70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Barack Obama: ani w lewo, ani w prawo…

Jak zauważa komentator „The New York Times”, David Brooks, Obama konsekwentnie podkreśla znaczenie powiązań między ludźmi, sieci połączeń i wpływów. Istotną zmianę polityczną utożsamia ze zmianą ducha wspólnoty.

Wprowadzenie

Od wielu już lat badacze zauważają, że polityka w Stanach Zjednoczonych ulega stopniowemu „uśrednianiu”; że dawne, wyraziste podziały między lewicą a prawicą – parią demokratyczną a partią republikańską – stopniowo się zacierają (por. np. Hardy 1992, Kozłowski 2008). Jednak okres rządów George’a Busha uznawany jest za czas powrotu do dawnych dychotomii: społeczeństwo amerykańskie wyraźnie podzieliło się w kwestii polityki zagranicznej – czy wojna w Iraku jest słuszna, czy nie – a to doprowadziło do odnowienia wielu dawnych linii dychotomizujących społeczeństwo. Powróciły zagadnienia roli religii w państwie i życiu człowieka, aborcji, praw obywatelskich itp.

W poniższym artykule twierdzić będę, że program jednego z obecnych kandydatów na prezydenta – Baracka Obamy – może być uznawany za przejaw powrotu do wcześniejszej tendencji zacierania polaryzujących społeczeństwo różnic. Dowodzić będę, że tendencja ta dokonuje się nie tylko na poziomie praktyki społecznej – poprzez działalność Obamy i głoszone przez niego idee – ale także jest odzwierciedlona na płaszczyźnie teoretycznej. Program Obamy w swych najogólniejszych założeniach jest bowiem spójny z podejściem komunitariańskim, szukającym kompromisu między tradycyjną koncepcją liberalną (na gruncie amerykańskim oznacza to opcję demokratyczną) a klasycznym konserwatyzmem (czyli, w wydaniu USA, opcją republikańską).

Przypomnijmy: dla demokratów najważniejsza wartość to równość obywatelska. Oznacza ona, że – ze wzlędu na równość obywateli na płaszczyźnie aksjologicznej –  powinien być im zapewniony równy dostęp do cenionych społecznie zasobów: edukacji, ochrony zdrowia, zabezpieczeń finansowych itp. Konsekwencją takiego sposobu myślenia jest zatem przekonanie o silnej roli państwa, które, poprzez system redystrybucji dochodów, ma stać na straży owej równości. Jednocześnie – ze względu na jednakową wartość każdej jednostki ludzkiej – za równoprawne uznaje się wszelkie światopoglądy i różne koncepcje „dobrego życia”. Chcesz zdecydować o swoich preferencjach seksualnych – zrób to. Jesteś robiącą karierę zawodową kobietą – masz prawo być traktowana na równi z mężczyznami. Jesteś Amerykaninem pochodzącym z Filipin – winno być ci zagwarantowane prawo do posługiwania się rodzimym językiem i pielęgnowania kontaktów z rodzimą kulturą. Demokraci „od zawsze” koncentrowali się na walce o prawa obywatelskie i na akcentowaniu znaczenia rozmaitych mniejszości: seksualnych, etnicznych, religijnych itp., postrzegając społeczeństwo jako ich – konfliktowo zorientowany – agregat.

Klasyczny konserwatyzm w USA wyraża się poprzez opcję republikańską. Najważniejszą wartością jest tutaj wolność: wolność jednostkowego wyboru. Swoboda działalności ekonomicznej nie może być hamowana przez żadne instytucjonalne mechanizmy: jeśli powodzi ci się lepiej, to dlatego, że więcej pracujesz, bardziej się starasz bądź też po prostu dobrze dysponujesz talentem danym ci od Boga. Światopogląd religijny pełni istotną rolę w tym podejściu, podobnie jak przekonanie, ze jednostka nie może zapominać o rozmaitych zewnętrznych siłach, od których jest zależna i które nią kierują. Nie akcentuje się tu zatem znaczenia praw, lecz raczej – zobowiązań: zobowiązań wobec rodziny, narodu, ojczyzny, Boga, tradycji.

Komunitaryzm, będący nurtem teoretycznym, rozwijanym od lat 80. XX wieku, ale także ruchem społecznym, wspieranym m.in. przez Amitai Etzioniego, poszukuje rozwiązań pośrednich (por. np. Łucka 2008, Selznick 2002, Etzioni 1993). Na gruncie amerykańskim, czerpiąc równocześnie z podejścia demokratycznego i republikańskiego, stara się stworzyć ich syntezę. Przyjmuje założenie, że w życiu społecznym rzadko mamy do czynienia z koncepcjami „czystymi”, w pełni spójnymi ideologicznie – to, co pojawia się na poziomie praktyki społecznej, jest zazwyczaj przetworzeniem elementów podejść o charakterze skrajnym.

I tak, w odniesieniu do podstawowych wartości, komunitarianie twierdzą, że możliwa jest synteza wolności i równości. Uznając prawo jednostki do swobody działalności ekonomicznej i jej odpowiedzialność za własny los, komunitarianie uważają, że niekiedy istnieje potrzeba instytucjonalnej redystrybucji społecznie pożądanych dóbr i pomocy tym, którzy – na skutek okoliczności historycznych bądź losowych, niezależnych od jednostki – są upośledzeni. Nie wierzą w republikański mit, że rynek może rozwiązać wszelkie problemy, nie podzielają też demokratycznego zaufania do państwowej interwencji. Podkreślają, że obie te makrostruktury mają spełniać rolę służebną względem obywateli, bo to oni i ich potrzeby są najważniejsi. Istotne jest zatem znalezienie równowagi między społeczeństwem, rynkiem i państwem, tak, aby żadna z tych struktur nie stała się nadmiernie autonomiczna i nie „stłumiła” pozostałych.

W koncepcji komunitariańskiej odchodzi się od, typowego dla liberalizmu, przekonania o moralnej autonomii jednostki: o jednakowej wartości wszelkich światopoglądów. Człowiek jest zawsze społeczenie zakorzeniony, a zatem winien przede wszystkim sięgać do zaplecza, które jest mu dane. Inaczej jednak niż w podejściu konserwatywnym, nie oznacza to biernego podporządkowania się kulturze, tradycji, religii, grupie społecznej. Jednostka ma prawo do twórczej refleksji nad danym jej dziedzictwem; będąc świadoma własnych statusów przypisanych (etniczności, rasy, niekiedy religii), może jednocześnie dokonywać ich indywidualnych interpretacji i, do pewnego przynajmniej stropnia, decydować o ich znaczeniu i treści. Jest podmiotem zarówno praw, jak i obowiązków; odchodzi się tu od retoryki uprawnień, typowej dla liberałów, ale też od retoryki zobowiązań, jaka pojawia się u konserwatystów. Społeczeństwo w koncepcji komunitariańskiej jawi się jako „jedność w wielości”: przy świadomości istniejących różnic – indywidualnych czy grupowych – podkreśla się znaczenie podzielanego dziedzictwa, wspólnej dla całego społeczeństwa kultury. Jednocześnie szczególne znaczenie przypisuje się klasie średniej – w odróżnieniu od grup mniejszościowych czy elit.Poniżej zanalizuję wybrane zagadnienia programu Baracka Obamy, pokazując ich pośredni – komunitariański – charakter. Posługiwać się będę typami idealnymi paradygmatów: demokratycznego, komunitariańskiego i republikańskiego – mając świadomość, że  pewne uproszczenia są konieczne, a rzeczywistość bywa bardziej złożona (wewnętrzne zróżnicowanie – odłamy bardziej lub mniej radykalne – istnieją w obu głównych partiach na amerykańskiej scenie politycznej).

„Filozofia kompromisu”

Zauważmy na wstępie, że biografia Baracka Obamy niejako predestynuje go do wytworzenia osobowości szukającej kompromisu i syntezy między różnymi podejściami. W jego przypadku wielość doświadczeń i wielokulturowy proces socjalizacji musiały wpłynąć na umiejętność dostrzegania różnych perspektyw. Jest dzieckiem białej Amerykanki i czarnoskórego przybysza z Kenii. Dorasta na rożnych kontynentach, jest posyłany do zróżnicowanych religijnie i światopoglądowo szkół (w tym muzułmańskiej i katolickiej). Wychowywany przez samotną matkę, wie, co znaczy niedostatek finansowy – a przecież w końcu kończy studia na elitarnym Uniwersytecie Harvardzkim, zostaje senatorem w kongresie stanu Illinois i profesorem prawa konstytucyjnego w Chicago. Człowiek sukcesu – a jednocześnie ktoś, komu nieobcy jest kryzys tożsamości związany z takim, a nie innym kolorem skóry. Przez białych uważany za czarnego, przez czarnych – za „niewystarczająco” czarnego, bo nie jest potomkiem niewolników i nie doświadczył typowej dla Murzynów dyskryminacji.

Obama to zatem człowiek dwóch światów, nie tylko o mieszanej krwi, ale również o osobowości, otwartej na  różnorodność (Senior 2006: 5). Przez całe swoje życie podejmował próby godzenia rozmaitych przeciwności. Postępowość swoich białych dziadków, którzy nie protestowali, gdy ich córka wychodziła za mąż za Murzyna, musiał pogodzić ze strachem babki, gdy na przystanku autobusowym zaczepił ją czarnoskóry uliczny sprzedawca. Możliwości intelektualne i finansowe, jakie dawało mu jego harvardzkie wykształcenie, musiał pogodzić z istnieniem świata biednych dzieciaków w jednej z dzielnic Chicago, gdzie – przed podjęciem studiów – pracował jako community organizer. Wreszcie wyobrażenia ojca, jakie miał w pamięci, ojca, o którym opowiadała mu matka – wyjątkowego człowieka i zdolnego naukowca – musiał pogodzić z obrazem mężczyzny, który umierał w swoim ojczystym kraju, nadużywając alkoholu, skłócony z kenijskim establishmentem i rozczarowany życiem.

Wróćmy jednak do poglądów Obamy, jego stylu uprawiania polityki i wyborczych postulatów. Już w pierwszych słowach opublikowanego w internecie programu wyborczego widzimy odwołanie do dialogu. Także w biografii autorstwa von Marschalla Obama przedstawiony jest jako „kandydat środka”: jednoczący, a nie wojujący, mający potencjał przyciągnięcia bardziej umiarkowanych republikanów i wyborców o zmiennych poglądach. Widzi się w nim pojednawcę, który może wyzwolić kraj z ideologicznej blokady, ze stanu napięcia między neokonserwatystami i lewicą. Takie napięcie to, w ogromnym stopniu, spuścizna epoki Busha. Ale Obama to uniter, a nie divider (Senior 2006: 8): dąży do przywrócenia jedności społeczeństwa, głęboko podzielonego za czasów poprzedniego prezydenta. O ile konkurentka Obamy, Hillary Clinton, w swoim programie odwołuje się po prostu do konieczności przejęcia sterów kraju przez demokratów, o tyle Obama twierdzi, że to nie wystarczy, że Ameryka potrzebuje głębokiej transformacji w sposobie uprawiania polityki, a nie tylko zmiany ideologii (von Marschall 2008: 30).

Obama słynie ze zrównoważonego sposób wypowiadania się, zgodnie z formułą „rozważnego i pojednawczego ‘tak, ale’” (von Marschall 2008: 150). Przykładowo, kiedy stwierdza, że rodzice ponoszą główną odpowiedzialność za wpajanie dzieciom etyki ciężkiej pracy, natychmiast dodaje: ALE rodzice mają prawo uważać rząd – za pośrednictwem szkół publicznych – za partnera w tym procesie (Satin 2006: 5). Taki sposób formułowania myśli oznacza wykraczanie poza kategorie mentalne, którymi dotychczas się posługiwano. Dychotomie w rodzaju: albo silny rząd, albo słaby; albo interwencjonizm, albo izolacjonizm – zostają uznane za nieużyteczne. Pragmatyczny Obama podkreśla, że Boga czci się również w „niebieskich” – demokratycznych –  stanach, a ludzie ze stanów „czerwonych” – republikańskich – miewają przyjaciół wśród gejów (Senior 2006: 3). Czarnoskóry kandydat na prezydenta potrafii krytykować i członków partii republikańskiej, i tych z partii demokratycznej. Nie lekceważy republikanów, rozmawia z nimi, stawia na bezpośrednie kontakty. Jednym z dowodów na „ekumenizm” Obamy jest jego przyjaźń z jednym z najbardziej konserwatywnych republikanów w Senacie, Tomem Coburnem (Senior 2006: 8).

Niektórzy komentatorzy określają Obamę jako przywódcę post-ideologicznego (Senior 2006: 9): wykracza on poza tradycyjne podziały, może wygrywać we wszystkich stanach, nawet tych historycznie popierających republikanów (Senior 2006: 10). Ludzie zainteresowani są bowiem Obamą jako osobą, a nie jako reprezentantem określonej partii. Prezentowane przez niego w polityce podejście pośrednie („radical middle; Satin 2006) nie wpasowuje się łatwo w tradycyjny podział na lewicę i prawicę. Głoszone przez niego idee zaczerpnięte są z różnych podejść i przekształcane tak, aby spełniały przede wszystkim kryterium praktyczności: mają służyć rozwiązywaniu realnych problemów, a nie potwierdzać ideologiczną spójność. Jak pisze Satin: „[Zwykli obywatele] nie zawsze rozumieją argumenty prezentowane przez prawicę czy lewicę, przez konserwatystów czy liberałów – ale potrafią dostrzec różnicę między dogmatem a zdrowym rozsądkiem, odpowiedzialnością a jej brakiem, pomiędzy tym, co trwa, i tym, co jest ulotne” (Satin 2006:3).

 

Wspólnota

Jak zauważa komentator „The New York Times”, David Brooks, Obama konsekwentnie podkreśla znaczenie powiązań między ludźmi, sieci połączeń i wpływów. Istotną zmianę polityczną utożsamia ze zmianą ducha wspólnoty. „W swoich przemówieniach mówi, że jeśli powstanie jedna osoba, to niebawem powstanie kolejna, potem kolejna i kolejna – aż w końcu będzie stał cały naród” (Brooks 2008: 1). Ważne słowo w jego mowach to „ty”. Inni politycy mówią o tym, czego dokonają, jeśli wygrają wybory; tymczasem Obama podkreśla, co zwykły obywatel może zrobić, jeśli dołączy do koalicji na rzecz zmiany. Niczym community organizer w skali całego społeczeństwa, próbuje wznieść ludzi ponad ich cynizm, sprawić, że uwierzą w siebie i w sens swojej aktywności, zmobilizować ich wspólną energię.

Odnowa wspólnoty staje się zatem jednym z głównych postulatów w programie Baracka Obamy. Problemy społeczne można rozwiązywać tylko poprzez zbiorowe, wspólnotowe wysiłki; istotne są tu zatem nie tylko ekonomiczne, ale i pozaekonomiczne więzi, które nas łączą: kultura, religia, moralność – wszystko to, wokół czego wspólnoty są zorganizowane i co wiąże nas ze sobą jako obywateli. Konieczne staje się pogłębianie więzi społecznych, odbudowa poczucia współodpowiedzialności za innych i   podzielanych wartości. Jak zatem, przykładowo, walczyć z ubóstwem? Nie poprzez ingerencję państwa w procesy ekonomiczne – jak chcieliby demokraci; nie poprzez usprawnienie działania wolnego rynku, bo tylko to może przynieść poprawę ekonomicznego bytu ludzi – jak chcieliby republikanie; lecz: poprzez wzmacnianie wspólnot, moralną ich odbudowę, zwiększanie ich moralnego oddziaływania na jednostkę. Tylko działania wspólnotowe – oparte o więzi społeczne, wyrażające się chociażby w samoorganizacji obywateli – mogą przynieść rozwiązanie społecznych problemów.

Moralna odnowa wspólnot stanowi jeden z zasadniczych postulatów komunitarian – to przecież od słowa community (wspólnota) wywodzi się angielska nazwa tego prądu myślowego. Komunitarianie pojęcie to odnoszą do rozmaitych typów grup społecznych: przede wszystkim rodziny, wspólnoty lokalnej, struktur społeczeństwa obywatelskiego. Uznają, że łączy ono elementy Gemeinschaft i Gesellschaft: z jednej strony, wspólnota ma charakter „ciepły”, opiera się o więzi i wspólne wartości, nie ma charakteru wyłącznie instrumentalnego, lecz jest istotna dla tożsamości jednostki; z drugiej strony, zachowuje otwartość na krytykę, wewnętrzną dyskusję i zmiany. Ponadto, jednostka powiązana jest jednocześnie z wieloma wspólnotami, dzięki czemu żadna z nich nie dominuje jej osbowości.

Poniżej zanalizuję poglądy Baracka Obamy w odniesieniu do poszczególnych rodzajów wspólnot.

A. Rodzina

W programie Baracka Obamy dużo miejsca poświęca się rodzinie. Proponowane rozwiązania mają przede wszystkim ułatwić funkcjonowanie tej podstawowej komórki społecznej w sytuacji, gdy rodzice pracują. Obama postuluje wprowadzenie prawodawstwa, które chroniłoby przed dyskryminacją pracowników mających obowiązki rodzinne. Zwiększone zostałyby m.in. możliwości zwolnień z pracy, np. z powodu chęci uczestnictwa w szkolnej działalności dzieci bądź ze względu na potrzebę opieki nad osobą starszą. Obecnie trzech na czterech niskoopłacanych pracowników nie ma płatnego urlopu chorobowego – dlatego Obama wspiera ideę, aby każdemu pracownikowi przysługiwała możliwość wzięcia do siedmiu dni takiego urlopu w ciągu roku. Podwojone miałyby być także środki federalne na programy pozaszkolne, tak, aby wspomóc rodziców w wychowywaniu i edukacji dzieci. Zwiększona zostałaby wysokość zasiłków dla rodziców; w przypadku rodzin o niskich dochodach, aż do 50% wydatków związanych z opieką nad dziećmi będzie mogło być pokryte przez to świadczenie.

Istotnym postulatem w programie Obamy jest także postulat zwiększania elastyczności pracy, tak, aby rodzicom pracowało się łatwiej i bez szkody dla integralności rodziny. Kandydat na prezydenta obiecuje stworzenie programu, za pośrednictwem którego świat biznesu byłby informowany o korzyściach płynących z dopasowywanych do potrzeb pracowników godzin pracy; obiecuje wszelkiego rodzaju pomoc w tworzeniu możliwości elastycznego zatrudniania, w tym tzw. telecommutingu, czyli pracy w domu. W zakresie elastyczności pracy rząd federalny miałby stać się modelowym pracodawcą.

W programie wyborczym Obamy możemy też przeczytać m.in. o promowaniu odpowiedzialnego ojcostwa, eliminacji zjawiska unikania przez mężczyzn płacenia alimentów czy usunięciu niektórych „kar”, jakie rząd, pomagając rodzinom niepełnym, pośrednio nakłada na rodziny pełne. Ponadto, wspierani mieliby być rodzice z małymi dziećmi, m.in. poprzez rozszerzenie sprawdzonego w praktyce programu „Nurse-Family Partnership”. Program ten zapewniłby fachową pomoc pielęgniarską w domach ok. 570 tys. kobiet o niskich dochodach, zostających po raz pierwszy matkami.

W programie Baracka Obamy dotyczącym rodziny mamy „klasyczne” elementy paradygmatu demokratycznego: zwiększenie wsparcia socjalnego dla rodzin czy programy federalne, służące pomocą rodzinom o niskich dochodach. Mamy tu jednak również elementy nowatorskie. Przede wszystkim, istotna jest zmiana retoryki: przy szacunku dla skomplikowanych niekiedy losów ludzkich, wyraźnie promuje się „zdrową”, tradycyjną rodzinę, dwu- czy nawet trzypokoleniową. Jest to odejście od demokratycznego nacisku na mniejszości i „nowoczesne” – rozszerzone – rozumienie rodziny (samotne matki z dziećmi, rodziny z jednym rodzicem itp.). Niezwykle ważne – i w pełni zgodne z podejściem komunitarian – jest też propagowanie idei elastyczności pracy. Dzięki temu, rodzina ma szansę przetrwać i rozwijać się; z jednej strony, rodzice nie są przyzwyczajani do biernej pomocy państwa w postaci rozmaitych zasiłków, z drugiej strony – propagowanie takiego modelu oznacza aktywne włączenie się państwa w troskę o kształt i przyszłość rodziny. Równocześnie, ułatwiając obojgu rodzicom pracę zawodową, odchodzi się od tradycyjnego, republikańskiego modelu rodziny, gdzie matka najczęściej zostaje w domu, poświęcając się wychowaniu dzieci, a ojciec jest jedynym żywicielem rodziny.  

B. Wspólnoty lokalne

Szczególną rolę w programie Baracka Obamy miałyby odgrywać wspólnoty lokalne. Kandydat na prezydenta postuluje przede wszystkim stworzenie dwudziestu „dzielnic obiecanych” (Promise Neighborhoods), które miałyby powstać na terenie całego kraju, w miastach o wysokich wskaźnikach ubóstwa i przestępczości oraz o niskim poziomie osiągnięć edukacyjnych uczniów. Obszary te będą tworzone na wzór Harlem Children’s Zone – specjalnej strefy opieki nad dziećmi i młodzieżą, gdzie zapewniona jest m.in. edukacja wczesnodziecięca i gdzie funkcjonują rozmaite programy zajęć pozaszkolnych oraz programy zapobiegania przemocy.

Obama  postuluje też współpracę z działaczami lokalnych wspólnot i liderami biznesu w celu zidentyfikowania specyficznych barier rozwoju ekonomicznego w każdym głównym obszarze wielkomiejskim. Obiecuje dodatkowe środki na rzecz realizacji potrzeb lokalnych wspólnot. Wyraża troskę nie tylko o rozwój miast, ale także wspólnot małomiasteczkowych i wiejskich. Postuluje inwestowanie w małe, wiejskie przedsiębiorstwa; zwraca uwagę na konieczność rozszerzenia dostępności internetu na wsi oraz poprawy poziomu szkolnictwa i usług medycznych na terenach wiejskich.

Postulaty te doskonale wpisują się w paradygmat komunitariański. Komunitarianie formułują niezwykle szczegółowe rozwiązania dotyczące charakteru lokalnej wspólnoty (m.in. zalecenia urbanistyczne dotyczące budowy miast i miasteczek); istotny jest tu jednak przede wszystkim nacisk, jaki kładzie się na jej rozwój. Jednotka ma być zakorzeniona we wspólnocie lokalnej i podzielać jej kulturę moralną; nie może być jedynie biernym podmiotem, przeciwstawianym strukturom państwowym (jak w paradygmacie demokratycznym) ani indywiduum funkcjonującym całkowicie samodzielnie (jak w paradygmacie konserwatywnym).

C. Społeczeństwo obywatelskie

W swoim programie wyborczym Obama zauważa dotychczasowe trudności w rozwoju społeczeństwa obywatelskiego w USA. Na płaszczyźnie retoryki, spore znaczenie miało wezwanie prezydenta Busha po zamachach 9 września, aby Amerykanie zajęli się wyłącznie zakupami bądź wspólnym spożywaniem posiłków (Goddard 2008) – znacznie przytłumiło to możliwości mobilizowania społeczeństwa. Na płaszczyźnie praktyki społecznej, sektor organizacji pozarządowych boryka się z wieloma problemami. Przykładowo: ponad 500 tys. Amerykanów działa w AmeriCorps – sieci organizacji służących tzw. community service, czyli działalności w obrębie wspólnot w takich obszarach jak: edukacja, opieka zdrowotna, wyrównywanie szans, rozwój wspólnot lokalnych, ekologia. Co roku AmeriCorps odrzuca jednak dziesiątki tysięcy podań o członkostwo z powodu ograniczonych środków. W całym sektorze non-profit niewystarczające są nakłady na badania i instytucjonalny rozwój sektora jako całości.

Obama proponuje bardzo konkretne rozwiązania. Przede wszystkim, postuluje zwiększenie liczby stanowisk (slots) dostępnych w AmeriCorps z 75 tys. do 250 tys. Akcentuje konieczność integracji działalności publicznej z nauką: uczniowie gimnazjów i szkół średnich byliby zobowiązani do 50 godz. community service – prac na rzecz dobra publicznego – rocznie, a studenci college’ów – do 100 godzin. W zamian przyznawany byłby im specjalny zasiłek w wysokości 4000 dolarów. Ponadto, przynajmniej jedna czwarta środków, jakimi dysponują college’e na programy typu work-study, miałaby być zagwarantowana na wspieranie public service – a nie tylko na prace w stołówkach czy bibliotekach. Konieczne jest również inwestowanie w sektor NGOs, stworzenie instytucji nadzorujących jego działanie i zwiększających jego efektywność.

Nacisk na rozwój sektora organizacji pozarządowych oraz promowanie zaangażowania obywateli na rzecz dobra publicznego – to typowe postulaty komunitariańskie. Komunitarianie przesuwają ciężar swoich rozważań z państwa i rynku – głównych makrostruktur, których znaczenie jest podkreślane przez, odpowiednio, demokratów i republikanów – na sferę organizacji pozarządowych właśnie. To dzięki ich rozwojowi, a także dzięki mniej sformalizowanym formom zaangażowania ludzi w pracę na rzecz dobra wspólnego, można uniknąć paradoksów, towarzyszących rozwojowi instytucji państwowych (przerost biurokracji, bierność obywateli) czy rynkowych (społeczny darwinizm – „zwyciężają najlepiej dostosowani”). 

Relacje między państwem a obywatelami

W swoim programie wyborczym Obama pisze: „Czas oddać rząd w wasze ręce, tam, gdzie on przynależy. Jeśli chcemy działań publicznych dobrych dla Amerykanów, konieczne jest, aby Amerykanie pomogli owe działania kształtować”. Kandydat na prezydenta chce aktywnie włączyć obywateli w proces podejmowania decyzji publicznych: obiecuje, że członkowie jego gabinetu będą co jakiś czas organizować debaty on-line – na skalę całego społeczeństwa – dotyczące tematów, w danym momencie  dyskutowanych przez rząd. Podkreśla, że obywatele powinni mieć wgląd – bezpośrednio lub przez internet – w działanie ministerstw i agencji państwowych. Mają też prawo wiedzieć, jak wydawane są pieniądze z ich podatków. Dla zwiększenia przejrzystości działań rządu Obama oraz senator Tom Coburn zaproponowali ustawę, której celem miałoby być stworzenie wyszukiwarki – podobnej do Google – tak, aby zwykli ludzie mogli śledzić on line los federalnych grantów, kontraktów czy pożyczek.

W swojej książce „The Audacity of Hope” Obama mówi o demokracji nie jako o budynku, który ma być zbudowany, lecz jako o konwersacji, którą powinni odbywać obywatele. To zatem wizja demokracji deliberacyjnej, w której wszyscy obywatele są zobowiązani do angażowania się w proces testowania swoich idei i pomysłów (Satin 2006: 4). Wizja ta jest całkowicie zgodna z postulatami komunitariańskimi. Komunitarianie podkreślają znaczenie tzw. dialogów moralnych, debat publicznych na poziomie całego społeczeństwa, w których dyskutowano by istotne zagadnienia. Akcentują także konieczność wykorzystania nowoczesnej technologii dla usprawnienia procesu komunikacji ekip rządzących ze społeczeństwem oraz dla zwiększenia uczestnictwa obywateli w procesach decyzyjnych. Rolę państwa rozumieją szerzej niż republikanie: uznają jego aktywność wszędzie tam, gdzie jest to konieczne (zgodnie z zasadą subsydiarności); bardziej jednak niż demokraci są świadomi niebezpieczeństw wiążących się z jego nadmierną rozbudową.

Znaczenie religii i moralności w życiu publicznym

„Postępowi demokraci trzymają się tradycji świeckiej. W dążeniu republikanów do rozszerzenia z pomocą państwa roli religii w życiu publicznym widzą zamach na Konstytucję. Religia jest sprawą prywatną, państwo ma się trzymać od niej z dala” (von Marschall 2008: 103). Stanowisko Obamy odbiega od tego schematu. Przede wszystkim, uważa on, że religia jest zbyt ważna, aby mogła stać się wyłącznie domeną republikanów. Demokraci też mogą mówić otwarcie o swoim zaangażowaniu w religię, o tym, że wierzą w Boga. Nie mogą dać sobie wmówić, że są partią bez moralności i bez wartości – partią opowiadającą się za permisywizmem moralnym, jak często próbują przedstawić ich republikanie.

Obama podkreśla, że nie każde odwołanie do Boga zagraża teokracją (Senior 2006: 7). Sam często rozpoczyna swoje przemówienia od religijnych inwokacji. Należy do Zjednoczonego Kościoła Chrystusa pod wezwaniem Trójcy Świętej – odłamu protestantyzmu zdominowanego przez białych,  co stanowi symboliczny pomost między nim i wspólnotą białych. I znów: życiorys Obamy powoduje, że potrafi on dotrzeć do wszystkich: i do lewicowców, z ich krytycznym podejściem do religii i kościoła – sam kiedyś był jednym z nich (wychował się w duchu religijnego sceptycyzmu) – i do praktykujących wierzących, bo obecnie się do nich zalicza. W jego przemówieniach widać też wyraźne postulaty odnowy moralności; przykładowo, „(…) polityczny kaznodzieja Obama nazywa rozprzestrzenianie się AIDS ‘kryzysem moralnym’ i z naciskiem postuluje, że trzeba znowu wpoić młodym poszanowanie dla intymności kontaktu płciowego. W walce przeciwko AIDS wstrzemięźliwość jest równie ważna jak prezerwatywa” (von Marschall 2008: 112). A zatem: nie tylko działania instytucjonalne, za pomocą kórych próbuje się zwalczać problemy społeczne, ale przede wszystkim: zmiana postaw. Nie pozostawienie ludzi samym sobie, lecz nawoływanie do tego, aby wykształcili w sobie troskę o określone zagadnienia, aby czuli się współodpowiedzialni. Służyć mają temu rozmaite programy edukacyjne – na poziomie szkoły bądź wspólnoty lokalnej –  propagujące określone ideały, zgodnie z zasadą, że lepiej zapobiegać niż leczyć (np. zachęcanie dziewcząt do edukacji i do ostrożności przed niechcianymi ciążami; Satin 2006: 6).

Takie podejście jest całkowicie zgodne z paradygmatem komunitariańskim. Z jednej strony, odchodzi się tu od demokratycznych ideałów moralnej autonomii jednostki, której zachowanie – w sytuacjach, kiedy jest to konieczne – może być regulowane poprzez działania instytucjonalne; z drugiej zaś – odchodzi się od paradygmatu konserwatywnego, zgodnie z którym najważniejszą siłą kontrolującą działanie jednostki jest tradycja (w tym religia): jednostka biernie się jej podporządkowuje. Komunitarianie postulują „odnowę moralną”: chcą wyjść od tego, w czym jednostka jest zakorzeniona – od jej kultury, religii, wspólnot, w których funkcjonuje – ale jednocześnie pragną większego „uwewnętrznienia” reguł postępowania. Jednostka powinna dokonać świadomej refleksji nad nimi i wytworzyć w sobie postawę odpowiedzialności względem innych. Również w odniesieniu do religii komunitarianie przyjmują pośrednie stanowisko: nie negując jej znaczenia, a wręcz uznając jej istotną rolę w kształtowaniu tożsamości jednostki, nie chcą ani zepchnięcia jej do sfery całkowicie prywatnej (jak postulują demokraci), ani zwiększenia jej roli w życiu publicznym (jak chcą republikanie).

Współczesny rasizm Ameryki

Barack Obama to trzeci czarnoskóry senator od 130 lat oraz kandydat na prezydenta w wyborach prezydenckich roku 2008. Dla białych, lewicowych „postępowców” jego osiągnięcia stanowią realizację marzenia o ponadrasowej jedności amerykańskiego społeczeństwa. Obama wydaje się doskonale rozumieć znaczenie tego, co w Stanach Zjednoczonych określane jest jako white guilt – „poczucie winy” białych, ich wstyd i odpowiedzialność za przeszłość. Dlatego nie broni się przed byciem symbolem przezwyciężenia owego poczucia winy.

Stanowisko Obamy w kwestii czarnoskórych jest złożone i niepoddające się typowym klasyfikacjom. Kiedy w 2005 r. huragan Katrina spustoszył Nowy Orlean, większość poszkodowanych – którzy byli czarnoskórzy – twierdziła, że opóźnienia pomocy humanitarnej wynikają ze współczesnego rasizmu Ameryki. Tymczasem, według Obamy, był to rezultat ogólnej niekompetencji administracji Busha. Takimi i podobnymi poglądami kandydat na prezydenta przysparza sobie zwolenników wśród białej części amerykańskiej populacji; równocześnie jednak, mogą one negatywnie wpłynąć na jego możliwości przyciągnięcia czarnych. Obama twierdzi też, że winą za gorsze osiągnięcia edukacyjne dzieci i młodzieży murzyńskiej ponosi nie tylko system, ale często sama młodzież i obowiązująca wśród niej kultura, zgodnie z którą nauka nie jest cool. Rzeczywiście, młodzież ta często wymaga większej pomocy, ale trzeba też od niej więcej wymagać. Obama wzywa zatem do osobistej odpowiedzialności za swój los; nie rozczula się nad Afroamerykanami, żąda więcej osobistego wysiłku i zaangażowania. „(…) Obama akcentuje odpowiedzialność jednostki. Murzyni żyją niezdrowo, więcej palą, spożywają więcej ‘fast foodów’, więcej tłuszczu i mniej witamin, dłużej oglądają telewizję i za mało starają się o lepsze wykształcenie. Własnymi siłami mogą zmienić wiele z tego, co przyczynia się do ich upośledzenia. Także i o tym Obama mówi wprost” (von Marschall 2008: 127).

Obama jest też umiarkowanym zwolennikiem akcji afirmatywnej; nie uznaje jej popierania za wszelką cenę, dla samej ideologii równości. Sam zresztą stanowi najlepszy dowód na to, że ciężką pracą można wiele osiągnąć – bez szczególnych przywilejów instytucjonalnych. Państwo powinno w zasadzie całkowicie abstrahować od koloru skóry i nie brać go pod uwagę jako kryterium rozdziału określonych dóbr; jeśli jednak praktyka społeczna pokazuje, że wciąż istnieją duże nierówności ze względu na rasę, powinny istnieć instytucjonalne mechanizmy kompensacyjne.

Wyraźnie widoczny jest tutaj komunitariański – pośredni – charakter poglądów Baracka Obamy. Działania instytucjonalne, propagowane przez demokratów, nie są wystarczające, jeśli przynajmniej części odpowiedzialności nie przeniesie się na same jednostki. Równocześnie, wbrew republikańskiej idei „wolnego rynku” ludzkich zdolności i umiejętności – wiary, że to, co wartościowe, zawsze się „przebije” – nie można ignorować mechanizmów uniemożliwiających ludziom równy start czy porównywalny rozwój.

Podsumowanie

Powyższe rozważania nie oznaczają, że w programie Baracka Obamy nie ma elementów typowych dla dyskursu demokratycznego: w końcu stanowi on ideologiczne zaplecze tego kandydata na prezydenta – to właśnie z partii demokratycznej Obama się wywodzi. Postuluje on zatem zwiększenie roli państwa w obszarze opieki socjalnej. Chce wprowadzić powszechną opiekę zdrowotną: wykupienie ubezpieczenia zdrowotnego miałoby być możliwe dla każdego Amerykanina dzięki systemowi dotacji federalnych. Również w duchu demokratycznym, Obama postuluje zwiększenie i wyrównanie szans edukacyjnych – m.in. dzięki specjalnym zasiłkom – oraz lepszą ochronę socjalną emerytów i rencistów; jest przeciwny prywatyzowaniu systemu Social Security. Chce wprowadzić ulgi podatkowe dla klasy średniej i dla najuboższych obywateli; wyraźnie podkreśla odmienność swojej strategii od tej przyjętej przez administrację George’a Busha, faworyzującej najbogatszych. W jego programie widoczna jest też troska o mniejszościowe grupy społeczne, które tradycyjnie stanowią cel działań demokratów: pracowników, kobiety, imigrantów.

Pomimo osadzenia w tradycji demokratycznej, program Obamy zawiera wyraźne elementy komunitariańskie – wykraczające poza dwubiegunową tradycję amerykańskiej lewicy i prawicy. Czy oznacza to, że w polityce amerykańskiej może nastąpić zwrot w kierunku środka sceny politycznej?

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata