzecz w tym, że obecnie sektor wiedzy jest w Polsce bardzo słaby.  Polska jest krajem podzielonym na słabo komunikujące się ze sobą środowiska. Sektor wiedzy może zaistnieć jako nośnik rozwoju kraju wyłącznie wtedy, kiedy będzie synergiczny, kiedy wysiłek polityków, przedstawicieli administracji publicznej i organizacji pozarządowych, przedsiębiorców, nauczycieli wszystkich szczebli i naukowców z różnych dziedzin będzie zmierzał do wspólnego celu. Musimy w szczególności zbudować nowy system edukacji, włączając doń również edukację ustawiczną, która w tej chwili tak naprawdę w Polsce nie istnieje. Tylko kilka procent dorosłych w naszym kraju dokształca się w zorganizowany sposób. Nie jest u nas praktycznie znane popularne na świecie pojęcie „uniwersytetu korporacyjnego”, czyli systemu stałego szkolenia pracowników w wielkich firmach. Zreformowany system edukacji musi być skorelowany z innymi sektorami: badaniami naukowymi, dostępnością kapitału podwyższonego ryzyka, systemem wdrażania innowacji, ochroną własności intelektualnej – mówiąc krótko, z kulturą społecznego wspierania kreatywności.

Nie lubię wypowiadać się publicznie o konkretnych, ważnych postaciach naszego życia politycznego, ale prawda jest taka, że w ciągu ostatnich dwudziestu lat nie doczekaliśmy się ani jednego polityka „z najwyższej półki”, który z ogniem w oczach potrafiłby mówić o wiedzy jako o czymś niezwykle ważnym dla przyszłości kraju. Mieliśmy pecha, że żaden z nich nie miał przekonania, iż jest to rzecz, o którą warto walczyć. Skrupulatnie przestudiowałem ścieżki rozwoju państw, którym dzisiaj tak zazdrościmy – azjatyckich „tygrysów”, Finlandii, Irlandii – i doszedłem do wniosku, że we wszystkich tych krajach w pewnym momencie znalazł się człowiek na wysokim stanowisku – a czasami było ich wielu – który natrętnie, do znudzenia powtarzał, że wiedza, bardzo szeroko rozumiana,  jest największą szansą dla kraju. Dziś nic nie przychodzi łatwo, żeby coś osiągnąć, trzeba walczyć, przekonywać ludzi – kiedy wreszcie zaczniemy walkę o mądrą Polskę?

Dziś nieprawidłowo postrzegamy zagrożenia. Zaproponowałem kiedyś wskaźnik polegający na porównaniu nakładów, które przeznacza się w kraju na obronność, do pieniędzy łożonych na badania naukowe. Wydaje mi się, że wynik pokazuje, w czym tak naprawdę dany kraj upatruje głównych zagrożeń dla siebie. Wskaźnik ów w krajach rozwiniętych jest mniej więcej równy 1 – tyle samo wydają na obronność co na badania i rozwój. Nawet w Stanach Zjednoczonych, których przecież nie nazwalibyśmy państwem skąpiącym środków na zbrojenia, wskaźnik wynosi około 1. W Polsce wskaźnik ten przekracza 4 – cztery razy więcej wydajemy na obronność niż na badania! Obawiam się, że szykujemy się na inną wojnę, niż powinniśmy!  Współcześnie podstawowy element światowej rywalizacji dotyczy ludzkich umysłów – i to nie w sensie propagandowym, tylko najzupełniej dosłownym: wygrywają ci, którzy potrafią wykształcić i pozyskać do pracy najzdolniejszych ludzi. A co Polska ma tu do zaoferowania? Największą szansą dla młodych często okazuje się wyjazd za granicę. Wbrew obiegowym opiniom, z Polski wyjeżdża także bardzo wiele osób dobrze wykształconych.  Ja również spędziłem kilkanaście lat za granicą i wiele temu pobytowi zawdzięczam – ale zdecydowałem się na powrót do Polski. Niestety, tak jak wtedy, tak i dzisiaj takie decyzje nie są częste wśród ludzi o najwyższych kwalifikacjach.   A dziś młodzi ludzie chcą pracować w zawodach kreatywnych.  Jeśli nie stworzymy im szansy na powrót lub wręcz pozostanie w kraju, zasadniczo utrudnimy możliwości rozwoju nas wszystkich.

Istnieją zatem cztery grupy czynników kluczowych: reformy wewnętrzne, sytuacja międzynarodowa, legitymizacja społeczna zmian i zdolność do zbudowania mocnego sektora wiedzy. W zależności od kształtowania się tych czynników można zacząć w sposób uporządkowany myśleć o przyszłości – o tym, na co powinniśmy postawić, a czym należałoby się martwić. Jest to, oczywiście, tylko ogólny schemat rozważań, ale nie można ominąć tego etapu, przechodząc do bardziej szczegółowej dyskusji. 

Tyle że myślenie o przyszłości jest jednak dla nas dalej problemem. Wciąż pojawiają się skojarzenia z okresem PRL, z kolejnymi pięciolatkami…

Trafiliście w sedno sprawy. Rzeczywiście, mamy w Polsce do czynienia z ogólnym problemem akceptacji myślenia o przyszłości, gdyż źle się nam ono kojarzy. Planowanie jest czynnością skompromitowaną w naszym poprzednim systemie i nawet to, iż wszystkie nowoczesne korporacje planują swój rozwój z wieloletnim wyprzedzeniem, ciągle dociera do nas z trudem. A do tego wszelkie ogólnokrajowe zamierzenia muszą dzisiaj uzyskać społeczną akceptację. Aby przekonać się, jak realna jest siła oporu społecznego, wystarczy przypomnieć sobie losy naszej elektrowni jądrowej. Dwadzieścia lat temu opór społeczny Polaków spowodował, że elektrowni nie mamy do dzisiaj. Nie przesądzam, czy to była wtedy decyzja właściwa czy nie, mówię tylko, że politycy chcieli ją zbudować, a społeczeństwo się przeciwstawiło i postawiło na swoim.

Inny, współczesny już przykład: uprawy modyfikowane genetycznie. Również w tej kwestii poparcie społeczeństwa lub jego sprzeciw zadecyduje o wszystkim. Nie ulega wątpliwości, że pewne rośliny modyfikowane genetycznie są tańsze i lepsze z użytkowego punktu widzenia, choć również – i nie należy tego negować – jest tu pewien znak zapytania: nie znamy długoterminowych efektów ich spożywania. Jak zachowa się nasze społeczeństwo, czy wciąż będzie się konsekwentnie sprzeciwiać? Jeśli tak, to ustawi to nas w roli jednego z najbardziej pod tym względem konserwatywnych krajów. Czy też damy przyzwolenie dla pewnych rodzajów genetycznie modyfikowanej żywności – oczywiście przy odpowiedniej kontroli? Tak czy inaczej, kluczem jest szeroka świadomość społeczna co do istoty podejmowanych decyzji.

I trzecia sprawa: etyka w biomedycynie. Kilka lat temu zorganizowałem publiczną debatę na temat badań z wykorzystaniem zarodkowych komórek macierzystych. Muszę przyznać, iż było to niezwykle dramatyczne przeżycie. Zaprosiłem naukowców, studentów, przedstawicieli różnych Kościołów, a także chorych, dla których za jedyną szansę – bo nie gwarancję – na wyleczenie uważało się wtedy zastosowanie zarodkowych komórek macierzystych. Stanowisko Kościoła katolickiego wyrażono jasno: ponieważ przy okazji wykorzystywania tych komórek dochodzi, przynajmniej na razie, do unicestwiania zarodków, Kościół jest i będzie temu przeciwny. Wtedy głos zabrała dziewczyna chora na stwardnienie rozsiane. Zapytała w dramatyczny sposób,  jak może zakazywać uczonym prowadzenia takich badań, jeżeli dla niej ich efekty są jedyną szansą na wyzdrowienie? Była to przejmujące  wystąpienie, po którym wszyscy obecni na sali mieli łzy w oczach.  Nasze media, niestety, nie wykorzystują tego typu możliwości do pokazania prawdziwej debaty o kluczowo ważnych problemach.  To wydarzenie podpowiedziało mi, że społeczna legitymizacja działań, oparta na solidnej edukacji,  jest niezbędna. Nasza tradycja i normy moralne zadecydują o naszej  przyszłości w niemniejszym stopniu niż osiągnięcia współczesnych innowatorów.

Do stosowania terapii z użyciem komórek macierzystych dojdzie na świecie już niebawem. Nie wiem, czy spełni wszystkie pokładane w niej nadzieje, ale zapewne będzie choćby po części skuteczna – udowodniły to ponad wszelką wątpliwość testy przeprowadzone na zwierzętach. Wyobraźcie sobie teraz, że w Polsce nie wolno będzie przeprowadzać takich badań, ale już w Szwecji tak. Co zrobi człowiek chory w Polsce? Pojedzie tam. Czy będzie wtedy traktowany jak przestępca? A polski uczony, który pojedzie tam prowadzić podobne badania, będzie przestępcą czy nie? To prawdziwe dylematy i przykład ten pokazuje również wyraźnie, jak ważny dla nas jest także kontekst międzynarodowy – to, że wobec otwartości świata w którym żyjemy, nigdy nie będziemy do końca autonomiczni w swoich decyzjach. 

Medialna dyskusja na temat przyszłości Polski skoncentrowała się na dacie 2012 i mistrzostwach Europy w piłce nożnej, trochę tak jakby głównym wyzwaniem cywilizacyjnym była dla nas budowa stadionów i, skądinąd ważnych, autostrad. Nieco lepiej poinformowani śledzą też debatę na temat następnego budżetu Unii Europejskiej, który obejmuje lata po 2013 roku… Jak czuje się Pan, czytając polską prasę, oglądając telewizję? Czy istnieje możliwość współpracy z dziennikarzami przy promocji strategicznego myślenia o przyszłości?

Jestem przerażony sytuacją w polskich mediach. Środki masowego przekazu praktycznie zlikwidowały w Polsce publiczną debatę na ważne tematy. Pół biedy, jeśli chodzi o tabloidy – w końcu taka ich natura.  Ale nie przypominam sobie także, żeby w najbardziej oglądanych programach telewizyjnych prowadzonych przez dziennikarskie sławy padło kiedykolwiek choć jedno naprawdę ważne pytanie.  Na przykład o to, jaka będzie Polska za 10 lat, jak mamy budować nasze przyszłe przewagi konkurencyjne w zglobalizowanym świecie, kogo i jak musimy dziś kształcić, w jaki sposób mamy budować atrakcyjny kraj dla młodych ludzi, jak wyznaczać wspólne cele, jak przekonywać ludzi do ich realizacji? Jesteśmy zamiast tego konfrontowani z pytaniami, które najczęściej mają żywot półtoradniowy i dotyczą spraw w istocie bez znaczenia. Media  tworzą taki obraz świata, w którym marginalne kłopoty pożal się Boże tzw. celebrytów urastają do rangi problemów zasadniczych. Hierarchia ważności spraw jest całkowicie zakłócona.

To wielki dramat – w ogóle nie potrafimy rozmawiać o ważnych sprawach.  Dziennikarze nie umieją zadawać ważnych pytań, a większość  polityków, jestem tego pewien, nie potrafiłby na nie odpowiedzieć. Gdyby coś  się tu zmieniło, to może politycy zaczęliby przygotowywać się do odpowiadania na takie pytania, a potem pisać na nowo programy partyjne, które obejmowałyby dłuższy okres niż tylko do następnych wyborów.

Analogiczne problemy z mediami występuje na całym świecie, ale w  krajach cywilizacyjnie dojrzalszych od nas istnieje jednak jakaś przeciwwaga. Istnieją media wypełniające potrzebę poważnej dyskusji. U nas takich mediów prawie nie dostrzegam. Nie wiem, co oznacza pojęcie misji w interpretacji naszych mediów. Po długotrwałych staraniach przy tym stole podpisałem z (dzisiaj już byłym) prezesem telewizji publicznej umowę o współpracy w zakresie promocji edukacji i popularyzacji nauki – i nic. Jak więc mamy jako społeczeństwo przygotowywać się do sprostania nadchodzącym wyzwaniom? I co naprawdę oznacza misja mediów publicznych?

Mówi Pan o receptach – sam projekt Foresight proponuje Polsce dość konkretne rozwiązania i scenariusze, w jaki sposób można do czegoś dążyć lub czemuś zapobiegać.

Uważam, że największym sukcesem tego przedsięwzięcia było stworzenie środowiska zainteresowanego debatą strategiczną o Polsce. W projekcie brały udział tysiące ludzi – wciąż dostaję dosłownie setki pytań, w jakiej formie możemy dalej współpracować.  W świetle tego, co powiedziałem poprzednio uważam, że ten rezultat foresightu jest nie do przecenienia.

Są też oczywiście bezpośrednie korzyści: na podstawie wyników programu „Polska 2020” prowadzi się konkretne projekty badawcze, które są jego naturalną kontynuacją. Sam jestem kierownikiem jednego z nich, dotyczącego sposobu oceny nowych technologii pod kątem zrównoważonego rozwoju.

Chcieliśmy także, aby program Forsight miał przełożenie na realną politykę. W charakterze ekspertów w tym projekcie występowali również aktualnie czynni politycy – zaprosiłem ich także dlatego, bo liczyłem, że zechcą skorzystać z informacji, które będą sami współtworzyć. Mam sygnały z MinisterstwaGospodarki i MinisterstwaNauki i Szkolnictwa Wyższego, że tak się dzieje. Nie tracę więc nadziei, że Foresight będzie miał pewne przełożenie na prace tych resortów.

Profesor Boni obiecywał, że zostaną opublikowane takie konkretne plany…

Minister M.Boni, który brał udział w początkowej fazie naszego projektu, przygotował właśnie raport „Polska 2030”. Jest to bardzo konkretny zestaw różnych  analiz i propozycji. Mam nadzieję, że przebiją się one jakoś do realnej polityki.

Wracając do naszego projektu: w ramach programu „Polska 2020” opracowaliśmy możliwych pięć scenariuszy rozwoju sytuacji w Polsce – od najbardziej pesymistycznego do najbardziej optymistycznego. Ten bardzo pesymistyczny nazwaliśmy scenariuszem zapaści. To scenariusz, w którym prawie nic nam nie sprzyja. Światowy kryzys finansowy się przedłuża, Unia Europejska ogranicza fundusze spójności, nasza zdolność do reform jest ograniczona, społeczeństwo jest niechętne przemianom, sektor wiedzy pozostaje słaby.  Na szczęście prawdopodobieństwo realizacji tego scenariusza jest bardzo nikłe. Na drugim ekstremum jest scenariusz optymistyczny, który z kolei zakłada, że wszystko będzie się nam udawało: kryzys finansowy się skończy, polityka Unii Europejskiej będzie dla nas korzystna, doczekamy się polityków, którzy zaproponują przemyślane reformy we wszystkich obszarach naszego życia i uda się im przekonać społeczeństwo, że należy te reformy poprzeć, unowocześnimy nasz sektor wiedzy… To scenariusz, który odpowiadałby naszym marzeniom, który mógłby uczynić z nas za dwadzieścia lat drugą Finlandię. Ale temu scenariuszowi przypisuję, tym razem niestety,  podobne prawdopodobieństwo jak scenariuszowi kryzysowemu, czyli bardzo niskie.

Wyróżniliśmy także trzy scenariusze pośrednie, zależne od innych układów  czynników kluczowych którym przypisujemy znacznie wyższe prawdopodobieństwo.  Interesujący jest scenariusz, który nazwaliśmy „słabnącym rozwojem” (podobny scenariusz opracował w swoim dokumencie Minister M.Boni  nazywając go „dryfem rozwojowym”). Zgodnie z nim w pierwszych latach nadchodzącej dekady będziemy rozwijać się w miarę szybko, ale jeśli nie zdobędziemy się na odwagę do podjęcia zasadniczych zmian, będzie to rozwój słabnący, właściwie dryf. Jest to scenariusz niebezpieczny, bo za dziesięć lat może się okazać, że doprowadza on do prawdziwego kryzysu. Scenariusz ten niestety nie jest już tak nieprawdopodobny jak dwa poprzednie, ponieważ jest w istocie najgorszą wersją kontynuacji stanu obecnego – bez udanych reform modernizujących państwo, bezwzględnie nam potrzebnych.

Kolejnym scenariuszem,  relatywnie pozytywnym, jest scenariusz „trudnej modernizacji”: kraj rozwija się dobrze, mimo że sytuacja międzynarodowa nie zawsze temu sprzyja. W scenariuszu tym przyjęliśmy, że jesteśmy w dużej mierze  zdani na własne siły. Ukryta zaleta tej sytuacji polega na tym, że jest trochę makiaweliczna – zyskujemy świadomość, że do sukcesu potrzebna jest nam przede wszystkim nasza własna mobilizacja. Wykorzystując impuls zagrożenia,  jednoczymy się wreszcie wokół kluczowych dla kraju celów. Takie sytuacje znane są z historii gospodarczej świata – choć z pewnością nasz wymarzony szybki rozwój lepiej i łatwiej byłoby realizować w sprzyjających warunkach międzynarodowych.

Ostatni opracowany scenariusz jest jeszcze bardziej optymistyczny, choć nie jest łatwy – nazwaliśmy go scenariuszem twardych dostosowań. Bazuje na założeniu, że czynniki zewnętrzne są dla nas korzystne. Unia Europejska rozwija się harmonijnie oferując nam daleko idącą pomoc, światowa sytuacja energetyczna się stabilizuje, kryzys na rynkach finansowych odchodzi w przeszłość – generalnie, świat jest po naszej stronie. A  kluczem do szybkiego rozwoju kraju staje się uzyskanie akceptacji społecznej dla proponowanych, niezbędnych zmian. Ja staram się  wierzyć w dobrą wolę polityków, ale nie końca w ich zdolności do skutecznego przekonywania o swych racjach… Założenie, że politycy będą proponować racjonalne reformy, a podstawowym ograniczeniem będzie ich percepcja społeczna i wiara w sprawiedliwy podział kosztów proponowanych rozwiązań, wydaje mi się w pewnych okolicznościach sensowne. Jeśli zdarzą się tacy politycy, którzy zyskają prawdziwą społeczną wiarygodność,  to scenariusz twardych dostosowań może okazać się bardzo skuteczny. Będą one wymagały zrozumienia, a pewnie także poświęcenia ze strony różnych grup społecznych, ale jednocześnie, dostrzegając realne szanse na sukces, będziemy wreszcie na stabilnej ścieżce rozwoju Jest to scenariusz, na który nas na pewno stać, który jest naprawdę realny, ale który wymaga twardych dostosowań w różnych obszarach życia i przekonania o niezbędności podejmowanych kroków i sprawiedliwym rozkładzie społecznych kosztów zmian. 

Trochę z racji tego, że reprezentujemy pismo o tradycji humanistycznej chcielibyśmy na koniec dowiedzieć się jak Pan Profesor widzi szanse Polski biorąc pod uwagę jej potencjał humanistyczny?

Polska myśl humanistyczna to dla mnie nie tylko szansa, ale kluczowy element naszego potencjału w stawianiu czoła nadchodzącym wyzwaniom. Dla przyszłości Polski bardzo ważne jest na przykład rozumienie konsekwencji życia w społeczeństwie wielokulturowym. Musimy zacząć się przyzwyczajać, że będziemy mieli najróżniejszą, liczną imigrację i w konsekwencji silnie kulturowo zróżnicowane społeczeństwo.  Doświadczenia z różnych krajów dotyczące życia obok siebie społeczności o różnych systemach wartości są często bardzo złe – nasza zdolność do poradzenia sobie z tym problemem w istotnym sposób wpływać będzie na nasze przyszłe sukcesy, bądź nie daj Boże porażki w rywalizacji na zglobalizowanym świecie.  Drugi przykład w oczywisty sposób dotyczy naszej sytuacji w Unii Europejskiej – na ile chcemy w niej zachować autonomię i odrębność, a na ile się poddać się procesowi (rzeczywistej bądź jedynie rzekomej) konwergencji wartości i norm zachowań. Osobiście, na podstawie własnych wieloletnich doświadczeń zagranicznych, widzę niewielkie  zagrożenie dla naszych prawdziwych tradycji ze strony Unii Europejskie. Jak się jedzie do Hiszpanii dzisiaj i pamięta się ten kraj sprzed 20 lat,  a Hiszpania jest przecież wzorowym członkiem Unii, podporządkowującym się wszystkim możliwym regulacjom, to nie widać  tam najmniejszego uszczerbku dla sposobu życia mieszkańców. Odnoszę wrażenie, że przesadzamy z niebezpieczeństwem unijnej unifikacji – rzeczywiste wartości  i tradycje poszczególnych narodów są z zasady dostatecznie trwałe  i nie doznają żadnego uszczerbku, a nawet okazują się realną wartością, podczas gdy te być może zanikające są zapewne nie do końca autentyczne i może dobrze,  że się ich pozbywamy?

Innym wielkim wyzwaniem jest próba oceny poziomu naszej społecznej kreatywności. Każdy z nas, zapytany o to, stwierdzi: tak, oczywiście, jesteśmy bardzo kreatywni. Ale to nie jest takie jednoznaczne – poziom innowacyjności naszej gospodarki i niedostateczny szacunek dla różnych przejawów oryginalności zachowań świadczyłby raczej o czymś przeciwnym. Pamiętać przy tym należy, że wiele krajów rozwijało się szybko i dobrze przez  imitacje. Często w jakimś momencie rozwoju naśladownictwo okazuje się skutecznym sposobem rozwoju. Potem, jak już się zdobędzie odpowiednie doświadczenie, można sobie pozwolić na większą kreatywność, która może prowadzić do rozwoju szybszego i intelektualnie ciekawszego, ale z zasady obarczonego większym ryzykiem. Pytanie, czy my jesteśmy w takim momencie, że powinniśmy stawiać w dużym stopniu na kreatywność (w szczególności  promocję kształcenia ustawicznego, rozwój badań naukowych i upowszechnianie kultury),  czy raczej w pocie czoła adaptować to, co zrobili już inni, a na ryzykowną kreatywność pozwalać sobie tylko w pewnych zupełnie niszowych obszarach.

Kto i gdzie ma myśleć o przyszłości kraju? Kraje zachodnie opierają się na tak zwanych think-tankach, ośrodkach analitycznych czy określonych środowiskach… Jak to wygląda w Polsce?

W krajach Unii Europejskiej funkcjonuje około siedmiuset instytucji zajmujących się myśleniem strategicznym, w których działalność zaangażowanych jest ponad 35 tysięcy ludzi. W Polsce dysponujemy zaledwie kilkoma takimi zespołami, w tym Komitetem Prognoz PAN, który ma za sobą  wprawdzie 40 lat owocnej działalności, ale jest pozbawiony środków i nie ma możliwości prowadzenia dzisiaj prawdziwych, zespołowych badań strategicznych.  Nawiasem mówiąc, Komitet Prognoz PAN już w 1986 roku przewidział… Okrągły Stół, co jest zapisane w odpowiednim dokumencie. Faktem jest, że Polska jest dzisiaj jedynym chyba rozwiniętym krajem na świecie, który nie tylko nie posiada znaczącej instytucji typu centrum studiów strategicznych, ale nawet wydaje się nie odczuwać potrzeby, żeby takie istniało! A tymczasem nasze życie jest bardzo skomplikowane. Same tylko przepisy unijne są tak złożone, że bez szerokiego wsparcia intelektualnego politycy w ogóle nie są ich w stanie je skutecznie adoptować i zrozumieć ich konsekwencje . Podejmują więc często decyzje, za którymi nie kryje się niezbędna, głęboka myśl strategiczna. W trakcie posiedzeń ministrów państw Unii Europejskiej widać, że stanowiska takich krajów jak Niemcy, Francja czy Wielka Brytania przygotowują przedstawiciele administracji mający za sobą całe sztaby ekspertów – i stanowiska te rzeczywiście odzwierciedlają interesy tych państw. My jesteśmy ciągle dalecy od tego modelu. Niedawno publicznie zaproponowałem utworzenie wirtualnego centrum studiów strategicznych. Skoro brakuje na to środków finansowych i nie bardzo wiadomo, kogo można by w takiej instytucji zatrudnić uznałem, że należy przynajmniej centrum wirtualne – przygotowane do intelektualnego wspierania decydentów.

Niezależnie od wielu powyższych, krytycznych uwag  jeśli chodzi o przyszłość – jestem optymistą. Obserwuję w Polsce tylu wspaniałych młodych ludzi i tyle znaczących dokonań na wszystkich właściwie polach, że nie wyobrażam sobie, żeby nam się wszystkim nie udało. Nie oznacza to natomiast, że wyraźnie widzę drogę dojścia do konkretnych celów. Rozmawialiśmy przecież o bardzo skomplikowanych rzeczach. Jedno wiem na pewno – do refleksji nad przyszłością włączyć się muszą właśnie ludzie młodzi – to będzie ich świat i ich odpowiedzialność za los naszego kraju. Różnych pasjonujących możliwości do takiego działania widzę dzisiaj bardzo wiele.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata