70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Małgosia

Bywa, że ludzkie losy krzyżują się ze sobą jak dwie szpady. Trzask! Prask! Nie żyjesz.

Wpatruję się w reprodukcje jej obrazów w katalogu galerii w Ǻlborgu, gdzie miała indywidualną wystawę. Jest to tryptykon w trzech kolorach: żółtym, czarnym i brudnobiałym, malowany temperą i grafitowym ołówkiem na papierze. Obrazy są tej samej wielkości: 25 na 32 centymetry.

Pierwszy przedstawia dwie kobiety do połowy rozebrane; jedną z długimi włosami, drugą z resztką włosów na czubku głowy. Nogi kobiet są czarne i tylko trzy z nich widoczne. Siedzą naprzeciwko siebie, ale na siebie nie patrzą. Bezwłosa kobieta obejmuje za szyję małą kózkę. Inna koza, duża, służy jej za tło; głowa zwierzęcia dotyka policzka drugiej kobiety. Powietrze jest żółtawe, ćwiartka księżyca zawieszona między kobietami. Na prawo od kobiety z długimi włosami widać ciemną sylwetkę, ale nie w całości. Wydaje mi się, że to pień drzewa.

Na drugim obrazie kobieta z długimi włosami namalowana jest w pozycji siedzącej. Na jej podołku, czule odcięta, spoczywa głowa drugiej kobiety. Po bokach siedzącej dwie kozy. Nad głową księżyc w pełni. Przy udzie czarne jabłuszka.

Trzeci obraz: trzy kobiety, obydwie kozy. Nie jestem jednak pewna, czy sylwetka po lewej stronie rzeczywiście przedstawia kobietę. Równie dobrze może to być mężczyzna. Długowłosa kobieta siedzi na dużej kozie; głowa zwierzęcia dotyka drugiej kobiety (mężczyzny). W kobietę siedzącą na dużej kozie wrysowana jest mała kózka. Księżyc jest czarny, okrągły.

Na ciele dużej kozy jest także czarna waza. Ale kiedy przyglądam się jej dłużej, dostrzegam nie wazę, lecz dwie długie, cienkie łodyżki kwiatów z pochylonymi głowami.

Katalog zaopatrzony jest w tekst autorstwa Małgosi. Pisze między innymi:

„… piasek, kurz, papier, na którym narysowane zostały symbole, jak również światło, (…) stanowią całość. W ten sposób usiłuję znaleźć równouprawnienie dla materiału i śladów opowieści, którą dopiero należy zinterpretować”.

Czy jest to tylko jedna opowieść czy więcej, nie jest mi łatwo rozszyfrować. Często znajduję także inne „ślady”: miniaturowe domki zawieszone w powietrzu, rodzące kobiety. Nostalgię, erotykę, tęsknoty. Nie utajone, ale kruche. Zawstydzone, niepewne siebie. Rysowane cienką kreską.

Na jej pogrzeb w Lolland Falster przyjechaliśmy z bukietami kwiatów. Wszyscy z wyjątkiem jednej kobiety, również malarki, która przyniosła kamyki i zgodnie ze starym żydowskim zwyczajem położyła je na trumnie. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, czy obecny był pastor czy rytuał był świecki. Przemawiali bracia Małgosi; jeden po angielsku, drugi łamaną duńszczyzną.

Potem była stypa w lokalnej restauracji. Wszyscy żywo ze sobą rozmawiali. Wszyscy z wyjątkiem starszego, kościstego mężczyzny ubranego w niedzielny garnitur. Siedział przy stole sam. Jedyny reprezentant lokalnej społeczności; przyjaciel, szofer, towarzysz wystaw. To on troszczył się o właściwe zawieszenie obrazów. On też reperował jej dom. I on również był świadkiem ataków jej choroby.

Małgosia przyjechała do Danii z rodzicami i braćmi. Ojciec był fizykiem, Żydem z pochodzenia. Matka cierpiała na zaburzenia psychiczne.  Jeden z braci został fizykiem, drugi pisarzem i tłumaczem z niemieckiego. Małgosia wybrała malarstwo.

Cierpiała na manio-depresję, którą odziedziczyła po matce. Ale żyła w przeświadczeniu, że zawdzięcza chorobę wychowaniu; szczególnie faktowi, że rodzice ukryli przed nią pochodzenie ojca. Jak wiele innych dzieci rodziców wysoko postawionych w randze społecznej i politycznej, dowiedziała się o tym, kiedy zostali wyrzuceni z Polski. Za żydostwo.

Była piękna i utalentowana. Utalentowana do końca, uroda znikała wraz z postępem choroby. Paliła, nie brała lekarstw, przestała się myć, nie jadła. A jednak w ostatnim okresie jakby próbowała odepchnąć od siebie nieodwołalne: zafundowała sobie sztuczną szczękę.

Nie miała koło siebie żadnego mężczyzny. Nikogo, z kim mogłaby podzielić się swoim cierpieniem. Miała, rzecz jasna, nas: polskich i duńskich przyjaciół. Ale chociaż jej stan bardzo nas martwił, często byliśmy nią śmiertelnie zmęczeni. Torturowała nas nocnymi telefonami, wyzywała od ostatnich, nigdy nie stosowała się do naszych dobrych rad.

Na przykład nie chciała przeprowadzić się do Kopenhagi z owej pustki, gdzie kupiła dom, krótko po tym, jak wyrzucono ją z Akademii Sztuk Pięknych w Düsseldorfie, gdzie pracowała przez dwadzieścia lat. Małgosia wbiła sobie do głowy, że jest zakochana w rektorze Akademii i konsekwentnie zatruwała mu życie. Posyłała mu prezenty w postaci konfitur z dodatkiem ostrego chili, rozwieszała plakaty na budynku Akademii, na których wzywała studentów do obrony homoseksualistów i podjęcia walki z rektorem, którego mianowała faszystą.

Domek w Danii kupiła w jednym ze swoich maniakalnych okresów, w których zazwyczaj rozsadzała ją dzika energia. Leżał w środku niczego. O ile dobrze pamiętam, miała dwóch sąsiadów; tego, którego wymieniłam wcześniej, uczyniła oddanym sobie niewolnikiem. Drugi miał mniej szczęścia; pewnej nocy podpaliła jego samochód.

Domek, którego ściany zdobiły greckie zwory, był otoczony polami. Ciągnęły się w nieskończoność. Małgosia od czasu do czasu wybiegała na nie nocą, w długiej sukni i w czerwonej peruce. Tańczyła. Sama się z tego śmiała. A ja myślałam: parę wieków wcześniej spalono by cię na stosie.

Lubiliśmy ją najbardziej w owych rzadkich okresach, kiedy była normalna: inteligentna, wnikliwa, serdeczna, szczodra, pełna życia i humoru. A także kiedy po maniakalnych atakach wpadała w długotrwałą depresję. Mówiliśmy, że kiedy wpadała w manię, ona miała się dobrze, a my okropnie. Kiedy wpadała w depresję, ona żyła w swoim cichym piekle, a myśmy odpoczywali.

Rysowała i malowała. Najczęściej rysowała. Kiedy znajdowała się w jednym ze swoich zen-buddyjskich okresów, malowała ogromne, przesycone złotem obrazy. Z jednej z jej retrospektywnych wystaw zapamiętałam również kobiecy akt utrzymany w szarościach i bielach. Niezwykłej piękności.

Podczas wielkich dorocznych wystaw w Kopenhadze była jedyną spośród wystawiających, która sprzedawała wszystkie obrazy. Niewielkich rozmiarów, niektóre w czarno pomalowanych ramach, rysowane wątłą, niemal dziecięcą kreską. Twarze, zwierzęta, rośliny; nerwowe, drgające w powietrzu. Nazywała je swoim „małym teatrem”. Ale kiedy rozmawiałyśmy o nich, mówiła: „moje wiersze”.

Była pracowita do granic histerii; trzydzieści obrazów w ciągu miesiąca, także w okresach, kiedy pogrążała się w depresji. Również kiedy przebywała w szpitalu na psychiatrycznym oddziale, gdzie w przerwach bawiła się zapałkami, żeby postraszyć lekarzy i pielęgniarki. Opowiadała mi, że bawiło ją droczenie się z nimi.

Tamtej zimy ciężko zachorowała. Dowiedzieliśmy się o tym za późno, bo wyłączyła telefon. Za późno pozwoliła zawieźć się do szpitala. Nie była już w stanie oddychać. Pielęgniarka opowiedziała mi, że była przerażająco chuda i że krew płynęła jej z ust. Nie mogli, nie potrafili jej uratować.

W ostatnich tygodniach pisała listy; po polsku, po duńsku, po niemiecku. Nie do mnie, ponieważ pewnego dnia uznała mnie za swoją „nie-przyjaciółkę”. Tak nazywa mnie również w książce zatytułowanej Czarna herbata, którą napisała po niemiecku, a która została przetłumaczona na duński. Opisała w niej swoją rodzinę, dzieciństwo, chorobę. W listach dawała tylko wyraz swojemu szaleństwu.

Co by było, gdyby… mówiliśmy później. Gdybyśmy dzwonili do niej codziennie, co godzinę? Może na zmianę? Gdybyśmy ją częściej odwiedzali?

Nie wiem. Co by było, gdyby…? Zostawiła nas z tym pytaniem, na które nigdy nie znajdziemy odpowiedzi.

Maria Małgorzata Buras.

Urodzona w roku 1949 w Warszawie.

Zmarła 4 kwietnia 2004.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata