70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Domena sumienia, czyli o odpowiedzialności

Najbardziej kompetentną instancją, przed którą nauczyciel zdaje sprawę ze swoich działań i weryfikuje swą zawodową (i ludzką) odpowiedzialność, jest on sam – jego sumienie. To właśnie ono – ostatecznie – rozstrzyga o moralnej ocenie działań, a tym samym o ich podejmowaniu bądź zarzucaniu.

Kiedy mowa o odpowiedzialności zawodowej, na myśl przychodzi często profesja nauczyciela, zwłaszcza zaś lekarza czy kierowcy. W przypadku dwóch ostatnich zawodów ową odpowiedzialność sprecyzować stosunkowo łatwo – lekarz powinien przywrócić pacjenta do zdrowia, a przynajmniej mu nie zaszkodzić, natomiast kierowca ma bezpiecznie dowieźć pasażerów do miejsca przeznaczenia. Cel działania jednego i drugiego – jasny i niewątpliwy – wskazuje zakres odpowiedzialności. Nietrudno więc sprawdzić, czy lekarz bądź kierowca sprostali jej wymaganiom, realizacja celu jest bowiem praktycznym wyrazem postawy odpowiedzialności. Jak jednak wyznaczyć zakres odpowiedzialności nauczyciela, jeśli mnogość celów edukacyjnych i zadań szkoły układa się w litanię sformułowanych w dydaktycznej nowomowie zapisów podstawy programowej i innych dokumentów oświatowych? Według jakich kryteriów oceniać postawę nauczyciela, by określić ją jako mniej lub bardziej odpowiedzialną? I kto jest uprawniony, by takiej oceny dokonać?

Etymologicznie ,,odpowiedzialność” wywodzi się od czasownika „odpowiadać”. Być odpowiedzialnym, to znaczy świadomie udzielić odpowiedzi na wyzwania, które przynosi rzeczywistość – zwłaszcza w tym jej wymiarze czy obszarze, który został mi powierzony.

Być odpowiedzialnym, to znaczy ponosić konsekwencje czynów i zachowań (to też rodzaj „dawania odpowiedzi”), które w sposób świadomy stały się moim udziałem. Takie rozumienie pojęcia (odpowiedzialność jako udzielenie odpowiedzi), choć nasycone aurą metafory, wydaje się trafne i uniwersalne, podkreśla bowiem dialogiczność postawy człowieka wobec świata, interakcyjność naszego bycia w nim, aktywny, dynamiczny wymiar egzystencji. Owo „danie odpowiedzi” – prócz tego, iż dokonuje się w sposób świadomy – wspierać się powinno na fundamencie decyzji podjętej w warunkach wolności: oto w wolny i nieprzymuszony sposób deklaruję, iż gotowy jestem poręczyć swoją osobą za los powierzonego mi skrawka naszego świata, za fragment dostępnej mi rzeczywistości. W sytuacji nauczyciela taka deklaracja brzmi nadzwyczaj poważnie.

Uczyć każdy może?
Gdyby z uwagą wczytać się w dokumenty oświatowe określające cele kształcenia i wychowania, zadania szkoły, standardy wymagań, przepisy i regulaminy dotyczące szkolnego życia, należałoby się mocno zastanowić nad podjęciem pracy nauczyciela. Zakres odpowiedzialności wydaje się ogromny, obejmujący ją obszar – niezwykle zróżnicowany (od opieki nad rozwojem emocjonalnym do odpowiedzialności finansowej za organizację wycieczki), dostępne środki i sposoby działania – ułomne i ograniczone, zaś opór materii – niezmierzony. Wszak lekarz czy kierowca mogą przynajmniej liczyć na spolegliwość i współpracę powierzonych sobie podopiecznych, nauczyciel z założenia wchodzi w stan konfliktu, napięcia, czasem w sytuację walki czy otwartej wojny. Jednocześnie jest świadom wyraźnej nierówności w owej konfrontacji z uczniami – nie może przecież posunąć się do działań nieetycznych ani przyjąć zasady „oko za oko…”, nawet jeśli takie sposoby postępowania wykorzystują w relacji z nauczycielem jego wychowankowie. Tak jak w obszarze swojego przedmiotu nauczyciel musi być nieustannie kilka kroków przed uczniami (co w niektórych dziedzinach bywa dziś niełatwe), tak w sferze relacji interpersonalnych, kontaktu z grupą, musi przyjąć postawę pozostawania „krok w tył” – na równi określaną przez stanowczość i konsekwencję, jak i wyrozumiałość, opanowanie, życzliwość. To z pewnością wyzwanie dla charakteru. Jeśli więc stawiać najważniejsze pytania o odpowiedzialność nauczyciela, to pierwsze z nich musieliby postawić sobie ci, którzy kształcą pedagogów: czy każdego można przygotować do pracy w szkole, czy są takie właściwości charakteru i usposobienia, które poważnie utrudniają lub wręcz uniemożliwiają podjęcie tego zawodu? Nad tymi kwestiami, rzecz jasna, powinni się wprzódy zastanawiać kandydaci na nauczycieli, ale przecież często dopiero konfrontacja z rzeczywistością (dokonywana choćby na zasadzie próby) przynosi wiarygodne odpowiedzi. Niewątpliwie pierwszym zadaniem kandydata na nauczyciela powinna być autorefleksja i praca wyobraźni prowadzące do odnalezienia w sobie zgody na przyjęcie odpowiedzialności.

Za co odpowiadam? Przed kim?
„Nieznajomość prawa nie zwalnia od odpowiedzialności. Ale znajomość często” – pisał Stanisław Jerzy Lec. Ta przewrotna myśl – choć generalnie trafna w opisie rzeczywistości – nie stosuje się do sytuacji nauczycieli. W ich przypadku ani znajomość, ani nieznajomość powinności wpisanych w podstawy, standardy, regulaminy nie zwalnia z odpowiedzialności za bezpieczeństwo uczniów, realizację treści programowych, przygotowanie do egzaminów, intelektualny i emocjonalny rozwój młodych ludzi, kształtowanie hierarchii wartości, gustów, nawyków. Te obszary odpowiedzialności są równie łatwo identyfikowalne jak uczestnicy relacji, w którą z racji swego zawodu wchodzi nauczyciel: uczniowie, rodzice, grono pedagogiczne, dyrekcja. Wobec nich wszystkich nauczyciel odpowiada za jakość swej pracy. Ale – paradoksalnie – sposoby egzekwowania tej odpowiedzialności nie są wcale precyzyjne ani niezawodne. Wprawdzie wyniki egzaminów mówią wiele o kwalifikacjach metodycznych nauczyciela, ale nie sposób wyliczyć stopnia zależności owych wyników od innych okoliczności: pracowitości i zdolności ucznia, jego aktualnej dyspozycji, stopnia trudności i sposobu formułowania pytań czy choćby warunków pogodowych itp. Wprawdzie fakt zrealizowania treści przewidzianych programem korzystnie świadczy o organizacji pracy nauczyciela, ale niewiele mówi o jej rzetelności czy metodycznym warsztacie. Liczba uczniów promowanych czy ocenionych najwyższym stopniem informuje czasem o znakomitym poziomie intelektualnym klasy, ale niejednokrotnie także o pobłażliwości nauczyciela. Sympatia młodzieży skierowana ku uczącemu może mieć swe źródło w jego merytorycznej i metodycznej kompetencji, erudycji, partnerskim i podmiotowym traktowaniu uczniów, pogodnym usposobieniu, ale i w nadmiernej poufałości czy lekceważeniu obowiązków. Najbardziej kompetentną instancją, przed którą nauczyciel zdaje sprawę ze swoich działań i weryfikuje swą zawodową (i ludzką) odpowiedzialność, jest on sam – jego sumienie. To właśnie ono – ostatecznie – rozstrzyga o moralnej ocenie działań, a tym samym o ich podejmowaniu bądź zarzucaniu. Poczucie odpowiedzialności nauczyciela (ale przecież nie tylko jego) powinno więc nieustannie skłaniać go do przypominania sobie fragmentu z Braci Karamazow, w którym na pytanie ojca: „Co mam czynić, by dostąpić życia wiecznego?”, starzec Zosima odpowiada: „Najważniejsza rzecz, niech pan sam przed sobą nie kłamie”.

Są rodzaje odpowiedzialności nauczyciela (na przykład prawna, o której pisze w tym numerze Ewa Kandia-Bednarz), które można wyegzekwować, zaś nauczyciela rozliczyć z ich traktowania. Są takie, których lekceważenie, choć niepenalizowane, staje się jednak widoczne i dla uczącego kompromitujące (na przykład pomijanie treści programowych, nieumiejętność oceniania). Są jednak i takie, zwłaszcza te dotyczące relacji z innymi ludźmi, które ostateczną instancję weryfikującą znaleźć mogą właśnie w sumieniu samego nauczyciela. Łatwiej wszak przejąć się obowiązkami i powinnościami, na straży których stoją przepisy, paragrafy, baczne spojrzenie innych ludzi. Trudniej sprostać wymogom, których spełnienie najpełniej ocenić możemy sami. Nie nieznajomość prawa zatem, lecz mankamenty sumienia mogą najskuteczniej „zwolnić z odpowiedzialności”.

Odpowiedzialność za kształt spotkania
Istotą szkoły w sensie filozoficznym jest fenomen spotkania, zarówno tego, które obejmuje zbiorowisko uczniów, jak i przede wszystkim tego, które dotyczy ucznia i nauczyciela (piszą o tym w numerze Halina Bortnowska i Michał Bardel). Obie strony odpowiedzialne są za jego kształt, ale to nauczyciel je projektuje i inicjuje. Spotkania nie należy w tym kontekście rozumieć jako jednorazowego zdarzenia, jest ono procesem, który stanowi istotę działania szkoły. W sytuacji spotkania obie strony – Ja i Ty (w kontekście naszych rozważań: nauczyciel i uczeń) – są jednakowo ważne. Obaj uczestnicy spotkania są jego podmiotami, to w swoisty sposób projektuje działania nauczyciela, dla którego uczeń staje się partnerem, przy zachowaniu wszystkich różnic ich szkolnego statusu. Jeśli kształcenie i wychowanie ma być procesem zaplanowanym i inicjowanym sumiennie i odpowiedzialnie, to nie sposób uciec od pytania przypominającego o sensie wszelkiej aktywności nauczyciela: Czy dostatecznie mocno zdaję sobie sprawę, że jestem tu dla kogoś? To pytanie implikuje szereg kolejnych: o wartość spotkania, jego sensowność, skuteczność, atrakcyjność. Nie sposób pominąć zagadnienia roli nauczyciela w nauczająco-wychowującym spotkaniu. Czy ma być popularyzatorem wiedzy, trenerem umiejętności, przewodnikiem, mędrcem, mistrzem, przyjacielem – i w jakim stopniu powinien umieć sprostać każdej z tych ról (bo przecież każda z nich jest jego domeną)? Odpowiedź formułowana w nauczycielskim sumieniu powinna uwzględniać cały bagaż cech, doświadczeń, nawyków, które nauczyciel wnosi wraz z sobą do klasy. W jaki sposób mogę być wzorem (jeśli mam tę rolę pełnić) ze swoimi słabościami, lękami, fobiami, kłopotami życiowymi? Bo przecież, obarczony nimi wszystkimi, nie mogę zrezygnować ani z roli wychowawcy, ani z przyznanej mi „władzy sądzenia”. Ocenianie, wydawanie osądu utrudnia ocalenie charakteru szkolnej relacji nauczyciela i ucznia jako spotkania, ale go nie niweczy. W tym ocaleniu wybitnie pomaga właśnie praca sumienia.

Mądrym i nieustannie aktualnym postulatem dydaktyków, filozofów, uczonych jest szkoła wolna od ideologii i polityki. Słuszność tego postulatu jest równie oczywista jak trudność jego urzeczywistnienia. Można go zresztą wzbogacać o podpunkty: szkoła wolna od urzędniczej głupoty, od pozoranctwa, wybujałej sprawozdawczości, działań fikcyjnych itp. Czy odpowiedzialność nauczyciela wychowawcy obejmuje również otwarte przyjęcie postawy wobec tych zjawisk, które nie stanowią przecież jedynie wirtualnego zagrożenia? Czy machnięcie ręką i wzruszenie ramion wobec nich oznacza, że staję się trybikiem w maszynie? A może niedorzecznością jest stosowanie takiego określenia, skoro kiedyś świadomie podpisałem się na umowie o pracę?

Aktywny, twórczy, refleksyjny stosunek do swej profesji oznacza nieustanne stawianie sobie takich i podobnych pytań. Ostateczna odpowiedź nie padnie ze strony tych, za których i przed którymi odpowiada nauczyciel. Trzeba jej poszukiwać w sumieniu.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata