70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nowe centrum świata?

W Chinach furorę zrobiły zdjęcia ilustrujące upadek amerykańskiego banku inwestycyjnego Lehman Brothers. Widok setek pracowników wysłuchujących ze spuszczonymi głowami informacji o bankructwie firmy wywołał moralistyczne komentarze, w których piętnowano „indywidualistyczne rozpasanie Zachodu”.

W pewien październikowy weekend 2006 roku na lotnisku Luton pod Londynem zaparkowały trzy prywatne odrzutowce. Należały do indyjskich biznesmenów: Ratan Taty, V.N. Dhoota i Vijaya Mallyi. Wszyscy przybyli, by sfinalizować przedsięwzięcia warte łącznie ponad 12 miliardów dolarów. Ich pojawienie się w City było namacalnym przykładem globalnej ekspansji ekonomicznej współczesnych Indii. Albo też – jak prorokowali wówczas dziennikarze – otwarciem nowego rozdziału w relacjach między cywilizacją Zachodu i Azją. Azją, która coraz częściej jest postrzegana jako równorzędny partner Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych.

Indyjscy „akceleratorzy” i menedżer Chin 

Tata, Dhoot i Mallya nie byli bynajmniej pionierami indyjskiego biznesu w Europie. Nazwisko innego inwestora, Lakshmiego Mittali było od pewnego czasu znane wielu zachodnim przedsiębiorcom – nie tylko zresztą tym, którzy z niepokojem i respektem obserwowali jego działalność w przemyśle stalowym, zwłaszcza po przejęciu firmy Arcelor za sumę 38 miliardów dolarów. Na liście najbardziej dynamicznych i pomysłowych biznesmenów, w samych Indiach nazywanych „akceleratorami”, są jeszcze: Sunil Mittal, Anand Mahindra i Mukesh Ambani, przy czym ten ostatni bywa wręcz zaliczany do piątki najzamożniejszych ludzi na świecie. O jego drodze do międzynarodowego sukcesu krąży w Indiach wiele anegdot, w swojej poetyce podobnych do tych, jakie ongiś opisywały Henry’ego Forda, Lee Iacoccę, a ostatnio Michaela Bloomberga czy Billa Gatesa.

W szkole Mukesh Ambani należał do pięcioosobowej grupy uczniów, którzy mieli zwyczaj dzielić się zadaniami do wykonania. Innymi słowy: ustalali racjonalne zasady wspólnego rozwiązywania problemów. Na przykład, listę dwudziestu zadań rozpisywali na pięć części, tak aby każdy z chłopców mógł opracować rozwiązania tylko czterech wyznaczonych zadań i podać je pozostałym. W ten sposób przyjaciele oszczędzali czas oraz wzmacniali zaufanie i współpracę między sobą. Wszystko działało bardzo sprawnie. Jak się jednak wkrótce okazało, Ambani potajemnie łączył ducha wspólnoty z bardzo indywidualnym podejściem. Po cichu, oprócz czterech wyznaczonych zadań, rozwiązywał dla siebie zawsze szesnaście pozostałych. Tak na wszelki wypadek.

To doświadczenie pomogło mu w zapewne ukształtować własną filozofię sukcesu. W 2005 roku ze swoim bratem, Anilem Ambanim podzielił się gigantycznym imperium kapitałowym Reliance, obecnie największym prywatnym przedsięwzięciem w Indiach, które działa w sektorach petrochemii, eksploracji gazu i ropy naftowej, tekstyliów oraz rozwija sieć sprzedaży detalicznej – coś na kształt indyjskiego Wal-Mart. Niecałe dwa lata później zysk netto Reliance Industries Limited Mukesha Ambaniego przekraczał już poziom sprzed podziału, osiągając średnio wysokość siedmiu milionów dolarów dziennie. Nie było to bynajmniej dla niego powodem do zadowolenia: jak sam wówczas uważał, była to dopiero połowa, albo nawet początek długiej drogi.

W swoich wypowiedziach Ambani często powtarza znaną korporacyjną mantrę: na każdym etapie rozwoju firmy pomyśl najpierw o solidnych fundamentach, potem zmodyfikuj reguły gry, a następnie dokonaj zmiany samej  gry. Słowem: pokaż swoim konkurentom, dostawcom i klientom jak szybko potrafisz ich zmusić do przyjęcia własnej filozofii działania[1].

Opowieści o indyjskich „akceleratorach biznesu” u Europejczyków i Amerykanów budzą jeszcze zdumienie, a czasem nawet lekkie niedowierzanie. Dotychczas Indie kojarzyły się bowiem z czymś zupełnie odmiennym, bliższym religii, kulturze, nawet nauce, ale na pewno nie z koncepcją globalnej ekspansji ekonomicznej. Owo pachnące American way of life przesłanie dochodzące z odległego subkontynentu dla wielu zachodnich obserwatorów stanowi kolejną zagadkę, a zarazem i inspirację w procesie interpretacji najnowszej historii świata. Podobnie zresztą było jakiś czas temu z, nominalnie komunistycznymi, Chinami, dziś już powszechnie opisywanymi jako przyszłe supermocarstwo. Ich rola w skali całego świata została na nowo zdefiniowana w sytuacji obecnego kryzysu gospodarczego. Chiny mają stanowić swoistą finansową „poduszkę bezpieczeństwa”, która dzięki wpompowanym w globalny obieg finansowy własnym gigantycznym rezerwom dewizowym zapewni w miarę bezpieczne lądowanie całemu systemowi ekonomicznemu świata. Podobnie jak w Indiach, również w Państwie Środka pojawiają się konkretni, pozytywni bohaterowie, którzy – szczególnie w okresie niepewności i strachu o przyszłość ekonomiczną – wyrastają w przekazie medialnym na mądrych herosów biznesu, troskliwie i rozsądnie doglądających własnych przedsięwzięć.

Spośród nich najbardziej znany jest 45-letni Yang Yuanqing, szef zarządu koncernu Lenovo, trzeciego co do wielkości – po Dellu i Hewlett-Packardzie – producenta komputerów osobistych na świecie, który rocznie przynosi dochody rzędu 116 miliardów dolarów rocznie. W czasach nadciągającego kryzysu Yuanqing potrafił umiejętnie zastosować zarówno strategię marketingową na światowym rynku towarów jak i strategię polityczną na miejscowym, chińskim rynku idei, wspierając oficjalnie – jako prawdziwie globalny partner – organizatorów igrzysk olimpijskich w Pekinie. Opłaciło się stokrotnie. Ostatnie miesiące 2008 roku przyniosły firmie Lenovo wzrost sprzedaży o ponad 11 procent.

Yang Yuanqing to idealny wzór menedżera współczesnych Chin. Urodzony w Roku Smoka, zrezygnował z wymarzonych studiów w Stanach Zjednoczonych, poświęcając w indywidualne plany kariery na rzecz wspólnego przedsięwzięcia. Fascynuje go zarówno japońska filozofia kaizen (ciągłe doskonalenie jakości na każdym poziomie), jak i klasyczna dla globalnego biznesu pozycja, książka Thomasa Friedmana Świat jest płaski. Bardzo rzadko mówi o sobie. Woli podkreślać znaczenie Lenovo – firmy prawdziwie niezależnej od rządu – w najnowszej historii Chin. Bywa często przedstawiany jako „pierwszy globalny chiński kapitalista” Państwa Środka. Amerykański „Business Week” uznał go za wschodzącą gwiazdę Azji, a jeszcze w 2004 roku chińska telewizja CCTV uznana go za „Człowieka Roku”. Yuanqing dość prosto objaśnia globalną strategię swojego koncernu: „teraz koncentrujemy się na dwóch potężnych rynkach, Niemczech i Indiach – jeżeli tam się nam uda, uda nam się wszędzie na świecie”.

Internacjonalizacja chińskiej firmy ma też bardzo praktyczne konsekwencje. Dwudziestu najważniejszych menedżerów Lenovo reprezentuje dziesięć różnych narodowości: oprócz Amerykanów, Europejczyków i Chińczyków są wśród nich osoby z Indii czy Wietnamu. To zupełnie nowy wymiar współczesnego biznesu chińskiego. Jeszcze tylko nie do końca wiadomo, czy i jakie przełożenie może mieć to na światową politykę Chińskiej Republiki Ludowej w XXI wieku[2].

Mahbudani – nowy azjatycki guru        

Opowieści o sukcesach gospodarczych Azji (a przecież obok tych najnowszych funkcjonują wciąż starsze: o Japonii, Korei Południowej, Tajwanie, a nawet Malezji, Tajlandii i Indonezji) coraz częściej znajdują swoje odzwierciedlenie w polityce. Gospodarka wzmacnia politykę, zaś biznesmeni korzystają ze wsparcia polityków. W niedalekiej przyszłości może to oznaczać istotną transformację dzisiejszego świata: być może dotychczasowe supermocarstwa zaczną odgrywać nieco inną rolę.

Jednym z ludzi, którzy prognozują zmierzch absolutnej dominacji Zachodu i stopniowe przejęcie roli lidera świata w XXI wieku przez Azję, jest Kishore Mahbubani, były singapurski dyplomata, którego przodkowie wywodzą się z subkontynentu indyjskiego. Jego wykłady i książki analizuje się w Stanach Zjednoczonych, Europie i Azji. W najnowszej – The New Asian Hemisphere („Nowa azjatycka półkula”) – stawia jasną tezę: Azja powinna otrzymać należną porcję władzy we wszelkich międzynarodowych instytucjach, które obecnie są zdominowane przez Zachód. Zdaniem Mahbudaniego, jest to odzwierciedlenie stanu rzeczy sprzed kilkudziesięciu lat, zaraz po zakończeniu II wojny światowej. Rada Bezpieczeństwa, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy i grupa G-8 powinny dostosować swoją strukturę władzy i wpływów  do nowej rzeczywistości, którą ma być Wiek Azji. Rzecz nie dotyczy wyłącznie wymiaru ekonomicznego, czyli rosnącej roli państw azjatyckich w światowych procesach gospodarczych, ale głównie transformacji globalnej polityki. W tym kontekście ciekawe, choć dla mieszkańców Zachodu wciąż dość kontrowersyjne jest, zdaniem Mahbudaniego, porównanie dwóch potężnych organizacji: Unii Europejskiej i Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN). Pod względem gospodarczym Unia jest oczywiście światowym gigantem z produktem krajowym brutto rzędu 18,5 bilionów dolarów. ASEAN to przy niej karzeł z wskaźnikiem niewiele przekraczającym bilion. Lecz potęga ekonomiczna nie przekłada się tak łatwo na siłę polityczną.

Mahbubani mówi o fenomenie rozwiązywania konfliktów, których źródłem jest „bałkanizacja” poszczególnych regionów świata. Unia, jak wypomina Europejczykom, zawiodła nie tylko na Bałkanach czy Kaukazie, ale także w północnej i zachodniej Afryce. Bałkanami Azji z kolei często nazywa się jej część południowo-wschodnią, w której różnorodność języków, tradycji, ras i wyznań jest jeszcze większa aniżeli na Bałkanach właściwych. Jednak w Azji ten wulkan potencjalnych konfliktów bynajmniej nie eksplodował, w czym, według singapurskiego analityka, ogromna rola ASEAN, które nieustannie (i skutecznie) dąży do zawierania kompromisów. Bariery ideologiczne nie są przeszkodą w integracji, skoro do organizacji zrzeszającej takie kraje jak Singapur, Indonezja czy Tajlandia w 1995 roku dołączył komunistyczny Wietnam. Jej skuteczność w polityce dodatkowo wzmocniło utworzenie tzw. ASEAN + 3, czyli ustalenie form współpracy z Chinami, Japonią i Koreą Południową. ASEAN stopniowo staje się ważnym i niezwykle skutecznym regulatorem procesów społecznych i politycznych w całej Azji. To Unia Europejska powinna pobierać od Azjatów z ASEAN lekcje dyplomacji, a nie na odwrót – śmiało ale chyba trafnie [w oryginale było: nietrafnie] konkluduje Kishore Mahbubani.

Pomysły Mahbudaniego znajdują oczywiście pozytywny oddźwięk w całej Azji, więcej nawet: odzwierciedlają myślenie polityków i ekonomistów, nie tylko z mocarstwowych Chin i Indii, ale również z Korei Południowej, Indonezji, Tajlandii czy Malezji. Indyjski dziennikarz Niranjan Radhyaksha podkreśla jednak, że odważne tezy Singapurczyka nie oznaczają bynajmniej odrzucenia tego, co Mahbubani określa jako dziedzictwo zachodnie we współczesnej Azji. Chodzi o tak zwane „siedem filarów mądrości Europy i Stanów Zjednoczonych”: gospodarkę wolnorynkową, naukę i technologię, merytokrację, pragmatyzm, kulturę pokojowego współistnienia, rządy prawa oraz edukację. Proces przyswajania owego dziedzictwa przebiegał odmiennie w różnych krajach, niemniej jednak większość państw azjatyckich była i pozostaje nadal otwarta na przyswajanie (po starannej selekcji) niektórych wartości i zasad świata Zachodu[3].

Międzykontynentalne współzawodnictwo 

Historia kontaktów i współzawodnictwa europejsko-zachodnioazjatyckiego ma dość intrygującą historię, która przyczyniła się do stworzenia wielu stereotypów, uprzedzeń i resentymentów, lecz także – w nie mniejszym stopniu – do zafascynowania odmiennością i kształtowania szacunku dla coraz lepiej poznanych tradycji społecznych, politycznych i ekonomicznych na obu kontynentach.

Choć wielu Europejczykom, analizującym świat z nieodległej perspektywy czasowej, trudno to zaakceptować, polityczno-ekonomiczne panowanie cywilizacji Zachodu nad światem jest, jak przypomina brytyjski historyk Angus Maddison, kwestią zaledwie ostatnich 200 lat. Praktycznie do początku XIX wieku dwiema najpotężniejszymi gospodarkami naszego globu były Indie i Chiny. W roku 1750, na przykład, Chiny wytwarzały mniej więcej jedną trzecią światowej produkcji, Indie około jednej czwartej, zaś Zachód jedną piątą. Jeszcze w 1830 roku cywilizacja Zachodu wyprzedzała nieco Chiny, natomiast w kolejnych dziesięcioleciach gwałtowna industrializacja Zachodu doprowadziła do nie mniej gwałtownej deindustrializacji reszty świata (to opinia Paula Bairocha, znakomitego badacza przemian ekonomicznych i demograficznych). Przewaga w dziedzinie gospodarczej przekładała się wówczas na dominację polityczną, a co za tym idzie, także na stopniowe narzucanie zachodnich wzorców kulturowych państwom azjatyckim. Zwycięska w owym czasie Europa stanowiła podstawowy punkt odniesienia, którego pod jakimkolwiek względem nie sposób było kwestionować[4].

Samuel Huntington w swojej klasycznej książce O zderzeniu cywilizacji przytacza kolejne dane, warte szczególnej analizy zwłaszcza teraz, w czasie gdy na świecie dochodzi do „zachwiania dotychczasowych proporcji”. Otóż udział Zachodu w światowej produkcji szybko rósł począwszy od połowy XIX wieku osiągając swój szczyt w 1928 roku, kiedy to ten obszar kulturowy wytwarzał prawie 85 procent wszystkich gotowych wyrobów. W roku 1980 cywilizacja zachodnia wciąż dominowała, chociaż jej udział w światowej produkcji wynosił już niespełna 60 procent, a więc mniej więcej tyle samo, ile 120 lat wcześniej. Oczywiście, znakomita większość innowacji technologicznych powstawała właśnie na Zachodzie, co nadal odzwierciedlało jego ogromną przewagę nad pozostałą częścią globu. W tym czasie Chiny wytwarzały zaledwie 5 procent wyrobów gotowych, Indie zaś – niewiele ponad 2 procent[5].

Lata 80. XX wieku przyniosły początek fundamentalnych przemian niemal w całej Azji. Do utrwalającej swoją pozycję gospodarczą Japonii dołączyły Korea Południowa i Tajwan, gwałtowną modernizację przeżywały też Chiny, do których stopniowo dołączały kolejne państwa południowej części kontynentu. W 1992 roku gospodarka Stanów Zjednoczonych była ciągle największą na świecie, przy czym w pierwszej dziesiątce rankingu znajdowało się już tylko pięć krajów zachodnich i pięć z innych regionów (w tym Chiny, Japonia i Indie). Proces ten trwał i w następnej dekadzie, chociaż kryzys finansowy końca lat 90. podważył nieco zaufanie do skuteczności azjatyckich rozwiązań gospodarczych i politycznych. Stał się on jednakże również początkiem sanacji systemowych, które w ostatecznym rozrachunku przyczyniły się ostatecznie do zwiększenia tempa wzrostu gospodarczego, choć nie wszędzie w Azji osiągnął on taki sam poziom jak w pierwszej połowie dekady.

Analitycy Goldman Sachs, jednego z największych banków inwestycyjnych na świecie, przewidują, że najpóźniej w 2050 roku największymi gospodarkami świata będą Chiny, Stany Zjednoczone, Indie i Japonia – w takiej właśnie kolejności. Najnowsze raporty banku dokonują dość zdumiewającej korekty: już w roku 2043 gospodarka Indii miałaby prześcignąć gospodarkę Stanów Zjednoczonych! Naturalnie, każde takie przewidywanie jest obarczone ogromnym ryzykiem błędu, niemniej jednak możemy założyć z dużą pewnością, że tendencja szybkiego wzrostu ekonomicznego w regionie Pacyfiku zostanie utrzymana. Dodajmy w tym miejscu, że relatywne osłabienie Zachodu byłoby konsekwencją szybkiego rozwoju Azji Wschodniej i Południowej, która – jeśli użyć by porównania historycznego – skutecznie stara się nadrabiać straty z ostatnich 200 lat.

Tempo tego procesu nie ma precedensu w historii. Lawrence Summers, były sekretarz skarbu USA zwraca uwagę na fakt, iż podczas gdy w okresie rewolucji przemysłowej standard życia człowieka urodzonego na Zachodzie wzrastał mniej więcej o 50 procent w czasie całej jego egzystencji, współcześnie tempo rozwoju gospodarczego w wybranych krajach Azji wskazuje na absolutnie rekordowy, stukrotny wzrost (czyli niemal o 10 tysięcy procent) w podobnym czasie!

Pozornie, skala przemian wygląda zatem na nieporównywalną z niczym, a co za tym idzie, trudną do oszacowania. Dodajmy jednak od razu, że już wielokrotnie prowadzono badania nad konsekwencjami gwałtownej modernizacji, tak więc pewne wzorce zachowań społecznych są mniej lub bardziej znane. Można je zilustrować danymi, które opracował Francis Fukuyama porównując dane dotyczące popełnianych przestępstw z użyciem przemocy od 1950 do 1996 roku w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii (Anglia i Walia), Szwecji oraz Japonii. Praktycznie we wszystkich krajach zachodnich liczba przestępstw wzrosła kilkakrotnie: na 100 tysięcy mieszkańców w roku 1950 w Szwecji notowano ich niewiele ponad setkę – 46 lat później liczba ta wzrosła do prawie 700. W Wielkiej Brytanii wskaźniki te wynosiły, odpowiednio, 50 i prawie 700, podobną dynamikę wzrostu przestępczości notowały Stany Zjednoczone. Jednak w kraju, który doświadczył największego unowocześnienia i transformacji politycznej w Azji, i który nadal zaliczany jest do najbardziej rozwiniętych na świecie – w Japonii – sytuacja wygląda inaczej. W 1950 roku liczba przestępstw z użyciem przemocy na 100 tysięcy mieszkańców wynosiła prawie 150, a zatem więcej niż w państwach zachodnich. Niecałe pół wieku później liczba ta spadła jednak poniżej pięćdziesięciu! Pewną rolę odegrał w tym przypadku czynnik demograficzny, bowiem w Japonii wskaźnik przyrostu naturalnego stopniowo malał, trwał proces szybkiego starzenia się społeczeństwa, zaś liczba imigrantów, jak zawsze, była stosunkowo mała. Nie zmienia to jednak faktu, że akceptowane i propagowane wartości społeczne, które gwarantują stabilność i pokój wewnętrzny, stanowią znakomity atut w procesie stałej modernizacji, której świadkami jesteśmy w coraz większej liczbie państw azjatyckich[6].

Interpretacji fundamentu owych wartości dokonał jakiś czas temu Lee Kuan Yew, twórca współczesnego Singapuru. Na pytanie, czy istnieje jeden model azjatycki, odparł:

Nie sądzę, aby istniał jeden model jako taki. Ale społeczeństwa azjatyckie nie są podobne do zachodnich. Fundamentalna różnica między koncepcjami Zachodu a krajami wschodniej Azji – Koreą, Japonią, Chinami i Wietnamem, choć także Azji Południowo-Wschodniej, w której wpływy kultury chińskiej mieszają się z indyjskimi, istnieją podobne wartości – polega na tym, że Azjaci wierzą, iż jednostka funkcjonuje wyłącznie w kontekście swojej rodziny. W żadnej mierze nie stanowi czegoś oddzielnego. Z kolei właściwa rodzina jest częścią szerszego kręgu dalszych i bliższych krewnych, następnie przyjaciół i kolegów, i wreszcie całego społeczeństwa. Tak więc rządzący nie starają się zapewnić lub zagwarantować jednostce tego, co najlepiej zabezpiecza i gwarantuje sama rodzina, w jej węższym lub szerszym wymiarze[7].

Niewykluczone, że owe wielokrotnie już opisywane wartości, zwane dziś umownie konfucjańskimi (lub – nieco śmielej – azjatyckimi), są obecnie na nowo definiowanie przez Europejczyków. Zwraca na to uwagę, już z polskiej perspektywy, Grzegorz Kostrzewa-Zorbas. To właśnie wywodząca się z Chin filozofia myślenia i działania, jak twierdzi, staje się prawdziwie globalnym konkurentem dla ideologii Zachodu. Konkurentem, który zyskuje coraz więcej sojuszników na całym świecie[8].

Azjatycki mit polityczny: Chiny i Indie 

Obecnie pyta się już zatem, czy Azja rzeczywiście staje się ważnym graczem na świecie, ale raczej dlaczego to właśnie ten kontynent ma być nowym centrum świata. Odpowiedzi różnią się w zależności od tego, kto ich udziela: podczas gdy zachodni politolodzy i ekonomiści zwracają uwagę na stopniowe przeobrażanie się tradycyjnej azjatyckiej kultury wspólnotowej w kulturę indywidualistyczną (przykład skrajnie dotąd kolektywistycznych Chinach i Korei Południowej), obserwatorzy z krajów azjatyckich podkreślają ogromne znaczenie pierwiastka wspólnotowego w procesie dynamicznego rozwoju tej części świata[9].

Nic więc dziwnego, że chińskie władze nadal zalecają dziennikarzom oraz instytucjom kulturalnym i edukacyjnym kultywowanie idei harmonijnej wspólnoty, a zarazem piętnowanie indywidualizmu, „jako modelu obcego kulturowo i groźnego dla spójności państwa i wzrostu gospodarczego”. Indywidualizm, jak się podkreśla, sprzyja kreatywności i współzawodnictwu, co widoczne jest w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej, lecz siła Azji tkwi w myśleniu wspólnotowym, które, choć zagraża integralności jednostki, pozwala na zdecydowanie większą wydajność i skuteczność. Ostatnie wydarzenia w Stanach Zjednoczonych, które powszechnie uznano za symboliczny początek światowego kryzysu finansowego, dostarczyły wielu obserwatorom z Azji kolejnych argumentów na potwierdzenie tezy o wyższości kolektywizmu nad indywidualizmem.

Trudno dyskutować z poglądem – który, często zresztą w uproszczonej formie, wyznaje wielu azjatyckich ekonomistów i polityków – że nieskrępowany egoizm jest zgubny dla gospodarki. W Chinach, dumnych ze sprawnej organizacji ostatnich igrzysk olimpijskich, furorę zrobiły zdjęcia ilustrujące upadek amerykańskiego banku inwestycyjnego Lehman Brothers. Widok setek pracowników w nieskazitelnie białych koszulach i jedwabnych krawatach wysłuchujących ze spuszczonymi głowami informacji o bankructwie firmy wywołał w Azji moralistyczne komentarze, w których ze źle skrywaną satysfakcją piętnowano „indywidualistyczne rozpasanie Zachodu” oraz „zaślepienie spowodowane niepohamowana konsumpcją”. Powtarzano także przestrogę: „najpierw zarabiaj, potem wydawaj – nigdy odwrotnie!”.

Sukces Azji jako całego, coraz skuteczniej współpracującego kontynentu, ma swoje źródło – co podkreślają sami Azjaci – w świecie idei. Wielu z nas, na Zachodzie, ubolewa, że współczesna Europa ma kłopoty z ponownym określeniem własnej mitologii politycznej, która mogłaby skutecznie jednoczyć wszystkie narody. Tymczasem Azja nadal żyje w świecie wielkich mitów, które skutecznie umacniają fundamenty społeczne. Nie ma też problemów ze zręcznym ich prezentowaniem w opakowaniu kultury popularnej – zwłaszcza w kinematografii.

Przykładowo nowa mitologia polityczna Komunistycznej Partii Chin dowolnie łączy ze sobą elementy mitu środka, taoizmu i konfucjanizmu. Ma nawet swoją nazwę: „fuxing zhongguo” („narodowe odrodzenie”, a dosłownie: „Odrodzenie Państwa Środka”)[10]. Chińczycy, zdaniem władz, muszą odzyskać dumę, którą utracili w dziewiętnastym i w pierwszej połowie dwudziestego wieku. Państwo Środka uległo wtedy degeneracji, ponieważ „tradycyjne wartości, takie jak poszanowanie rodziny i posłuszeństwo władzy, wyparte zostały przez fałszywe idee Zachodu”. „Mamy trudne czasy. Zdominował nas Zachód. Ja nie mogę tylko zarabiać pieniędzy, a Ty tylko walczyć. Musimy zrobić coś dla kraju” – mówi jeden z bohaterów filmu Ronny’ego Yu Nieustraszony, znakomicie wpisującego się w oficjalną propagandę. Film nawiązuje do biografii Huo Yuanji, słynnego mistrza wschodnich sztuk walki (w jego postać wcielił się Jet Li, aktor, który kilka lat wcześniej zagrał w innym ważnym dla współczesnych Chin filmie – Hero). W kulminacyjnej scenie Nieustraszonego, kiedy, podstępnie otruty przez wrogów (symboliczna postać Japończyka w zachodnim smokingu!) Huo kontynuuje walkę i ostatecznie wygrywa, cała sala [O JAKĄ SALĘ CHODZI? POTRZEBNE UŚCIŚLENIE] krzyczy: „w jedności siła!”. Okrzyk ten stał się już elementem politycznej propagandy – po trzęsieniu ziemi w Syczuanie w maju ubiegłego roku transparenty z takim właśnie hasłem wieszano w miejscach publicznych i na ścianach domów, podkreślając solidarność narodu z ofiarami kataklizmu.

Nie mniej symboliczna jest w tym samym filmie scena, w której wszyscy mieszkańcy wioski, ramię w ramię, sadzą ryż: w równych odstępach, według jakiegoś niewidocznego plan. Każdy z nich wie, co do niego należy. Ta wspólna praca staje się w pewnym sensie przeżyciem mistycznym, nikt nie rozmawia, nie żartuje, za to wszyscy przerywają pracę, podnoszą głowy i oddychają głęboko, kiedy od strony gór powieje chłodny wiatr. Moment ten pokazany jest w filmie jak modlitwa – wspólna praca nabiera znaczenia metafizycznego. Przywodzi to na myśl słynną tezę Karla Augusta Wittfogela, który utrzymywał, że „cywilizacja ryżu jest związana z systemem sztucznego nawadniania, który narzuca rygory obywatelskie, społeczne i polityczne”. Przesłanie tej sceny jest właśnie takie: tylko wspólnie można osiągnąć sukces, zaś ten, kto się wyłamuje (bohater filmu sadzi ryż za szybko i nierówno) – burzy Ład.

Nowa mitologia polityczna Chin zawdzięcza także wiele innemu filmowcowi, Zhang Yimou, twórcy wspomnianego już Hero, w którym główny bohater usiłuje zabić władcę sąsiedniego państwa, dążącego do podbicia i zjednoczenia małych chińskich królestw w jedno wielkie cesarstwo. Kiedy niedoszły zabójca dociera w końcu przed jego oblicze, ulega jego argumentacji (ofiary są konieczne, aby zjednoczyć ludzi i wprowadzić Ład), po czym wychodzi z komnaty, wiedząc, że na dziedzińcu czeka go śmierć z rąk straży. Zostaje po tym pochowany z honorami, jako bohater, który powstrzymując się od zamachu na władcę, ocala świat przed chaosem i zapewnia mu harmonię. Cesarz jest symbolem kosmicznego porządku. Jego zabicie byłoby zwycięstwem  anarchii, a tego właśnie najbardziej obawiają się Chińczycy. Nie przez przypadek dzisiejsze władze Chin świadomie podtrzymują mit Pierwszego Cesarza, do którego postaci nawiązuje Hero, tak jak nieprzypadkowo to właśnie Zhangowi Yimou powierzono przygotowanie ceremonii otwarcia igrzysk olimpijskich w Pekinie.

Współczesne Indie są dużo bardziej zróżnicowane etnicznie, językowo i religijnie niż Chiny. Rola mitu politycznego, jako spoiwa narodowego, jest więc nie do przecenienia. Paradoksalnie, składniki tego mitu w dużym stopniu dostarczyli sami Europejczycy, których fascynacja Wschodem zaowocowała tłumaczeniami tekstów sanskryckich autorstwa Maxa Müllera, odkryciami archeologicznymi Alexandra Cunninghama, czy wreszcie popularnymi publikacjami na temat indyjskiej jogi, religii, kultury, bądź szerzej – duchowości. Dzięki historycznym badaniom przeprowadzonym przez Europejczyków Indusi [Hindusi?] odkryli świadectwa wielkości cywilizacji indyjskiej, zaś indyjscy politycy zaczęli na ich podstawie tworzyć nowy mit narodowy. Z koncepcji „złotego wieku”wywiedziono na przykład ideologię hindutwy (hinduskości), do której odwoływali się potem na przykład indyjscy tradycjonaliści, czyniąc z mitu o początku Indii narzędzie polityczne prowadzące do zdobycia władzy i, przede wszystkim, łączące podzielone społeczeństwo Indii w jeden naród. Koncepcję hindutwy opracował najpełniej Winajak Damodar Sawarkar, którego dzieła stały się wiele lat później programem Indyjskiej Partii Ludowej (BJP). „Hindutwa nie jest słowem, ale całą historią”, utrzymywał, domagając się stworzenia ojczyzny, którą miał być Hindustan – uświęcone mitologią, ale jednocześnie realnie istniejące państwo rozciągające się od „Himalajów aż do Przylądka”, czy też od „Sindhu do Sindhu”[11].

Recepcja idei narodowej była tym szersza, im wyraźniejsze miała podłoże religijne. Element sacrum jest integralną częścią codziennego życia każdego Indusa, tak więc bohaterami indyjskiego mitu politycznego są w takim samym stopniu postaci z panteonu religijnego (na przykład król Rama, inkarnacja boga Wisznu), jak i historyczne (chociażby cesarz Aśoka Wielki z III w. p.n.e.), którego symbol koła (tzw. Aśoka Czakra) znajduje się na fladze Republiki Indii. Tradycyjny mit, istniejący od wieków w świadomości Indusów, wpisał się zatem w strukturę indyjskiego światopoglądu politycznego oraz, co niezwykle intrygujące, pozostaje w harmonii z wyzwaniami nowoczesności na progu XXI wieku. 

*

Obrazy współzawodnictwa między Zachodem i Azją miewają często zbyt ostre kontury. Nieustanne podkreślanie konfliktu umożliwia co prawda lepsze zrozumienie zarówno cudzej odmienności jak i własnej specyfiki (albowiem nic lepiej nie działa na wyobraźnię niż zasada kontrastu), ale niekoniecznie odzwierciedla stan rzeczywisty na świecie. Kryzys gospodarczy, ów wielki weryfikator idei, dotknął zarówno Stany Zjednoczone i Europę, jak i Japonię, Chiny, Indie i wreszcie pozostałą część Azji, chociaż w każdym z państw jego skutki będą miały odmienne implikacje. Stan zagrożenia staje się motorem wspólnego działania, czego symbolem był waszyngtoński szczyt G-20 w listopadzie ubiegłego roku. Niewykluczone, że otwiera się tym samym następny rozdział procesu współpracy na świecie, a jednocześnie ideowej konwergencji, w którym niemal każdy będzie się czuł (we własnym, dobrze pojętym interesie) odpowiedzialny za stabilny rozwój świata.

Oczywiście, nie oznacza to, że znikną lub znacząco zmniejszą się obszary konkurencji czy głównych konfliktów. Trudno też przewidywać, że problemy terroryzmu, zagrożeń ekologicznych, nierówności demograficznych, niekontrolowanych migracji czy sporów o surowce staną się mniej istotne. Wiele, nawet najbardziej pesymistycznych scenariuszy, jest tu możliwych. Rzecz jednak w tym, że globalna współpraca staje się w takiej sytuacji absolutną koniecznością. Współpraca, która wcześniej czy później powinna wymusić pewien konsensus polityczny, oraz – by tak rzec – ideologiczny, przynajmniej wśród najważniejszych światowych graczy. Paradoksalnie więc, dla Zachodu i Azji czas kryzysu może okazać się dobrą okazją do szukania najbardziej skutecznych rozwiązań, które – kto wie – być może na długo określą wspólny paradygmat postępowania, i które (to już wyraz naszego optymizmu) sprawią, że zwycięzców po obu stronach będzie dużo więcej aniżeli pokonanych.


[1] Por. numer specjalny „India Today”: Newsmakers 2006, The Accelerators, 15 stycznia 2007.

[2] Por. www.timesonline.co.uk, Interview: Yang Yuanqing, Lenovo chairman, 28 sierpnia 2007; www.buisnessweek.com, The Stars of Asia – Managers, 2 czerwca 2001; W. Surmacz, Diabelski młyn, „Newsweek”, 28 grudnia 2008.

[3] Por. K. Mahbubani,The New Asian Hemisphere: The Irresistible Shift of Global Power to the East, New York 2008.

[4] Por. P. Bairoch, International Industrialization Levels from 1750 to 1980, „Journal of European Economic History”, 11 (Autumn 1982).

[5] Por. S. Huntington, Zderzenie cywilizacji, tłum. H. Jankowska, Warszawa 1997, s.106–122.

[6] Por. F. Fukuyama, Wielki wstrząs, tłum. H. Komorowska i K. Dorosz, Warszawa 2000, s. 34–42.

[7] F. Zakaria, A Conversation with Lee Kuan Yew, „Foreign Affairs”, vol. 73, no. 2 (marzec/kwiecień 1994).

[8] Por. G. Kostrzewa-Zorbas, Świat po pekińsku, „Newsweek”, 28 grudnia 2008. W tym też numerze, w artykule Wiatr od Wschodu poruszałem (P.K.) kwestię kształtującej się pozycji Azji we współczesnym świecie.

[9] Różnice między indywidualizmem i kolektywizmem oraz wpływ obu typów kultur na społeczeństwa budzą namiętne dyskusje w środowiskach akademickich, politycznych i ekonomicznych. Z ogromnej liczby publikacji na ten temat warto polecić Czas plemion M. Maffesoliego (tłum. M. Bucholc, Warszawa 2008) oraz Kulturę indywidualizmu M. Jacyno (Warszawa 2007).

[10] Zob. na stronie www.atimes.com: P. Jain, G. Groot, Beijing’s soft power offensive, 17 maja 2006.

[11] Szerzej na ten temat w: P. Kłodkowski, O pęknięciu wewnątrz cywilizacji, Warszawa 2005. Tam też opis całej gamy mitów politycznych współczesnych Indii, szczególnie pozytywistycznej koncepcji nowoczesnego narodu J. Nehru. Hasłem wywoławczym jest tutaj proste hasło: „unity in diversity”– „jedność w różnorodności”. W przypadku Indii ma jednak one nieco inne znaczenie niż w pozostałych krajach Azji.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata