70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czeczenia. Powtórka z historii

Istnieją dwie Czeczenie: ta należąca do Ramzana Kadrowa i ta, którą włada Dokka Umarow. Która z nich jest bardziej prawdziwa? Czy możliwe, by Czeczeni, zapomnieli o wielowiekowej walce, o dręczącej ich chimerze swobody? By pogodzili się z zabijaniem, burzeniem, wygnaniem? By zapadli na amnezję i wybaczyli? Trudno uwierzyć. Tradycja i pamięć są dla nich prawdziwą religią. Wiedzą, że tylko w świecie bez pamięci kłamstwo pozostaje bezkarne.

Z notatnika, rok 2003, marzec: „Wchodzę między nich, zadaję to samo pytanie: Co z twoim synem, ojcem, bratem, mężem?. I słucham tej samej opowieści w setkach odmian, nie losu jednak, lecz technicznych szczegółów łapanek, porwań, tortur. Zanurzam się w otchłań gardłowych dźwięków, krótkich, twardych słów tego przedziwnego języka, kręcę głową z niedowierzaniem; przygryzam wargi, ocieram łzy i jak błotnistą breję pod nogami ugniatam w sobie pytania o szaleństwo milczącego świata. I z miejsca na miejsce taszczę bezradność…”.

Wszystko zaczęło się w dalekim roku 1991, kiedy to radziecki generał czeczeńskiego pochodzenia Dżochar Dudajew zawierzył nonszalanckiemu zawołaniu Borysa Jelcyna objeżdżającego w wyborczej kampanii prezydenckiej  republiki rozsypującego się kolosa: bierzcie tyle suwerenności, ile zdołacie przełknąć! Czeczenia dławi się do dziś. Dudajew od dawna towarzyszy jej z tamtego świata. Robił wszystko, by do wojny nie doszło. Niemal przez cały 1992 rok usiłował porozumieć się z Jelcynem. Miliony dolarów płacił kremlowskim bonzom za możliwość rozmowy z prezydentem Rosji. Ale im, generałom wojna była potrzebna. Jelcynowi, którego notowania gwałtownie spadały – też. Do spotkania nie doszło. 11 grudnia 1994 roku rosyjskie czołgi wjechały do Groznego.

Potem padały bomby. Jak grad. Świat zamarł. Pomknęli do Czeczenii dziennikarze z całego globu. Potem od krążących po telewizyjnym niebie śmigłowców odrywały się małe punkciki, z ziemi tryskał ogień, filmowy kadr gęstniał od trupów, lała się krew, z rozwalanych bombami domów sypał się gruz niemal na podłogę naszych mieszkań. Czeczenia umierała naprawdę: widać to było w telewizji. Bo kto dziś nie umiera na ekranie, ten nie umiera wcale.

Przeciw zmasowanej potędze armii rosyjskiej stanęło kilka tysięcy ludzi pod bronią. To nie do wiary: wygrali. 31 sierpnia 1996 roku w miejscowości Chasawjurt na granicy z Dagestanem głównodowodzący siłami czeczeńskimi generał Asłan Maschadow i szef Rady Bezpieczeństwa FR Aleksandr Lebied podpisują rozejm. Czeczenia nie uzyskuje niepodległości. Zyskuje pokój. I jedyne w swej historii rzeczywiście wolne i demokratyczne wybory. Maschadow zostaje prezydentem. Podczas inauguracji uśmiecha się z wysiłkiem. Wie, że będzie trudno. Główny przegrany w tych wyborach – Szamil Basajew jest blady i zacina usta. Oddziały Basajewa są liczne. Moskwa milczy. Maschadow wie, że to złowrogie milczenie. Nie wie tylko, skąd przyjdzie zło i jak będzie wyglądało.

Zło przyszło zewsząd: ze strony rosyjskich służb specjalnych, ze strony Basajewa, ze strony czeczeńskich, inguskich i dagestańskich bandytów, ze strony moskiewskiej mafii. Świat się dowiedział, że w Czeczenii ludzi porywają i mordują, co było prawdą, tyle że sprawcy najgłośniejszych zbrodni okazywali się rosyjskimi agentami. Jak choćby Arbi Barajew w przypadku Anglików i Nowozelandczyka, którym kazał odciąć głowy i zatknąć je w śnieg. Romantyzm walki o wolność konał śmiercią medialną. O to chodziło.

Tymczasem Kreml szykował się do zmiany gospodarza. Prezydencka kampania wyborcza ówczesnego premiera Władimira Putina szła opornie, wymagała reklamowego fajerwerku. I zaraz nastąpi moment zwrotny w historii Rosji. Stanie się coś strasznego. We wrześniu 1999 roku zaczną wylatywać w powietrze domy mieszkalne. W Bujnaksku (Dagestan), potem – dwukrotnie – w Moskwie, następnie w Wołgodonsku (obwód Rostów nad Donem). Miał jeszcze zawalić się dom w Riazaniu, ale prowokację uniemożliwili mieszkańcy… Zbyt gorliwi poszukiwacze zleceniodawców tych zbrodni nie żyją: deputowany Siergiej Juszenkow, dziennikarz Jurij Szcziekoczichin, dziennikarka Anna Politkowska, były funkcjonariusz FSB Aleksandr Litwinienko. Jeszcze jeden posiadacz dowodów w tej sprawie, również były funkcjonariusz FSB Michaił Triepaszkin dogorywa w łagrze w Niżnym Tagilu, na krańcu świata.

Terrorystami okrzyknięto Czeczenów. Nie wojnę im objawiono, a „operację antyterrorystyczną”. Władimir Putin stanął na jej na czele.  I 21 października 1999 roku na rynek centralny w Groznym, na klinikę położniczą oraz pocztę główną spadły ogromne bomby fachowo nazywające się rakietami taktycznymi „Toczka V” (Punkt V). Bomby były wyposażone w kasety z małymi bombami kulkowymi. W ciągu paru sekund zginęło ponad sto czterdzieści osób, ponad dwieście zostało rannych. Na rynku brodziło się we krwi, wśród kończyn, głów, wnętrzności.

Tego nie pokazała już żadna telewizja, bo nie było tam dziennikarzy. Przystępując do nowej wojny z Czeczenią, Kreml nie powtórzył błędu dawnej otwartości: wiedział, że prawdziwa wygrana to wygrana w mediach. I murem zakazów zablokował ich przedstawicielom drogę do republiki. Od tego czasu świat właściwy (czyli widownia telewizyjna) wiedział to, co zechciała pokazać władza Federacji Rosyjskiej. Informację zastąpiła dezinformacja. Kłamstwo. Fałsz.

W samej republice, czy w sąsiedniej Inguszetii, dokąd schroniło się przed bombami ponad 400 tysięcy uchodźców, w miarę upływu czasu spotykałam coraz dziwniejszych ludzi. Jak worki z popiołem. Ból, rozpacz, gniew, poniżenie, strach, bezradność wygasiły w oczach blask, spowolniły ruchy, osłabiły pamięć, zahamowały refleks. Jak w zatrzymanym kadrze. Choć głośno mówili, krzyczeli i płakali, byli spętani, splątani niewidoczną, paraliżującą siecią. Czy kiedyś się z niej wyplączą?

Od czasów Machiavellego nawet teoretycznie nie rozważamy, czy możliwa jest moralność w polityce. Wiemy, że liczy się tylko skuteczność. Podziwiajmy więc doskonałe przygotowanie możliwie największej eksterminacji narodu czeczeńskiego. Przeprowadzano ją zgodnie z tajnym rozkazem numer 541 z 17 września 1999 roku, podpisanym przez ministra spraw wewnętrznych Rosji Władimira Ruszajłę. Pierwsze polecenie tego rozkazu brzmiało: stwarzać Czeczenom jak najcięższe warunki. Kolejne tajne dekrety odgrodziły Czeczenię od dziennikarzy żelazną kurtyną zakazów. Dla niepojętnych przeprowadzono eksperyment z porwanym i bitym w obozie specjalnym „Czernokozowo” dziennikarzem Radia Swoboda Andriejem Babickim .

*

Kompetentny i obiektywny Rudolf Binding, niemiecki socjaldemokrata, przez ostatnie dziesięć lat  zajmował się  w Parlamentarnym Zgromadzeniu Rady Europy faktami naruszeń praw człowieka w czeczeńskiej Republice. W 2003 roku wystąpił w Strasburgu z wnioskiem o powołanie międzynarodowego trybunału badającego zbrodnie wojenne popełniane w Czeczenii. Poparła go większość członków Zgromadzenia.Ale właśnie wybuchła wojna w Iraku i były sprawy ważniejsze. Ostatni (przed odejściem na emeryturę), 40-stronnicowy  raport Binding przygotował  w grudniu 2005 roku. Umieścił tam swą korespondencję z prokuratorem generalnym Rosji Władimirem Ustinowem, w której znajduje się lista ponad 80 spraw dotyczących zabójstw i zaginięć ludzi w Czeczenii, w kwestii których zwrócił się on, a uprzednio krewni ofiar – do generalnej prokuratury Rosji. Nikt z nich odpowiedzi nie otrzymał.

Strasburg. Rada Europy. 13 marca 2007. Posiedzenie nadzwyczajne. Rada decyduje się na publiczne ogłoszenie raportu o torturach stosowanych przez rosyjskie wojsko w Czeczenii. Nadzwyczajność polega na upublicznieniu dokumentu. Bowiem podstawą działania Komitetu Przeciw Torturom Rady Europy jest zasada konfidencjonalności w stosunkach z państwem, którego raport dotyczy – mówienie państwu-zbrodniarzowi  szeptem i na ucho, że jest zbrodniarzem. Państwo zaś, jeśli jest członkiem RE (a Rosja jest), powinno dostosować się do zaleceń tej organizacji. Jeśli tego nie robi, Komitet może, po „zapewnieniu stronie możliwości przedstawienia swojej pozycji” przyjąć większością głosów decyzję o upublicznieniu swego oświadczenia. W ciągu ostatnich piętnastu lat Komitet Przeciw Torturom RE zdecydował się na ten krok zaledwie pięć razy. Z tego trzy razy w sprawie Czeczenii. Tak czy inaczej, podczas rozmów z Putinem w 2003 roku Peter Schider,  przewodniczący Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, na pewno sprawy Czeczenii nie poruszał. Przestępczą obojętność „milczącym partnerom Moskwy” nieustannie zarzuca przewodniczący Human Rights Watch Kenneth Roth.

Jakąż delikatną nicią tkane są prawa mające się przeciwstawić żelaznej  konstrukcji zbrodniczego bezprawia! Zwalczający tortury muszą się niemal łasić do oprawców, by ci zechcieli ich bodaj wysłuchać! Cesare Borgia zaciera ręce w zaświatach, Machiavelli domaga się tantiem za opatentowanie pozytywnego wzoru zbrodniczej władzy. Kiedyś Hitlera przyjmowano na salonach Europy, a Georg Bernard Shaw zachwycał się inteligencją Stalina. Świat – nieodmiennie głuchy i ślepy – pławi się w grzechu zaniechania pomocy tak długo, jak to możliwe. Nawet wtedy, gdy ten świat w porywie powojennego humanitaryzmu stworzył specjalizującą się w imitowaniu pokojowych działań Organizację Narodów Zjednoczonych. Jej specjalnością są rezolucje. Od początku „drugiej czeczeńskiej”, w 2000 i 2001 roku rezolucje Komisji Praw Człowieka przy ONZ były „niezwykle ostre” i wzywały Rosję do opamiętania. Na Kremlu wzruszano ramionami, stwierdzając, że „rezolucje są nieobiektywne i Rosja nie będzie stosować się do rekomendacji”. Przy czym najspokojniej zabraniano wjazdu do Czeczenii specjalistom ONZ zajmującym się problemem tortur i morderstwami.

Komisja  uprzejmie więc prosiła pracowników innych organizacji, którym do Czeczenii jakoś udało się przeniknąć, by zechcieli popracować i dla niej. Latem 2002 roku spotkałam w Czeczenii uroczą francuską prawniczkę Anne le Tallec, która sporządzała raport dla walczącej z torturami organizacji ACAT (Action Chrétienne pour Abbatre les Tortures) także i dla ONZ. Jej trud nie został jednak uwieńczony sukcesem: właśnie w 2002 roku w Genewie rosyjska dyplomacja zatryumfowała – Komisja Praw Człowieka ONZ nie przyjęła żadnej rezolucji w sprawie sytuacji w Czeczeńskiej Republice. Tacy orędownicy praw człowieka jak Chiny, Kuba, Sudan, Indie i Syria wsparli kroczącą ku demokracji Rosję w jej słusznej walce o bezkarność męczenia i mordowania gnieżdżących się w Czeczenii terrorystów międzynarodowych. A od 2003 roku rezolucje ONZ w sprawie Czeczenii w ogóle przepadają w dyplomatycznej ciszy. Kreml ogłosił przecież w republice „normalizację”.

Podczas 60. rocznicy wyzwolenia Oświęcimia Władimir Putin powiedział: „Musimy pamiętać okrutne lekcje przeszłości, musimy znać ich przyczyny i zrobić wszystko, żeby niczego podobnego nie powtórzyć”. Zapewne dla wzmocnienia tej pamięci urządza w Czeczenii powtórkę z historii. Obecnie wygląda to tak:

10 lipca 2007 roku murarz Mikail Akbułatow z Szatoja jak zwykle był na budowie. Mężczyźni, którzy zjawili się tam po południu, powiedzieli, że są z organów ścigania – wsadzili Mikaila do samochodu, głowę przygięli do kolan i dokądś zawieźli. Żądali, by powiedział wszystko, co wie o bojownikach. Ale Mikail nie wiedział nic. Rozebrali go do naga, położyli na żelazne łóżko, omotali przewodami, włączyli prąd. Potem robili parominutową przerwę, zadawali pytania i znowu włączali prąd. W przerwach między podłączeniami bili pałką po nogach. Wsadzili plastikowy worek na głowę i zaczęli dusić. Żądali, by zgodził się na współpracę. – Co ja mam wam mówić? Ja niczego nie wiem o bojownikach… – odpowiadał. – Wiesz, bo jesteś bojownikiem – usłyszał. – Dlaczego? – Bo – jak oni – nie pijesz i nie palisz. I znowu podłączali prąd. Kazali podpisać jakieś papiery, których spod worka na głowie nawet nie widział. Prawie martwego wrzucili do samochodu i wyrzucili na drodze prowadzącej do Szatoja.

Rozmawiający z nim parę dni później przedstawiciele rosyjskiej organizacji obrony praw człowieka „Memoriał” jego stan ocenili jako bardzo ciężki: z trudem się poruszał. Oczywiście nie ma zamiaru składać jakichkolwiek skarg. Wie dobrze, że mogą znowu przyjść po niego. Albo po kogoś z rodziny. Po kobiety też.

Oprawcy Mikaila Akbułatowa mówili po czeczeńsku. Inne miejsce tortur, istniejące od lat w centrum Groznego ORB – 2 (Operatiwno – rozysknoje biuro Nr.2), czyli Operacyjno – Poszukiwawcze Biuro nr. 2, należy do Głównego Zarządu MSW Rosji w Południowym Okręgu Federalnym. Słychać tam głównie język rosyjski i krzyki torturowanych, gdyż ORB – 2 to słynące z okrucieństwa kazamaty. Podobne miejsca zwane „punktami filtracyjnymi”, należące do różnych jednostek armii FSB (Federalnej Służby Bezpieczeństwa, która jest kolejnym wcieleniem KGB) lub innych tzw. struktur siłowych, wciąż jeszcze, mimo oficjalnego zakończenia wojny, istnieją, choć co prawda jest ich nieco mniej.

Ostatnim bastionem nadziei na sprawiedliwość mogłaby być dla Czeczenów Unia Europejska. Ale nie jest. Trudno zapomnieć choćby to, że przeprowadzone w warunkach terroru wybory parlamentarne w Czeczenii, uznała „za ważny krok w kierunku demokracji”. W maju 2006 roku jej parlament jednak „wyraził zaniepokojenie” sytuacją w Czeczenii. Zawarł je w 21 bardzo słusznie i bardzo poważnie wyglądających punktach, które miały zostać przedstawione władzom rosyjskim. I tyle. Zaś w lutym 2007 roku Unia Europejska przeznaczyła 20 milionów euro na program „odbudowy i rozwoju Kaukazu Północnego”. Jest on dopełnieniem istniejącego już programu pomocy dla Rosji w umacnianiu jej pozycji w tamtym rejonie. Czeczeński rząd na uchodźstwie traktuje to jako jednoznaczne wsparcie rosyjskiej dominacji nad republikami północno-kaukaskimi.

Czy można powiedzieć, że organizacje obrony praw człowieka są mało efektywne? Dla kogoś, kto nie ma nic, nawet najmniej znaczy wiele. Czeczeni nie mają innej obrony, poza tą, choćby niewielką. Przerażenie ogarnia ich na myśl, do czego jeszcze posunąłby się Kreml, gdyby nie świadomość, że podlega – jeśli już nie władzy – to przynajmniej kontroli urzędników w Genewie czy Strasburgu.

W Strasburgu mieści się też i ostatnia instancja, Mekka sprawiedliwości czeczeńskiej – Trybunał Europejski. Dotychczas Czeczeni trzykrotnie wygrali sprawy przeciwko władzom Rosji, które Trybunał uznał winnymi zaginięcia lub zamordowania osób wskazanych w pozwach. Nie jest pewne, czy rodziny ofiar otrzymają przyznane im tysiące euro. Jest pewne, że ci, którzy ośmielili się złożyć pozew do strasburskiego sądu (albo ich krewni) już mieli lub będą mieli do czynienia z przyjętymi w Czeczenii „metodami perswazji”.

Podczas kampanii prezydenckiej George W. Bush mówił o Rosji, że „uczy się demokracji z podręczników tyranii”. Potem już nigdy tego nie powtórzył, a w rozmowach z „przyjacielem Wołodią” tematu Czeczenii nie porusza. Blair również mówił o Putinie „my friend”, a Jacques Chirac w 2006 roku przypiął mu do klapy order Legii Honorowej. Historia niczego nie uczy, niesprawiedliwość dziejowa jest normą, a odstępstwa od niej rzadkie.

*

Od czasu do czasu dziennikarzom różnych państw (Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, Polski) udawało się jednak do Zakazanej Republiki przeniknąć, chyłkiem nakręcić film, zebrać materiał na reportaż. I cóż z tego? – Czeczenia to nie temat – twierdzili rozmaici polscy redaktorzy prasy i telewizji, dla których okupowana przez Rosję republika istnieje głównie jako tło ataków terrorystycznych, potwierdzając tym samym ich medialną rację bytu. Na nowy Biesłan raczej jednak liczyć nie można, więc o dzisiejszej Czeczenii niewiele się dowiemy.

Decydenci medialni wykazują przy tym daleko nieprofesjonalne lenistwo: sięgają do tych źródeł, które są najłatwiej dostępne, więc do agencji oficjalnych, nie zadając sobie trudu konfrontacji ze źródłami opozycyjnymi. Tak jakby doniesienia o autorytaryzmie w Rosji, a więc i o braku wolności słowa, stanowiły niezwiązany z informacjami element. Jakby podawana przez rosyjskie media wersja była dogmatem niezobowiązującym do weryfikacji. Poraża przy tym niekonsekwencja i brak logiki: jeśli Kreml atakuje Polskę – oczywiście nie ma racji, manipuluje informacją, kręci. Jednak w sprawach, które nas nie dotyczą, na przykład Czeczenii, ci sami dziennikarze jak z nut recytują wiadomości przekazywane przez ITAR – TASS. Więc, jeśli już się jakaś wiadomość o Czeczenii w naszych blokach informacyjnych pojawia, najczęściej bywa to odprysk rosyjskiej propagandy niemuśnięty nawet cieniem wątpliwości. I tak od paru lat w świat idzie na przykład dobra wieść o pokojowej Czeczenii, w której postępuje proces „normalizacji”.

A po 11 września 2001 roku Czeczenia stała się niemal tematem wstydliwym. Władimir Putin pierwszy złożył kondolencje Georgowi W. Bushowi, przy czym stwierdził, że Rosja zna problem terroryzmu z własnego doświadczenia. Od tej chwili w Stanach Zjednoczonych i na Zachodzie zaczęto postrzegać Czeczenów przede wszystkim jako fundamentalistów islamskich. Mało kto tam pamiętał, że ich walka to walka wyzwoleńcza, a nie religijna. Mało kto odróżniał czeczeńskiego bojownika od taliba. Odziane w stroje arabskie (nie czeczeńskie) terrorystki w Domu Kultury Dubrowka podczas spektaklu Nord Ost powinny były ostatecznie to podobieństwo potwierdzić. Między innymi i po to służby specjalne FR wraz z ich agentami wśród Czeczenów ten akt terrorystyczny (w październiku 2002 roku) popełniły.

Medialne zwycięstwo Putina było niemal zupełne. Wojskowe również. Czy mogło stać się inaczej, jeśli dwóm tysiącom bojowników czeczeńskich przeciwstawiała się 80-tysięczna armia rosyjska? Ale nie tylko o takie zwycięstwo szło władzom na Kremlu. Im szło o ostateczne rozwiązanie problemu czeczeńskiego: możliwie największe zmniejszenie liczby ludności i o możliwie największe podporządkowanie moralne tych, którzy przeżyją. To pierwsze się prawie powiodło: przed rokiem 1994 było ich nieco ponad milion. Zabito 250 tysięcy. Około 400 tysięcy z Czeczenii wyjechało.

Unicestwienie fizyczne powierzono przede wszystkim bombom. Według Human Rights Watch, tylko w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy tzw. „drugiej wojny czeczeńskiej” zginęło około 10,5 tysiąca ludzi. A przecież przeciw Czeczenom walczył jeszcze cały arsenał wojenny: czołgi, wozy pancerne, artyleria. Zakrojone na szeroką skalę działania wojenne skończyły się wiosną 2002 roku, nadal jednak funkcjonował system tortur. Do stosowanego już wcześniej, podczas tzw. pierwszej wojny czeczeńskiej (1994-1996) znęcania się nad człowiekiem, od najokrutniejszego bicia po podłączanie do prądu; od dołu z wodą i gaszonym wapnem po przebijanie kończyn gwoździami, dodano podczas „drugiej czeczeńskiej” wstrzykiwanie chemikaliów czy duszenie w workach plastikowych.

Celem tortur jest nie tylko wymuszenie wiadomości o partyzantach, lecz przede wszystkim – sianie strachu. A także – zarobek, gdyż bardzo często za niedobitą  ofiarę udaje się uzyskać od rodziny i kilka tysięcy dolarów. Do niedawna ludzi porywano podczas obław (zwanych zaczystkami). Teraz, gdy zaczystki są rzadkością, porywa się ich nocą z domu – albo z drogi, albo z samochodu. Jeśli rodzina ma szczęście i szybko udaje się jej ustalić, na jaki posterunek (czeczeńskiej milicji  lub rosyjskiego wojska: FSB, SPECNAZ czy GRU) człowieka odwieziono, odbierze żywego, choć kalekę. W innym wypadku zapłaci już tylko za zwłoki.

Unicestwienie moralne odbywało się – można rzec – dwutorowo. Tor pierwszy – czeczenizacja konfliktu: powierzenie zabijania Czeczenów – Czeczenom. Tor drugi – deprawacja przez bezrobocie, biedę i – nieodłączną od wojny – demoralizację: alkohol, narkotyki, rozluźnienie obyczajów. Dla takiej społeczności jak czeczeńska, gdzie tradycja i wychowanie są spoiwem utwierdzonym wiekami, degrengolada obyczajów to droga do narodowej katastrofy. Nieznana Europejczykom troska o starszych w rodzinie, niesłychanie silne więzi między rodzeństwem, rygor w kontaktach między kobietami i mężczyznami, wspólna dla całej społeczności troska o dzieci – zostały nadwerężone. Jak i tradycyjne dla islamu zachowania: jeszcze kilka lat temu trudno było spotkać Czeczena pijącego czy przeklinającego, nawet palący należeli do rzadkości. Dziś jest to łatwiejsze. Kiedyś nie do pomyślenia było spotkanie w Groznym prostytutki. Dziś i to się zdarza.

Jaka jest więc Czeczenia A.D. 2007?

Legalna i podziemna.

Legalna nazywa się Czeczeńską Republiką i jest nadal częścią Federacji Rosyjskiej. Zorganizowane w warunkach absolutnego terroru referendum zatwierdzające poddańczą wobec Moskwy konstytucję (2003 rok), a także wybory prokremlowskiego prezydenta (2002 rok) i prokremlowskiego parlamentu (2005) przynależność tę potwierdziły. Prezydentem Czeczeńskiej Republiki jest Ramzan Kadyrow.

Czeczenia podziemna nazywa się Czeczeńska Republika Iczkeria. Zaistniała 27 stycznia 1997 roku – po „pierwszej wojnie czeczeńskiej”, wraz z wyborami prezydenta oraz parlamentu. Demokratycznie wybranym prezydentem był Asłan Maschadow, którego zabito 8 marca 2005 roku (jego ciała do dziś rodzinie nie wydano). Zabito i jego następcę: Abduła Chakima Sadułajewa. Dziś prezydentem Iczkerii jest Dokka Umarow. Jej rząd i parlament działają na wychodźstwie. Jej armia – w górach.

Czeczenia oficjalna w pełni należy do Ramzana Kadyrowa. Trzydziestolatka, który nie zakończył swej edukacji w technikum, ale już kilka rosyjskich uczelni (on sam ponoć skończył w 2004 roku politologię na uniwersytecie w stolicy Dagestanu –  Machaczkale) oferowało mu doktorat honoris causa; posiadacza najwyższego rosyjskiego odznaczenia – Orderu Bohatera Rosji, który został mu wręczony przez Putina w grudniu 2004 roku.

Poprzedni prezydent Czeczenii, ojciec Ramzana Achmad Kadyrow 9 maja 2004 roku, podczas uroczystości związanych z Dniem Zwycięstwa, wyleciał w powietrze na groznieńskim Stadionie Dynamo wraz z ewentualnym prawowitym następcą czyli premierem. Tak się złożyło, że szef jego ochrony, nigdy go nieodstępujący syn Ramzan Kadyrow akurat przebywał w Moskwie. Już następnego ranka Rosjanie widzieli go na Kremlu, we współczujących ramionach prezydenta Rosji. Z Kremla młody Kadyrow wyszedł już jako wicepremier. Faktycznie – właściwy zarządca Czeczenii. Gdy w 2006 roku „stuknęła” mu trzydziestka zezwalająca na objęcie najwyższego w państwie stanowiska, wybrany przez parlament republiki, został prezydentem. Głównym  jego atutem jest licząca co najmniej kilkanaście tysięcy automatów gwardia. W jej skład wchodzą też byli bojownicy. Także i tacy, których do tego zmuszono poprzez uwięzienie i torturowanie ich rodzin.

Ramazan Kadyrow postanowił do 2008 roku odbudować Grozny. Miasto, będące od lat morzem ruin, zaczęło się odradzać jak Feniks z popiołów. Dotychczas przeznaczane na jego odbudowę miliardy osiadały na rosyjsko-czeczeńskich kontach. Motywowały do działania prokremlowskich polityków w Czeczenii i prowojenne lobby w Moskwie. Ale czyje konta rzeczywiście zasilały – któż to wie? W czasie, kiedy już trwały przygotowania do nowej wojny w Czeczenii, a więc i do nowych bombardowań, prezydent Jelcyn podpisywał kolejne asygnaty na „odbudowę Groznego”. A finansowany przez Moskwę od 2000 roku Achmad Kadyrow stał się jednym z najbogatszych ludzi Kaukazu Północnego.

Ramzan jednak widzi swą rolę inaczej niż ojciec. Nie interesuje go przelotna prezydentura, lecz dożywotnie władanie republiką. Odbudowuje stolicę i wzmacnia kult swojej osoby. Jego portrety widać na każdym kroku. Kluby sportowe noszą jego imię. Miejscowa telewizja godzinami pokazuje Kadyrowa, a to jak przyjmuje delegacje, a to jak świętuje swoje urodziny. Stolica rzeczywiście się odbudowuje: zryte gąsienicami drogi stały się gładkie jak stół, na miejscu ruin stanęły nowe domy, tonące kiedyś w kałużach dziurawe chodniki błyszczą białym kamieniem, budynków administracyjnych nie powstydziłaby się Moskwa. Kadyrowska gazeta „Czeczeńskie społeczeństwo – dzisiaj” 31 lipca 2007 roku donosiła, że w dzielnicy Staroprzemysłowej oddano 34 domy, że w republice oddano już 1931 mieszkań, zaasfaltowano 11575 metrów kwadratowych dróg i 11 675 metrów trotuarów. Wiadomo wprawdzie, że domy wewnątrz nie są wykończone, że poza centrum Grozny jest taką ruiną, jak dawniej, że bieżącej wody nadal nie ma, i że cała ta odbudowa to Potiomkinowska Wieś. Ale mówią to uchodźcy czeczeńscy w Warszawie. W Groznym nikt by się nie ośmielił na podobne stwierdzenia.

Z budżetu centralnego płyną pieniądze na rekonstrukcję stolicy, płyną i od magnatów czeczeńskich w Moskwie. Diaspora „dobroczynności” Kadyrowowi nie odmawia, każdy Czeczen ma bowiem w republice rodzinę, którą zawsze mogą się zająć gwardziści prezydenta. Dwóch dżentelmenów z Moskwy podarowało mu więc na 30. urodziny ferrari za 450 tysięcy dolarów. Powstała też w Czeczenii Fundacja im. Achmada Kadrowa, zasilana co najmniej 30. procentami od płacy każdego pracującego oraz krociami od miejscowych biznesmenów (temu, który odmówił, buldożery staranowały dom). Naftowego biznesu prezydenta strzeże specjalny „pułk naftowy”, każda z jego fabryk (maszyn do szycia w sąsiednim Kraju Stawropolskim czy materiałów budowlanych – pod Moskwą)  ma swą ochronę specjalną. Może więc Ramzan Kadyrow zajść do salonu samochodowego Chryslera i powiedzieć: proszę dziesięć sztuk, płacę gotówką.

Czeczenię odwiedza bokser wszechczasów Mike Tyson (ponoć za pięć milionów dolarów), bawią ją najbardziej znani artyści moskiewskiej estrady, w luksusowej restauracji „Olimp” jedzą kawior łyżkami kandydatki na „Miss Świata 2007” (które o docelowym punkcie podróży dowiedziały się dopiero w samolocie) oraz stołeczne lwice salonowe. Każde rosyjskie święto obchodzi się tu okazale. Na przykład w Dzień Rosji (12 czerwca) na placu w kolorach flagi rosyjskiej zjawił się wielotysięczny tłum. – Uprzedzono nas – mówi Ibrahim, student Uniwersytetu Groznienskiego – że jeśli nie przyjdziemy, nie dostaniemy zaliczeń i nie dopuści się nas do egzaminów. – Pracującym zagrożono utratą pracy, która jest  największym w Czeczenii dobrodziejstwem. Nic to nowego w republice, w której tak właśnie od lat się „zabezpiecza” frekwencję na rozmaitych referendach (np. w 2003 roku w sprawie konstytucji), wyborach prezydenckich (2002 r. – wybory Achmada Kadrowa) czy parlamentarnych (2005 r.)

Czeczeńska Republika coraz bardziej przypomina czasy ZSRR. Urzędnicy walczą o samochody i nagrody, a milicjanci i pracownicy >>budżetówki<< w ramach prac społecznych bielą drzewa w sobotę. 1 Maja, przy głośnej muzyce marszowej, kolumny ludu pracującego, młodzieży oraz inteligencji pracującej, w karnych szeregach, pod transparentami partii Jedna Rosja defilowały przed trybuną, na której stało kierownictwo Republiki z Ramzanem Kadyrowem na czele pisze dziennikarz niskonakładowej, niemal podziemnej gazety „Czeczeńskie społeczeństwo”.

Nie znaczy to jednak, że wszyscy obecni na manifestacjach lub przy urnach – zjawiają się tam ze strachu. Jakaś część społeczeństwa zawsze była promoskiewska. I jakaś część młodzieży widzi w Ramzanie idola. Pod jego panowaniem mnożą się kluby sportowe oraz rozrywkowe imprezy. Czy można mieć za złe młodzieży wzrastającej wśród świstu bomb, wśród ruin i cmentarzy, że chce cieszyć się życiem? Poza tym Ramzan Kadyrow usiłuje się pokazać narodowi także, jako dobry Czeczen: domaga się na przykład, by wszystkich więzionych w całej Rosji rodaków umieścić w więzieniach w republice. Jeszcze do tego nie doszło. Pertraktacje z kompetentnymi władzami Rosji ponoć trwają. Czeczenom, którzy podczas wojny postradali domostwa już dawno przyznano rekompensaty. Niewielkie, ale jednak. Otrzymują je jednak tylko wtedy, gdy z kadyrowcami dzielą się po połowie.

Prywatne więzienia rodziny Kadyrowów funkcjonują bez przerw w ich rodzinnej wsi Centeroj i w opanowanym przez nich Gudermesie. Trafiają tam nie tylko podejrzani Czeczeni, ale i żołnierze federalni. Coraz częściej zdarzają się potyczki między „kadyrowcami” a „federałami”. Coraz częściej w Moskwie słychać wątpliwości, czy Ramzan Kadyrow, dziś niewątpliwie najsilniejszy z kaukaskich liderów, zawsze zechce być kornie podporządkowany Kremlowi. On sam zapewnia, że gwarantem jego władzy jest Władimir Putin. To właśnie z Czeczenii wyszedł pierwszy wniosek o przedłużenie prezydentury rosyjskiego prezydenta na trzecią kadencję.

*

6 sierpnia 2007 roku, w jedenastą rocznicę wielkiego zwycięstwa armii czeczeńskiej nad Rosjanami, prezydent Czeczeńskiej Republiki Iczkeria Dokka Umarow  był wraz z grupą bojowników w Groznym. Poprowadził sztabową naradę z komendantem frontu centralnego, odwiedził niektórych mieszkańców. W mieście zapanowała panika. Najbardziej przerażeni opuszczali miasto, spodziewając się szturmu. Nadciągnęły oddziały kadyrowców. Ale Umarow zniknął.

Dokka Umarow ma twarz w bliznach i oprócz tytułu prezydenta Czeczeńskiej Republiki Iczkeria także i tytuł Emira Mudżachedinów Kaukazu. Od kiedy Szamila Basajewa zabito, jest najważniejszą postacią ruchu oporu w Czeczenii. Od września 2001 roku wspierające bojowników moralnie i materialnie państwa Zachodu odwróciły się od nich jako od islamskich fanatyków. Roztoczyły więc nad nimi opiekę państwa arabskie i odtąd, wraz z bronią i pieniędzmi na walkę, płynie w góry Czeczenii także odpowiednia literatura. Dowódcy zapuścili brody i zamienili się w emirów, walkę o wolność zastąpił Allach, okupanci zamienili się w kafirów, zdrajcy w munafików.  bojownicy w mudżachedinów. Naprawdę jednak walczą wciąż o to samo: o wolność.

Walczą od wczesnej wiosny do późnej jesieni, póki zarośla zapewniają bezpieczeństwo. Ilu ich? Nie wiadomo. Wystarczająco wielu, by każdego dnia ginęło co najmniej kilku żołnierzy rosyjskich, by regularnie na minach wylatywały w powietrze rosyjskie wozy pancerne. Zacięte walki nadal toczą się w górach. Już nie tylko czeczeńskich. Z sąsiedniej Inguszetii każdy dzień przynosi wiadomości frontowe. Nie ma dnia bez ofiar po obu stronach. Podobna sytuacja jest i w dzielącym Czeczenię od Morza Kaspijskiego Dagestanie, i w nieodległej Kabardyno – Bałkarii.

Dokka Umarow twierdzi (wywiady z nim publikuje portal bojowników kavkazcenter), że wielki jest napływ młodzieży do partyzantki. Nie tylko dlatego, że chce ona kontynuować walkę o niepodległość Iczkerii. Władzom rosyjskim najwidoczniej zależy na tym, by walkę Czeczenów i innych przedstawicieli Kaukazu Płn. uznać za religijną. Dlatego prowokuje się ich, prześladując najbardziej wierzących, dlatego w Kabardyno – Bałkarii zamknięto meczet i pobito modlących się, dlatego w Dagestanie zdemolowano księgarnię z literaturą islamską.

Bojownicy ani na chwilę nie zaprzestali walki. Na jak długo starczy im sił?

Sztab armii rosyjskiej w czeczeńskiej miejscowości Chankała rozrósł się w niewielkie nowe miasteczko. W górach mnożą się nowoczesne graniczne bazy wojskowe FR.  Z ulic Groznego zniknęły wprawdzie wojskowe posterunki, i sami wojskowi,  ale nadal stacjonuje tu 48 Armia Zakaukaskiego Okręgu Południowego. Najwidoczniej Kaukaz ma pozostać pod napięciem. Czy po to, by wojny i konflikty spełniały rolę straszaka w stosunku do czyhającego na kaspijską ropę Zachodu?

*

Istnieją dwie Czeczenie: ta należąca do Ramzana Kadrowa i ta, którą włada Dokka Umarow. Która z nich jest bardziej prawdziwa? Czy możliwe, by Czeczeni, dumny naród (wedle podań wywodzący się od Noego) zapomnieli o wielowiekowej walce, o dręczącej ich chimerze swobody? By pogodzili się z zabijaniem, burzeniem, wygnaniem? By zapadli na amnezję i wybaczyli? Trudno uwierzyć. Tradycja i pamięć są dla nich prawdziwą religią. Wiedzą, że tylko w świecie bez pamięci kłamstwo pozostaje bezkarne.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata