70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czyste mieszkanie

Czytając Czyste mieszkanie jesteśmy po stronie życia.

1.

Minęła numer 12, chcąc znaleźć źródło miłych a niespodziewanych w mieście pochrząkiwań i gęgań. Od strony skweru, na podwórku za siatką, które kiedyś było kwietnikiem, żołnierz rzucał obfite resztki świniakowi i olbrzymim gęsiom. Znała to: gospodarstwo SS-manów. Gdzie rezydują? Pod czternastym? – Proszę bardzo. Co za gęsi, au!, co za gęsi!

Na Wawelskiej trzymali całe stado w tę najgorszą zimę na dworze i gęgały dzień i noc.

Żołnierz spojrzał i zaszwargotał, szczerząc zęby. „Jestem elegancka jak volksdojczka”, pomyślała wzgardliwie pani Tuśka i odeszła bez pośpiechu. Jej cokolwiek sfatygowane, ale bardzo warszawskie półbuciki na równie warszawskich nogach przykuwały jeszcze chwilę uwagę żołnierza, potem znów cmoknął na gęsi.

Willa pod dwunastym miała wyraźnie jedno tylko wejście, ale za to furtkę ogrodową – w tej chwili otwartą, może jednak uda się ją zamknąć na klucz. Przeciwległy domek nieźle separowały od ulicy drzewa i krzewy, a tu był widok z okien pierwszego piętra. Na schodach zorientowała się, że mieszkanie, do którego zmierza, wychodzi na ulicę, nie na ogródki: to te właśnie okna z widokiem.
Otworzyła jej drobna i szczupła młoda osoba, zamiast oczekiwanej siwej i tęgiej. Tuśka wkroczyła swobodnie, pytając o panią domu.

– Ciotki nie ma i nie wiem, kiedy wróci.

Jak to obecnie bywa, mnóstwo ciotek i takie w ogóle rodzinne stosunki. Tuśka nieproszona usiadła w przedpokoju, rozpinając lutry i zdejmując rękawiczki. Spojrzenie bardzo jasnych oczu młodej niewiasty musnęło jej ładnie utrzymane ręce. Orzechowe oczy, prawie tego samego koloru co krótko obcięta czupryna, nie przybrały żadnego wyrazu: – Można wiedzieć, czego pani sobie życzy?

– Miałam właśnie omówić z ciotką sprawę mieszkania. Czy pani tu mieszka? Te dystanse obecne. Ja doprawdy nóg nie czuję.

– Chodzi o odnajęcie pokoju? Niestety, to pomyłka. Nie ma nic wolnego.

Pyszczek bardzo szczupły, prawie charci, wydatna kostka nosa obciągnięta przezroczystą skórą. W oczach o zbyt jasnych rzęsach nie można dopatrzyć się nawet niecierpliwości.

Pani Tuśka wzdycha raz jeszcze, raz jeszcze patrzy w te oczy – ich zdecydowany brak wyrazu coś jednak jej mówi. Bo oto uśmiechając się i nie wstając, oświadcza:

– Pani Lipkowska, znajoma ciotki, tu mnie skierowała.

Niemalowane wargi mizernej siostrzenicy poruszyły się i po pół sekundzie odpowiedziały:

– Do ciotki przyjechała rodzina, to już nieaktualne.

Przybyła przed lustrem poprawiła kapelusz.

– Żałuję. A państwo na długo? – czarujący uśmiech przepraszał za tupet.

– Proszę pani, to doprawdy pomyłka. Pani zechce zwrócić się gdzie indziej.

Schodząc lekko i wolno ze schodów, pani Tuśka usłyszała – chwilę nieruchomości w przedpokoju. Na dole dobiegły ją znowu pokwikiwania i chrzęst twardych gęsich skrzydeł. Przeszła dwadzieścia kroków ku Filtrowej i zatrzymała się, poprawiając korek w buciku. Cichy, ale charakterystyczny odgłos zaczął rozchodzić się z nieokreślonego, zapewne jednak tego właśnie, które dopiero co opuściła, miejsca.

Była to maszyna.

Zaczęła znowu terkotać – płytkim terkotem portable’a ustawionego na poduszce – zaledwie Una zastukała „wpuśćcie” i przekręcono za nią klucz. Głowy nie podniosły się znad roboty.

Una, znacząc ołówkiem, dyktowała cyfry. W momencie wkręcania na wałek nowej „japonki” powiedziała:

– Lipkowska przysłała babę.

– Lipkowska? – zdziwiła się Dorota. – A swoją drogą patrzcie!

„Zaplecze” na kanapie zasłane było dzisiejszą produkcją i jej odpadkami, a gruby jak tom encyklopedii, zmięty dzienniczek rozpościerał się na etażerce.

– Ktoś musi jednak zwracać na to uwagę!

– „Widok okropny wszystkie zmysły razi” – przyświadczyła Isia. Każdy wiedział, że sprzątnięcie tego bałaganu zajęłoby dobre trzy minuty, a jeszcze taboret, bestia, otwierał się za specjalną namową.
No tak, ale… Dziś było dwanaście pilnych kawałków.

– Łapcia niech zwraca uwagę – podsunęła Una-Szczurek. – Ona ma wyobraźnię.

W tej chwili zaszeptała znów maszyna. To czwarta z tuzina depesz przybierała postać clairu. Ale trzecia wciąż jeszcze stanowiła na pół rozwiązany rebus wczorajszych zrzutów: sprawdzaj tu po dwa razy wszystkie sumy! – Kiedy oni wreszcie się nauczą podawać to literami?

– A czy ona na pewno była od Lipkowskiej?

Dorota, do której zwracało się to pytanie, jak większość pytań w tym gronie, przeniosła wzrok z połyskliwych, pełnych wyobraźni okularów Łapci (która jako podlegająca skrupułom co dwa tygodnie mianowana tu bywała „bezpiecznikiem”), na jasne, obojętne oblicze Uny. – Una?

– Licho ją wie. Ale ten adres był kiedyś zgłoszony do Lipki.

– W zamierzchłych czasach. Dwa lata już chyba, jak służy.

– A pół jak był spalony.

– Jednocześnie może nam i jej przyszło natchnienie, że znowu jest czysty? No, jadziem, Orelciu. W szóstce siedem jeden. Układ. W zerze osiem dwa…

– A co będzie z tą od Lipkowskiej? – nastawała nieśmiało Łapcia.

Ale w tej chwili Tita wkroczyła po drugim dzisiaj spotkaniu z Jotami i z wnętrza gumowego słonia wyciągnęła zwój świeżutkich, „prosto z pieca”, inaczej mówiąc, z nowej stacji w Kampinosie, nieszeleszczących bibułek.

– No nie, proszę was! Przesadyzm! – podniosły się głosy. – Trzy dalsze ciągi po dziewięćset grup. Założę się, że to Politycy.

– A tutejsi nie zostaną dłużni w odpowiedzi. Jutro idź, Tita, na pocztę z plecakiem.

– Na jutro nie zdążymy, szkoda gadać.

– Chcecie, żeby nam dali nową? – groźnie mruknęła Genowefa, najbardziej „pażyrna” na robotę ze wszystkich Żab i zawsze gotowa twierdzić, że jej podbierają, czyli po biurowemu podsiadają, to, co sama mogłaby zrobić.

– I tak nas to nie minie. Władzuchna orzekła, że musimy się zadomowić, pracować długofalowo i nie zdzierać się.

Una już liczyła dalsze hasła: dzisiaj jak na złość każdy knypek był z innej daty.

– Nie, to najdłuższe pójdzie na chałupy, Una!

– Więc na jutro rano nie będzie…

– No to nie będzie! Przyjrzyjcie się! Komar odbierał. To jest widmowe! Nie można tego dyktować bez lupy.

– Bez mikroskopu elektronowego…

W godzinę później, wśród monotonnego dukania, na które składały się trzy prędkie jak kłótnie, lecz przyciszone dialogi cyfrowo-literowe, Łapcia znów przypomniała intruza od Lipki.

I w rezultacie Una jechała szesnastką na Chłodną – zielona jak ser, tak się czuła niedobrze tego dnia, ale nie było oczywiście rady, bo ona jedna znała chody popołudniowe do Lipki, czyli zwyczajnie jej prywatne mieszkanie; taką wiedzę należało zachować przy sobie. Cóż, Una pamiętała „heroiczne czasy”, kiedy wszyscy biegali do wszystkich i znali się po nazwisku, broń piętrzyła się w koszach od bielizny, meldunki spoczywały pod dnami szuflad, a za granicę wędrowały jako potężne rulony w kijach turystycznych. „To było jednak – dajcie spokój, Bóg wie co!”.

W zdumiewająco pustym tramwaju (dopiero co musiały być gdzieś grubsze łapanki) siedziała naprzeciwko osoba absolutnie szara, bez wieku i bez fizjonomii. Rzecz jasna: Sabina. Z olbrzymią tacą. Una ze swej strony taszczyła żelazko elektryczne z materiałem dla dwóch chałup, jako że nie miała już dziś wrócić na „Chlewik” (tak zwano schludną willę obok SS-manów).

Sabina mimo pozorów senności przepatrywała swymi nieokreślonej barwy oczyma mijane ulice, Una zaś, zwracając bilet konduktorowi, uśmiechnęła się do niego z zaufaniem: to ten sam, była prawie pewna, komenderował parę dni temu przez zęby: – Pryskać, panowie, pryskać! – wśród Niemców i foksów, podczas gdy motorniczy z lekka przyhamował. Wyskoczyła wtedy i ona. Na rogu, przy przystanku aż zielono było od szkopów.

Sabina, westchnąwszy, siadła przy Unie. – Słuchaj, załoga wciąż robi piekło o te mapy.

Tramwaj zaczął zapełniać się, rozmawiały ledwie poruszając wargami, z obojętnymi i nijakimi minami kobiet przemęczonych handlem. – Daj spokój: Maciejka sama zabierała swoje graty z Chlewika. A potem była jeszcze rewizja…

– Maciejka twierdzi, że wyście tam miały, w stołku.

– Wariatka. Co dzień patroszymy stołek.

– To na Chlewik wróciłyście? A czy wiesz już, że ten Ptaszek wsiąkł?

– Który?

– Ten, co wam przekazywał nowy kod czy coś na Chlewiku.

„To w każdym razie nie na próżno będę u Lipkowskiej”, pomyślała Una, nic nie odpowiadając.

– Chudziak z ciebie, Una, że lepszych na Bródno wiozą. Kręcisz, żeby nie mieć urlopu. A ja bym chciała, tylko mi, holender, nie dadzą.

– Boli mnie ząb, po prostu.

– Nie chodzicie do dentysty, bo się zwyczajnie boicie świdra. Albo, co gorsza, tak jesteście przygotowane na bohaterski koniec, że uważacie: nie warto. Ja to bym wzięła urlop i poszła do pięciu doktorów, ale Szyszki naprawdę są monstrualne i odetchnąć mi nie dają. Emma ich swego czasu rozpaskudziła: ona wiedziała wszystko za wszystkich, więc i ja muszę. Uspokoili się, wiesz, tam, u góry, że Emma na pewno już nie żyje… Wszyscy więc mogą siedzieć bezpiecznie na starych śmieciach i starych papierach. Ty, Una, dostaniesz kiedy ataku sercowego albo wątrobianego na środku ulicy, ostrzegam cię. To zakazane: nie masz za grosz instynktu samozachowawczego ani dyscypliny.

Półuśmiech Uny, choć ostrożny, wywołał ból dziąsła. Ten skoczek, który wsiąkł… jak to brzmiała opinia o nim nadana z bazy? Wyszkolony w dywersji, tylko „nieco zbyt wielka dbałość o własną osobę” – dość humorystyczne o człowieku skaczącym tutaj do nas nocą zimową zamiast siedzieć spokojnie w Szkocji.
– I te mapy – powtórzyła bezgłośnie, lecz natarczywie Sabina, wstając. – Ty jesteś stary cynik, ale Dorota ma jeszcze przecież trochę konsp-skrupułów.

Znikła, nim jeszcze wysiadła, szara, kanciasta, obojętna, niewidoczna.

Na tapczanie w eks-saloniku „Lipkowskiej”, zagraconym teraz po sufit, Una zobaczyła swoją dzisiejszą damę w lutrach. Podały sobie ręce bez słowa.

… Czy jeszcze kiedyś w życiu będę umiała się przyzwoicie przedstawiać i nie włazić do cudzych mieszkań – pytała siebie czasem Tuśka – i nie przebierać się w szaletach?

– To pani jest od Żab? – uśmiechnęła się do Uny. – Uczę nową łączniczkę dla was!

– O. Licho nadało.

– Nie do mnie miejcie pretensje. Wszystkie zawsze warczycie na nowe. – Uśmiech Tuśki stał się nieco szelmowski. – Ale wie pani, tę waszą maszynę to jednak słychać. Tam, u pani „cioci”.

– Wola boska. Ale oni zwracają uwagę tylko na swoje świniaki.

– I gęsi, gąski! Ja osobiście jestem teraz od wszystkiego u Sabiny. Pani nie domyśliła się?

– Rzeczywiście, pani nie śmierdzi łącznością.

Teraz już wszystkie śliczne ząbki Tuśki pokazały się w uśmiechu: wiedziała, że „nie śmierdzi”. – A ja się domyśliłam, chociaż pani nie była zbyt uprzedzająca. A przeważnie wszyscy są tacy mili i rodzinni.

– Tak. I my wedle naszej madame w Chlewiku jesteśmy wzorami zarówno kultury, jak konspiracji… Czy to Maciejka chciała się tam znowu gwałtem wcisnąć?

– Nie wiem, może to dla niej ganiałam dziś cały dzień, a może trening po prostu: dbają o moją linię.
Wracając po półgodzinie tramwajem, tym razem uwieszona po lewej stronie pomostu, Una miała lekkie rumieńce i zapomniała kompletnie o zębie, o wątrobie i o „nowej”.

No tak, większe wysiadanie! Dawno tego nie było! Zapadł już czarny wieczór i zaczynał siąpić deszcz. Żegnaj, Chlewiku… A nowe miejsce, które dała Lipka, jest na szóstym piętrze – uf! I w podwórzu – wejście jak na patelni, jakaś podchorążówka w bocznej oficynie, ziąb, centralne zepsute, ale poza tym jakoby ideał. Gospodyni trochę gadulska („Możecie rozszerzyć dla niej przysięgę, Una: parę jeszcze wymownych zaklęć po tajemnicy dochować” – tak brzmiał żarcik warszawskiej dyktatorki od lokali). Ubikacja przez korytarz i psuje się, ale jest dymnik w dachu i można w razie czego materiał w rynnę…

– Szykuję wam jeszcze jedno, ale musiałybyście krawcową tam osadzić albo w ostateczności ciastka. No i jeszcze ewentualnie Krucza – zdaje się, że byłaś tam kiedyś? – obok wesołe damy przyjmujące Niemców…

Teraz Una myślała już tylko o rozkładzie jazdy na resztę dzisiejszego wieczoru. Skoczek wpadł wczoraj, po zamachu w Pionkach. Dziś musi być rozepchnięty materiał z Chlewika. Kto i gdzie? Kompletny plan ewakuacji, z odległościami, godziną policyjną i niespodziankami układał się przejrzyście w wojskowej głowie Uny, podczas gdy zimny deszcz spływał jej za kołnierz rowkiem podstrzyżonego karku, a ręce cierpły: jedna na uchwycie tramwaju, druga na żelazku.

Naprawdę tę maszynę słychać troszkę, to nie blaga. A tak zapowiadały, że „mowy nie ma” o siedzeniu dziś na Chlewiku znowu do nocy. I naturalnie towarzystwo jeszcze w komplecie. – Skądinąd pomyślna okoliczność, osądziła Una, mrużąc w drzwiach oczy od trupiego karbidowego światła. Był to w dodatku komplet zupełnie szalejący, nieprzytomny nad robotą. Nie zauważyły prawie Uny. Dorota, przechylając głowę, „odrywała się od tekstu” – był to według niej jedyny sposób dojścia do ładu z naplątanym przez trudny odbiór szyfrem.

– „… Dwa: transporty na Białystok. Trzy: sprawdzić wywózkę na roboty w lutym i…” washery… Wiem! Wyczesywanie! „Wyczesywanie tyłów przez npla”.

– Elegancki termin: wyczesywanie tyłów – Isia wysapnęła kłąb dymu i roześmiała się.

– Baby, uwaga! Obudźcie się: wysiadamy.

– Co, Una?

– Likwidujemy prosperującą firmę, i to już: „Batiar” wsiąkł.

– Kto?… Kiedy?

– Batiar: ptaszek, który znał adres Chlewika. Wczoraj. Jak to dobrze, że jeszcze jesteś, Nula, już myślałam, że pogonię za tobą na Żoliborz. Ty, Genowefa, uprzedzisz Sabinę?

W pięć minut potem mieszkanie przedstawiało widok jeszcze szczególniejszy niż przez całe popołudnie i wieczór. Genowefa rozbijała tasakiem podwójne dno żardinierki, a Dorota upychała jej zawartość w postument batikowanej przenośnej lampy. Nula zakręcała sobie nieczytelny dzisiejszy numer 10 w wałek do włosów. Łapcia pełzała po podłodze i wywlekła spod kanapy strzępy paska z alfabetem, który sądząc po kurzu, krył się tam – o wstydzie – ze trzy dni. Potem spuszczały kalki i bruliony.

– Wiecie, jaką my synekurę dostaniemy kiedyś w nagrodę zasług? Szalety miejskie! Nie zmienimy zajęcia…

– Ja rezerwuję sobie Plac Trzech Krzyży, tam ruch, aż miło.

– Bo jeżeli to jeszcze potrwa rok, zidiociejemy zupełnie…

– Rok? Optymistka.

– Nie! Wiecie, jak mówią optymiści? Niemcy nim wyjdą, wszystkich nas wyrżną. A pesymiści: ba, czy my tego dożyjemy?

– Stary kawał!

– Słuchaj, Una – mówiła łączniczka Tita. – Na ten nowy lokal zamówimy skrytkę w nodze od fortepianu, oczywiście razem z fortepianem: ja chcę ćwiczyć pięciopalcówki.

– Zawsze to lepsze, niż żebyś nam przynosiła taką jak dzisiaj nieprzyzwoitą nadprodukcję.

Tej wymianie zdań towarzyszyło żwawe dokręcanie śrubek, dopasowywanie przykrywek, upychanie opornych wąsów materiału. Nieszeleszczące japonki pójdą w rękawiczkę i w łapę.

– Isia, musisz wziąć rikszę kazionną, bo nie zdążysz do siebie od Goryli.

– No to na czysto wygrałam, bo leje.

Nula jeszcze jak kot na mysz rzuciła się na puszkę z pastą do podłogi, kryjącą się w cieniu filodendronu. – A w tym co? Kliszki cholerne. Pół godziny palenia albo kwadrans spuszczania.

– Ani się waż! To do archiwum.

– U nas to jak w tym biurze z anegdoty: pęka już szafa, to zniszczcie stare szpargały, ale naprzód przepiszcie w dwóch egzemplarzach.

– No, ty dopiero opowiadasz kawały z brodą!

Mieszkanie było obrabowane, ale czyste. Prawdopodobnie… – No i won! Po jednej. Genowefa, jeszcześ tu?

Gęsi pod czternastym podniosły właśnie głośne larum. Nie był to jednak sygnał żadnego najścia, tylko karmienia.

– Z tym tasiemcem od Polityków pójdziemy chyba nocować do Halinek?

– Nie! Już nie dziś! „Pas de zèle”, jak mawiał Talleyrand podwładnym.

– Isiu, nie bądź uczona, dekonspirujesz się.

– Won, won, baby. Nasza dama niedopałki sprzątnie.

– Jeśli jej nie wyprzątną…

– Odstukaj! Dobranoc, Chlewiku. Aha, Dorota! Ciągle, wiesz, nudzą o te mapy.

– Gdzie? Skąd? Sami je zjedli i na nas zwalają. Isia, ty znowu zapalasz papierosa! Już cię nie ma!

Żaby, tak aktualnie zwana komórka Piątki KG AK, po kolei dawały nurka w niezbyt przytulne mroki warszawskiego wieczora.

2.

„Jedźcie sobie, jedźcie, trąbcie – i tak jutro poskręcacie karki!”. – Słynna ciężarówka gestapowska, mknąca ulicami jak straż ogniowa i przeznaczona wyłącznie na postrach przyprawiała zawsze Zosię o śmiech. Dziecinny, powodujący buraczkowe rumieńce śmiech, którego starała się oduczyć.
Z kamienną już miną wyminęła znajomą smarkulę z gazetkami, patrząc na nią przepisowo jak na powietrze. Chętnie zaimponowałby tamtej, że nazywa się już Anita i gdzie pozostawiła zabawę z gazetkami! – ale oczywiście mowy o tym nie było. Sama musiała napawać się rozkoszną myślą, że dopiero dziewiąta, a ona ma już za sobą trzy samodzielne, pierwsze samodzielne, nowe chody. Na punkcie w czytelni poszło gładko – blada panienka, która widziała ją wczoraj z Tuśką, bez słowa wręczyła „zamówioną” książkę. W kwadrans później Anita przewinęła się, bezmyślnie oglądając wszystkie wystawy koło witryny szwedzkiej firmy na Brackiej i stwierdziła, że dzisiaj jest w oknie globus, więc nic. Wcisnęła się w tramwaj w sposób wręcz konkursowy (dzisiejsza harcerska sprawność numer jeden: jeździć osiemnastką!) i punktualnie co do minuty na ulicy Suchej wymieniła uścisk dłoni i parę słów z siwą panią, która poklepała ją z uśmiechem po ramieniu i każdy musiał sądzić, że to dawna wychowawczyni zatrzymała uczennicę, pytając: co porabiasz? (Stara dama była rzeczywiście emerytowaną nauczycielką, choć nie Zosi-Anity. Dopiero teraz czuła, że żyje: boć i P.O.W. za młodych lat było ostatecznie raczej grą amatorską…). Zosia, pomykając dalej, wsunęła rękawiczki z nową zawartością za podszewkę celofanowej torby. Koło szczekaczki zatrzymała się pół minuty i sapnęła przez nos z irytacji. „… Admiralicja brytyjska przyznała się oficjalnie do straty 15 000 ton tonażu od dnia…”.

– Krugom już trzy razy całą flotę zatopili – skomentował ktoś w tłumie.

Dopiero na drugiej ulicy Anitka zrozumiała dowcip. Na trzeciej zrobiło się jej gorąco z pośpiechu i wepchnęła szalik w otchłanie torby. Mama okutała ją nim rano, „bo na pewno się zaziębisz”. Za czasów harcerskich Zosia wpadała na taką uwagę w szał, za gazetkowych – parskała śmiechem: mama nie była przecież ostatecznie w nieświadomości co do ładunku jej tornistra względnie walizki. Teraz, jako osoba dojrzała, bez protestu nauczyła się brać nawet ciepłe majtki: bądź co bądź matka i tak dosyć miewa czasem zdenerwowania.

Następny chód był na Ułanów Krechowieckich i znów dopadła tam w porę co do minuty; może trochę zanadto gnała do tramwaju. „Nigdy się nie spiesz”, pouczyła Tuśka. Numer, jak wszystkie wczoraj podane, płonął jej w głowie jak neon.

Zadzwoniła i zastukała dwa razy. – Tu podobno można kupić dżem truskawkowy? – rzuciła z nonszalancją handlarki.

Pan w binoklach, stojący w drzwiach, zmierzył ją oczyma z nerwowym niesmakiem i cofnął się w milczeniu. Anita czuła jednak, że to tu, tylko coś odrobinę nie klapuje. Tak, pan w binoklach był na pewno grubszą szyszką, zarówno nieświadomą haseł, jak i nielubiącą nowych twarzy. Zaraz też zastąpiła go w mrokach przedpokoju przystojna i wyniosła blondynka. – Pani zapewne od Tuśki? – wycedziła niechętnie.

– Truskawkowy dżem można tu dostać? – powtórzyła Anita dobitnie, nieco zgorszona.

– Mam tylko dżem ze śliwek – raczyła poinformować platynowa. („Stare konsp.-krowy i nie nauczą się odzewu: agrestowy miało być”).

– Czy mogę dostać pięć kilo?

– Poczta od Żab? Wy zawsze jesteście takie: przysyłają mi nową bez uprzedzenia.

Pan w binoklach znów wychynął, nie patrząc, przyjął od Anity złożony papierek wielkości dużego paznokcia, otworzył go, przysunął do szkieł, odwrócił, wreszcie doręczył blondynce. Pretensja na jej obliczu ustąpiła miejsca zakłopotaniu. – To nowy „guzik” pocztowy… Czy pani umie nowy szyfr pocztowy? – zapytała surowo.

– Łączniczka, która nosi, nie powinna umieć – westchnęła Szyszka w binoklach. – Tylko tyś powinna umieć. Mam spotkanie o czwartej, a nie wiem adresu.

– Proszę o książkę telefoniczną – wyrzekła Anita, smakując słodycz triumfu. – O, ta cyfra to stronica, a mianownik kolumna i… O, widzi pani: Koszykowa. A tak się czyta numer…

Szczytem dyskretnej sprawności było, że Anita nie wyrachowała sama numeru, tylko pouczyła blondynkę. Tamta z kolei wręczyła jej świstek maszynowego pisma. – Do „za” dla Żab. Jutro najdalej ma być nadane!

– Do „za” dla Żab? – powtórzyła Anita, czując, że blednie, choć przy jej cerze było to złudzenie.

– Tak. „K.K.K.”: to znaczy bardzo pilne.

Nie mogła pogrążyć się tutaj wyznaniem, że nie wie, co to znaczy „do za”.

Tuśka, rozłożona wygodnie w fotelu na centralce pocztowej, była jak zwykle zabójczo elegancka. A olbrzymia modna torba stanowiła chyba prywatną własność bez skrytek. (Istotnie, Tuśka należała do wyznawczyń starożytnej mody pończoszanej. Twierdziła, że z tego powodu powinna mieć kazionne gazówki). Koniec nosa meldującej łączniczki zaczerwienił się lekko z emocji. Bo wesołe z natury, pięknie ocienione oczy Tuśki były dziś wyraźnie srogie i zaledwie ją dostrzegały. Czyżby już coś nawaliła?
– „Anitka”? Nie, wiesz, dziecko, muszę cię przezwać. To na nic, to ja już pierwsza zaraz zapomnę. Jesteś, dziecko, Lisek wykapany.

– Szkoda… Ale może by „Tessa”? – podsunęła słabo, czując, że i to nie przejdzie. – No to może Wilczek? – ciekawy, zadarty nos jeszcze poczerwieniał.

Wilczek? Szafirowe oczy Tuśki nadal patrzyły tym nieobecnym spojrzeniem, które młodzi zawsze biorą za nieżyczliwość. Może wilczek – taki w workowatej skórze psiak, przechylający się całym ciężarem na smyczy z miną niedospaną i zawadiacką, i niepewną, i sprytną? Przymrużyła oczy.

Speszona łączniczka nie mogła wiedzieć, że jej instruktorka naprawdę z pewnym trudem zmusza się, żeby patrzeć na konsp.-siedemnastolatki. Kto to bierze na siebie, żeby takie wciągać? No, nie wciągać: powiedzmy wpuszczać. Nie zamknąć na klucz… Trzydziestoletnie „krowy” niech robią, babcie niech pomagają; ale nie dzieci. Miała w pamięci takie dwie głowy, jasną z warkoczami i ciemną z grzywką, ledwie znajome – córka sklepikarki, wnuczka sąsiada – ale dobrze znane. Gdzieś leżą te głowy – przez zdzieranie plakatów, noszenie gazetek.

– Hm, i ta twoja torba z celofanu. Niechże się Wilczek szanowny zastanowi: po Woli i Ochocie z torbą kąpielową? Wiem, wiem, że celofan odpowiednio szeleści – teoria Sabiny! A czy z bramy, jak się spotykasz na schodach i wejdziesz pierwsza, wychodzisz także pierwsza czy druga? Nikt ci nie mówił? Ale miej trochę smykałki. Druga wychodzi pierwsza, a pierwsza druga. Inaczej jak nic łatwo przerzucić cynk. I co dzień nowa umowa: idąc, upatrzyć odpowiednią bramę, najlepiej z doktorem… Gazetki pewnie czytasz po trzy dziennie?

– No, chyba jak wszyscy.

– Osobiście nie lubię morskiej choroby. A nasze komunikaty też… no, mniejsza. Tylko kiedy masz skrytkę ze sobą, wolno ci brać komunikat, wiesz?

– Ja nosiłam, proszę pani, setki Biulów goło, w plecaku.

– Kobieto…

– Tak, tak: rozumiem. To inny gips. I nie chodzi o cykorię.

– Ani się waż. Wlecisz przez głupią gazetkę, a sypniesz dziesięć lokali.

Wilczek miał już prawie łzy w oczach.

– Może nie sypniesz – Tuśka wreszcie spojrzała łaskawiej. – Ale pójdziesz do Oświęcimia i już się nie wyszkolisz na pierwszorzędną łączniczkę.

Znów zmrużyła oczy z obrzydzeniem – dostrzegłszy znajomy skórzany kwiatek w klapie dziewczęcej wiatrówki. Maison „Ochronka” mało urozmaica swoje prezenty.

– A wiesz? Zamiast torby zamówimy ci blok rysunkowy i piórnik. W razie czego przyznawaj się z płaczem do… ojoj, tajnych kompletów.

Nareszcie niemożliwie zmaglowana Zosia wyleciała z centralki. – I nie galopuj tak! Idź, jakbyś wyszła po sprawunki i miała nadzieję, że tymczasem ktoś zmyje w domu!

Adres następny kazano jej odszukać po kapeluszach. – Wiesz, takie nowe modele z woalką. – Bo Tuśka nie pamiętała numeru. Wilczek nie zwrócił za to uwagi na modne woalki. Mimo to adres odnalazł pomyślnie. Teraz już tylko jeden chód i Żaby – poczta do Żab. To jakieś coś do „za”… Może u Żab porwie Biul dzisiejszy. „Ciebie, mała, uczą, że nie wolno, a same robią, co chcą”, powiedziała przedwczoraj cyniczna Sabina, ale Dorota aż skoczyła na nią. Naprawdę to i bez Biula dziś strasznie ciekawie. Taka Sabina to musi mieć w głowie bardzo dziwny plan Warszawy. Z najbardziej zakonspirowanymi melinami zamiast gmachów historycznych – Zosia wiedziała, że najgrubsze ryby muszą mieszkać jak zwykli ludzie, mimo to wyobrażała ich sobie za żelaznymi drzwiami otwieranymi jak w labiryncie z Faraona. Do tego komplet ślicznych kryptonimów łączących się rodzinami, jak w zielniku. No i wspominki: gdzie co było, gdzie się co stało, gdzie jaki swąd, gdzie jaki cynk, gdzie jak gorąco.

Żeby tak raz wypatrzyć z boku takiego na cynku. I ostrzec. Na przykład radiostację Jotów! Ci to dopiero mają fajne życie.

Z rozpędu omal nie wleciała pod auto. „Żołnierz musi całą uwagę skupiać na zadaniu. Jestem żołnierzem. Fakt”.

Fakt. Fakt – radośnie wystukiwały to słowo jej szybko mijające się drewniaczki. Albo żeby tak kiedyś być w dywersji. Jak tamta Zosia-„folksdojczka”, co szykowała zamach nawet w Berlinie. Teraz podobno zwariowała. „Im mniej będziesz wiedziała, tym lepiej!”. „Te dziesięć adresów poznasz, więcej nie wolno”. Sabina wzruszała ramionami na te nauki Tuśki i Doroty.

– Poślecie ją same pojutrze do mnie do prywatnego mieszkania z nazwiskiem.

– Sabina! Nie demoralizuj małej.

Na punkcie kontaktowym Żab Wilczek zafasował lustro z czyściutkim materiałem do mikro-foto. – Nie pognieć! – I nie pogub śrubek od lustra. Jedną naszą świeżo rewidowali na ulicy: miała wszystkie śrubki w walizeczce, ciuch z cerowni na wierzchu, no i pomaszerowała sobie spokojnie dalej.

Jeszcze teraz to nudne pójście do Siudeckiego, gdzie dawniej Zosia kupowała zeszyty, teraz zaś nauczyła się żądać peluru i japonki. Dwieście arkuszy – czy naprawdę potrzeba Żabom aż tyle papieru? Z pewną urazą dźwigała ten ciężar. A japonki wcale już nie dostała. Zabrakło.

… Czerwony plakat na kiosku! Znów rozstrzelani?

Niepewna, czy to jej wolno, zatrzymała się, czytając nazwiska. Dziesięciu. Nie, Wojtka nie ma… Matko Boska. Może we wtorek będzie znowu gryps od niego?

I nareszcie sumiennie wykonany rozkład jazdy przywiódł ją na ostatni chód: Żulińskiego dwa siedem – tu zostawić trzeba lustro. A hasło parcela-Bagatela. Wszystko łatwo zapamiętać. Wszystko dziś idzie jak z płatka; składa się jak angielski scyzoryk.

Nie pędziła już, gwóźdź wylazł z drewniaka i podarł skarpetkę. Łydki przybrały nieco siny odcień z zimna, chyba w tym roku wcale już nie będzie wiosny. Miała nadzieję, że w tej chwili nie wytrzeszcza już oczu na świat jak kot na sperkę, co ganiła jej nawet wyrozumiała Sabina (która nie pozwalała tylko na dwie rzeczy: niepunktualność i gapiostwo).

Czy ten lokal od mikro-foto to będzie front? Nigdy nie pytać. W półmroku klatki schodowej rozejrzała się za spisem lokatorów.

Pod tablicą stało dwóch mężczyzn w prawie jednakowych burych kurtkach. Poświecili sobie latarką, po czym jeden skinął rozkazująco głową drugiemu i jednocześnie spojrzał na Zosię przez ramię.
Od tego ruchu i spojrzenia prawie zdrętwiała.

Tamci ruszyli w górę po schodach. Coś powiedzieli sobie mruknięciem.

To są tajniaki… Wilczek spotniał w jednej chwili i nim pomyślał, zbiegł po schodach do sutereny. Drzwi otwarte – znów nim pomyślał, był w małym warsztacie szewskim. Na ladzie stał telefon.

Alarmowy telefon!… Jak? Jak? Oczywiście: pół powstania kościuszkowskiego i jedynki.

– Czekaj, panna. Czekaj, panna! – to przemówił szewc z naciskiem i ze spokojem, nie przestając stukać, ale wyjąwszy pęczek kołków z ust.

– Co panna uważa? Połóż, panna, słuchawkę. O tych dwóch się rozchodzi?

– Gdzie oni poszli?… – wymamrotała.

– Posłyszymy dzwonek. To na drugim! Do tej dentystki.

– Które mieszkanie?

– Pięć. Nie telefonuj, panna. Jak wyniuchają, nietrudno sprawdzić, skąd i dokąd.

Z nagłą determinacją zrzuciła drewniaczek.

– Chciałam tylko, żeby mi pan to przybił, proszę pana.

Obejrzał bucik statecznie, poruszając wąsami. – I to nie zawadzi: świństwo teraz sprzedają ludziom, że niechaj Pan Bóg zachowa. Ot i już zrobione – do następnego wypadku. A tych pakuneczków nie zapomnij, panienko.

– Dziękuję.

„Głupi ma szczęście”, uczyła Tuśka, „więc uszy zawsze do góry!”. Jak to dobrze, że w Warszawie tacy ludzie. A tamci dwaj poszli do dentystki pod piąty, a nie pod siódmy do malarza-fotografa.
– Nic się nie należy. Dwa razy machnąłem młotkiem. Ale nie wychodź już tam na górę, panna. I nie wychodź na ulicę. Poczekaj kapinkę, o, tu stołek.

Poprzez fuksje spojrzała na okienko. Naprzeciw sutereny widniały nogi w butach, z których jedna kiwała nosem, jakby była więcej znudzona od drugiej. Cynk. Wilczek ochłonął już zupełnie. Trzeba do zmroku.
A o zmroku do Żab. Nie… Kto wie, co tam było u tej dentystki. Na alarmowy kontakt Ochronki trzeba dać znać.
O Boże, Ochronka to był prawdziwy postrach nawet dla Tuśki. Nigdy im nie dogodzisz ani z hasłem, ani ze skrytkami, ani z wyglądem – dopytują się o domowe alibi, o kartę pracy, Bóg wie o co. No ale trzeba. – Jestem żołnierzem. Fakt. Dopiero by wydziwiali, gdyby się domyślili, że na minutę straciłam głowę.

– Ja doprawdy ogromnie dziękuje panu, panie majstrze.

– Albo wiesz co, panna? Tu chybaj od tyłu przez podwórze i na lewo przez garaż wolna droga.

3.

Na szóste wysokie piętro „Górki” nawet Sabina wkraczała zdyszana. – … Można powiedzieć, że robota na wysokim poziomie. Teraz się nauczyłam współczuć listonoszom. Gdzie Una?… Dorotę widziałam na przystanku. Ona ma taką świetnie zadumaną minę jakby nie z tego świata. Ciekawam tylko, czy widzi szkopów.

– Z zasady nie widzi. Ale czuje nosem – Isia podniosła głowę znad dukania, które na nowej Górce nie było mniej zapamiętałe niż na starym Chlewiku. – I ma też dobrą rzecz Dorota: otamowanie, taką wiecie zwolnioną reakcję na zewnątrz. Powiesz jej coś z najlepszego repertuaru dzisiejszej makabry, ona nic. Dopiero po pół godzinie – ona czy nie ona? Jakby gipsowa maska…

– No cóż, artyści bywają dziwni – Sabina, odpalając papierosa od Isi, zauważyła powściągliwe miny „bab”. – Naprawdę nie wiecie, kto jest Dorota w cywilu? Psiakość, zdyscyplinowana z was ferajna.
Wilczek poruszył nozdrzami do smacznej zdobyczy, ale Nula i Isia powiedziały sobie wzrokiem, że przecież znają Dorotę – dlatego mogą śmiało nie interesować się, kim i czym była w przedhistorycznych czasach.

– Dorota poszła właśnie poszukać Uny w domu. Bo nie zjawiła się dziś na dyżurze.

– Co? Una?

– Ale może…

– Może chora! – dokończyła Łapcia z energią.

Sabina gwizdnęła. Una musiałaby być chyba umarła i pochowana. – Czy była z materiałem? Una?

– Właśnie nie wiemy. Bo diabli wiedzą, czy zdążyła do chałupy Jasiów wczoraj przed policyjną.

– Hm. O łapankach większych głucho ostatnio. Na lokalach naszych też – odstukać – cisza.

Zaburczał dzwonek i wnet zamrugał wspaniały sygnał elektryczny, na który majster Nula poświęciła prywatną latarkę.

– Nie ma jej w domu – Dorota stała w drzwiach bez tchu. Ze spojrzeniem, które nie było na ten raz ani zadumane, ani nieobecne. – Nie dostukałam się. A Jaziowie nie dostali od niej żelazka wczoraj…

– Może z tym zębem zaleciała do dentystki?

Słynny uparty stołek przetaszczony z Chlewika trzasnął. To podniosła się Sabina, zgniatając papierosa. –

Do jakiej dentystki?

– Bo wczoraj bolał ją wściekle ząb.

– Do jakiej?

Teraz Wilczek zerwał się.

A Sabina siadła: – Wariatki skończone! Na Żulińskiego u dentystki…

– Gestapo – wyjąkała Zosia-Wilczek.

– Żulińskiego – powtórzyła Dorota. Była dopiero co przed drzwiami Uny, w najbliższym sąsiedztwie Żulińskiego.

– A wy, ropuchy, wody w usta nabrałyście! – (Tylko Wilczek chciał protestować przeciw niesprawiedliwości). – A mnie, do ciężkiej cholery, też właściwie nie wolno ani mru-mru, bo taki przepis Ochronki! Że niby nerwy, dekonspiracja, plotki itede. Ochronka w ostrożność szarpana! Od wczoraj wieczór tam kocioł. Ze trzydzieści osób.

– Przynajmniej pocieszające, że trzydzieści sztuk: pacjenci. – Wśród kompletnej ciszy, bo umilkło dukanie i maszyna w kącie, Isia wyraziła swoją opinię. I po swojemu marudnie, z ceremoniałem, zapaliła krótkiego papierosa w długiej lufce.

Nie odpowiedział nikt.

– Czy w tym żelazku były szyfry czy clairy? – Sabina zwróciła się do Doroty.

– Ostatnie „sady” w clairze.

– Fiu, a to ładny kwiat. Sabotażowo-dywersyjny meldunek, tak?

Dorota stała ubrana, w swoim odwiecznym, modnym kiedyś zielonym paletku i płaskim berecie na tyle głowy. Spóźniona reakcja… Jej twarz rzeczywiście nie zmieniła się ani trochę, głos tylko był coraz bardziej zdyszany.

– Może to tylko ślepa sztrajfa jest, Sabina. Musimy wszystkie cicho siedzieć, ale to…

– Jak ostrygi, baby! Na ten raz przepis Ochronki git, słuszny. Będą sprawdzać im zęby: tej kopie połapanych. I jeśli nic nie wycieknie… No i książki dentystki. Więc skoro Una pacjentka…

– A co tam było na tej Żulińskiego? Po co tam wleźli, Sabina?

– A licho najcięższe wie! Może tajna wyższa szkoła tańców? Może bimber?

– Może podchorążówka? Wszędzie coś jest – Łapcia nerwowo, bezmyślnie, jęła zbierać papiery z zaplecza. Wreszcie porzuciła je, gdzie były.

– Ale ja tu, Dorota, przyszłam z materiałem – Sabina spomiędzy marchwi w siatce wydobyła pokaźny rulon. – Meldunek pocztą. Na pojutrze musi być. Jedenaście stron.

– Nie będzie.

– Musi, bo za trzy dni w nocy dwustronny lot.

Dorota wyciągnęła stołek spod Sabiny, nacisnęła sprężynkę i wyszukała dzienniczek. Na oryginale, na kopii i na wykazie postawiła numer M.117. – Powiedz, że będzie. I daj im numer, bo się będą potem upominać.

Szeroko otwartymi oczyma Dorota widziała w tej chwili podstrzyżoną głowę Uny chylącą się nad robotą, twarz przezroczystą wysublimowanego szczura.

– Takiego, wiesz, Szczura – mawiała Isia-materialistka – z którego wywodzi się homo sapiens: Praszczura. Albo raczej takiego, który jako zwierzę inteligentne odziedziczy podobno świat, kiedy już ludzkość wytępi się wzajemnie.

– A ten numer… jak mu tam? Sto Siedemnaście macie sobie, baby, dobrze zapamiętać. Dorota słyszysz? Bo to pono ciąg dalszy sławetnego Pięćdziesiąt Ileś. – Z pierwszym planem Mob.

– Ja nic nie pamiętam, Sabina. Możesz to powiedzieć Szyszkom. – Isia ze zwykłą flegmą, może nieco dziś akcentowaną, wypuściła kłąb dymu. – U mnie wszystkie tajemnice bezpieczne, bo ziewam nad nimi. M. Siedem i Siedemnaście to, owszem, była jeszcze lektura. Ale Sto Siedemnaście, dziękuję.

– Mogą mnie podrzeć na kawałki, a nie powiem, co haftowałam przed tygodniem, bo nie wiem – zgodziła się z powyższym Nula.

Łapcia milczała, a jej bystre okulary zamigotały niespokojnie. Łapcia była chciwa wiedzy, „przejmowała się” i pamiętała wszystko jeszcze lepiej niż kiedyś lekcje historii. No, ale odkąd przydzielono jej archiwum, nie tylko wolno jej przecież bez skrupułów wiedzieć i pamiętać, ale nawet powinna.

– Ale z Uną… Co z Uną będzie? – wyrwał się Wilczek, czerwony w plamy. – Makabra – dokończył szeptem w braku innego słowa.

Żaby milczały. Sabina wzięła pocztę dzisiejszą od Doroty i upchnęła malutki zwitek w wydrążoną marchew.

– I jeszcze te mapy, Dorota!

Odpowiedzialna sekretarka Żab wydała pomruk, który był dźwięczny i muzyczny (bo taki już miała głos), ale niewątpliwe był warknięciem.

– Wiedziałam, że warkniesz. Że teraz warkniesz. No i wysiadać musicie bez gadania! – ciągnęła Sabina z zimną krwią. Wszystkie adresy, które Una zna. Tak, tak, ropuszki, trudno. Odkąd zdarzyło się, że sypnął legendarny Konrad-Wir…

– Ten z partyzantki?

– Ten sam, Wilczątko. A przecież nie wytrzymał i sypał. Otóż, niewiasty, od tego czasu…

– Tak wiemy. Ale M.117 musi być zrobiony.

– Musi.

– Gdzie?

– Wasza głowa. I Lipki. Lipka ma dla was jeszcze lokal. Te wesołe damy z Niemcami.

– Nie chcemy sąsiedztwa wesołych dam. Będziemy niekorzystnie odbijać. Jesteśmy haniebnie zaniedbane. Istne kobietony. Prócz Doroty – Isia prawiła po swojemu, patrząc groźnie na Wilczka, który miał łzy w oczach – chociaż i Dorota świeci dziś dziurą; ale ma różową piętę jak Wenus z Eneidy… – papieros Isi nie palił się, ale gryzła ustnik.

– Więc może Chlewik z powrotem? – rzuciła Dorota. Z lokalami było podobnie jak przed laty z sukienkami na kolonii szkolnej: tę najdawniej odleżałą uznawało się nagle za najczyściejszą.

– Musicie spytać Ochronki.

– Och.

– Wilczek już jazda! Trzecie spotkanie z Jotami dzisiaj, jak na złość. Ale z taką miną nie możesz iść.
Nula i Isia zaczęły dukać na nowo, myląc się i między cyframi rugając się wzajemnie. Dorota cicho, z wahaniem spytała:

– Dlaczego, Sabina, zawsze mówiło się – wiesz, u władz – że u Una nie może wpaść, ale musi pracować?

– Że musi pracować, i to jak koń, to same wiecie – Sabina statecznie zapinała swój nieokreślonego koloru, kroju i rocznika płaszcz – a że nie może… no, nie powinna być w takim miejscu, żeby wpaść, to całe dzieje.

– Ty znałaś ją we Lwowie.

Co do Sabiny, była ona zdekonspirowana wobec przynajmniej trzystu osób z Piątki KG, nawet najbardziej karnie „nieciekawych”! Siła wyższa. Z Żab nie znał jej po nazwisku jeden tylko Wilczek.
A Una? Niby nie ona jedna miała bogatą, z paru wcieleń złożoną, przeszłość wojenną. I właściwie wiedziały o niej dużo, a jednak było tam zawsze coś niedopowiedzianego.

– Jeśli ma nie wpaść: bo to jeszcze nie jest wsypa… – Sabina zerwała dolny guzik zwisający na nitce. – Jeśli jest szansa, żeby Una wyszła z tego jako tako, musicie milczeć jak zamurowane. A jak na moście będzie kto gadał o dentystce, śmiejcie się, że Gestapo narwało się tam, szukając wiatru w polu. Właśnie dlatego Unę dali do was, żeby nie wsiąkła! Chroniona komórka!

– Psiakość, co za proza – Isia podniosła głowę i przerzuciła papierosa w drugi kąt warg samym skrzywieniem z wprawą andrusa. Po czym dodała: – Genowefa musi pierwsza wysiadać, bo u niej Una była kiedyś meldowana.

– A gdzież to Genowefa? – Sabina kroczyła ku wyjściu, jęknąwszy na widok godziny. Z chałupami teraz pracuje? Na Łączce w dawnych dobrych czasach ona mi zawsze dawała coś gorącego zjeść: jedna jedyna gospodarna kobieta! Zatrzymała się jeszcze i obrzuciła wszystkie spojrzeniem. Tylko Dorota i Łapcia nie miały przy klapie lub zamiast broszki skórzanego kwiatka czy pieska: w kwiatku, piesku-terierze, ewentualnie w śwince bywało zawsze to samo – cyjankali.

– A Una? – spytała, dotykając własnej maskoty. – Una nie ma – wycedziła Isia, podnosząc brwi. Nie dali jej: że niby nerwy. I że bezpieczniej… Hm, tak, Sabina.

Ona jedna tu poza Sabiną, wiedziała. Dlaczego. I dlaczego Una jest zawsze zielono-przezroczysta, i jak to było z tym… cokolwiek to było za narzędzie: szkło czy też szpilka, wtedy, w więzieniu brygitkowskim, gdy strażnik odwrócił się. Dwa lata temu. Czy może dwanaście? Czas leci i stoi murem; na własnych pozycjach – jak Alianci.

Szczególnie rozległy dzisiejszy objazd wieczorny Dorota zaczęła od najdalszej meliny. Wracając po omacku uliczką Naruszewicza – latarka właśnie jej zgasła – zastanawiała się, czy wszyscy tak jak ona odczuwają zaciemnienie jako brak tchu, jak obrzydliwy ucisk serca. A przynajmniej nieunikniony smutek. Potem spostrzegła, że wciąż myśli o Unie i wciąż wbrew woli to najgorsze. Jak Una wytrzyma, jeżeli ma poczucie, że sama jest sobie winna? Że właściwie nawaliła, bo gdyby zostawiła na lokalu żelazko, idąc prywatnie do dentystki… Oczywiście to głupstwo: takich rzeczy niepodobna przestrzegać.

Ale jeżeli ona tak myśli? To jak wytrzyma?

Dla Doroty wpaść z materiałem bez konieczności czy wkopać materiał to był istny koszmar – dosłownie najczęstszy z jej snów. Ale w snach wszystko się jakoś rozchodziło po kościach jeszcze przed rannym budzikiem. Najciekawsze, że w dzień się nigdy o tym wszystkim nie myślało.

– Ale Unie to śnią się takie rzeczy, że chciałaby umrzeć – tak napomknęła kiedyś Genowefa, kiedy mieszkały razem i opiekowała się Uną-rekonwalescentką.

To chyba bajka. Naprzód: Una zawsze milczy o sobie. A poza tym…

Zmacała noga krawężnik. W oddali na Pułaskiej zadzwonił tramwaj. … Poza tym takie rzeczy nie mogą się wyśnić.

To, co było, co jest i jeszcze będzie na Brygitkach, na Szucha czy gdzieś indziej – nie może się wyśnić.

Cisnąc do siebie olbrzymi rajzbret nadziany połową M.117 i wypatrując numeru tramwaju, Dorota odpędzała rzeczy ostateczne.

Tak się te sprawy u niej nazywały. Gdyby się miało samemu przeżyć okrucieństwo rzeczy ostatecznych, chyba i wtedy nie uwierzyłoby się w nie – tak naprawdę.

Co do niej, nie mogła uwierzyć w powieszonych przed tygodniem chłopców z salezjańskiej szkoły na Lesznie, choć widziało ich pół miasta.

Rzuciła się do tramwaju i cofnęła się. Widok dziesiątki automatycznie wprawiał ją w ruch, tak rzadkim było szczęściem złapać wieczorem swój tramwaj domowy. – Działa jak dzwonek Pawłowa na psa – mówiła Isia. Ale na razie nic z tego: jeszcze na Pragę. A na wszystko godzina i pięć minut czasu. Dawniej słynęła z niepunktualności… Potrafiła się spóźnić na własnym koncert.

Półmroczny tramwaj przesunął się. Zamknęła oczy i zaraz pod powiekami zobaczyła świetne, niespodziewane a pełne precyzji układy barw, zmieniające się, ale nie zacierające. Czy dużo ludzi to miewa? Zwykle nie uświadamiała sobie tego nawet, ale w tej chwili tknęła ją piękność wzorów, delikatna, przelotna, niczemu nie służąca.

Otworzyła oczy.

Nie, nie trzeba. Nawet i to mogłoby stać się nałogiem. Tak jak ukochany chmiel nad stawem, który ją nawiedza tuż przed zaśnięciem, kołyszący się z góry, dzwoniący szyszeczkami, w słońcu, w spokoju – w kraju niepodobieństwa.

Przedostatnia rozmowa z Tadeuszem – czy rzeczywiście mówili czy tylko myśleli o tym stawku, i wietrze, i chmielu? Boże… Idzie szczęściem tramwaj praski!

Wdarła się, robiąc łokciami i wystawiając nad głową rajzbret-skrytkę.

Tak. To jest życie na przekór sobie. Ona nie będzie nigdy żadną Baśką Wołodyjowską, żadną X 27, nie była nawet sportsmenką i nie ma za grosz brawury.

Jest kimś innym, zupełnie kimś innym. Ale nie jest – była.

Sztuka; o niej nawet nie śmie myśleć. Ani o Tadeuszu… i to musi odejść, czekać. Jak długo? Może zamrze to wszystko, tak głęboko pochowane, że się zadusi.

Zrobiło się miejsce, usiadłszy, poczuła, że chwila jeszcze, a upadłaby ze zmęczenia. Jednocześnie uśmiechnęła się cicho: tak się to myśli, ale się nie pada. A życie na przekór sobie? O tak, pewno. Ale jakże inaczej można by żyć?

Lepiej, że to nie żadna „zasługa”. Ani nawet wybór, wybory i zasługi są nużące – myślała coraz senniej, niewyraźniej.

Opadły jej znów powieki, ale nic się pod nimi nie zjawiło. Twardość rajzbretu była zupełnie rzeczywista, pewna, uspokajająca. Una to wojownik, nie tak jak ja. Ale o Unie także nie waż się teraz myśleć.
Podobno drugi raz w więzieniu jest najgorszy.

4.

– Nie wysiądę, Dorota, słyszysz? Ani do twojej ciotki, ani nigdzie indziej. Łatwo ci mówić!

Genowefa już prawie krzyczała, lecz szare, zawsze jakby odrobinę dziwiące się oczy Doroty nie zdradziły wrażenia. Choć odmowa spełnienia rozkazu była dla niej czymś niepojętym. I u Żab niesłychanym.
W tej chwili jednak nie pojmowała też paru innych rzeczy. Dlaczego już na schodach miała poczucie, jakby w tym wielobramnym ulu Niemcewicza 9 nie była od bardzo dawna? Naprawdę była w zeszłym tygodniu. Czasem miesiące umkną nie wiadomo kiedy, a czasem tydzień… Tak! Ale ten nowoczesny holik, schludny, tak dobrze znajomy, to na pozór wcale nie miejsce, w którym by chwile wykrzywiały się ni stąd, ni zowąd nienaturalnym, niesamowitym spokojem zatrzymanego czasu: streszczającego nagle zawartość lat.

Pod lustrem wkręconym w ścianę świeże białe kwiatki wiosenne – które wstawiła dawna Jula-Genowefa, zawsze roztaczająca wokoło siebie domową przytulność i urodę. A lustro przechowało chyba tylekroć widziany uśmiech wdzięcznej, nienatrętnej troskliwości. – Może dać ci herbaty? Może się wyciągniesz u mnie na chwilę? – I teraz jeszcze, przed chwilą uśmiechnęła się Genowefa, niekapitulująca nigdy i nieprzyjmująca nic od nikogo – ale to nie był ten sam uśmiech. I Dorota teraz pojęła, dlaczego Una nie mogła z Genowefą wytrzymać. I czemu Genowefa powtarza teraz z taką niepotrzebną szewską pasją: – Słyszysz?! – Jakby brak odpowiedzi doprowadzał ją do ostateczności.

Ach, dawno już, okazuje się, przyszła na nią ta ostateczność, która od silnych nawet kobiet nie jest nigdy daleka. Ale dość słabe nawet kobiety potrafią ją potem znosić latami, nie zdradzając, jak bardzo nie są już sobą.

Na pewno była sobą, kiedy pielęgnowała Unę w chorobie. A pierwszym zjawiającym się tu Żabom przedstawiała swego męża z żartobliwie tajoną dumą, z jaką patrzy się na istoty kochane. Ale to było parę lat temu – potrójnych czy poczwórnych wojennych lat. Dorota ze swą „spóźnioną reakcją” wciąż miała w oczach ową młoda i ładną Julę, kupującą wieczorem rogaliki dla bratańców, łagodzącą ze śmiechem utyskiwania staruszki-matki.

Jestem do niczego, przemknęło jej przez myśl, jak mogłam dopuścić?

Zawsze uprzedzała „Podszefkę”, swą władzę, że nie posiada za grosz zdolności organizacyjnych, łącznie z darem współżycia z ludźmi. Ale właściwie wiedziała doskonale, że pogarda Juli dla męża, zawód na bratankach, zrzędzenie matki – że na to wszystko nie było sposobu (oprócz abonamentu „kazionnych” obiadów, przez co zmusiła ją do odżywiania się osobiście jako tako). Jak to się stało jednak, że Genowefie, tej niezmordowanej, robota nie wystarczyła, jak tylu innym, za wszystko?

– Wy się bawicie w wojnę, Dorota. Ja nie! – gardłowy głos zdradził, że i Dorota jest już częścią otoczenia, którego Genowefa nie może znieść. I że ta nagła próba przenikliwości (Jula nie była nigdy przenikliwa) ma być atakiem.

– Nienawidzisz – Dorota spuściła oczy – Niemców?

Jula straciła w obronie Warszawy brata, tak jak Dorota swego w partyzantce. Bratowa Doroty żywiła dla szkopów nienawistne uczucia, o których mówiła ciągle i było w tym coś odrażającego: jakiś sadyzm ciekawy, komentarze o zadach i brzuchach piwoszów albo o drapieżnej urodzie lotników („widziałaś fotografie Möldersa i Marseille’a?”), tuż obok zapowiedzi rżnięcia aż do najdrobniejszego dzieciaka.
– Nie wygłupiaj się – odszepnęła Genowefa – ciężki jej oddech był głośniejszy od słów. – Dosyć tego całego zawracania w głowie.

Sama już nie chce wiedzieć, czego, kogo nienawidzi – całego swego życia obecnego, przyszłego, przeszłego.

„Do niczego jestem”, powtórzyła sobie Dorota. Mniej lub więcej strachliwych mężów, pasożytów-siostrzeńców, niezdolne się przystosować matki ma tyle innych kobiet, choćby i wśród Żab. Może Jula przeceniła po prostu własne siły – a ona jej na to pozwoliła? Sama przecież także nie znosi (często!) własnej bratowej, po co się łudzić? Lecz ta bratowa wystaje dla całego domu w ogonkach, trzyma krótko dzieci, pali w piecach. … „Gdybym jeszcze paliła w piecach o szóstej rano, bo nalanej bratanicy z kompleksami się nie chce… Gdyby matka powtarzała mi: – Gdzie latasz? Nie masz sumienia, żeby mnie tak zostawiać…”

Genowefa znęca się teraz – umiejętnie, jak wszystko robi – nad każdym człowiekiem w bliskim zasięgu, a jednak nie chce wysiadać, bo kto napaliłby tutaj w piecach?

– Melduj, komu chcesz, że się nie ruszę. A jak mnie wyrzucicie z komórki, trafię do innej i nie będziecie nawet wiedziały, jak wpadnę.

– Nie wyobrażaj sobie, że cię kiedykolwiek puścimy.

Sekretarka Żab odezwała się nareszcie; przyjętym wśród nich lekko drwiącym tonem. – Nawet Sabina twoje dawne gospodarstwo na łączcie wspomina z łezką w oku. No i chcemy zachować monopol na twój system spuszczania bez szumu.

– I ty nauczyłaś się tego, angielski piesku? – mruknęła Genowefa już nie przez zęby. Były to największe możliwe z jej strony przeprosiny.

… Ale jeżeli Una wsiąkła, to przeciecz przyjdą tutaj jak po sznurku. Ej, Jula! Ty też wiesz, że tym razem to nie grymasy Ochronki! Naraz w mętnym dnie lustra nad garstką przebiśniegów dostrzegła – dawną Julę, młodą i hożą, sprzed dwóch-trzech lat. Tylko tak strasznie zmęczoną, jakby zapomniała przez lata zwykłych ludzkich gestów, słów i siliła się je odnaleźć.

– Dorota, siądź. Siadaj mi zaraz, bo inaczej klapniesz – i ona spróbowała tego samego tonu. – Muszę ci, wiesz, coś powiedzieć. Joci tu u mnie nadają, co czwartek. Nie mogę wysiąść w tym tygodniu: obiecałam.
„A twój mąż?” taka była pierwsza myśl Doroty – ale przecież wyjechał, zarządza młynem czy czymś.

Czuła jednak, jak monstrualne wyda jej się za moment to, co wyznała Genowefa. Grzech przeciw komórce i w ogóle konspiracji – tym gorszy, że z kategorii „uczuciowych”. Coś jakby pierwszeństwo serca przed materiałem. Genowefa złamała podstawowe prawo, dwa nawet prawa bezpieczeństwa – dlatego że radioci, jej ulubieńcy, najzażarciej i najskuteczniej są ścigani po całej Warszawie.

Poza tym zawsze lubi maksimum ryzyka… Nie dla brawury jednak czy wyzwania dała w tej chwili Dorocie broń w rękę: „Gwiżdżesz na dyscyplinę? Czy wiesz, jak musze teraz postąpić?”.

Ale jeżeli z Julą była trudna sprawa, Dorota po swojemu też nie była łatwa.

Z przedłużonego milczenia można już było wnosić, że wyjdzie i nic nie powie. Wyjdzie z całym nienaruszonym ciężarem sprawy. Pozostawiając tamtą samej sobie.

A Genowefę, taką jak dziś była, wyznanie kosztowało tyleż może co kiedyś Emmę, mistrzynię wszystkich łączniczek, prosty meldunek, że zapomniała pewnego pudła na dworcu: nie ukradli jej nawet, tylko zapomniała… (Ten czyn pozostał w pamięci Żab czymś bardziej godnym podziwu niż później śmierć Emmy).

Schylając głowę, Dorota półuśmiechnęła się:

– Wody mogę się napić? – Był w tym prawie żart: prawie porozumienie.

I, z ręką na klamce drzwi kuchennych, uświadomiła sobie nagle źródło obcej aury w tym mieszkaniu, znajomym jak własne: ktoś w kuchni o tej porze?… Pchnąwszy drzwi, zobaczyła montera przy kontakcie, próbującego palcem włączone żelazko; obok zlewu stał jego rower. Czy słyszał i co pomyślał o ich rozmowie?

– Co pan robi? – Genowefa zajrzała.

Znajomy… Tak, to ktoś swój.

– Grzeje, w porządku.

Dlaczego nie miałoby grzać? To goniec Jotów: był kiedyś na Łączce. Dorota pamiętała twarze.

Chłopak od Jotów! Więc… Więc Jula musiała – nie mogła się nie przyznać. Bo wylazłoby samo. Jakiż wstrętny smak chloru ma ta woda z kranu! I nawet jakby nie zimna… Ach, głupstwo: musiała, nie musiała. Chłopak mógłby być także monterem, w cywilu; a zresztą… Nerwy na szmelc!

– Może pan śmiało mówić – Genowefa wyłączyła spokojnie sznur. – Przysłali pana? Zmiana?

– Nie, takem tylko zaszedł. Pomyślałem, że u pani pewnie też jest wypatroszone, lewe żelazko: więc lepiej go narychtować – uśmiechał się, jakby zażenowany własną inicjatywą.

Dorota nagle odstawiła szklankę. A Genowefa drgnęła, jakby wystrzelono jej nad uchem.

– Ale skąd… – spojrzały na siebie: jakby szukając wspólnie ostrożnych słów. I jakby dzieląc się nadzieją, że ich nagły lęk to przywidzenie. – Skąd panu w ogóle przyszło na myśl żelazko? – dokończyła Genowefa.

– A bo taka dziewuszka od was, nowa łączniczka, podała okólnik dzisiaj. Nie wiem, od kogo. Że skrytki w żelazkach spalone. Więc…

– Sabina! Czy to ja zwariowałam czy ty? Jak to się stało!

Choć nóg już nie czuła, Dorota stała pośrodku „poczekalni”, między dwoma bujającymi fotelami, ukochanymi przez łączność miejską. Sabina kołysała się, słuchając rewelacji o żelazku. … Ile komórek już o tym wie? Ilu takich chłopców? Ile rodzin?… Tupnięciem zatrzymała bieguny:

– To Tuśka, zdaje mi się, zwariowała. Wasz Wilczek nie wpadłby na koncept… Idę! – wstała. – Gonić je obydwie, ale czy to dużo pomoże? Za dwa dni już po kawiarniach pójdzie detal, że AK w żelazkach nosiło radiostacje i granaty. .. W którym miejscu ona miała zastanowienie, Tuśka?! A i ja też, że mi nie wpadło ją przestrzec. Ale, Dorota, momencik, bo jak tu jesteś, mam interesy. O wyciągu z archiwum Łapci dostałyście?

– Nie.

– Dostaniecie przez pocztę dziś. I te mapy, bądźże człowiekiem. Do foto mają pójść, jak już ci coś mówię, to nie mięta…

Zbiegając wbrew przepisom razem, poinformowały się wzajemnie, co myślą jedna o drugiej z powodu map.

*

Pilny Wilczek nie zapomniał powtórzyć okólnika również w nieznanym sobie dotąd, romantycznym jak buda cyrkowa przybytku antykwarskim w podwórzu, gdzie spytał o „drezdeńskie wydanie dramatów Korzeniowskiego”, budząc lekkie zdziwienie paru bibliofilów – lecz zrozumienie u właściciela.
Po czym na Górce zastał Isię samą. Depesz nie nadesłali, chwała Bogu, z Kampinosu z powodu obławy na kolei, a więc kto żyw ślęczał dziś na chałupach. Dyżurująca Isia wypełniała czytelnym maczkiem długie, sklejane ramki, co było wstępną fazą zaszyfrowania meldunku-kobyły, a raczej jednego jego rozdziału.
– Pani je takie śniadanie jak więzień.

Isia wgryzała się w kostkę razowca-„dźwiękowca”, popijając wodą z betabionem. – Gdzieżeś ty widziała, dziecko, takie luksusowe więzienie? – rzekła pogodnie i sięgnęła po pocztę, zapaliwszy wprzód automatycznie papierosa: „Tylko pracowici ludzie, mawiała, doceniają rozkosze lenistwa, albo w zastępstwie – dymu”.

Znajomy jak „kogutek” i tak właśnie złożony liścik Władz Wyższych nie wyglądał na depeszę do „za”.

Spojrzała – i omal nie udławiła się.

– Wyciąg o „Pawle”? Zamówienie wyciągu?!

Wilczek oniemiał: Isia! Isia czerwona jak upiór, gulgocąca…

– A czy ty wiesz, kobieto – przełknęła wreszcie gliniasty kęs – że oni chcieli… i dostali to samo dwa tygodnie temu?! Nasze lube szyszki i mandarynki. A kopii za Boga nie wolno chować!… Czy mnie wzrok myli: na jutro? A czy wiesz, co to wyciąg z półtora roku korespondencji?

Dostrzegła wreszcie minę Wilczka. Wyprostowała zgniecionego papierosa i umieściła go na powrót w lufce.

– Flegmatyk, widzisz, dziecko, nie lubi, kiedy go drażnią. Tylko sangwinikom to dobrze robi: szczęśliwi ludzie. Na pewno nie strawię tego pieczywa… Bo ktoś tam z kimś drze koty, jak to było naprawdę w „Pawle”!… I nie skończymy M.117. Zaproponuj Szyszkom, żeby go wpisali za mnie i za Łapcię – dopiero nauczyliby się streszczać. Adresu Łapci nie znasz? Wiedziałam, pal licho.

– A pani nie zna?

– Znam, więc niestety muszę sama tam lecieć, niemowlę. A ty waruj tymczasem na Górce i niechaj się powiesi, kto czeka na twoją pocztę!

W godzinę potem Isia, wróciwszy na lokal, zastała tam Wilczka grzecznie „siedzącego na ogonie”. – Pierwszy raz od początku wojny zezłościłam się, no i właśnie okazało się szczęście w nieszczęściu – oznajmiła tajemniczo. – Boś tu siedziała zamiast uganiać z ozorem!

– Co?

– To, co mówię, Szczeniątko. Widziałam Tuśkę!

*

Dojrzała ją w powrotnej już drodze od Łapci, wyskakującą z tramwaju w pełnym biegu. – Isia! Czy masz gdzie Wilczka?… Zatkaj go, na miłość boską!

– Bo co? Nawalił?

– Nie! Ja nawaliłam. I to jak…

W tramwaju Tuśka spotkała dopiero co Dorotę.

Była to dwudziestka piątka, zdezelowana, szarpiąca i zdobywana szturmem na każdym przystanku. – Wyjść nie zdążyli – biadał zrezygnowany konduktor – a już siłą rzeczy pasażer pcha się do wozu. – Ludzie opuszczali wóz także siłą, rozchełstani, z nabytym impetem, jak zrzucani ze schodów natręci. –Jeszcze im szkoda wysiadać! – zakpiła dobrodusznie jakaś babina, ale Doroty nie ucieszył tak stosowny do sytuacji okruch warszawskiego dowcipu. Popychana, rzucana na ludzi, którzy wszyscy robili wrażenie trzęsących się z furii, odkryła, że tramwaj – po prostu tramwaj, nie co innego – jest prawdziwą zmorą życia. Jechała aż na koniec Szczęśliwieckiej, do przedpiekla zwanego Kwiaciarnią, lokalu Tuśki; i po kwadransie wóz opróżnił się cokolwiek. Lecz wtedy napełniły go dźwięki harmonii i najstraszliwszy, zdarty głos dziewczyński. I okazało się, że można wprawdzie zamknąć własne skrzypce na klucz, niepodobna jednak uniknąć kataryniarzy.

„Nam ducha nie złamie najsroższa niewola…”, wyciągało nieco wstawione dziewczę, gniotąc energicznie instrument.

… najsroższa niewola,
Ni obozy karmne, więzienie i głód…

– Nawet u wyciruchów ikra jest – pochwaliła handlarka, wysupłując złocisza.

W tej chwili Dorota dostrzegła Tuśkę i przepchnęła się ku niej. Nieznośny, nierozumny gniew, jaki wzbudziły w niej „obozy karmne”, znalazł natychmiastowe ujście.

– Coś ty zrobiła? – syknęła jej w ucho. – Coś zrobiła! Nie wiesz?

Na pomoście było pusto. – Jeśli gadanie o żelazku dojdzie szkopów, to zrozum: koniec z Uną…

– No więc co będzie, Isia?… Pani Isiu? – Wilczek, naprawdę tym razem blady, przysięgał sobie, że w życiu nie wymówi słowa „żelazko”.

– Nie twoja wina w każdym razie, Wilczek. Leć teraz odszczekiwać: to znaczy zamykać każdemu z osobna buzię. Może nie rozpaplali jeszcze bardzo…

– Ale że też Tuśka!

– Jednego, co się nauczysz kiedyś całkiem na pewno… – urwała, spostrzegając, że Wilczka już nie ma.
Rozłożyła stronicę M.117. I zastanowiła się, że rozsądku i przezorności może jednak nie nabyła w robocie więcej, niż miała poprzednio. Co przychodzi z czasem, to węch i pewne impulsy. A impulsy mogą nagle zmylić…

Dlatego w trzecim czy czwartym roku roboty niepodobna nie stać się choć trochę przesądną.

Nie spotkałaby się z Tuśka, nos w nos, gdyby primo – ta ostatnia nie wyskoczyła na swych wysokich obcasach w biegu prawie pod auto, i secundo, gdyby ona, Isia, nie zamarudziła się równie nieprzepisowo u Łapci. No i jeszcze gdyby łagodna Dorota nie „wyszła z nerw”.

Ten M.117 nie ma za to szczęścia. Ale to właściwie Łapcia rozgadała się ni stąd, ni zowąd, a nie ona.
W archiwum na Żelaznej Isia nie była od czasu, gdy pomagała Łapci zainstalować się tam. Nie wypadł jej jednak z głowy przepisowy dzwonek i prawie zaraz błysnęły nad łańcuchem okulary.

– Ale ja nie skończyłam jeszcze wpisywania! – Łapcia ściągała z niej gwałtem mokry płaszcz.

– Dawaj mi wszystko, co masz. Bo tu jest pasztet dla ciebie: da capo parszywy „Paweł”. Na jutro!
Wrażenie było słabsze, niż oczekiwała zwiastunka. Zdaje się, że w ogóle Łapcia przeceniała wyrozumiale trudy Szyszek w porównaniu z trudami zwykłych pestek. A w tej chwili triumfująco napełniała wywarem Wojtona jedyną posiadaną filiżankę.

– Raczyło się zagotować na twoją cześć! I wyobraź sobie: kałamarz, ramka, wszystko na tym stole poszło wtedy w drzazgi, a filiżance nic!

– Acha – Isia zdążyła sobie przypomnieć, że filiżanka jest imieninowym darem od komórki oraz że parę tygodni temu musztardowi wrzucili tu przez okno granat w czasie jakiejś nocnej rozróby. Parterowa, posępna klitka i nowe, tandetne meble, z których połowa była skrytkami, nie wyglądały korzystniej po tej przygodzie. Z poprzedniego swego mieszkania Łapcia, wzór dyscypliny, wysiadła tak, jak stała: bez jednego łaszka, rondla czy skorupy.

– Ale, dowód dla ciebie wczoraj przyszedł, Łapcia. Tu masz podpisać.
Ów nocny granat Ochronka uznała za przypadkowy, ale dla pewności zastąpić kazała pomarańczową arbeitskartę, zwyczajne świństwo do pokazania tylko z daleka łapaczom – „lewym prawdziwym” dowodem karmicielki wszy w Instytucie Higieny.

Fotografia Łapci na tym solidnym dokumencie nadawała się, jak zresztą wszystkie ówczesne, raczej do listu gończego przez swój wyraz ponuro-chudo-zbójecki.

„Gdzie leży linia szczęścia?”, pomyślała Isia, parząc usta herbatą: „Od jakiego to zera w górę jest się szczęśliwym? Ja podobnie całkiem wyglądam na każdej foto i głowa ciągle mnie boli, a jednak…”

W epoce tego zdjęcia Łapcia mieszkała jeszcze z córką w milutkim pokoju z alkową na zielonym Mokotowie, bywała przyzwoicie ubrana i miała książki. Po prostu, widać, haniebnie fotografują.

– Ten Wojton-Ekstra nie wiadomo, czy jest gorszy w stanie płynnym w herbacie czy siekany w papierosie – westchnęła Isia z bezceremonialnością wojennego gościa. A Łapcia się roześmiała. Niespodziewanie głęboko, wesoło.

Isia ją zrozumiała – dziwnie dobrze, chociaż nie z nazwiska, znały się: „Bodaj że teraz dopiero ona ma czyste, wesołe sumienie!”. Kiedyś, w trakcie odległej dyskusji religijnej, Łapcia wyznała, jak boi się o chrześcijan, i o siebie w szczególności, gdy bierze pod uwagę, że faryzeusz oddawał biedniejszym dziesięcinę i ani ziarnka mniej…

– Nie wiem, czy to kumkanie chóralne upodabnia nas powoli niczym żaby, ale ja na przykład zaraziłam cię guzdralstwem.

Taką opinię wygłosiła Isia, zapalając jeszcze jednego krótkiego papierosa z tych, które w trzydziestym dziewiątym roku nazywało się nalotowcami. I o tyle miała rację, że podczas gdy kurzyła dwa poprzednie, Łapcia ani nie zabrała się do wyciągu, ani nie spakowała M.117. Cóż, w tej pustelni na Żelaznej gromadziły się jej nie tylko szpargały, ale też wątpliwości i pół-wątpliwości – i przy spotkaniu wyrzucała to ze siebie spiesznymi, urwanymi zdaniami, których nie zrozumieliby postronni.

Tym razem błyskając „tragicznie” okularami chciała wiedzieć, czy Isia zna słowa Norwida o konspiratorczykach?

– Nie pamiętam. Ale zgaduję, że to znowu jakaś mała zadra.

– Bo słuchaj, ja naprawdę czasem… A ty nie?

– Dlaczego nie występujesz z tym do Doroty?

– Bo ty właśnie jesteś całkiem inna niż ona i niż ja.

– Ale Dorota tak samo by ci odpowiedziała – „trin trawa”.

– Jak? – Łapcia była z Krakowa.

– „Naplewat’”.

– Isia, ty czasem udajesz, niedługo powiesz jak Sabina (czy też jej siostra?): płatne patriotki!

– A no bo swoją drogą płacą nam, nie? Oszalałabym, gdybym miała handlować.

– A ja…

– Czekaj, a czy znasz słowa Norwida: „…kto jest subtelniej na świecie szczęśliwy…” – czy jakoś podobnie?

Na to Łapcia aż zdjęła okulary. Zawsze dostrzegało się wtedy, jak bardzo jest mizerna i zmęczona. – Szczęśliwe konspiratorczyki?… – szepnęła jakby żując coś niesmacznego.

– Daję ci słowo honoru, że jest mi wszystko jedno, jak nas można nazwać.

– Tak gadasz, bo jako psycholog wierzysz w inteligencką przekorę.

– …I chcę cię podnieść na duchu? Jedno ci tylko mogę powiedzieć naprawdę pocieszające: nie zostaniesz na pewno pułkownikiem! A jedno niepokojące: diabelnie jest późno!

Wstała i znów zaczęła szukać wiecznie gdzieś zakamuflowanej zapalniczki.

– Całą reszta to już kwestia gustu. Mnie na przykład odpowiada trzeźwość piosenki „Jak to na wojence ładnie… Koledzy go nie żałują” itd. A ty jesteś jak Norwid antyromantyczka, ale powtarzasz sobie…
Zerknęła w okulary Łapci, które migotały wyczekująco.

– Mówisz sobie, wiesz, ile razy usłyszysz normalną mowę pogrzebową o kimś: – Nie żyje już, chwała Bogu, spokój… – To swoją drogą postęp, nie uważasz: taki zanik panegiryzmu i łezki?…

– Że co powtarzam sobie?

– Wiersz Słowackiego – Isia trzasnęła wreszcie zapalniczką – „Niechaj dzień wyjdzie z jasnej niebios bramy: niechaj nas przecież widzą, gdy konamy”.

– Nie – zapewniła Łapcia prędko, jakby oczekiwała niespokojnie innych słów. – Ale to jednak piękny wiersz.

– Czy uwierzysz, że Nula beczała w szkole podczas patriotycznych obchodów? Wściekało ją to już wtedy, ładnych paręnaście lat temu, ale łzy jak z niedokręconego kranu. W kinie też… Ja nie wierzę nawet w Słowackiego. Łaskotliwość gruczołów.

– Ależ jesteś gaduła.

– Już wieję!… Przyjemnej zabawy z „Pawłem”. Wycięłaś pewnie nazwiska i będziesz musiała „od”?

– Nie, bo pamiętam – Łapcia spuściła oczy. Tej historii, historii „Pawła” naprawdę trudno było zapomnieć.

– Ale ja na pokarm dla ducha oraz narkotyk do poduszki biorę twoją cząstkę M.117.

*

Nula zdołała nogę umieścić na stopniu, gdy tramwaj ruszał, lecz w tejże chwili ktoś ściągnął ją za płaszcz tak energicznie, że musiała zeskoczyć.

– Achtung, du kleine… – Niemiec wznosił się na nią jak wieża, ale nim zdążyła się przestraszyć, dojrzała opaskę kierownika ruchu. Auto przeszumiało obok, oświetlając jej twarz. – Achtung, Mutti – poprawił się żandarm.

Poczuła się rzeczywiście stara nad wiek, bo kolana nieco jej drżały, gdy bez słowa oddaliła się. W ciemności pomacała wałek włosów, był mocno zakręcony. Gdyby ten niedźwiedź był łapaczem, nie zdołałaby wyjąć i połknąć japonki ze straszliwie jasnym tekstem.

Spiesząc wzdłuż szyn opustoszałym tunelem ulicy, rozpuściła włosy i bibułkę wsunęła w palec rękawiczki. Słusznie czy nie?…

Czy miała też rację iść, zamiast czekać na następny tramwaj? Za trzydzieści pięć minut godzina policyjna. Mowy już nie ma, żeby wrócić potem do domu, ale żeby chociaż dojechać w porę! Dziesięć minut temu skończyła czytać depeszę; a przed godziną – tak, już przy karbidówce – wpadła nagle na jej sekret, niesamowicie prosty po tylu żmudnych, zawiłych próbach.

Przez całą noc poprzednią dopatrzyła się w owym „nieczytelniaku” tyle tylko, że musi to być podwójny szyfr: do poufnych wiadomości. Świetnie, tylko że Joci nie dosłyszawszy, połknęli połowę cechy…
Nie śpiąc wcale dzięki pastylkom niemieckiej pervitiny i świecąc latarką pod kołdrą – bo niestety nocowała z nią dziś niewtajemniczona rodzina z Pruszkowa – kartkowała tam i z powrotem „Odprawę posłów greckich”. Już w szkole obrzydzono jej gruntownie „Bibliotekę Narodową”. A od trzech lat nabrała szczególnego i obcego znawcom poglądu na niektórych klasyków.

Największą, rzecz prosta, zaletą Kochanowskiego była zwięzłość: tak jakby z góry przewidział, że radiooperator może nie dosłyszeć grupy z oznaczeniem stronnicy…

Dopiero jednak nad ranem metoda jej, na wpół racjonalna, a na wpół intuicyjna, wydała pewien rezultat. Z kolejnego numeru depeszy dokopała się długości wierszy użytych tym razem: jako że cyfry siedzą na początku i na końcu. Dalej dopomógł jej nos: tak, tak od razu czuła coś do „Białoskrzydłej morskiej pławaczki”…

Omal jednak nie usnęła z rezygnacji, przekonawszy się, że trafiła całkiem dobrze – ale poza cyframi nie wychodzi nic!

Jasne, że to nie tylko dziury w odbiorze, lecz pomyłka londyńska. Cholerna rzecz w tak precyzyjnym szyfrze (który od trzech lat chodząc po eterze, śmiało wyzywa nasłuch szkopskich specjalistów).

Jasne również, że zupełnie rozbudzona pracowała w dalszym ciągu, zapominając o obiedzie. Wybiegła tylko po karbid o zmroku. I wtedy, właśnie bodaj w drodze, spadło na nią olśnienie. Przecież tam przechowują spokojnie warsztat szyfrancki – a nuż złapali bazę z wczorajszym hasłem? Oni też czasem się spieszą! Krótka depesza nosiła znak K.K.K. O ósmej wieczór już widziała, że ma rację: litery najgrzeczniej w świecie ustawiały się teraz po porządku. O ósmej dwadzieścia porwała z wałka maszyny gotowy tekst. O tak, nie było ani chwili czasu do stracenia. Wypadła z domu, spuściwszy kalkę, bruliony oraz szyfr, nieczytelny dla nikogo oprócz niej. Lecz oto tramwaj uciekł i żandarm spłoszył ją z przystanku. Na następnym trzeba wysiąść.

Ale niespodziewanie druga siedemnastka przebiegła obok niej rozdzwoniona na pustej żoliborskiej trasie. Nula zaczęła biec, było to jednak beznadziejne. Przystanęła, łapiąc oddech. Wiedziała, że serce tłucze się w niej nie tylko z powodu niewyspania i pervitiny.

Dlaczego Isia, kuzynka i przyjaciółka w tylu rzeczach do niej podobna, nie boi się nigdy? To po prostu głupio! Zwykły rachunek prawdopodobieństwa: ktoś musi wpadać, skoro jest ciągłe polowanie; no a jeżeli się zawsze nosi jakiś materiał… Isia nosiła go zawsze, Nula nie zawsze. Może dlatego właśnie nie mogła go nie czuć na sobie, jakby to była swędząca krostka. Nie ukrywała, że woli chodzić bez materiału, niż z materiałem, a tak naturalna skłonność długo dziwiła Żaby; potem przyzwyczaiły się do niej jak do dziwactwa. Zawsze robiąc swoje, ostatecznie nie potrzebowała się wstydzić. Co więcej, w trzydziestym dziewiątym roku była sanitariuszką u Dzieciątka Jezus i także robiła swoje: co nie znaczyło, by nie bała się bomb i pożarów. Ale aresztowania bała się również, i może więcej – podczas gdy na wskroś racjonalne osoby z przyrodniczym wykształceniem zachowywały się, i to całkiem szczerze, jakby miały czapkę-niewidkę albo jakby szkopy byli w ogóle powietrzem. Pełna zazdrości dla tak cudownego ułatwienia życia, Nula szła szybkim, mechanicznym krokiem w kierunku „Dzwonka”.

Z ostatnim słowem depeszy, jak odpowiedź na jeszcze jedno trudne pytanie – wyskoczył w jej pamięci ten stary alarmowy punkt Jotów. Byle dotrzeć tam, to już oni muszą znaleźć sposób, żeby uprzedzić lądowisko przed północą. Ale widziała już teraz, że godzina policyjna zastanie ją w drodze, na ulicy. Piastując depeszę w dłoni, liczyła, że w razie czego zdoła ją połknąć. Ale co z tego wyniknie? Nikt się nie dowie o zmianie trasy „Mostu”, czyli lotu dwustronnego (czy to nie głupio tak nagle zmieniać?!). A ona bez pożytku znajdzie się na Skaryszewskiej, lub prędzej na Pawiaku i w Oświęcimiu. Choćby nie wiem jak zgrabnie pozbyła się świstka-depeszy i zblagowała o spóźnieniu, umieją przecież sprawdzać maszyny, a ta kartka, ta, co wyfrunęła kiedyś oknem na Topieli i nie wiadomo, co się z nią stało – była przecież z jej Remingtona… Albo też najzwyczajniej zastrzelą na ulicy, jak wczoraj w nocy tego chirurga. Nonsens iść!… Czy jej wina, że tamci idioci nawalili? Siedzą sobie w Londynie i jeszcze się mylą. Licho też chciało, że o tej właśnie godzinie skończyła, nie pół godziny wcześniej albo później: po dziewiątej nie wyszłaby przecież wcale. I że to ona właśnie, nie kto inny, rozgryza nieczytelniaki…

Właściwie, co najgorszego może się tam stać? Samolot nie znajdzie lądowiska „Czajka” i zawróci: przyleci jutro albo za trzy dni. Cóż za terror przesądu, że łączność zawsze ważniejsza od bezpieczeństwa! A jak jutro położy się wszystko przez bezpieczeństwo?

A może nie zdążyły nawet z M.117 i z resztą poczty na „Most”?

To wszystko Nula myślała jednocześnie: tak właśnie jak zwykły się łączyć w jej głowie elementy równania. Na placu Wilsona rzuciła okiem na fosforyzujące wskazówki zegarka. Piętnaście minut: dosyć na powrót do domu, jeśli natychmiast zawróci.

Ale niedługo potem ludzie na wyznaczonym lądowisku „Kaczor” zapalą czworokąt i kierunkową strzałę sygnałów i będą przy nich czuwać od północy do świtu. Obstawa, transport, wszyscy. Spory jest ułamek prawdopodobieństwa, że ta noc ich zdekonspiruje. Ile razu doszło do ludzi, Nula jak kiedyś w szpitalu pod bombami nie widziała wyboru: wracała po ludzi w ogień, przymykając oczy.

Ale czy Joci z „Dzwonka” poradzą cokolwiek? Czy w ogóle jest jeszcze Dzwonek na rogu Kozietulskiego?

Szła wciąż tym samym krokiem w stronę ulicy Kozietulskiego, zgasiwszy latarkę.

Lata temu, tak, lata, nie kto inny jak ona, Nula, majstrowała tam jedną z pierwszych radiostacji: Bóg wie, czego wtedy nie robiły kobiety: jako fizyczka omal nie trafiła do Jotów. „Pewnie dawno by mnie już nie było”, pomyślała z odcieniem zazdrości, a zarazem nielogicznej pretensji. Potem nie nadawano już stamtąd, choć Dzwonek był istnym bunkrem z pancernymi żaluzjami: bo co pomoże bunkier przeciw nowej radiogoniometrii w autach? W samą porę umilkł i Joci zaczęli fruwać z miejsca na miejsce. Został tam tylko nasłuch i punkt alarmowy. Ale czy jest jeszcze?

Naprawdę chyba nonsens gonić tak na ślepo – powinna zawrócić. Nie zawracała. W pewnej chwili spojrzała znowu na zegarek i skręciła w ciemną jak grób rodzinny bocznicę. Było już po dziewiątej – patrole chodzą raczej głównymi ulicami; i foksy, ale ci chyba nie zaczepiają. Dorota nic nie będzie wiedziała, gdyby… Una też się nie domyśli. Przypomniała sobie nagle o Unie; przez ostatnią dobę nie widziała się z nikim i pracowała jak w transie. Jezus Maria, co z Uną? A może ogólna wsypa, może i Dzwonek nakryty? Szła ulicą tak czarną, że traciło się poczucie rzeczywistości, mówiąc sobie stanowczo, że wszystko jest nonsensem.

Nonsensem: czymś bez żadnej proporcji do człowieka. Bo i śmierć właściwie… O, bardziej niż co innego.
Próbowała czasem dawniej uprzytomnić sobie tę chwilę. Bo to będzie chwila, jakaś chwila: to jest ważne – więc jedna z tych rozsypujących się, niezupełnych, nieuchwytnych. Bez punktu odniesienia. – Choćbym wiedziała całkiem na pewno, że On jest, ten punkt odniesienia, tak jak wierzą Dorota i Łapcia – to zapomnę… – Bo chwila może być całkiem pusta, ta chwila – jakiś okropny niewypał czasu. Tu nie wystarczą żadne zwykłe środki, żadne mizerne codzienne „stawianie czoła”. – A skąd ty wiesz, że będziesz i wtedy tak samo wierzyć? – spytała kiedyś Dorotę. Odpowiedź wydała się jej wtenczas prawie żartem. Ale czy nie pasowała jakoś do zmory niesamowitego niewypału?… Coś o ciszy, tak strasznej ciszy, że musi się To posłyszeć. – Kiedy, Dorota?… – Tak wtedy nie spytała, ale byłoby to logiczne: cisza to już przecież śmierć. Chyba że… Śmierć przeżywa się może naprzód.

Wtem oczyma nawykłymi do mroku zobaczyła parę rzeczy dobrze kiedyś znajomych. Czarność wielkiego bloku zwróconego do zbiegu ulic wąskim narożnikiem, w tym narożniku kwadratowe światełko dyżurującej apteki – i tuż obok od strony Kozietulskiego budkę wartownika przed bramą biur wojskowych: to było oblicze „Dzwonka”, zapomniane przez trzy lata. Dochodziło wpół do dziesiątej, ale nie przyszło jej na myśl cofnąć się; natomiast ze zdumiewającym spokojem podeszła do budki, z której przebłyskiwała lufa schmeissera, i niebywale jak na siebie dobrą niemczyzną spytała, gdzie tu blisko jest apteka. Niemiec mruknął odpowiedź, biorąc ją pewnie za folksdojczkę i posłyszała własne kroki rozbrzmiewające w pustce nocnej. Odnalazła i przycisnęła dzwonek. Zaspana twarz w kwadracie okienka nie była znajoma. Po niemiecku zażądała surowicy przeciwdyfterytowej.

Drzwi otworzyły się i Nula usiadła, klapnęła, dysząc na wyplatanej, znajomej ławeczce koło zasłoniętej witryny: magister Klara, przecierając szkła szła ku niej zza lady z uśmiechem rozpoznania.

„Dzwonek” istniał. I dotarła do niego.

Tak, istniał nienaruszony. Po chwili uchyliły się przed nią ostatnie, niewidoczne w trzeciej piwnicy drzwi.

– Ta pani od Żab – oznajmiła magister, znikając.

W oświetlonym jasno schronie bez okien siedział ze słuchawkami na uszach zarośnięty i roznegliżowany młody człowiek. Nula wręczyła mu depeszę.

– Coś musicie zaraz z tym zrobić – zakomunikowała z ulgą przerzuconej odpowiedzialności.

Nie był to nikt z szefów na pewno. Twarz, ręce, kombinezon robotnika.

Może pierwszy raz w życiu dostał do ręki tekst odczytany z jego cyferek. Obrócił go w palcach, popatrzył na Nulę i znów na depeszę, marszcząc się z namysłu. „Może to Komar?”. Nulę zaswędziło sumienie za wszystkie własne i innych szyfranckie grymasy na niewyraźne pismo.

Operator wstał i pokiwał głową: zrozumiał, dlaczego tu dotarła, i uśmiechnął się do niej.

– Czy może pan uprzedzić te lądowiska o zmianie: Czajkę i Kaczora? Macie tam punkty?

– Teraz byłoby trudno. Ale nie potrzeba.

– Jak to?

– Dziś nigdzie nie będzie pogotowia. – Podał jej drugą parę słuchawek. Usłyszała brzęczenie, które było melodią: śpiewem z płyty.

„…tam za lasem wre potyczka
Słychać pierwsze strzały…”

– To sygnał, pani wie?

Tak, pamiętała: ten mazur to odwołanie lotu na dziś.

– I na Kaczorze usłyszeli na pewno, bo już trzeci raz to dają.
Nula odwróciła się nagle, wciąż ze słuchawkami na uszach.

„Jeszcze jeden krąg dokoła,
Jeden uścisk bratni…”

Nie była amatorką starych piosenek, a nawet sceptycznie zawsze patrzyła na dzwoniących ostrogami ułanów. A jednak, jak na głupich szkolnych obchodach, idiotyczne nerwowe łzy zakręciły jej się w oczach.

5.

Łapcia zbudziła się z poczuciem, znajomym z wielu przejść, że dzieje się coś niezwykłego, a zarazem wszystko jest w największym porządku.

To pierwsze wyjaśniło się natychmiast, bo siedziała na podwiniętych nogach na podłodze, oparta o coś wrzynającego się kantem w kark: była to paka od węgla; lampka-złodziej oświetlała kuchenkę, kolana wygniatały linoleum. To drugie zaś: krzepiące uczucie spokoju miało może źródło w solidnym zmęczeniu wszystkich kości. Próbując podnieść się na ścierpnięte nogi, strąciła abażur, jaskrawe światło kazało jej przymknąć oczy. I wtedy z westchnieniem ulgi, jak odnajduje się rzecz zgubioną, odnalazła swój sen. Raczej finał snu, podobny do finału symfonii: bursztynowo mleczny blask żniwa, słonecznej ziemi, rosochatych ładownych wozów zjeżdżających po pochyłości rżyska wolno, jak w triumfie – nawet niebo całe złote i horyzont, jeżeli tam był horyzont? A co było jeszcze? Och, wiedza – jakie to żniwa. I inna, lepsza jeszcze, jak tajemniczy szept w głębi: „Żaden sen nie jest tak piękny jak samo żniwo”. Trudno uwierzyć, że coś takiego mogło się wyśnić: sen o przyszłym powstaniu.

Poderwał ją na nogi nieokreślony, lecz też znajomy niepokój „za dobrych rzeczy” i z podołka osunęło się coś z cichym grzechotem. Różaniec. Podniosła go i schowała w kieszeń kitla. W tym momencie dopiero ocknęła się naprawdę. I zobaczyła na podłodze płaską szufladę kipiącą papierami oraz wypatroszoną, ziejącą dziurę na dole skrzyni-skrytki. Materiały do „Pawła”. Z nazwiskami i miejscowościami, które ołówkiem dopisywały… Sekretne w samej nawet organizacji rzeczy, w tej chwili rozwleczone u niej, jak na śmietniku.

Przyłożyła zegarek do ucha, by się upewnić, że nie stoi: pół do trzeciej, noc. Ale przy zaciemnionych oknach można czasem zaspać do dziesiątej, jak w zaklejonym pudełku. Mógł ją obudzić dzwonek mleczarki albo jakiś handlarz czy dozorca. Drzwi kuchenne były tuż… Nigdy w życiu nie zdarzyło jej się coś podobnego: zasnąć, nie zamknąwszy skrytek. Sterczała ciągle jak nieprzytomna. Patrząc z takim niedowierzaniem, jakby wszystko nagle skończyło się.

Gwałtownie chwyciła znowu różaniec. („Sięgasz po niego jak po pistolet”, zauważyła kiedyś Dorota z tym swoim uśmiechem, który Łapcię łaskotał tkliwością w gardle). I uświadomiła sobie, że właśnie z różańcem w ręku zasnęła. Nie odmówiła dziesiątka do końca, może nawet ledwie zaczęła. Bo modląc się, zobaczyła coś – zwyczajnego, niby dobrze znanego. Ale nawet sen o słońcu żniwa okazywał się przy tym blady. Rzeczywistość, oczywistość daru Boskiego dla ludzi. Więcej, o, więcej i wiele lepiej niż dla każdego chciałby jego ojciec i matka, i on sam, i mędrzec filantrop, i poeta. Więcej wszystkiego, więcej szczęścia.
Blakło to już, zacierało się: znów stronnica katechizmu, a nie spotkanie.

A jednak pamiętała, że kiedyś, gdy nie wierzyła, i uważała, że wiara w Boga oszukuje i odjada człowieka (a ją znów uważano za egzaltowaną, teraz zrobiła się naprawdę trzeźwiejsza, ostrożniejsza) – otóż i wtedy żadna z jej młodych wierności nie była tak hojna, tak zupełnie oddana ludziom, wiążąca z ludźmi, jak to, co teraz miała im do dania.

Dostaje się, żeby dawać.

Ona tymczasem usnęła. I to nad nieskończoną robotą, jakże to było możliwe? Nie zabezpieczywszy tajemnicy, której przysięgła strzec. I modlitwa, i sen nie trwały może razem godziny. Lecz było to przestępstwo.

I teraz, po tej niepowrotnej chwili, inaczej już musi wyglądać oddanie – oddanie wszystkiego za wszystko. Smutna niewierność pokazała: to, to właśnie musisz oddać.

Całe jej życie leżało jakby na ziemi, na stosie papierów, nad którymi męczyła się i denerwowała przez wieczór i noc, bez cienia przeczucia, jak drogie sercu jest to, co może utracić. Tak, stracić, na zawsze.
Bo musi teraz zameldować władzy, że jest niezdatna. Ponieważ jest nieodpowiedzialna. To jedno, na co w sobie dotychczas liczyła, zawiodło ją. Bo co do reszty widziała przecież zawsze, że wszystkie w komórce (aż do tej maszynistki, co bębni jak ekspres z ortograficznymi błędami i genialnie telefonuje), wszystkie są od niej sprawniejsze, prędsze, bystrzejsze. Ratowała się sumiennością, pracą, niezłym zdrowiem.

– Muszę wystąpić: niechaj co chcą, myślą… – Czy to, że się nie bała nigdy, nie było zwykłą lekkomyślnością? Powie cokolwiek: właśnie choćby, że straciła nerwy, i nie da się przekonać Dorocie ani nikomu. Jakże zuchwałą ufnością w Bogu było to także, że odmówiła maskoty z cyjankali.
Zakręciło jej się w głowie, jak czasem po nagłym przebudzeniu, i z całym okrucieństwem sprzeczały się w niej dwa głosy: – To są twoje skrupuły! Wiesz sama, nikt tak nie myśli. – I drugi: – Musisz. Przysięgnij, że musisz. Nie oszukuj się.

Jak po broń znów sięgnęła po łańcuszek z małym krzyżykiem. Po to, żeby natychmiast odłożyć go do kieszeni. – Idiotko – szepnęła z ulgą. – Nie pora myśleć teraz, ani mądrze, ani głupio. – (W samotności mówiła czasem do siebie). Jasne było, że nikt nie zrobi za nią wyciągu z „Pawła”. Usiadłszy na ziemi pośród papierów, poczuła od razu taki spokój, jakby nic nie przerwało jej nocnej roboty.

Kiedy o jedenastej przed południem Isia pokręciła rytmicznie staroświeckim, ręcznym dzwonkiem, czekała potem cierpliwie, domyślając się porządków.

Istotnie Łapcia chowała jak zwykle dokładnie, choć pospiesznie przepatrzone po raz nie wiadomo który świstki.

A pomiędzy nie odkładała ad acta obrazy i twarze, przez które archiwum żyło dla niej. Jedną zwłaszcza, nieodłączną od „Pawła” – z którą się rozprawiała rankiem, tak jak nocą rozprawiała się z sobą.

Szpakowato-„gniada” głowa, raczej może włóczęgi myśliwego niż oficera, kresowy głos i spojrzenie: podpułkownik Z… Jeden z wielu. Rzeczywistość tego czasu. Zatrzasnęła sprężynkę, poprawiła ceratę na skrzyni i wpuściła Isię, która zdążyła już otoczyć się kłębem dymu.

– Genialny pomysł przyszedł mi, Łapcia, w tej chwili: poskromimy, wiesz niezdrową ciekawość Władz, tudzież ich żyłkę archiwalną. Skończyłaś?…

– Dokleję tylko załączniki.

– Teraz jest taki moment, żeby cały twój składzik dać na cmentarz. Całkiem zwyczajnie: na Bródno…

– A wy skończyłyście?

– …mam tam wyborny, zaciszny grobek. Co? Czyśmy skończyły?! – Isia runęła na krzesło, wyrażając tym gestem oburzenie. – Zauważyłaś może, że jestem nieuczesana? I z kopciem w nosie? Bo się nie myłam ani wieczorem ani rano.

Paliła nie jak zwykle pomalutku, ale ssąc jak głodne niemowlę.

– Nad ranem – zaczęła się śmiać – ten wariat Goryl… bo wpisywałam u nich… wylał sobie i żonie wody na głowę. I przez resztę czasu nucił do wtóru maszyny: „Złote literki, srebrne numerki wyryć na grobie”. No, nie przez cały czas, ale za to głos jak skrzyżowanie osła z gwizdawką. „Złote numerki, srebrne literki – każemy sobie…”. Ostry szał był: galopka na maszynie, sieczka w głowie, kołek w paszczy, paraliż w rękach…

– Dać ci herbaty? – przerwała Łapcia.

– Waleriany, chcesz powiedzieć? Nie, już nie potrzeba. – Ale gadała dalej po swojemu: epickie dzieje finiszu M.117.

Łapcia to znała: owe nawalanki i otrzeźwienia, i rekordy rączości i zawsze brak czasu na sprawdzenie („medal, jeśli to wszystko przeczytają”, mawiała potem Dorota). Znała i ten wisielczy humor: istne zbawienie o świcie, przy pustym żołądku. Zazdrościła nieraz chałupom takich emocji. Ale w tej chwili myślała jeszcze o podpułkowniku Z.

Czy naprawdę dał się złamać tam, w „Pawle”? Nie uwierzono w jego ucieczkę; w tak szczęśliwie uszkodzoną karetkę więzienną. Teraz i ona już przestała wierzyć. Z tym dotkliwszym uczuciem napotykała go w pamięci jak żywego. „Przywiozę wam po powrocie lisi wąs”, mówił do córeczek Tity. „A mi też?”, upominała się młodsza (uchodził tam w mieszkaniu za ich wuja). „Nie, dla ciebie schwycę kulkę, co mnie minie”. Nie minęła do polska kula. Choć nieprędko go poszukała. W skrzyni na węgiel był komplet depesz z „Pawła”, nad których błędami Nula omal nie posiwiała. Odpowiadano na nie – coraz ostrożniej, nieufniej; aż wreszcie… Jeden jedyny człowiek mógł wydać szyfr.

– Słuchaj, Isia. Pamiętasz w lutowym Biulu… Napiętnowanie takich, co sypią pod śledztwem?
Isia, która nie dokończyła zdania, spojrzała zdumiona.

– Hm, tak… To było pod adresem głupich entuzjastek. No i może szarż, które już na tamtej wojnie straciły herca, ale nie ambicje.

– Ale pomyśl, dla takiej Emmy, naszej Emmy, wtedy… jak to jej córka maturzystka sypnęła, zanim ją domęczyli?

– Och, przestań! Niemożliwa bywasz czasem: kiszki się przewracają. No i przez ciebie zawsze w piętkę gonię! – zatoczyła się, wstając z krzesła. – Pierwsze, co ci miałam powiedzieć… i dlatego o tym archiwum i Bródnie… Więc słuchaj, Łapcia! Z Uną jednak kiepska sprawa.

– Co? Co jest z Uną?

– I będziesz musiała wysiąść znowu, a szpargały…

– Dlaczego kiepska sprawa?

– Bo jedna fatalnie nawaliła.

– Która? – krzyknęła Łapcia, jakby pytając: – Kto zginął?

*

„Górka” był to lokal z obliczem, dlatego choć młody, prędko obrastał w tradycję.

Nawet po nocy w tunelowej czarności Chmielnej dostrzegało się witrynę fotografa na bramie, a w dzień śliczne spojrzenie młodej aktorki na przedwojennym fotosie; aktorka nie słynęła talentem, ale to jej zdjęcie zapowiadało istne głębie subtelności. Podwórze było arcywarszawską studnią; dwaj dozorcy olbrzymiej kamienicy na przemian udawali, że zamiatają; a równie obojętnie jak do śmieci czy śniegu odnosili się do kursujących żwawo lokatorów i jeszcze żwawszych gości. Za to szara wyżlica, którą można tu było spotkać o każdej porze, z którymś znudzonym domownikiem na drugim końcu smyczy, na każdego bez wyjątku rzucała się wściekle, mimo kagańca, i przechodnie odskakiwali zaskoczeni tą nieprzyrodzoną wyżłom złością. Rzędy brudnawych okien, rzadko otwieranych, patrzyły nieme i identyczne – obserwacja na tym podwórzu była łatwa i „niepodpadająca”. Nikt nikogo nie znał tu osobiście, a z widzenia poznawało się prędko wszystkich. Czy dozorcom wpadła w oko liczna i …….[kręcicka?] obsada Górki? Do starszego z nich, który handlował, Nula lub Tita zachodziły czasem umyślnie po ćwierć kilo słoniny, co nie mogło jednak uchodzić za solidne alibi. Lecz podobne właśnie podwórza i oficyny, z podobną robotą, zbyt ruchliwą i zmienną, by naprawdę zabezpieczyć sobie mogła pozory – to była przecież dobra połowa Warszawy; wedle rachunku prawdopodobieństwa szansa, że tu akurat zagnieździ się szpicel obserwator przedstawiała się znikomo.

Wszystkie te i inne cechy Górki nieobce były Tuśce, pamiętającej chody z oblicza właśnie, a nie z numerów. Lecz owego szarawego popołudnia – którego data dla tajnej historii oznaczała odwołanie lotu dwustronnego, dla Żab zaś miała specjalne znaczenie – Tuśka objęła bramę, a potem podwórze uważniejszym niż zwykle spojrzeniem; tak jakby nawet wyżlicę drącą pończochy chciała sobie zakonotować dobrze na przyszłość. Jej wzrok, którego błękitu nie gasiła najsmutniejsza szaruga, wywołał uśmiech przeproszenia u skwaśniałej damy przytrzymującej bestię za obrożę, a po drugiej stronie podwórza miły emeryt z rozpieszczonym jamnikiem ukłonił jej się jako gorący choć już platoniczny wielbiciel rasowych warszawianek.

Ze swą pękatą torbą niesioną lekko, jakby nie było w niej nic prócz kosmetyków i paru „górali”, Tuśka wkroczyła na schody, owe sławne, zawrotne schody Górki odbierające dech najmłodszym, wysportowanym łączniczkom. Zawróciła, by wytrzeć nogi o wspomnienie wycieraczki, a właściwie zlustrować podwórze i bramę: dla porządku tylko, bo i tak kluczyła dość długo, by się upewnić, że nie ciągnie żadnego cynku.

Tymczasem o cztery piętra wyżej Isia odpoczywała z sercem pod gardłem i też z przyzwyczajenia wyglądała przez okno; lecz rozpoznawszy w dole zgrabnie sunący gołębiej barwy kapelusik, spiesznie podjęła wspinaczkę, bo nie miała ochoty, dzisiaj stanowczo nie miała, zetknąć się z Tuśką sam na sam.
W pięć minut potem koło fotosu aktorki i śmierdzącego ścieku w bramie przeleciał jeszcze Wilczek. Złą sukę zabrano już wreszcie, choć przez przekorę nie spełniła spacerowego obowiązku; lecz grzeczny jamnik nagle rzucił się obszczekiwać gołe sinawe nogi: znał takie z kompletów zakłócających mu spokój domowy, o co miał żal do swego emeryta-pana, tak jakby ten dla przyjemności oddawał mieszkanko roztrzepanym licealistkom.

Isia, zdyszana, rozeznała rękę Nuli w energicznej kredowej kresce na podeście szóstego piętra: który to sygnał znaczył „dzwonić, wszystko w porządku”. Nula też otworzyła jej: – Wiesz? Most odłożony.

– Wiem. Jeszcze nam dosłali załącznik do M.117. Nie wytrzymali nerwowo.
Dorota skończyła właśnie adresować pocztę miejscową: pięć mikroskopijnych kwadracików, a szósty do archiwum; były to przedwczorajsze „wymiotki z szuflad”.

– Z Jotami spokój?

Słowa padały niemrawo, Isia nawet nie przywitała się, a gwarne zwykle w chwili spotkań grono nie wyraziło dezaprobaty dla przyniesionego załącznika.

– Wilczek odszczekuje jeszcze wczorajsze?…

– Chyba: nie było go dotąd.

– Ale. Sabina znowu krzyczy o mapy.

– Mapy? – Z kąta odezwał się basem Kamil, logistyk, jedyny członek zespołu, który nie słyszał dotąd o mapach. Wylazł właśnie, rozczochrany, bo tkwił tu od wczoraj, kombinując nowy szyfr na Ankarę (jako że Batiar wsiąkł z poprzednim w głowie). Żaby bały się jego genialnych a skomplikowanych pomysłów.

– Mapy?… – powtórzył z roztargnieniem, myśląc pewnie o logarytmach w haśle oraz matematycznej tępocie kobiet.

W tej chwili zamrugała lampka sygnałowa i do pokoju wkroczyła Tuśka.
„Biedna Tuśka”. Którejś przypomniał się wczorajszy gorący okrzyk Łapci. Szła widocznie powoli, bo nie zdyszała się.

– Co tam, Tuśka? – Dorota spuściła oczy ku poczcie rozłożonej jak dziecinny pasjans. Znały ten jej zażenowany wyraz. Ale twarz Tuśki nie była wcale skruszona. Trochę smutna, prawie wyzywająca.

W milczeniu położyła na środku stołu swą elegancką prywatną torbę, dzisiaj pękatą. Teraz uśmiechnęła się, ale nie po swojemu, cokolwiek krzywo.

Odciągnęła zamek błyskawiczny. Wyjęła z torby duży przedmiot.

– Macie. – Było to żelazko.

Isia sięgnęła pierwsza Stare żelazko przerobione z węglowego, ze sczerniałą rączką.

– To Uny – wygłosiła na pół pytająco, jakby wierząc i nie wierząc oczom.

Schyliwszy się, rozpoznała je także krótkowzroczna Dorota. I Genowefa. Cisza zdawała się tak dłużyć, że ostatnie, melodyjne uderzenie ściennego zegara zabrzmiało jakby dorzucone po namyśle.

Z uderzeniem godziny zjawił się Wilczek. Otworzył mu Kamil, ku wzajemnemu zdziwieniu, bo się nie znali, ale mała obcesowo wtargnęła do sanktuarium.

– Wiecie już? – bąknęła, oszołomiona ciszą.

– Nic nie wiemy – Isia trzasnęła w zapalniczkę bez rezultatu i odłożyła ją jakby poddając się sile wyższej.
Wilczek ucałował nagle z impetem Tuśkę. – Oj, za mocno! – mruknęła, odsuwając się.

– Przepraszam. Pani… złamała sobie ząb? Umyślnie?

– Ach ty, nikt by nie zauważył. Nie znać bardzo, prawda? – uśmiechnęła się po dawnemu.

Gdyby nie trochę krwi w szparach bielutkich zębów, nie byłoby chyba wcale znać: – A i to, pokazało się, niepotrzebnie.

Jedyna Genowefa nie patrzyła na nią, lecz na żelazko. Odkręciła mutrę i [cały wiersz nieczytelny]

– Nie denerwuj się, dostaniecie nowe „sady” – uspokoiła ją Tuśka od niechcenia. – Skoro Una, jak widzisz, zjadła tamte.

– Ależ Tuśka, powiedz! Zmiłujże się! – wykrzyknęły naraz chórem Żaby. – Widziałaś ją?… Jakim cudem?! Puśćże nareszcie farbę!

– Nie ma głupich, proszę was.

– Ależ Wilczek i tak wygada! No i przede wszystkim – ten grat kompromitujący jest z powrotem!… No?! Tuśka!

– A tośmy pomyślnie zadziałali – zamruczał z kąta Kamil, przegarniając czuprynę. Nula i Isia parsknęły śmiechem: pomruk oznaczał, że mag wpadł na lepszy pomysł oraz że nie wie wcale, co się wkoło niego dzieje.

– No więc, moje kochane, o co chodzi? Dostałam widać żelazko pocztą, jak wszystko, co do was przynoszę, prawda?

Genowefa oderwała oczy od Biuletynu, bo z nałogu wsadzała nos nawet w stare numery: – Wiesz, Tuśka – wycedziła tak agresywnie, jakby to tamta odpowiedzialna była za przebieg wojny. – Nie zapominaj, że lepiej unikać u nas „cudów”. Nasze władze są pod tym względem równie nieufne jak Kościół.
Żaby w pierwszej chwili nie zrozumiały. Zdumiał je zwłaszcza wyraz twarzy Genowefy.

– Nie żaden cud, tylko odwieczna prawda: „Boh z durakom”, no i… – Tuśka ucięła. Zarumieniła się. A jeszcze mocniej zarumieniła się Dorota.

– Więc wedle ciebie, Genowefa, władze są zdania – Tuśka powoli zaciągnęła torbę – że kto jest cudotwórcą, ten jest prowokatorem?… Po prostu tak?

Rzuciła okiem na Dorotę, która wyglądała, jakby się chciała zapaść pod ziemię. – Co pleciesz! – tyle tylko wykrztusiła.

– Nie znasz Genowefy – dopomogła Isia. – Jak się zawsze piekli na Szyszki?

– Tudzież na Ochronkę i dyscyplinę, niech wam będzie – najspokojniej, ulżywszy sobie, Jula-Genowefa zaczęła liczyć hasło na przyszłe „sady”. – Ale wczoraj – rzuciła jeszcze przez ramię do Doroty – która z nas miała rację? Potrzebnie robiłaś gwałt?

Wszystkie przez moment milczały, „trawiąc Genowefę”, aż bas Kamila zabrzmiał:

– Czy mogę was już uczyć nowego wariantu szyfru? Spieszę się, moje drogie.

– Ale gdzież tam! – wyrwał Wilczek, niepomny, że wcale nie zna młodocianego dostojnika. – Tuśka! Aj, pani Tuśko! Ja tak coś czułam! Ja to powinnam była zrobić, a nie pani. Proszę, proszę nam opowiedzieć! Ale wszystko…

– Cicho, szczeniątko. Czy nie uczyłam ciebie świętego strachu przed Ochronką? I zapamiętaj sobie, że czasem lepiej ne pas insister, panimajesz? – Tuśka skończyła zapinać futro. – Ach, byłabym zapomniała. Odchodzę. Zabieram stąd obecność swą. To znaczy: na dobre.

– Co, z Piątki odchodzisz? – Nula zrozumiała pierwsza.

– Tak.

– Ależ, Tuśka…

– U was nudno, psiapsiółki.

Tu Kamil odpędził gestem to, co w swej dwudziestoletniej surowości uważał za „babski rwetes” i flegmatycznie zniecierpliwił się:

– No więc niech pani wypluje wreszcie ten jakiś sekret! Bo inaczej nie będę mógł do nich gadać. Są nieprzytomne!

Isia nie była nieprzytomna: – Mężczyźnie nie oprzesz się, Tuśka, albo cię nie znam!

– Nie chcę grać Tajemniczej Damy – sprowokowana zmierzyła „Mężczyznę” krytycznym wzrokiem. – Ale naprawdę nie ma o czym gadać. Właściwie myślę, że opowie wam, niedługo może, Una…

– Una?!

– Tak. Może: nie cieszcie się na zapas, bo urzeczecie! Więc mówię wam, że to było łatwiej zrobić niż tłumaczyć się potem w Ochronce. I wy też nie wszczynajcie mi tutaj jednej z waszych służbowo-moralnych dyskusji…

– Jesteś wiśnia!

– …przeplatanych bukaniem.

– Nie uprawiamy pryncypialnych dyskusji.

– I nie opowiemy nigdy Ochronce, pod chajrem. Amen!

– Bo też, jak zobaczycie, nie ma o czym… No więc wlazłam – z tym zębem, bez niego właściwie – zbolała i roztargniona…

– Tam wlazłaś? Do kociołka na Żulińskiego?

– Nie, do fotoplastikonu. A oni byli tacy zdumieni – szkopy – że spytali: pani skąd? Z Grójca?

– To bujasz: nie wyglądasz z Grójca.

– Ale w każdym razie uważali, że jak ktoś dotąd nie posłyszał o kotle, to musi być niewinny jak niemowlę i faktycznie cierpi od zęba.

– Dodaj, że byłaś kokieteryjnie mdlejąca.

– Zeszłowieczny repertuar. Byłam zniecierpliwiona, że przyszłam dwudziesta któraś do poczekalni!

– Prawdę mów, błagam! Puścili cię tam?… A Una?

– Nie pytałam o pozwolenie. „Pani doktor przyjmuje?” i wlazłam. Wszyscy pacjenci kociołkowi siedzieli jeszcze na kupie i jedli akurat jakiś paskudny krupnik, pewnie na sztucznych zębach dentystki. A Una w kącie pod oknem, patrzy na mnie jak na powietrze. Wiedzę, że torbę ma przy sobie, nie było jeszcze rewizji – same chłopy zresztą pilnowały, żadnej baby, a złapane były przeważnie elegantki. Mnie sak w przedpokoju przejrzeli, ku memu oburzeniu, i nic naturalne nie znaleźli. Trochę mi jest niedobrze, siadam przy uchylonym oknie, z torby wyjmuję puder, tłukę puderniczkę, zbieram.

I z torby Uny wsadzam żelazko do swojej.

– Nie pilnowali?

– Zdaje się, powtarzali sobie właśnie jako kawał: „Pani doktor przyjmuje?”. Bo jeszcze rechotali, kiedy ja do nich znowu – po niemiecku teraz i rozbrajająco – że tu, zdaje się, rewizja, a ja muszę do jakiegoś dentysty! „Nie będę, proszę panów, wmawiać, że wracam do dzieci zamkniętych na klucz, ale ząb to gorsze niż dzieci, nicht wahr?… Proszę, to moja kenkarta”.

– Zapisali?

– Tak: lewe personalia nieboszczki Emmy. W tej chwili też nadeszła jakaś szpiclówka i rozdziała mnie pierwszą w łazience, a torba została w przedpokoju. Po czym, nie chcąc mieć jako dwudziestej dziewiątej w kramie tak zupełnej idiotki, wyrzucili mnie z tąż otwartą torbą i stłuczoną puderniczką.

– I z żelazkiem.

– I z połową zęba, który, pokazało się, niepotrzebnie ukrzywdziłam. No a teraz, jako rzekłam, psiapsiółki, będzie was obsługiwał kto inny. Już nie taka oferma jak Tuśka. Dziarska Wiga, znacie ją?

– Wiga, pewiaczka? Ale słuchaj, co, myślisz, będzie z tym kotłem?

– Bodaj że nic: same prawie kawiarniane buzie tam widziałam.

– Ale dlaczego pani odchodzi? – nie wytrzymała Nula.

– O Boże, Tuśka, nie lubimy morowych eks-pewiaczek!

– No i co to jeszcze chciałam powiedzieć?… Acha, nudno u was cokolwiek. I… tak. Zapraszam was na pojutrze na bankiet pożegnalny! Nawet nie wiecie, jak mi się zawsze udają racuchy z cukrem.

6.

– Gorzej wam? – sentencjonalnie poinformowała się Sabina.

Zdążyła wysapać sześć pięter Górki jako niemy, ignorowany prawie świadek rozgrywającej się tu sceny.
Stół był odsunięty pod ścianę, a stojące Żaby, w dużym komplecie, klaskały do taktu i śpiewały:

Siedzi wróbel na desce,
Szyje buty Teresce,
Siedzi wróbel na płocie,
Szyje buty Dorocie.

Na środku tańczyła Dorota. I to tak, jakby nic innego życiu nigdy nie robiła.

– Więc i wy – wtrąciła Sabina między zwrotką a zwrotką – widziałyście już Unę?

– Ja pierwsza! – wrzasnął Wilczek. – Z daleka na ulicy.

Nie raduj się, Tereska,
Bo te buty dla pieska.
Nie raduj się, Dorotka,
Bo te buty dla kotka –

Stare jak świat półbuciki Doroty fruwały nad zdartą podłogą, to znów biły w nią zamaszyście, w jakimś ni to mazurze, ni to czardaszu solo – Sabina w każdym razie nie widziała nigdy nic podobnego.

– Czy Dorota była tancerką?… – myślała Nula. – Nie, nie tańczyłaby.

– Ale pamiętajcie sobie, że Una ma kwarantannę. Wilczek, ani się waż do niej…

– Nie wiem na-wet, gdzie miesz-ka! – odśpiewał Wilczek, przytupując.

– Zwariowałyście, widzę, z nieróbstwa. Łapcia, co ty na to?

Ale Łapcia nie dosłyszała.

Okulary jej znieruchomiały, jak soczewki aparatu wychwytujące bardzo, bardzo delikatne fale. Kto to mówił o „subtelniej szczęśliwych”?… Czy Dorota – kochała Dorotę – jest subtelniej szczęśliwa?

Naprawdę jednak właścicielka okularów nie miała dzisiaj ochoty na psychologiczne dociekania.

Siedzi wróbel na desce…

Una wolna! A Dorota tańczy, jakby w nią coś wstąpiło. Coraz inaczej tę samą zwrotkę.

Siedzi wróbel na płocie…

A ona, Łapcia, jest z nimi, i taka sama dziś jak wszystkie: tak bardzo razem, jak nigdy chyba z nikim. Co za radość.

I natychmiast zaciążyło jej serce od własnego dzisiejszego smutku.

– Nawet jak Joci zdobyli pierwsze połączenie w eterze, takeście nie brykały – orzekła Sabina, siadając. – Chociaż wtedy było „wi” i „wó”, i nawet pierniki, o ile pamiętam. A propos jeść: wybieracie się dzisiaj do Tuśki?

Dorota przepłynęła znowu dokoła, nie widząc nikogo, niosąc się lekko, wdzięcznie a z powagą – niby młodziutka dziewczyna gotowa zatańcować się bez pamięci dla samego tańca.

I komuś przyszło nagle na myśl, że ona tańczy nie tylko „dla Uny”.

Dawniej – dawno, jeszcze przed owym świętem Jotów – potrafił czasem Dorotę poderwać do szaleństw nawet kudłaty jej terier Kuba.

Lecz to było lata temu. I wyglądało inaczej.

Dzisiaj jakby na przekór tym latom radość zagrała w niej nagle harmonijna, zupełna – i Dorota roztańczyła się dla życia, każdym gestem mówiąc: tak! tak! tak! – na przekór wszystkiemu śmiertelnemu i nieludzkiemu. A gdy wstrzymała się zdyszana, z ciemnymi kosmykami stojącymi dęba, jej twarz jakby całowała powietrze.

Na przekór oddaleniu tańczyła dla człowieka, którego kochała. I który skądś, może z oflagu, pisze „tęsknię”, nie wiedząc, że tak pisać nie wolno.

– Łapcia, ty masz tragiczne okulary – chrząknęła Isia groźnie, aż tamta podskoczyła.

– Nie znęcać się nad szeregowym w demokratycznej armii – przerwała Sabina, dziwnie łagodnie, prawie z westchnieniem.

Czyżby i Sabina to znała? Nawet kapitan Sabina… Dlatego nie myśli się o najbliższych. Aż nagle coś podrywa, każe wyzwać tęsknotę i czas, i to wszystko, co się może zdarzyć w każdej chwili.

– Zapytam jak wasz Kamil: czyście w końcu oprzytomniały i można gadać z wami?
Na to któraś przerwała głupiutką piosenkę, któraś roześmiała się.

– Do Tuśki idziecie dziś?

Teraz uśmiechnęły się wszystkie. Z „bankietem” było dopiero co heca – zanim się dowiedziały, że kocioł rozpuszczony i Una wolna. Przedtem – jakże to dawno! – omalże nie skakały sobie do oczu. „Losujemy, kto zostanie na dyżurze!” – Proszone wizyty nie były sprawą błahą: jadło się coś naprawdę przeznaczonego do jedzenia. – Nie, nie losujmy! – Co, przesądna jesteś, Nula? – Nie wygłupiaj się, bo ja wiem, Isia, że ty skręcisz i nie pójdziesz! Raz coś zjedz, kiedy za darmo i dużo. – Cóż za proza!… – Uważasz, że jak jesteś bohatersko głodna, to… ech! Albo co ty nosisz na sobie? Nie chce ci się naprawić! – Proszę cię, żebyś mi cerowała? Albo żebyś cierpiała moralnie? Co? – Tak to poszło: istna pryncypialna dyskusja, jakby powiedziała Tuśka. „Ona to, a ja to”… Patrzyły teraz na siebie i śmiały się.

– Bo ja wam wszystkim, moje kochane, radzę się na zapas wyspać – oznajmiła Sabina.

– Co? Masz M.118? – Tita wykonała gest, jakby się chciała rzucić przez okno z szóstego piętra.

– Prawie. Dziś wieczorem albo jutro rano dostaniecie. Teraz wam przyszłam tylko powiedzieć o Unie, i że nie potrzebujecie wysiadać.

– Nie wysiadałyśmy co prawda… jak widzisz. Duża kobyła?

– Obleci.

– A na kiedy? Nie na Most już chyba!…

– Napomknęłam władzom, moje kochane Żabki, że dzień ma tylko dwadzieścia cztery godziny.

– Jesteśmy ci obowiązane, Sabina.

– Ale się upierają, że na Most.

– Jak powiedziałaś? Dwadzieścia cztery godziny? A kiedy, moja Sabinko, spać? Uderzać w kimono, jak mówi poeta? Ja bo już trzecią noc tylko śnię o spaniu! – Isia przeciągnęła się.

– Ale ktoś powinien pójść do Tuśki – wtrącił nieśmiało Wilczek. – Bo byłoby jej przykro.

– Ty pójdziesz, jako jedyna analfabetka.

– O!

– No więc zabieram się, a Wiga wam to przyniesie. Dziesięć czy dwanaście stron. I na osłodę powie, jaki dziś dobry komunikat z frontu.

– Co, serio?

– Nie czytałam, ale ona zawsze tak mówi.

– Idiotka! Tita, słyszysz? Może ona ciebie oduczy optymizmu!
Tita miała wyborny konspiracyjny wygląd sklepikarki, ale była właściwie mistyczką-mesjanistką. – Ja nie opieram tego na komunikatach – zapewniła z cierpliwą wyższością.

– A na czym, na kabale?

– Dorota – szepnęła Łapcia ciągnąc ją za łokieć do okna – Chciałam ciebie o coś prosić, ale chyba nie poproszę. Nie powinnam właściwie wcale gadać o takich rzeczach, tylko jakoś mnie rozebrało.

Twarz Doroty, wciąż jeszcze jasno rumiana, powracała jakby z daleka, budziła się.

– Wiesz, moja córka, nie znasz jej, choruje: coś przewlekłego. Dowiedziałam się przypadkiem – okulary Łapci tłumaczyły się zawstydzone; choć żadna służbowa podejrzliwość nie zjawiła się w przebudzonych szarych oczach o zwolnionej reakcji. „Jak ona odmłodniała dzisiaj, o ileż jest młodsza ode mnie” – Łapcia czasami czuła się równolatką nawet Wilczka.

– Więc chciałabyś ją zobaczyć? – Dorota, z dogasającym w twarzy i w głosie żarem tkliwości, nie mogła nie rozumieć tej nierozsądnej może wiary czy pewności, że bez nas bliscy są w nieustannym niebezpieczeństwie.

– Tak. Ale wiem przecież, Dorota, że mi nie wolno.

Sekretarka Żab założyła opadający kosmyk i rzuciła okiem na Sabinę w płaszczu, jakby w tej chwili dopiero ją zauważyła. – Zaraz, w tej chwili, Sabina – mruknęła z zażenowaniem. – Dam ci numer…

– Posłuchaj, Łapcia. Przecież naprawdę o wiele lepiej, żeby oni byli z daleka od nas. – Znowu miała swój zwyczajny wyraz, na pozór trochę zdziwiony, ale naprawdę nie dziwiący się niczemu. – Dla nich lepiej: na pewno, Łapcia. Jak najdalej… Ale ja ci się dowiem o twoją Marysię, przez kuzynkę na kompletach, dobrze?

– – – – – – – – – – –

FRAGMENTY POEMATU O GÓRCE
(który tego wieczora ułożyły wspólnie Żaby, czekając na Wigę, podrzemując, okrywając się poduszkami z kanapy i jęcząc, że horrendalnie chce im się spać oraz jeść. I że jeżeli M.118 napisali Politycy, to będą bzdury).

Znasz li ten kraj,
Gdzie wieczne trwają lody,
Gdzie wiosną z ust
Kłębami para bucha,
Gdzie braknie tchu,
Nim wedrzesz się na schody –
Znasz li ten kraj?
Czy znasz czy nie, posłuchaj.

Regularne jak pociągi,
A znane jak złe szelągi,
Pomykamy przez podwórze,
Gdzie się nam kłaniają stróże,
I pan z pieskiem, i nie z rzadka
Nagabuje też sąsiadka…

(W tym miejscu ktoś zaklął serdecznie, że nie poszedł na bankiet do Tuśki, a Wilczek oznajmił, że ma pięć złotych, więc kupi chałwy. – Bogata z domu! – zdziwiono się).

… Ach te schody! Po wsze czasy
Zdeptały je konsp.-obcasy.
A gdy myślisz, że nareszcie
Jesteś na tym Evereście,
Gdzie znajoma czeka kreska –
Uf, dopiero Chróścielewska!
Pasja cię ogarnia szewska.

(Wilczek powrócił z chałwą, wobec tego uznano ten wieczór za Imieniny Duszy i rozparcelowano ucztę za pomocą podziałki milimetrowej).

… Jeszcze pięć Komarów dzisiaj,
Z załącznikiem czyha Isia,
Brzmi chór Żabi coraz słabiej:
Czy strawimy kryptonimy?…

… Jeszcze gwoździe, jeszcze pasy,
I Groteski, i Atlasy,
Jeszcze węgierskie nazwiska,
Położenie lądowiska,
Tudzież polityczny zamęt.

Wszystko Komar: w takim stanie
Bywa rozbitka testament
Po trzech latach w oceanie –
Komar widmo, Komar mara,
Cień cienia bazgrot Komara…

(Tu Nula zaprotestowała, wspominając miłego operatora Jotów. I uradzono natychmiast, że jutro pocztą prześlą Komarowi w prezencie lepiej zatemperowany ołówek. A Isia jako kontrolerka od „dep.wyw.” podjęła natarcie w innym kierunku:)

„Przyjaciele” wpadli w szał;
Gdzie się podział Geisenau?
I czy stary Scharnhorst sczezł,
Pilnie wiedzieć chce I.S.
„Więc nie tracąc ani chwilki,
Poszukajcie ich jak szpilki”. –
Aby po setnych kłopotach
Zliczyć dziury w tych gruchotach!

Jakoś w tym miejscu ozwał się dzwonek bez sygnału. Wszyscy spojrzeli na zaplecze – dzisiaj wyjątkowo było czyste.

– Nie otwierajmy. Może komornik, jak wtedy?…

… Ktoś w drzwi twardą wali łapą:
Czy to poczta, czy Gestapo?
To komornik. Typas brzydki,
Zafantować chce nam skrytki!…

– Ależ to Wiga z materiałem, wariatki – ocknęła się Tita.

– Nie wpuścimy materiału przez duże M – ziewnęła Isia. – Niechże się nasi dręczyciele raz nauczą przepisów bezpieczeństwa!

Światełko nie zapłonęło, lecz dzwonek odzywał się grzecznie a uporczywie.

– Ależ otwórzcie, baby, przecież wiem, że jesteście – Dorota podkradłszy się usłyszała pomruk zza drzwi i Wiga we własnej osobie wkroczyła, zapewniając, że „szkopów leją od wczoraj”.

Po czym okazało się, że M.118 to przeszło tuzin gęstych stron, ale że ma być gotów dopiero za cztery dni.

– A więc czy mi się śni, kochane, czy też dziś w nocy będziemy – spać?
Nikt się jednak jakoś nie ruszył: ani do roboty, ani do wyjścia. – Trupiarnia czy co? – zdziwiła się dziarska Wiga i wymaszerowała.
Ale były to Imieniny Duszy – które podjęto znowu po jej wyjściu. Gospodyni Górki wystąpiła nawet z gorącym kapuśniakiem i białym domowym chlebem! Lecz przypomniała także – godzinę.

… gdy czas sprzątać, papieraszki
Zaczynają swe igraszki:
Tu pasiczki pod kanapą
Chcą doczekać się Gestapo,
A brulionu strzęp malutki
Wpaść w objęcia pani Ziutki…

Pakując się, bardzo dzisiaj powoli, komentowały przeplatanymi głosami:

… Coś z biurka, coś z toalety,
Coś do podłóg, coś do prania –
Oszalały te kobiety:
Oczywista kleptomania!

A gdy czyste już mieszkanie,
Sygnał mruga, dzwonek kwili…
Wilczek po trzecim spotkaniu –
Z nim dwanaście Krokodyli.

– Oj nie, moje drogie: uciekajmy! Jeszcze naprawę jakiego nowego podrzutka doczekamy. Osobiście mam dosyć. „Rien ne va plus”.

– No a do M.118 pewno się Genowefa pali, co?

– I może Goryle?…

– Zobaczymy jutro – najeżyła się Isia. – Nie przesądzajmy wypadków.

– Proszę pani – zaszeptał Wilczek do Nuli na schodach. – Czy to prawda, że na prowincji nowy człowiek wpada najdalej po trzech miesiącach?

– A bo co?

– Bo Tuśka, dowiedziałam się, poszła na kurierkę… Do Lublina czy też gdzieś. Dlaczego?

– Nie wiem, Wilczek. No, właściwie może i wiem… Może nawet i ty wiesz.

– Ale dlaczego się zgodzili?

– Och, tutaj jednak zapamiętało ją sobie kilku tajniaków, wtedy na Żulińskiego… Choćby prywatnie, ale zawsze! Więc racja była!

7.

– Że będzie wam niewygodnie, to trudno. Wasza komórka jest i musi być specjalnie chroniona.
Isia westchnęła, patrząc przez chmurę dymu w stanowcze oblicze mówiącej. Lipka nie była jej władzą, ale wezwała dziś Żaby służbowo i, co gorsza, do lokalu Ochronki. Wszystkie komórki warszawskie stanowiły klientelę Lipkowskiej. I na ogół nikt się na nią nie uskarżał: miała dar wykopywania po prostu spod ziemi wszelkiego rodzaju lokali, z gospodarzami lub bez. Aż dziwnie było przypomnieć sobie, że tę siwiejącą, przygarbioną nieco osobę znało się przed wojną jako specjalistkę od sanskrytu oraz filozofii wschodnich. Niezależnie od jakiegoś tam alibi nabrała rozmachu i stylu szefa wielkiego przedsiębiorstwa, co było naturalnym, widać, choć niespodziewanym rozkwitem jej drzemiących dawniej możliwości. Spośród wielu setek warszawiaków, z którymi miała obecnie do czynienia, pewna część uważała ją za zbyt sprytną i praktyczną, żeby mogła „siedzieć w konspiracji” – z tymi pertraktowała na płaszczyźnie pieniężnej, ku zadowoleniu obu stron. A większość, z którą grało się w otwarte karty, zwykle po pierwszej już konferencji zrzekała się wszelkich zastrzeżeń, ofiarowując więcej, niż było w projekcie.

– Nie możecie na Górkę dwa razy dziennie defilować po sześć czy osiem osób przez podwórze.
Dozorcówka na Okopowej, gdzie rozmawiały w tej chwili, na pewno służyła tylko na pojedyncze spotkania. Hasłem było tu zamówienie na papierosy; w przechodnim pokoju Isia rzeczywiście widziała pięcioosobową rodzinę zajętą nabijaniem tutek samosiejką. Z pewnością żyli z tego, a jakiemuś znajomemu – z pułku może czy z fabryki – udzielili mieszkania dla „wojskówki”, nie pytając o więcej. Tacy ludzie i takie mieszkania na rojnej, proletariackiej Woli to był ideał, ale niestety nie dla Żab z ich maszynami i stertą szpargałów.

A swoją drogą przy spotkaniach ktoś prędzej czy później naprowadzi tu cynk, a wtenczas… Ochronka będzie chyba ostrzeżona w porę, ale ci młodzi robiący papierosy (już nie mówiąc o babci), wątpliwe, czy zdążą uskoczyć do lasu.

– Musicie, Isia, mieć dwa równorzędne lokale dyżurne dla dwóch równorzędnych osób, które wszystko u was wiedzą.

– „Una!…” – dopowiedziała sobie Isia, nadstawiając uszu. I przytaknęła.

– Ale to alibi z krawcową – powróciła do dyskusji – nierealna rzecz, Lipka. Śmiałyśmy się nieraz, jak to zrobić: kto ma być stale w negliżu, a kto ze szpilkami w zębach. Przy naszej robocie…

W tej chwili wszedł bez hasła osobnik, którego chuderlawa postura i kasztanowate wąsy wydały się Isi nieco znajome, lecz niezupełnie. Kiwnął głową i usiadł.

– To nie Una – mruknął. – To Isia z Żab – objaśniła Lipka.

Tak, widziała go już raz, tylko bez wąsów: to był Krogulec, zwany Widelcem, bezpiecznik Piątki; miał niepokojący wygląd zbyt mądrego zwierzęcia, jakie widuje się na starych rycinach u boku czarownic: może kozła, który jest właściwie drugorzędnym, smutnym diabłem. Myśląc tak, Isia skonstatowała równocześnie: „Więc znowu Una!”.

– Czy Una jest wam bardzo potrzebna w pracy? – Krogulec podniósł oczy na sufit.

– Konieczna – pospieszyła go zapewnić delegatka Żab.

– Chodzi o urlop o kwarantannę dla bezpieczeństwa.

– Czemu nie? Ale tylko ona i Dorota wiedzą wszystko.

– Jak to? Ty miałaś być dublem Doroty, nie Una, i wiedzieć wszystko – poruszyła się Lipkowska, świadoma personaliów prawie tak samo jak adresów.

– Ja nie wiem i nie będę wiedziała, bo nie pamiętam!

– A o Dorocie znowu była mowa, że nie chce coraz większej odpowiedzialności, bo nie potrafi.

– Tylko Dorota sama szerzy takie wieści, ale…

– Jakieś dziwne tam u was stosunki – stwierdził „Widelec”. – Więc kto właściwie?

Wszyscy – miała ochotę zawołać Isia – wszyscy są niezbędni i nikt więcej! Ale na szczęście nie wypsnęła jej się tak mało służbowa uwaga: szelest na wycieraczce i cichutki dzwonek przyprawiły ją o przeczucie.
Tak! Weszła Una.

Mrugnęła tylko do niej i przysuwając sobie krzesło, uśmiechnęła się do wszystkich.

Szczurek tak samo zielonoblady jak zawsze, ze swoją krótką czupryną i twarzą bez wieku, chłopięcą i chorą. Wojskową, spokojną – która dla Isi była najbliższą sercu twarzą konspiracji.

– Więc mam powiedzieć, jak było – zwróciła się do Krogulca. Znała go z pewnością, tak jak wszystkich znała, od zawsze.

– Część wiem od Tuśki /słowo nieczyt./ – nie dokończył i skrzywił się, poruszając jednym wąsem.

– No więc nazajutrz skończyli rewizję. Sześć osób młodych i zdrowych zabrali na wywóz na Skaryszewską, a resztę puścili.

– Nie chodził za panią nikt?

– Nie.

– Dane oczywiście zapisali?

– Tak. Miałam kartę chorobową, akurat tydzień temu uzupełnioną, z Przychodni Przeciwgruźliczej.

– Chce pani wziąć urlop?

– Nie. I naprawdę to niepotrzebne. Wypuścili nas dwadzieścia pięć osób, w tym mężczyzn także.

– Czy u was się dubluje kierownictwo? Wszystkie funkcje w zasadzie powinny być dublowane.

– U nas się tripluje z konieczności. Albo też jedna osoba dzieli się na trzy kawałki. Wola boska.

– Demokracja – pozwoliła sobie wtrącić Isia. – A przecież jakoś się trzyma.

Lipka uśmiechnęła się. Widelec westchnął.

– No, ale z waszym lokalem przeładowanym okrągły tydzień nie może tak być. Weźmiecie jeszcze ten bajzel Lipki.

Lipkowska podniosła brwi, a Una spytała rzeczowo:

– Ten interes nad „Narcyzem”? Urzędowałem tam trzy lata temu, jeszcze nie z Żabami. Dziękuję.

– Dlaczego? Ja też tam urzędowałem i było dobrze.

– A wpadali do was szkopy zamiast do wesołych dziewczynek?

– Ze dwóch czy trzech szturmowało. Przeprosił każdy i poszedł.

– Z naszą robotą to niemożliwe.

– Nie dawajcie tam maszyny i hurtowni z papierami.

– A z czymże innym my mamy hurtownię?

Isia podziwiała odwagę Uny, jako że Widelca bali się wszyscy.

– Chociaż by nawet obiecały – Lipka okazała się zachwiana. – Pojutrze puszczą w ruch dwa Remingtony.

– No więc co? Czy ma pani dla nich coś innego? – zniecierpliwił się. – Na Górkę też niedługo zajrzą szkopy, myśląc, że bajzel, skoro ich tam tylu łazi!

– Zaraz… a jak z Chlewikiem? O Batiarze wiadomości nie ma pan?

– O tym skoczku? Mam. Wykończyli go, nie sypnął nic.

– No to Chlewik tak jak czysty – ucieszyła się Lipka.

Przemówienie pogrzebowe… Ile to lat temu posłyszała Isia pierwsze podobne? I mówiła sobie wtedy, o, było się młodym: „…Czeka go pogrzeb z honorem wojskowym…”. Nie tylko poległemu, ale kandydatom na to samo właściwie jest chyba wszystko jedno.

– Z powodu Batiara tylko – Una potwierdziła – wysiadłyśmy stamtąd.

– No to wracajcie na Chlewik. Tylko sprawdzić trzeba, naturalnie.

– A Una może wracać do pracy – dodał po namyśle Krogulec. – Ostrożnie, nie na całego jeszcze.

Pierwsza za kwadrans już? Do widzenia.

– Wiesz – Una dogoniła Isię na schodach. – Gdyby nie Tuśka, która widziała, jak było, nie wyszłabym tak łatwo czysta.

– Stąd, chcesz powiedzieć? – choć mina Uny była jak zawsze nieprzenikniona, Isia pochwyciła odcień wyrazu. Wzruszyła ramionami. Może rzeczywiście to słuszne, będąc na miejscu Krogulca, myśleć, że każdy za cenę życia może zostać prowokatorem? A Una szczęściem nie jest nadwrażliwa. Ale kto ją tam wie – Unę – jest czy nie jest?

– No więc do zobaczenia na Chlewiku! – wymknęły się z bramy każda osobno.

8.

Trzepotanie się i gęganie zastanowiło Wilczka. Ale poprzestała na domyśle: „Widocznie u tych szkopów-sąsiadów” – i wyjątkowo statecznym krokiem przestąpiła furtkę ogrodową. „Jak tutaj sympatycznie. Dlaczego tak brzydko nazwały?”.

Pani, która na krótki i długi dzwonek prawie natychmiast otworzyła, okazała pewne zdziwienie i rozczarowanie.

„To ta druga, chuda…” Wysyłając Wilczka na rekonesans dlatego właśnie, że nie był na Chlewiku znany, Żaby zaopatrzyły go w dokładny rysopis osób, łącznie ze śmiesznym białym pinczerkiem, obwąchującym teraz nowe nogi. Najwidoczniej wszystko było w porządku.

– Przychodzę od pani Lipkowskiej.

Chuda – czyli siostra pulchnej, siwej – rozjaśniła się lecz zawahała. Machinalnie zrzuciła fartuch. – Proszę, proszę! W tej chwili, zaraz! Moja siostra Stefania zaraz… – i znikła za drzwiami.

Rysopis pań z Chlewika był prawie wyłącznym dziełem Isi, bo okazało się że nikt inny dokładnie nie zapamiętał tam nikogo – prócz pinczerka niemego jak zabawka. Co prawda też obie siostry rywalizowały, dość zajadle nawet, w dyskrecji i niewidoczności – przy najdalej posuniętej usłużności. – Nie rozumiesz nic! One nie mogą o takich głupstwach pamiętać! – fukały czasem na siebie, gdy deszcz zalał podłogę przez otwarte okno lub buty obłociły dywanik. – A ty myślałaś… – Ja? Ależ nic nie myślałam! – Nawet znalazłszy przy sprzątaniu przytajony złośliwie papierek Żabiego pochodzenia, oddawały go w kopercie przechowany przez noc na łonie, bez słowa wymówki i nie rzuciwszy nań okiem.

A jednak pulchna pani byłaby dotknięta, gdyby wiedziała, że Dorota i Una nie są w stanie jej opisać. Na samym początku pomagała w robocie, nie u siebie jeszcze wtedy; stukała na maszynie, uczyła się pierwszych łatwych szyfrów – i coraz mniej rozumiała, co ją niezmiernie dziwiło. Wkrótce też w oględnej formie posłyszała, że Żaby reflektują bardzo na jej mieszkanie, ale nie na jej osobę. – To jest zresztą dużo niebezpieczniejsze, daję pani słowo.

I tak już zostało. Pani z Chlewika pogodziła się z losem, zwłaszcza odkąd Dorota wspominała umyślnie przy niej o pewnym profesorze uniwersytetu, który chciał, ale nie potrafił dyktować cyfr po porządku. Obsada lokalu zmieniła się parę razy, okresami bywał też spalony albo „śmierdzący”. Odwiedziła go raz rewizja, po której znikły kolczyki i pięć dolarów. Zdaje się, że były to jakieś pieski folksdojczerskie – zapewnili właścicielkę, że o ile ona nie ma pretensji, oni też nie zgłaszają żadnych. Sentyment pań pozostał przy pierwszych lokatorkach: Żabach.

To też „ta główna”, siwa aż zaśmiała się z radości, gdy Wilczek z miną obojętnej wygi oznajmił, że skoro wszystko w porządku, nikt nie był, nikt się nie kręcił, to Żaby jutro wracają. Na schody wysunęła się młodsza, chuda z szalikiem w ręku, który Wilczek umyślnie zostawił, żeby choć na dzisiaj się go pozbyć. – Proszę, to pani! I proszę powiedzieć paniom, koleżankom niech pani powie: mapy!

– Co?

– Tylko to: mapy! Dobrze?

Cichutko zamknęła za sobą drzwi, bardzo zadowolona. A Dorota odbierając w pół godziny potem relację, głowiła się:

– Czyżby Sabina tam była i dokuczała? Niemożliwe, skoro nikt nie był.

Nazajutrz Wilczek zdążył obejrzeć sobie hodowlę gęsi oraz pobawić się chwilę z pinczerem, próżno prowokując go do wydania normalnego psiego głosu – nim zabrzmiał pierwszy krótki i długi dzwonek. Genowefa wkroczyła i wcale nie przejąwszy się triumfalną ważnością Wilczka, rozejrzała się z wyraźnym niesmakiem. Wszystkie meble w pokoju były rodzinnymi pseudoempirami. Na stole – prymula, na zapleczu batikowane poduszki. Ani jednego papierka, nawet popielniczka lśniła niepokalanie czysta. Genowefa, choć najbardziej domowa i porządnicka z Żab westchnęła na tak mieszczańsko-niesłużbowy wygląd Chlewika.

– A maszyna? – zagadnęła surowo. Nie czekając odpowiedzi, rzuciła na stół dużą, modną puderniczkę – przedmiot niedostosowany do jej wyglądu – i spod lusterka wydobyła świstek szyfru.

– Ma pani robotę? – zaciekawił się Wilczek.

– Ech nie, to kopia, z M.117 – na kartce z notesu zaczęła obliczać.

– Niech pani i mnie przy okazji pokaże trochę. Ja już troszeczkę umiem. Bo na pewno kiedyś…

– Tak, wrzasną któregoś dnia: jak to? Wilczek jeszcze nie umie – skrzywiła się Genowefa, scyzorykiem wycinając pole. – Ale przedtem będą ci kładły w uszy: łączniczka nie ma nawet wiedzieć, co szyfr, co clair!

– No, ja i tak już muszę na spotkanie z Jotami – zgodnie zakończyła kwestię „mała”. Po czym wyszła na Skwer Wielkopolski opalać sobie nogi w pierwszym wiosennym słońcu: naprawdę idealne miejsce na randkę.

Z daleka, z ławki, zobaczyła Titę z wielkim handlarskim plecakiem: na pewno taszczy maszynę. A może stołek?

Potem w osobie, która oderwawszy się od grona tramwajowego, natychmiast zapaliła papierosa, bez trudu rozpoznała Isię.

Nim Tita na Chlewiku zdjęła plecak, Genowefa oznajmiła: – Ładny interes! Nawaliła któraś M.117!

– Nie! – Titę sprowokował z miejsca jej ton.

– Kto robił początek? Sprawdzałam: nie czyta się.

Wciąż jeszcze z „chałupką” na grzbiecie Tita wsadziła nos w małą i nieco krzywą bazę ze strzępiastymi paskami alfabetu. – Masz! Opuściłaś „ę”. Chciałaś na gwałt znaleźć dziurę w całym!

Genowefie poczerwieniały uszy. Od trzech lat nie zdarzyła jej się pomyłka: przynajmniej żadnej nie pamiętała.

– Spieszyłam się – mruknęła – Bo pewnie Wilczek zaraz… Ale dół, wszystko jedno, coś nie wychodzi!

– Po prostu jedna grupa zmylona, albo może skrót.

Isia stanąwszy nad nimi nałożyła okulary. I naraz zgasiła papierosa. – Którego dziś mamy? Prędzej!
Obejrzały się.

– Drugiego maja, tak? To na kwietniowe jest jeszcze hasło, o, to?…

– Kwietniowe oczywiście. I patrzcie dalej, że dobrze!…

– Ale M.119 źle! – jęknęła Isia. I strąciła łokciem prymulkę.
Genowefa schyliła się po skorupy, a Tita cisnęła plecak na jedwabną batikowaną poduszkę.

– Dlaczego? – zaprotestowały obie jednocześnie.

– Dlaczego! Bo było to samo hasło, a…

– Wydaje ci się.

– Jak możesz pamiętać całe hasło?

– Dziewiątka i ósemka były na początku… No! Czuję tu nosem knota! Masz śmietnik ze sobą, Tita?

– Nie mogłam nosić śmietnika razem z maszyną!

– No to ja lecę zaraz na Górkę. Tam kopie są? Do luftu, mówię wam!

– Jak przyniesiesz, zobaczymy…

Zjawiwszy się z kolei, Nula zastała na Chlewiku już dosyć normalny nieporządek.

A Łapcia – milczenie i wrogie miny. Właśnie Genowefa oznajmiła, że tylko ona jedna pamięta o

sprawdzaniu roboty, a Tita gryzła się w język, żeby jej serio nie zrugać.

– Una przyjdzie! – przypomniała Łapcia, nie dopytując się taktownie o nic – Boże, jak to się zdaje

dawno… Nie uważacie?

– Dwa meldunki bez niej…

– Trzy, ściśle biorąc.

– Taka nowa rachuba czasu.

– Dorota i Isia już z nią gadały. I wyobraźcie sobie, że wszyscy – ona tak mówi – bali się przedtem okropnie i jeden drugiego pytał, czy aby dentystka delikatnie boruje; a jak wlazło Gestapo – prawie ulżyło im.

– No, przesada chyba.

– Unę przestał nagle ząb boleć. I przeczytała pół Potopu.

– Dziwne. Bo ja jednego, czego się naprawdę nie boję, to dentysty – zastanowiła się Nula. – I nawet myślałam nieraz, że jest coś takiego: dentystyczna odwaga i sportowa. Choć ktoś jest sportowy tchórz…

– To racja – przerwała Tita, podnosząc palec. – Skoczyć gdzieś czy polecieć, czasem hadko. A wysiedzieć zawsze można. Ale… lepiej nie u dentystki.

Uśmiechnęły się. Nieczęsto wzbierała w tym gronie wena wspomnień.

– Równie dobrze możemy się przyznać – zaczęła Łapcia. – Dopóki nie widać Wilczka, kto się czego najwięcej w życiu przestraszył…

– Bujanie obowiązuje: byle krótko.

– A gdzie to Isia?

– Skrupułami zaraziła się od ciebie, Łapcia, i poleciała na Górkę. No więc… – Tita zrobiła swoją minę kabalarki. – Ale ja serio powiem. Lat temu niemało…

– Zawsze serio się buja!

– Na pustej ulicy w Kozim Grodzie Lublinie snułam sen młodociany o szczęściu.

– I zostałaś przejechana?

– Brutalna jesteś, Nula. I nielogiczna. Po prostu usłyszałam kroki za sobą. Takie ciężkie jakby żelazne – od razu nasunęło mi się: Kroki Losu. Oglądam się. Żebrak. Ale taki okropny jak w Lublinie bywali.

Wernyhora jakiś widmowy czy Żyd Wieczny Tułacz… Słowo wam daję, że mi się zimno zrobiło.

– No, w rzeczy samej zeszliśmy trochę na dziady.

Ale Nula wspomniała kobietę spotkaną kiedyś nagle na zakręcie schodów szpitalnych; ze zwałem bandaży tam, gdzie powinna być twarz: istotnie taki widok bierze się jakoś bardzo do siebie.

– Mnie przestraszyło coś całkiem innego – Genowefa na moment jakby zacięła się, nim oznajmiła: – Bardzo elegancki rotmistrz.

– Takie wrażenie na tobie zrobił?!

– … z drewnianą nogą go kolana, ale musiał być świetnym jeźdźcem. Nie pamiętam nazwiska, szwoleżer.

– No i?

– Więc podczas oblężenia… Dwudziestego piątego września, pamiętacie ten fajer? – większość sztabowców i większość peżetek (czy jak wtenczas się to nazywało) urzędowała w piwnicach. Ale nie mój rotmistrz. Dowodził plutonem grzejącym do messerschmittów i heinklów z karabinów. To dodawało ducha wojsku i cywilom. Młodziaki z podchorążówki wystrzelali amunicję, no i wszyscy nie mieliśmy już ani co jeść, ani co pić, ani co palić, a szkopy grzmocili coraz lepiej. Więc on nam wtedy opowiedział, jak stracił nogę w dziewiętnastym roku pod Lwowem, i leżał w śniegu, a naokoło Ukraińcy – odtąd przekonał się, że nie ma sytuacji beznadziejnych. A mnie nagle, wiecie, wydało się, że on jest cały z drewna – ten „pistolet”, jak mówili o nim żołnierze: bez jednego nerwu. Nie śmiał się nawet, prawie ziewał.

– No to co? – Tita zdziwiona nagłą swadą Genowefy, jeszcze więcej zdziwiła się milczeniem zamiast finału.

Nikt nie zwrócił uwagi na błysk okularów Łapci. Otworzyła usta i zamknęła.

– I dopiero trochę potem – podsunęła wreszcie – nastraszyłaś się?

– Tak!

– Ciekawe. Ale wiesz, rozumiem cię! – Najdziwniejsze może, że właśnie Genowefa opowiedziała taką rzecz… Ona, która też, zdawałoby się, bywa z drewna i uważa, że wszyscy powinni być tacy.

Ale to jeszcze nie cała historia. Czy Genowefa widziała ten sam co Łapcia jej sens? Nieruchomy kapitał dawnej, młodzieńczej odwagi zastępujący wszystko… Dowódcy-„pistolety”, którzy mają całkiem nieunerwione – także i wnętrza. Nie każdy, oczywiście, ale…

– Ja go znam, zdaje mi się, twojego kawalerzystę. W Trójce, w Farbiarni – ale tu Łapcia urwała, bo zlękła się tego, co zaczęła mówić.

– Odpowiedzialność! Prawdziwa, dojrzała, nieskostniała – alboż ona sama bywa zawsze odpowiedzialna? Ech, Boże.

– A więc wynika z tego, moje kochane – orzekła Nula – że każdy powinien mieć przydział cykorii.

– No, niekoniecznie.

– Una!! – Łapcia zerwała się.

Przez okno zobaczyła ją przy furtce, a w trop za nią Wilczek tak podskakiwał, że aż pinczerek wylegujący się na parapecie siadł ze zdumienia i prawie szczeknął.

– Znajoma, tylko trochę zapomniana potwarz – mruknęła Una, uwalniając się od uścisków w progu. Ale na próżno: wbrew Żabiemu zwyczajowi „oblizywały” ją dzisiaj wszystkie.

– A gdzie Dorota? – zdołała wreszcie spytać, zrzucając wiatrówkę.

Na niezwykły rozruch w przedpokoju wysunęła głowę Pani Pulchna i zaraz schowała się.

W moment potem zapukawszy wymamrotała coś z tajemniczym rumieńcem i przyciągnęła Unę za rękaw.

– Oddam coś pani – obwieściła samym niemal ruchem warg, kryjąc się za kotarą z pluszu – która to konspiracja w konspiracji nie spłoszyła powagi z przezroczystego oblicza Szczurka.

– Znalazłam to… Było w klo pod wiadrem ze szczotkami. Ale w pochewce, nie zamokło.
Z niedowierzaniem wpatrzyła się Una w celofanowy mapnik. Teraz poróżowiała nawet ona, gryząc wargi, żeby się nie roześmiać.

– Dziękuję pani bardzo. I przepraszamy! To rzeczywiście nasze.

– Nie ma za co. Cieszę się.

– Jest za co.

Na widok rozweselenia Uny madame omal nie rozpłynęła się i mrucząc jakieś zapewnienia znikła, by oznajmić triumf siostrze w kuchni.

Czy też która z nich się domyśla, jak dawno sławetne mapy spoczywały w przejściowym czyśćcu, nie spuszczone – na szczęście; ale też nie zamelinowane. I zapomniane (Boh z durakom)!

– Baby – Una cicho zamknęła drzwi za sobą. – Tylko proszę was, nie wrzaśnijcie.
Prawą rękę trzymała za plecami. – Jesteśmy po prostu zhańbione. Sabina nabijać się z nas będzie do późnej starości. Nie, nie próbujcie nawet zgadywać.

Wyciągnęła prawicę: – Oto mapy.

– To niemożliwe – zaprotestowała trzeźwa Nula.

– Mapy!

– Tu były?!

– No przecież madame nie urodziła ich dla naszej przyjemności. Były tu cały czas!

– Pokaż! Może wymalowała przez gorliwość?

– Sama szukałam i głowę bym sobie dała uciąć… – Ale nawet Genowefa musiała ulec oczywistości.

– Isia! Jesteśmy zgubione – wyskandowała Tita do wchodzącej.

– Czekaj… A gdzie Dorota?

– Ależ popatrz.

– Oko ci zbieleje.

– A co z M.119? – przerwała Genowefa. – Masz kopię z Górki?

– Mam, moje kochane, ale nie z Górki… Uf! „Gdziem nie był, com nie cierpiał!” Włamałam się do ciebie, Łapcia, i…

– A ja mam siedem depesz! – wrzasnął Wilczek niemogący zwrócić na siebie uwagi.

– …parszywe 119 sknocone faktycznie, mam smutny honor zaznaczyć – Isia omal nie przewróciła się na skorupie z eks-doniczki. – A gdzież Dorota?

– Dorota? Pewno na Górce…

– Skądże, byłam. Gdzie poszła od was?

– Wcale jej tu nie było.

– Co? Przecież dwunasta… czy też mój zegarek nawala?

– Przede wszystkim kto nawalił M.119, chciałabym wiedzieć!

– Przestań, Genowefa, z wiecznym śledztwem! W pół tuzina, z tobą włącznie robiłyśmy – i to wszystkie nosami się podpierając!

– Możeś ty spała, bo ja nie.

– Co to? – Isia w tej chwili dopiero zobaczyła mapnik. Wyrwała go z ręki Tity. I spojrzała na nią podejrzliwie, jak na prestidigitatora z królikiem.

– Madame oddała! Tak, tak: mapy! A ty dawaj tamto swoje…

– Jak to oddała? Madame?
Zrozumienie eksplodowało nagle obliczu Isi.

– Chlewik… Na Chlewiku! Czyste mieszkanie! – obsunęła się na poduszkę, parskając urywanym, kaszlącym śmiechem. – Una, nie mogę! Czyste mieszkanie… Nie, dajcie spokój! Przecież rewizja szkopska tu była, i my robiłyśmy prawie że dezynfekcję, i Maciejka wpełzała w szpary.

– Dwa razy było spalone, trzy razy czyste, a mapy cały czas urzędowały w klo! Więc daj tę kopię.
Isia wysupłała ją z paska i rozejrzała się, nagle poważniejąc.

– Una, tu może jest malutki tylko błąd, ale wolę polecieć i zobaczyć, czy Dorota nie przyszła tymczasem na Górkę. No i chcę jej powiedzieć o mapach.

– Zaraz… już wiem! Dorota miała dzisiaj spotkanie! Nie rób paniki, Isia!
(Isia tyle tylko, że wstała z poduszki na podłodze i nie zapaliła papierosa). – Jakie, Una?

– Ktoś miał jej przekazywać instrukcję.

– Kurier?

– Chyba. Mówiła, że odbierze nowy haft.

– Kiedy?

– Rano. Tak, jakoś rano – Una odpowiadała coraz wolniej. – Ale gdzie, nie mam pojęcia.
Nula wzięła w milczeniu kopię M.119, a Genowefa depesze od Wilczka.

– Sprostowanie do 119 – mruknęła Una – trzeba zaraz pchnąć przez Jotów.

– Ale jak sprostowanie, póki nie znajdziemy byka? A może lepiej robić od nowa, bo jutro poczta?

– Tylko że tutaj mam dwa konie z dalszym ciągiem, a jedno KKK – stwierdziła Genowefa bez zwykłego apetytu.

– I dalsze ciągi obiecali Joci na dzisiaj jeszcze. Ale może bym naprzód skoczyła…

– Nic „ale”, Wilczek. Pójdziesz do Jotów i spokój. No i róbmy już w końcu – Una wyładowała z teczki naręcz bibułki i kratki. – A jak Dorocie oddamy wykopalisko, nie zgryzie się bardzo nawalanką.

– Powinno od czasu do czasu coś nawalić! Dla równowagi! – Wróżebność Tity była dzisiaj nieco sztuczna: – Ja mam ogólnie dobre przeczucie.

– Nie miej lepiej żadnego – Una obliczyła hasło z szybkością arytmometru. – Wtenczas, jak zjadałam „sady”, miałem raczej złe przeczucie.

– Nie przeszkadzajcie! – warknęła Nula nad kartką M.119. – Od tych głupstw z przeczuciami można dostać gęsiej skóry.

– Cicho bądź sama. Nastroje schowaj do kieszeni.

– Tu coś będzie o zrzucie, w tej KKK – wtrąciła Genowefa pojednawczo. – Jedziemy, Łapcia?

– Jedziemy. W wilku rak kot.

– „W ślad”, bąk – odpowiedziała przesunąwszy paski Genowefa.

– W zerze siedem zero – obwieściła Tita pod lustrem.

Zaśmiecony już gruntownie salonik odnalazł znajomą melodię monotonnego czwórgłosu.

– W capie pies lis… – Depesza była na litery, w robocie zastępowane zwierzętami, a meldunek pocztowy na cyfry.

– Czy ci co wychodzi, Nula?

– Dotąd nie. W dwójce pięć cztery.

– Dorota przyszła? – od drzwi zabrzmiało zdyszane pytanie Wilczka.

– W dwójce sześć osiem… W kocie tur mysz… – zaszemrało zamiast odpowiedzi.

– Co masz? – podniosła głowę Una.

– Pierwsza godzina – stwierdziła Tita pod nosem. – W zerze dwa dwa.

– Te dalsze ciągi Komara, ale pisał, widzę, naszym nowym ołówkiem! – odważnie, grubym głosem zameldował Wilczek.

Jedna jedyna Nula nad kolumną obliczeń tak jakby zdołała się oderwać od rzeczywistości.

– Nie dyktuj mi, Tita. Bierz się lepiej do „od”, bo ja tu muszę naprzód dobrym końcem rozumu sama ruszyć.

– W dziku łoś łoś…

– W lisie „buka” żubr…

I Wilczek po półgodzinie dopuszczony został do dyktowania. Gdy Una zasiadła do maszyny pisać gotowe już czystopisy-clairy.

– Która u ciebie, Łapcia? – spytała wystrzeliwszy jak karabin maszynowy tabelkę zrzutowej broni.

– Już za dziesięć druga, Una.

– Ja jednak pójdę na centralkę.

– Tobie nie wolno się kręcić.

– Głupstwo, pójdę.

– Nie, Una. Tyś tutaj powinna zostać.

– …W osie pies gęś… „Powrócił do bazy…”

– Myślisz, Łapcia?

– W kocie cap tur. Tak, to o Moście! „…bez wypadku!”

– …Ja muszę na noc zabrać ten 119… – Lecz tu zniechęcona Nula naraz zerwała się, jakby tknięta natchnieniem. Patrzyła w okno: – Sabina idzie – szepnęła.

– „…i potwierdzamy odbiór”… Układ, Genowefa! Uważaj.

– W gęsi kot igrek.

– Gdzie jest Dorota? – zapytała Sabina, tak samo jak Wilczek: od drzwi.

Przez moment milczenia, które było odpowiedzią, zlustrowała uważnie wszystkie twarze, rozpięła się i usiadła.

– Za połową potrzebnych ludzi uganiam się dziś po całym mieście, jakby się umyślnie pochowali – podniosła brwi i poprosiła Isię o ogień.

– A czy wiesz choć, Sabina, gdzie ona dziś miała być?

– Tyle wiem na razie, co i wy. Ale po prostu stanęły, zdaje się, i stoją tramwaje na Grochów i na Gocławek.

Znów była cisza, ale już cokolwiek inna.

– Dawno? – A na Górce czyś była teraz? – przemówiły Nula i Isia, jakby podtrzymując rozmowę.

– Sabina, patrz: oddaję mapy – Una wyjęła paczkę spod różowo-złotej poduszki. – Przy świadkach, kobieto, żebyś nas nie nudziła więcej.

– Tupet masz, Una: a któż to przysięgał, że nie macie i nie wiecie? Mnie, a nie wam wiercili o nie dziurę w brzuchu. Naprawdę powinnyście się przezwać Flądry, a nie Żaby!

– W nosie cap buka – podjęła z obrazą Genowefa.

– I nigdy już nie będę wierzyć w wasze czyste lokale!

– Co znaczy „buka”? – spłoszył się Wilczek.

– Dziura, jak nie dosłyszał i…

– Dlaczego buka?

– Cicho. Tak! „Odbiór z Mostu M.119”… Zaraz nas rugną za knota!

– Masz tutaj pocztę, Sabina – Una zaadresowała do trzech komórek wykaz broni. – Idziesz?

– Idę.

– A dasz nam znać?

– Nie dam wam znać, bo na pewno sama Dorota wkrótce przyleci, klnąc komunikację miejską. Mało razy ktoś się spóźnia? Nerwowe z was się zrobiły płazy – czy też gady, bo nigdy nie wiem.

– W buce wilk pies – przerwała Łapcia z energią.

– Zaraz! Już widzę, co jest o 119 – Przeczytali… tak, „czytamy mimo pomyłki”. Wilczek, uważaj, przeskoczyłaś linię. Nula, zabierz jej to, bo już nie potrzebujesz łamać sobie głowy…

– Sabina, jedna minuta. Kończą tu jeszcze kawałeczek – Una oparła się na parapecie okna, z którego zeskoczył biały piesek. – Kończycie, Łapcia? Która godzina, Sabina?

VII – 1954

Poległym: „Żanci” – Halinie Dadejowej
„Ewie” Stefanowskiej
„Mariszce” Koźmińskiej
z „Karolinek”, zwanych później „Bajką”, „Przedszkolem”, „Konsulatem”, z V KG AK

 

Opowiadanie niniejsze nie jest kroniką. Osoby nie są portretami, raczej rozszczepieniem, krzyżówką lub aluzją do pierwowzorów. Może wynika z tego portret zbiorowy komórki, także jednak niekompletny.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata