70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Potrzebna jest asymetria

Prawa człowieka nie przypadkiem nazywane są prawami. Chodzi bowiem o to, co się należy. Groźne jest, kiedy uzależnia się posiadanie praw, zwłaszcza praw człowieka, od tego, czy ktoś spełnia obowiązki.

Czym są prawa człowieka?

Prawa człowieka to pewien termin techniczny, konkretna nazwa dla historycznego ujęcia problemu, który po prostu był, jest i będzie. I nawet, jeśli kiedyś wygaśnie język, którym mówimy o prawach człowieka, nie wygaśnie sam problem. Co najwyżej znajdzie sobie tylko inną nazwę. Podstawowym mitem odnoszącym się do  idei praw człowieka mogłaby być przypowieść Jezusa, która daje odpowiedź na pytanie: kto jest moim bliźnim? Oto idzie Samarytanin i zauważa rannego. Etnicznie jest mu obcy. Ludzie, kierujący się na pierwszym miejscu właśnie jakąś swoją przynależnością, mijają go. Lecz Samarytanin dostrzega jego człowieczeństwo i okazuje się wobec niego bliźnim. To nie jest tylko zachęta do miłosierdzia. Samarytanin w tej przypowieści wychodzi poza wszelkie kategorie przyjęte w jego społeczności i poniekąd poza te w ogóle przyjęte w jego czasach. Uniezależnia świadomość człowieka od wszelkich uwarunkowań. I wiąże ją z odczuciem człowieczeństwa drugiego, które przebija się przez wszystkie bariery. To bardzo ważny tekst nie tylko dla wierzących. On jest w ogóle jakimś magistralnym tekstem dla refleksji o bezwarunkowości wspólnoty człowiek-człowiek. Natomiast jeśli chodzi o koncepcje tego, czym są prawa człowieka, można powiedzieć, że są dwie.

Jakie to koncepcje?

Pierwsza widzi prawa człowieka najszerzej. Utożsamia je z tym, co dyktuje miłość bliźniego. W tych kategoriach postrzega również przynajmniej niektóre relacje między jednostkami: jednostka powinna szanować prawa drugiej jednostki. To koncepcja „człowiek-człowiek”, ale może również dotyczyć grup, funkcjonowania społeczeństwa w swojej tkance, interakcji. To jest pewien etos, myślę, że bardzo cenny i potrzebny. Może na przykład skutecznie przeciwdziałać naruszaniu takich praw jednostek jak osobista dyskryminacja ze względów rasowych lub ze względu na orientację seksualną czy też dyskryminacja ze względu na przynależność do pewnej kultury – to wprawdzie już niby minęło, ale czy aby wszędzie i zawsze? Jeżeli chcemy zastosować kryteria, które zazwyczaj stosuje się, by badać, czy ktoś przestrzega praw człowieka właśnie na tym podstawowym poziomie relacji międzyosobowych, możemy go spytać, czy miałby coś przeciwko, gdyby jego sąsiadem został człowiek innej rasy. Albo jak zareagowałby, gdyby jego córka chciała stworzyć związek z taką osobą. Odpowiedź da nam wskazówkę co do tego, jakie są czyjeś osobiste predylekcje – a te mogą być szkodliwe, niezgodne z etosem praw człowieka, jeżeli kogoś wykluczają. 

Nawet jeśli dzieje się to tylko na poziomie myśli? 

Oczywiście, bo taka osoba naraża się na to, że wykształci w sobie taki rodzaj odpychania ludzi, który uczyni ją samą odpychającą. Nie możemy zajrzeć w myśli innego człowieka. On musi te myśli w jakiś sposób ujawnić – zwykle ujawnia je bardziej mówieniem niż działaniem. Czasem jednak od słowa do czynu droga nie jest daleka. Na skutek użycia pewnych słów ludzie również cierpią. Są przez nie sami uszkadzani i doznają urazów od innych, które z kolei niekorzystnie modyfikują ich własne zachowania. Świat poczynił pewien postęp w kierunku przestrzegania tego, by również słowem nie naruszać godności ludzi. Stąd ten, kto narusza godność innych, traci swoją. Zaczyna być widziany jako człowiek niepasujący. Oczywiście tutaj też trzeba uważać, by nie generować jeszcze więcej zła, reagując zbyt szybko, zbyt kategorycznie, zbyt ostro. Potrzebny jest dialog, który ludzi uspokaja – nie zaś potępienie. Ale sama wiele razy o tym pisałam, że istnieje granica tego, co mogę uprzejmie tolerować i starać się pokonać metodą dialogu. Ta granica jest w miejscu, w którym zaczyna się rasizm i antysemityzm. 

A co o prawach człowieka mówi druga koncepcja?

Jest to podejście charakterystyczne między innymi dla Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, a przed nią także dla Komitetu Helsińskiego, który fundacji dał początek i wciąż zresztą istnieje. Opiera się na przekonaniu, że prawa człowieka są domeną stosunków między jednostką a władzą. I to władzą w zasadzie państwową lub upodabniającą się do państwowej. W tym rozumieniu obrońcy praw człowieka to obrońcy jednostki przed tyranią władzy. Użyłam mocnego słowa, ale w ogóle chodzi o zbyt daleko idące zakusy. Kazus tyranii jest szczególnie wyraźny, ale są i inne. Na przykład sytuacje, w których trzeba dochodzić, czy człowiek, który skarży się na naruszenie swoich praw, nie skarży się lekkomyślnie, nie domaga się rzeczy, które naruszyłyby prawa innych. Praworządność – to coś bardzo bliskiego, właściwie synonim ideału praw człowieka. Dlatego działanie Trybunału Konstytucyjnego, który bada konstytucyjność prawa i ewentualnie je koryguje, jest dla ruchu praw człowieka niezwykle ważne. Zakładamy, że konstytucja została tak napisana, że dobrze chroni prawa człowieka. Gdyby było inaczej, należałoby ją ulepszyć. W bieżącej działalności ustawodawczej trzeba po prostu pilnować, żeby była przestrzegana. Może właśnie dlatego obrońcy prawa człowieka są często prawnikami. I tak bardzo cenią sobie działalność Trybunału Konstytucyjnego. 

Chrześcijaństwo i prawa człowieka 

Jak doszło do związania się Pani z ruchem praw człowieka? 

Byłam doradcą Komisji Robotniczej Hutników w Nowej Hucie. W początkowym okresie istnienia ruchu solidarnościowego bardzo ważne było znalezienie pewnych podstaw, możliwości odwołania się do praw obowiązujących w społeczności międzynarodowej, do czegoś, co skłaniałoby do opowiedzenia się po naszej stronie. Rozglądając się za czymś takim, ktoś z hutników zwrócił uwagę na mój minireferat opublikowany w „Znaku” na temat „Kościół a prawa człowieka”. Uznał mnie – na słabej podstawie – za kogoś, kto się na tym zna. Chociaż był to krótki, informacyjny i oparty na tłumaczeniu tekst, doczekał się pewnego zainteresowania, dlatego że był wtedy aktualny. Bo poprzez kontekst kościelny wskazywał na ruch obrony praw człowieka.

Zbyt rzadko podkreśla się, że „Solidarność” w tym ruchu znalazła szczególnie mocny oddźwięk. W tym okresie pontyfikatu Jana Pawła II Kościół rzymskokatolicki uznał, że prawa człowieka są jedne – że nie ma „katolickich praw człowieka” i jakichś innych, na przykład „laickich” lub „lewicowych”. Są po prostu prawa człowieka. I zaczął o nich mówić tym samym językiem co przedstawiciele międzynarodowego ruchu obrony praw człowieka. W wypowiedziach Jana Pawła II można znaleźć echa Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, choć Deklaracja mówi językiem nieco innym niż Kościół: na przykład w Kościele częściej mówi się o prawach osoby, a tu dochodzi już określona filozofia. Z kolei na płaszczyźnie ogólnoludzkiej częściej mówi się o prawach człowieka. Ale w praktyce człowiek ten jest widziany tak, jak Kościół widzi osobę. Jest to więc głównie różnica słownikowa, a nie merytoryczna.

W jaki sposób rozkładają się poszczególne akcenty w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, a jak w koncepcji osoby? 

Katolicka koncepcja praw człowieka, nawiązująca do katolickiej nauki społecznej ma jakby bardziej wspólnotowy charakter niż koncepcja ogólnoludzka, w której broni się zwłaszcza jednostki. Uczestnicząc we wspólnym działaniu, można wybrać pewne akcenty, które dla kogoś szczególnie się liczą. My po prostu zauważamy, jak bardzo człowiekowi potrzebna jest wspólnota. Chrześcijaństwo kładzie na to akcent i wobec tego więcej o tym mówi, podczas gdy w ujęciu ogólnoludzkim więcej mówi się o prawach jednostki. Ale jedno z drugim nie jest wcale sprzeczne, ponieważ aby zaistniała wspólnota, muszą być przede wszystkim szanowane prawa jednostki. Tylko jednostka, której prawa są respektowane, ma swobodę wchodzenia we wspólnotę. Optymalna sytuacja to taka, w której ludzie mający różne dodatkowe źródła swojego „przylgnięcia” do praw człowieka współpracują w pełnej harmonii, szanując wzajemnie swoje różnice, jak przystało obrońcom praw człowieka.

Jakie zatem były Pani źródła „przylgnięcia”? 

Położyłam w sobie fundament, wybierając chrześcijaństwo jako swój świat. Natomiast w praktyce okazało się, że wiedza o prawach człowieka jest po prostu potrzebna ludziom, z którymi współpracowałam w Nowej Hucie. Kolejnym etapem było zetknięcie się [EW. DATA?] z Komitetem Helsińskim, już wtedy istniejącym i prowadzącym działalność konspiracyjną w Warszawie w bliskiej łączności ze strukturami „Solidarności”. Jego współpracownicy wkrótce doszli do wniosku, że chcieliby mieć w swoim gronie osoby, które mogą się przydać do pisania tekstów. Nie był to jednak jedyny powód, dla którego zostałam doproszona do Komitetu Helsińskiego: w dotychczasowym składzie brakowało też osób postrzeganych jako bliskie Kościołowi. Wciągnęłam się w to prędko i zostałam. Nabywałam konkretną wiedzę z pogranicza prawa i etyki, nie w szkole, która potem założyliśmy, ale niczym terminator u szewca. Nigdy nie uczyłam się na pamięć dat, paragrafów i konwencji, które stanowią obecnie europejskie narzędzie ochrony praw człowieka. Dowiedziałam się natomiast fundamentalnych rzeczy: czym są prawa człowieka w ogóle oraz czym są w szczególności dla ruchu helsińskiego.

Które kwestie wydają się tu Pani szczególnie ważne? 

Prawa człowieka nie przypadkiem nazywane są prawami. Chodzi bowiem o to, co się należy. Groźne jest, kiedy uzależnia się posiadanie praw, zwłaszcza praw człowieka, od tego, czy ktoś spełnia obowiązki. Niestety jest to pogląd wciąż szeroko reprezentowany. To założenie, że społeczeństwo zawiera z jednostką układ o wymianie: ty będziesz robić, co do ciebie należy, a my ci przyznamy, co należy się tobie; jeśli przestaniesz robić to, co masz robić, to odejmiemy ci nie tylko te przywileje, które rzeczywiście mają charakter nagród, ale również i podstawowe prawa.

Istotą praw człowieka jest asymetria w tym względzie. Jest ona konieczna, aby prawa jednostki były przestrzegane i aby można było na tym obszarze swobodnie się poruszać. To jest najważniejsza, podstawowa intuicja. Powszechność praw człowieka oznacza, że mają je wszyscy niezależnie od spełniania obowiązków. Wiąże się to z zakorzenieniem tych praw w tych osobach, którzy je uznają. Człowiek, który stał się zbrodniarzem, wciąż ma prawa człowieka. Nie są one zakorzenione tylko w nim samym – on może i przez swoją zbrodnię coś w sobie niszczy, ale nie zdoła zniszczyć swoich praw we mnie, w innych jednostkach. Wyrazem naszej godności jest między innymi nakaz, aby nie poniewierać godności innych – nawet kogoś, kto sam zachował się niegodnie. Godność państwa wymaga, aby szanowało ono prawa wszystkich swoich obywateli, niezależnie od tego, czy wykonują obowiązki, czy nie.

Asymetrię, o której rozmawiamy, widać chyba szczególnie wyraźnie, gdy broni się prawa do życia człowieka, który sam odebrał je innym. W tym roku po raz drugi była Pani inicjatorką obchodzenia w Polsce Europejskiego Dnia przeciw Karze Śmierci…

W postawie wobec kary śmierci wszystko ujawnia się w sposób dramatyczny. Również to, o co w ogóle chodzi w prawach człowieka. Społeczeństwo, które widzi, że ktoś wyraża swoją pogardę wobec życia, popełniając zbrodnię, nie doznaje poprawy swojego spojrzenia, gdy samo tego zbrodniarza skazuje na śmierć, tyle że w majestacie prawa. Zabicie człowieka nie jest antidotum wobec zbrodni.

W zeszłym roku Rada Europy i Unia Europejska chciały ustanowić Dzień przeciw Karze Śmierci. Rada Europy mogła go ustanowić, ponieważ decyduje tam większość głosów. Unia Europejska działa w takich kwestiach jednogłośnie, a Polska się nie zgodziła. To nas bardzo zaniepokoiło. Z poparciem Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka postanowiłam wtedy, że aby zdopingować polskie władze do działania, spróbujemy zebrać podpisy za ustanowieniem tego święta. Wkrótce wszystko to zostało załatwione w sposób godny naszego członkostwa w Unii. Uznałam zatem, że nie jest to już sprawa, którą trzeba się pilnie zajmować. Lecz w ostatnim okresie zaniepokojenie wielu osób wzbudziły między innymi wypowiedzi premiera, które kwestionowały podstawową zasadę, że prawa człowieka są nienaruszalne, niezbywalne i nie można ich stracić nawet przez najgorsze postępowanie. Wypowiedź premiera Donalda Tuska o pedofilach była niezręczna. Stosowanie hormonów w terapii pedofilów nie jest oczywiście kastracją, ale pojawiły się też przy okazji głosy, że taki przestępca nie ma już praw człowieka. To jest już groźne: pomysł, że można kogoś leczyć niedobrowolnie. Stale też spotykamy się z wypowiedziami ludzi, że w gruncie rzeczy chcieliby przywrócenia kary śmierci. Te sprawy sygnalizują, że Dzień przeciw Karze Śmierci jest potrzebny: wiele osób dowiaduje się wtedy czegoś na temat natury praw człowieka. 

Prawo do życia jest tym najbardziej podstawowym i oczywistym prawem. Czy istnieje jednak jakaś hierarchia praw człowieka, w której na pewnym poziomie zaczynają się kontrowersje, niuanse, niejasności?

Jeżeli przyjmiemy, że prawa człowieka służą regulowaniu stosunków między jednostkami, to zaczynają się one rozmywać i gubić w niuansach. Stąd konieczne są konkretne kodeksy, które określają sposób, w jaki ich bronimy. Fundacja Helsińska zajmuje się tylko tymi prawami człowieka, które dotyczą stosunków państwo-jednostka i których można dochodzić przed sądem. Tam prawo jest „władne”. Natomiast w kwestii stosunków międzyludzkich istnieje milion niuansów i żadne prawo nie jest w stanie ich unormować. Przychodzi na przykład do nas kobieta, która nie może rozstrzygnąć sporu mieszkaniowego z byłym mężem. To dramatyczna sprawa, bardzo nam jej żal, ale niestety nie pozostaje nam w takim przypadku nic innego, jak powiedzieć, że możemy jej tylko pomóc dostać się do jakiejś kancelarii prawnej. Jest to sprawa, w której nie ma problemu konstytucyjności. Fundacja Helsińska nie zastąpi kancelarii prawnej. Często natomiast nasza obecność w charakterze obserwatorów z ramienia fundacji skłania innych do większego skupienia nad tym, co robią. Jesteśmy organizacją – tak to się nazywa – strażniczą: przyglądamy się, w jaki sposób władza sądownicza w Polsce działa w obronie praw człowieka. Stąd wynikają też na przykład trudności z prawami społecznymi: nie można domagać się ich realizacji na drodze sądowej. Nie mają one charakteru „mgławicowego” i są niewątpliwie niesłychanie ważne, ale w znacznej mierze są też powiązane z systemem gospodarczym i dużo mniej jednoznaczne.

Jest to kolejna generacja praw człowieka. Na przykład prawo do pracy, które jest bardzo podstawowe. Ale państwo nie ma obowiązku być pracodawcą. Można starać się rozliczać władzę z tego, czy robi coś w kierunku zapewnienia ludziom pracy – pytać, sprawdzać, piętnować cyniczne wypowiedzi na ten temat lub praktyki dyskryminacyjne. Fundacja Helsińska nie zajmuje się jednak społecznymi prawami człowieka, ponieważ nie mamy instrumentów, żeby ich dochodzić.

Obok instrumentów prawnych jest jeszcze jeden, którym nasza fundacja się posługuje, wręcz dominuje on w jej aktywności. To nauczanie o prawach człowieka. By ludzie się upomnieli o swoje prawa, muszą o nich wiedzieć.

Granica rozwścieczenia większości

Często zabiera Pani głos w sprawach, które wzbudzają społeczne kontrowersje. Z jakich względów tak bardzo interesuje Panią na przykład obrona praw mniejszości? 

Jeżeli w jakiejś konkretnej kwestii ktoś jest w mniejszości, to ma większe prawo, żeby inni się o niego upomnieli, bo jego własny głos może być niedostatecznie słyszalny lub zlekceważony dlatego, że innym brakuje zrozumienia dla jego potrzeb lub opinii. Zdarza się często, że ktoś, kto jest w mniejszości, szuka oparcia i to oparcie powinien znajdować w prawie. Ale jeśli prawo niedostatecznie w tej kwestii chroni prawa człowieka lub jest źle interpretowane albo lekceważone przez większość, wtedy trzeba coś zrobić. Dla dobra tej jednostki, ale w gruncie rzeczy również dla dobra wszystkich. Bo wszyscy powinni żyć w społeczeństwie, w którym prawa człowieka są przestrzegane. W takim społeczeństwie jest dobrze i bezpiecznie. Paradoksalnie, czasem trzeba chronić większość przed nią samą, żeby nie zagłuszała mniejszości ze szkodą dla siebie. Szkoda polega na stracie różnorodności, ale przede wszystkim na własnej demoralizacji. Jeżeli się ktoś nauczy lekceważyć mniejszość, to taka postawa może przejawiać się w coraz większej liczbie spraw i psuje się przez to współżycie społeczne. Prawa mniejszości muszą być przestrzegane po to, by korzystanie z praw większości nie stało się tyranią. 

Czy istnieje jednak jakaś granica zaangażowania i troski o prawa mniejszości, po przekroczeniu której mogą zostać zagrożone prawa większości?

Myślę, że w praktyce, w warunkach demokracji to nie jest realne zagrożenie. Jest jedna bardzo poważna obawa, że jeżeli przyzna się mniejszości coś, co bardzo zdenerwuje większość, może się to okazać niedźwiedzią przysługą. Wzbudzi się negatywne, obronne odruchy większości i ostatecznie bardzo mniejszości zaszkodzi. W tym sensie tak zwana dyskryminacja pozytywna, choć ma swoje plusy, jest strategią ryzykowną. A więc trzeba się zastanawiać z punktu widzenia roztropności, czy dany przywilej jest wart takiego ryzyka, czy może przynieść większą szkodę. Ta granica na pewno istnieje. Granica rozwścieczenia większości. Musi to być przemyślane i od strony perswazji, i informacji, i sposobu, w jaki się to zrobi. Wspieraniem spokojnej, długofalowej współpracy korzystnej dla większości i dla mniejszości można osiągnąć dużo.

Powiedziała Pani kiedyś: „Lustracja to zagadnienie z mojego menu”. Czym się Pani kieruje, wybierając te, a nie inne sprawy do swojego „menu”, angażując się w coś lub nie?

Zagadnienia z mojego „menu” w dużej mierze zależą od kwestii technicznej. Z powodu trudności z widzeniem, a zatem czytaniem, nie mogę już ogarniać wszystkiego, gdzie mogłabym się do czegoś przydać. Muszę wybierać. Mnóstwo rzeczy mnie obchodzi, ale już nie nabiorę kompetencji, albo wręcz nie utrzymam dawniej posiadanych. Są jednak tematy, w które w dalszym ciągu mogę się angażować. Na przykład sprawa lustracji, którą się zajmowałam.

Jest w tej chwili w fundacji pion, który zajmuje się pomocą prawną w tym zakresie. Został powołany, gdy wszystko wskazywało, że to będzie bardzo duży  problem, jeszcze zanim Trybunał Konstytucyjny nie zawęził pola działania lustratorów. Jednak nadal jest to dziedzina, której trzeba państwu patrzeć na ręce. I mnie w dalszym ciągu to interesuje w związku z kompetencją, którą zdobyłam, patrząc, jak to przebiegało w innych krajach. Mam kontakt z prawnikami fundacji, którzy zajmują się tym tematem. Sama doświadczyłam, czym może być na przykład „dzika lustracja”. Więc owszem, pozostaje to w moim „menu”. Inne rzeczy, to w dużej mierze sprawa rasizmu i antysemityzmu. I tu staram się śledzić, co się dzieje, współpracować z Radą Europy. Czasem wracam też do praw pacjenta. One znajdują się na skrzyżowaniu praw społecznych i praw godnościowych. Działając kiedyś w opiece hospicyjnej, przyjrzałam się temu. No i wreszcie przestrzeganie praw człowieka w uprawianiu dziennikarstwa. By dziennikarstwo pełniło swoją funkcję społeczną, by nie było tylko rozrywką poprzez informację. To mnie interesuje. Temu nie ma sposobu przeciwdziałać inaczej, niż podejmując inicjatywę i proponując coś innego.

Na Pani swojej stronie internetowej można znaleźć takie słowa: „Kamień zmienia bieg tego, co się po nim przetacza. Umieściłam ów kamień, kamyk zwrotny w potoku – a nie na torze lawiny… I tak poleciało w świat”. 

Jest to mój ulubiony obraz Miłosza. Każdy, kto na przykład złożył podpis przeciwko karze śmierci, jest tym kamykiem. Każdy, kto w jakikolwiek sposób włączył się w akcję. I to poczucie może trochę leczyć naszą frustrację, że „mogę tak mało”, że „co ja mogę?”. To prawda, że mogę mało. Ale jednocześnie tak mało nie jest wcale tak mało. Bo składa się na tor czegoś większego, mocniejszego.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata