70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nowy dźwięk, nowy wymiar, nowy człowiek

Dla niektórych Slot Art Festiwal to jedynie przystanek przed kolejnym Przystankiem, tym Jerzego Owsiaka w Kostrzynie. Dla wielu innych to wszakże największe wydarzenie lata. Jedni i drudzy z każdym kolejnym rokiem coraz liczniej stawiają się w Lubiążu koło Wrocławia, by uczestniczyć w jednym z najciekawszych i najbardziej oryginalnych polskich festiwali.

Slot Art Festiwal jest imprezą wyjątkową nie dlatego, że jedno z jej naczelnych haseł stanowi „pięć dni bez chemii i przemocy”, i nie dlatego, że dużo mówi się tutaj o Bogu. Inicjatywy kulturalne, których organizatorzy przekonują o możliwości dobrej zabawy bez alkoholu i narkotyków, nie należą do rzadkości, a festiwale o mniej lub bardziej religijnym charakterze mają się w Polsce całkiem dobrze. Na ich tle Slot Art Festiwal wyróżnia się przede wszystkim aktywną rolą każdego uczestnika. Kilka tysięcy osób przyjeżdża do Lubiąża po to, by dzielić się sobą. Nie inaczej będzie zapewne i w tym roku, gdy w dniach 11-15 lipca ta mała dolnośląska wioska przeżyje kolejny najazd miłośników twórczego życia i kultury alternatywnej.

Już sama sceneria festiwalu, popularnie zwanego Slotem, wskazuje na to, że mamy do czynienia z wydarzeniem niezwykłym. Od 2001 roku odbywa się on bowiem na terenie (robiącego ogromne wrażenie) byłego cysterskiego opactwa, określanego jako barokowe arcydzieło i zabytek na skalę międzynarodową. Bramy tego właśnie kompleksu klasztornego przekracza każdy uczestnik i zwłaszcza za pierwszym razem trudno jest oderwać wzrok od tego, co widzi się po wejściu. Oczom ukazuje się bowiem olbrzymi gmach klasztoru, a przed nim duży plac, którego centralny punkt stanowi okazały platan. Na placu znajduje się mnóstwo ludzi, jedni odpoczywają, inni się bawią, i to jak! Żonglerka, chodzenie na szczudłach, dziwne gry, których nazwy i zasady poznaje się później, siatkówka, a wszystko to przy akompaniamencie bębnów, gitar i harmonijek ustnych. Słowem, pierwsze wrażenie dla każdego slotowego „debiutanta” jest wrażeniem wielkiego artystycznego pikniku. Wiele tych zajęć stanowi tak naprawdę element warsztatów, głównej atrakcji każdego festiwalowego poranka i popołudnia. Bowiem między godziną jedenastą a siedemnastą uczestnik może wybierać spośród ogromnej liczby (w zeszłym roku ponad stu dwudziestu) warsztatów i danego dnia pójść na trzy z nich. Tak wiele ciekawych rzeczy dzieje się tutaj naraz, że jadąc na Slot, należy się spodziewać prawdziwego bólu głowy przy podejmowaniu decyzji, czego by tu spróbować. Zachwyca także różnorodność zajęć: w tym roku – od warsztatów związanych z językami (np. czeski, migowy) przez sztukę wizualną (maski z gliny, malowanie na szkle, biżuteria), warsztaty muzyczne (domowe studio, instrumenty perkusyjne Konga, granie na beczkach, kije deszczowe), sport i ruch (le parkour, szermierka, starochińska gra nazywana „go”), teatr, taniec (dawny, współczesny, irlandzki) po rozmaite elementy sztuki cyrkowej i takie warsztaty, które ciężko zaklasyfikować (np. anime, Linux, nauka jazdy, dziennikarstwo, rzucanie palenia). Podanie tych kilkunastu przykładów nie oddaje w pełni niezwykłej różnorodności wszystkich zajęć, w których można wziąć udział. Patrząc na tegoroczny ich wykaz, nie mam wątpliwości, że, oj, będzie się działo, a ból głowy przy podejmowaniu decyzji powróci.

W oparciu o własne doświadczenia muszę przyznać, że maksymalne piętnaście warsztatów w pięć dni zaliczyć trudno. Bywały na Slocie takie chwile, kiedy to po dwu godzinach biegania po łące z atrapą broni białej w ręku i kolejnych dwu spędzonych na nieustannym bombardowaniu beczek dłońmi nie marzyłem o niczym innym, jak tylko by odpocząć w cieniu platana. Na szczęście nic nie stało na przeszkodzie, by to uczynić. Dodatkowo podczas błogiego leniuchowania można było wysłuchać, co do powiedzenia mają ciekawi goście, którzy przyjechali na Slot. Równocześnie z warsztatami odbywają się bowiem wykłady. Porusza się podczas nich tematy związane głównie z szeroko pojętymi naukami humanistycznymi.

Należy dodać, że ujęcia tych tematów często są niebanalne. Praktyczne rozważania nad zmianą świata, życie w harmonii ze światem przyrody czy cykl naukowo-filozoficzno-religijnych rozważań o sztuce widzenia, to tylko niektóre przykłady wykładów z ubiegłego roku. Spora ich część dotyczy religii i duchowości. Slot Art jest bowiem festiwalem w pewnym sensie chrześcijańskim, nawet jeśli zbyt wyraźnie tego faktu się nie podkreśla. Na internetowej stronie festiwalu przy pytaniu: „Czy Slot jest imprezą chrześcijańską?” na odwiedzającego witrynę czeka dość pokrętne wyjaśnienie, po którego przeczytaniu ma się wrażenie, że odpowiedź na postawione wyżej pytanie brzmi: „Nie, ale w gruncie rzeczy tak.” Przyznam szczerze, że ten paradoks mimo wszystko doskonale oddaje istotę rzeczy. Slot jest bowiem imprezą związaną z kulturą alternatywną i to ona tam dominuje. Festiwalowi towarzyszy jednakże aura duchowości. Przyjazna forma prezentowania tematyki religijnej sprawia, że dobrze czują się tutaj zarówno wierzący, jak i niewierzący. Można skoncentrować się wyłącznie na twórczości i kulturze, można również łączyć ją z Bogiem – wybór należy do uczestnika, a możliwość wyboru jest autentycznie odczuwalna.

Co ciekawe, wśród organizatorów festiwalu dominują protestanci. W kontekście chrześcijańskiego charakteru Slotu ma to niebagatelne znaczenie. Nie da się ukryć, że przyjazd w głównej mierze katolików na organizowaną przez protestantów imprezę co rok wywołuje emocje i stanowi temat niekończących się dyskusji zarówno w trakcie, jak i po festiwalu. Odnoszę wrażenie, że jeśli ktoś chce na Slocie zobaczyć starcie religii, to je zobaczy, natomiast jeżeli spróbuje dostrzec dialog pomiędzy nimi, także go ujrzy. Tego dialogu jest jednak moim zdaniem znacznie więcej niż animozji. Owszem, w ubiegłym roku zdarzały się zgrzyty zarówno po jednej, jak i drugiej stronie. Dość nieprzyjemna sytuacja miała miejsce w niedzielę, gdy pewne grupy pozrywały plakaty informujące o mszy dla katolików, odbywającej się poza kompleksem klasztornym. W trakcie festiwalu można było także spotkać ludzi zachwyconych słowem do nich kierowanym aż do momentu, w którym dowiedzieli się, że padło ono z ust luteranina czy zielonoświątkowca. Do trudności we wzajemnym zrozumieniu trafnie odniósł się katolicki kapłan w niedzielnej homilii, dobitnie i w wybitnie młodzieżowej formie stwierdzając: „siedzą sobie protestanci w klasztorze, my tutaj bandą na łące, a między nami mur!”. W istocie, znajdujący się przy polanie majestatyczny mur opactwa nabrał w tej scenie symbolicznego znaczenia i dobrze obrazował, jak trudno wyzbyć się choć odrobiny wzajemnej nieufności. Niemniej jednak na ubiegłorocznym Slocie można było dostrzec wiele przykładów udanego burzenia tego muru. Odniosłem wrażenie, że na wykładach starano się mówić o rzeczach uniwersalnych dla całego chrześcijaństwa i nie poruszać tematów, które związane byłyby jednoznacznie z jednym nurtem tej religii, lub – co gorsza – godziłyby w inne. Stąd najbardziej zapadł mi w pamięć obraz protestanckiego wykładowcy z Minneapolis, który przemawiając pod platanem, słowa „we are on the same side” powtarzał niczym mantrę.

Slot uczy także tolerancji, udowadniając, że ludzie kroczą różnymi ścieżkami, kierującymi ich ku Bogu. Trudno o inny wniosek, gdy w ciągu pięciu dni słucha się na przykład chrześcijańskich anarchistów z Czech, gdy ogląda się film o pastorze z Sao Paulo, organizującym deathmetalowe spotkania muzyczno-modlitewne czy gdy uczęszcza się na wykłady Davida Pierce’a. Ten ostatni to wręcz jeden z symboli festiwalu. Nazywany „rockowym kapłanem”, charyzmatyczny protestant zasłynął występami ze swoim zespołem „No Longer Music” w domach publicznych oraz w klubach dla satanistów i członków organizacji terrorystycznych. Oczywiście skłamałbym, twierdząc, że na Slocie większość osób to postaci równie barwne, jak te wymienione przed chwilą. Podałem jedynie najbardziej wyraziste przykłady. Niemniej jednak można zdumieć się, na jak niecodziennych płaszczyznach ludzie szukają kontaktu z Bogiem. Równie zdumiewające jest to, że Boga tam znajdują!

Powróćmy do festiwalowej doby. Po dawce warsztatów i wykładów w ciągu dnia, wieczór oraz noc upływają pod znakiem koncertów, spektakli i spędzania czasu w kawiarenkach. Codzienne występy na Małej i Dużej Scenie zapewniają miłośnikom rozmaitych stylów muzycznych w sumie niemal sześć godzin rozrywki. W ubiegłym roku dominował rock, lecz nie zabrakło metalu i reggae. Na Dużej Scenie już pierwszego dnia chorwacki zespół October Light, grający mieszankę chrześcijańskiego rocka i ska, oraz prezentująca ambitną muzykę o inklinacjach progresywno-rockowych grupa Lampshade, ustawiły całej reszcie wykonawców poprzeczkę niezwykle wysoko i nie jestem pewien, czy jakikolwiek z następnych wieczorów z muzyką dorównał temu otwierającemu festiwal. Tegoroczny Slot pod względem muzycznym także zapowiada się bardzo ciekawie. Na Dużej Scenie zobaczymy między innymi gwiazdę polskiej muzyki alternatywnej – Fisza. Z zespołem 2Tm2,3 (popularnie zwanym Tymoteuszem) powróci również Tomasz Budzyński, który na Slocie gościł już z grupą Armia.

Wieczory przy Dużej Scenie to jednakże nie tylko muzyka. Część widowni czeka bowiem głównie na moment, gdy na dużym telebimie wyświetlony zostanie trwający kilkanaście minut program relacjonujący, co działo się danego dnia festiwalu. Zrealizowana z rozmachem SloTV stanowi świetne urozmaicenie występów na Dużej Scenie. Po koncertach, czyli około północy, w katedrze rozpoczynają się przedstawienia i spektakle. Zajrzeć można także do tak zwanego „reggae tentu”, czyli namiotu, gdzie przez całą noc króluje reggae i gdzie mieści się również herbaciarnia. Na spragnionych tańca czekają sceny klubowe. Warto odwiedzić także jeszcze jeden namiot, w którym swą siedzibę ma scena eksperymentalna. Występują tutaj artyści prezentujący bardzo nowatorską i niekonwencjonalną muzykę. Liczba wydarzeń dziejących się naraz sprawia, że nieraz staje się przed poważnym dylematem między błyskawicznym „tournée” po kolejnych stanowiskach a spokojnym delektowaniem się sztuką w kilku ledwie miejscach. Wiele prawdy jest w słowach mojej znajomej, która kiedyś przed wyjazdem do Lubiąża powiedziała mi, że największy problem związany ze Slotem stanowi pragnienie ciągłego oglądania, słuchania, bawienia się i uczenia, podczas gdy nie ma się już na to czasu i sił. Tych ostatnich brakuje czasem nie tylko z uwagi na aktywny charakter imprezy i jej napięty kalendarz. Zdarzają się także dodatkowe „atrakcje”, takie jak ubiegłoroczny niedobór wody w kranach z powodu suszy czy inwazja os na byłe opactwo cysterskie. Tak więc z Lubiąża wyjeżdża się z wieloma pięknymi wspomnieniami, ale i ze sporym niedoborem snu oraz poczuciem opuszczenia wielu ciekawych rzeczy. Z drugiej strony, dzięki temu jest po co wracać za rok. I nie tylko z tego powodu, warto. Hasło „nowy wymiar, nowy dźwięk, nowy człowiek”, które towarzyszy Slot Art Festiwalowi, oddaje bowiem istotę wartości tego wydarzenia. Ambitna, niekonwencjonalna sztuka pozwala oderwać się od codzienności, pełnej tworzonych w imię pieniądza pseudodzieł. We wszystkim, co ze Slotem związane, najważniejszy jest zaś nowy człowiek: twórczy, otwarty na innych, uczynny. Po prostu lepszy.

Slot Art Festiwal, Lubiąż 11 – 15 lipca 2007

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata