70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Tożsamość, wspólnota i odpowiedzialność

Poproszony o skomentowanie dyskusji poświęconej ,,duchowemu atlasowi świata”, postanowiłem przedstawić własną wizję najważniejszych duchowych (czytaj: fundamentalnych dla człowieczeństwa) wyzwań i problemów, jakie niesie ze sobą teraźniejszość i najbliższa przyszłość.

What puzzles me about pollution is this: I can understand why – in the early days – white people felt they had to exterminate the Indians, because they wanted to own the land. But I can’t understand why white men and women continue to harm their own people by dumping harmful chemicals in the water and spraying deadly poisons in the air. It just doesn’t seem to make sense that they would want to kill themselves[1].

Rolling Thunder, Cherokee

1. Uczestnicy debaty poświęconej „duchowemu atlasowi świata” poruszyli wiele istotnych problemów – nie sposób ustosunkować się do wszystkich, mając do dyspozycji mocno ograniczone ramy niniejszego tekstu. Inna sprawa, czy byłoby to celowe: w rozmowie pojawiło się sporo złożonych kwestii specjalistycznych i tylko wybitny profesjonalista mógłby – „unikając ryzyka skręcenia karku” – przedstawić jakiś wiarygodny komentarz czy wartą rozważenia alternatywną opinię. Mając to na względzie, zdecydowałem się (jako osoba poproszona o skomentowanie dyskusji) na to, by – nawiązując do niektórych wypowiedzi i tematów poruszonych przez rozmówców – przedstawić własną wizję najważniejszych duchowych (czytaj: fundamentalnych dla człowieczeństwa) wyzwań i problemów, jakie niesie ze sobą teraźniejszość i najbliższa przyszłość. Ten osobisty charakter mojej wypowiedzi (który, jak wierzę, nie musi oznaczać subiektywności czy tendencyjności) pozwoli mi jednak na powiedzenie więcej, niż usprawiedliwiałaby to moja profesja i posiadane doświadczenie. Proszę zatem o wyrozumiałość – bowiem w ten sposób, co oczywiste, poruszę kwestie, które znam niekiedy tylko z drugiej ręki. Jednak wydają mi się one na tyle istotne i niepomijalne we współczesnym świecie, że – świadom ryzyka – podejmuję je z całą odpowiedzialnością.

2. Gdybym jednym słowem miał zasygnalizować problem, który – moim zdaniem – jest fundamentalnym wyzwaniem stojącym przed człowiekiem jako gatunkiem, określiłbym go jako problem „tożsamości”. To, „kim jestem?” oraz o kim lub o czym jestem skłonny mówić jako o „mnie” („ja”) lub o „nas” („my”), innymi słowy: co włączam w zakres swej własnej tożsamości (ergo wspólnoty i odpowiedzialności) – jawi mi się jako centralne i nieredukowalne wyzwanie współczesności. Mimo że na pozór jest to problem raczej teoretyczny, wręcz filozoficzny – czyli dla „laika” całkowicie akademicki i wydumany – to jednak jego praktyczne konsekwencje są (jak pokazuje rzeczywistość) wszechogarniające. Brak poważnej refleksji nad tym zagadnieniem – oraz edukacyjnej korekty jego niewłaściwych, jednostronnych rozwiązań – jest widoczny w polityce, gospodarce, kulturze, życiu codziennym. A zatem kim jestem „ja” i o kim – lub o czym – myślę, mówiąc „my”? Czy w dzisiejszych czasach wystarczy określenie w rodzaju: ja Polak, ja chrześcijanin, ja Afrykanin, ja muzułmanin? Wiele przemawia za tym, że to za mało, że taka perspektywa jest zbyt ograniczona, nadmiernie jednostronna. Prowadzi bowiem do separacji, podziałów, chęci odgradzania się, co z kolei rodzi konflikty, resentymenty, alienację i poczucie obcości, słowem: mury. To taka współczesna wersja plemienności w najgorszym wydaniu. W jej efekcie mamy wojny, terroryzm, niekończącą się spiralę wzajemnych oskarżeń, głód, nędzę, wyzysk, rozpacz i poniżenie. Chyba nie trzeba tłumaczyć tego mechanizmu, więc skupię się raczej na sformułowaniu korekcyjnej diagnozy: otóż sadzę, że poszerzenie ludzkiej tożsamości poza granice jednostki, narodu, a nawet gatunku – staje się największym wyzwaniem XXI wieku, a zarazem naglącą potrzebą chwili.

3. Zacznę od sprawy poruszonej na samym początku dyskusji. Otóż inaczej nieco niż rozmówcy rozumiem pojęcie planetarności, a zatem i „tożsamości planetarnej”. Dla mnie epitet „planetarny” nie odnosi się do jakichś odległych obiektów we wszechświecie, tylko po prostu do Ziemi. Zaś posiadanie świadomości planetarnej rozumiem w taki mianowicie sposób, że organizując swoje życie w moim własnym ogródku (kraju, województwie, mieście, zagrodzie), nie ograniczam się do tej „ogródkowej” perspektywy, lecz stale odnoszę się do Ziemi jako całości, w myśl znanego powiedzenia: „myśl globalnie, działaj lokalnie”. Efekty braku takiej poszerzonej świadomości są coraz bardziej widoczne w postaci wywołanych przez człowieka zmian klimatycznych, które, jak wszystko na to wskazuje, będą coraz wyraźniejsze i coraz bardziej zabójcze dla całego globu. Wiążą się z nimi nie tylko zagrożenia dla gatunku ludzkiego, ale też dla większości gatunków roślin i zwierząt. Taka diagnoza nie jest „wyssaną z palca”, „histeryczną” tezą lewackiej grupy „Zielonych”, czy „Greenpeace”, lecz dobrze już udokumentowanym rozeznaniem poważnych środowisk naukowych i politycznych. Raport Sterna z Towarzystwa Królewskiego w Londynie jest w tej sprawie równie jednoznaczny i tak samo alarmujący, jak wystąpienie premiera Wielkiej Brytanii, Tony’ego Blaira, podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos w 2005 roku[2]. Mówiąc krótko: jesteśmy o krok od ziszczenia się groźby polegającej na podniesieniu się poziomu oceanów, zalaniu wszystkich nadbrzeżnych miast świata i pojawieniu się fali nieznośnych upałów wraz z wszystkimi tego konsekwencji – z zabójczymi, długotrwałymi suszami na czele. Bardzo niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z faktu, jak poważna jest sytuacja. James Lovelock, brytyjski chemik i ekolog, członek honorowy Green College Uniwersytetu w Oxfordzie, autor książek Gaja: nowe spojrzenie na życie na Ziemi oraz najnowszej – The Revenge of Gaia (,,Zemsta Gai: kryzys klimatyczny na Ziemi a losy ludzkości”), uważa, iż perspektywy są  dosyć ponure i stwierdza po prostu: „Zagrożona jest nasza cywilizacja”[3]. Moment, w którym zrozumiemy – bo doświadczymy tego na własnej skórze – że doprowadziliśmy naszą planetę do stanu nieodwracalnych i bardzo niebezpiecznych zmian (co ważniejsze: nie bardzo widać, skąd mogłaby nadejść pomoc), może zaowocować nawet globalną paniką. Ten problem będzie jednym z najważniejszych – choć w Polsce notorycznie niedocenianych – na „mapie duchowej świata”. Równocześnie rozbija on rozpowszechnioną oświeceniową iluzję, iż mamy do czynienia ze stałym postępem wiedzy, rozwojem etycznym, etc. – okazuje się bowiem, że ten rzekomo stały rozwój i przyrost wiedzy nie uchroniły nas przed zbliżającą się katastrofą (niemal identyczny pogląd wyraził obecny niedawno w Polsce wybitny brytyjski filozof John Gray, autor książki Al-Kaida i korzenie nowoczesności). A zatem rozbudzenie i wykształcenie planetarnej świadomości ekologicznej to jest teraz najważniejsze wyzwanie, przed jakim stoi ludzkość w XXI wieku. Bowiem, jak mawiał Marshall McLuhan, na statku kosmicznym Ziemia nie ma pasażerów, jest tylko załoga.

4. Następne wyzwanie, które staje przed ludzkością, wiąże się z poszerzoną tożsamością człowieka jako gatunku – określiłbym je hasłowo jako poszukiwanie społecznego spoiwa. Otóż wiele wskazuje na to, iż żyjemy w okresie przełomu, kiedy to dawne tradycyjne struktury – zorganizowane religie, państwa narodowe, wspólnoty lokalne – oraz dotychczasowe „ideały i przeznaczenie człowieka” zaczynają odgrywać coraz mniejszą rolę w życiu jednostek i społeczeństw, jednak w to opuszczone miejsce nie „wlewa” się nic nowego. Pojawia się zatem bardzo poważny problem znalezienia spoiwa w postaci scalającej idei, nadrzędnego celu, a w efekcie: nowej ponadjednostkowej  tożsamości, która stałaby się czynnikiem zapewniającym spójność w ramach coraz bardziej dyferencjujących, atomizujących się społeczeństw. W swoim czasie Margaret Thatcher nader niefortunnie wyraziła się, iż nie ma żadnego społeczeństwa, a więc połączonej trwałymi więzami wspólnoty, są tylko konsumenci – w domyśle: niezależni i indywidualni. Wydaje się, że niebezpieczeństwo związane z sugerowaną przez „Żelazną Damę” możliwością zaczyna być dostrzegane przez liczne rządy, zaczynające coraz wyraźniej zdawać sobie sprawę z konieczności istnienia ponadjednostkowych idei, które nie miałyby tylko konsumpcyjnego waloru, lecz ogniskowałyby wyższe pragnienia i marzenia ludzi, posiadałyby swego rodzaju moc „wspólnoto-twórczą” i wykraczałyby poza partykularne, doraźne interesy poszczególnych jednostek i chwilowych sojuszy politycznych lub konsumenckich. Ten brak „prawdziwej duchowej wspólnoty” staje się wyzwaniem, które nabiera szczególnego znaczenia w kontekście stałego zagrożenia terroryzmem – także tym o islamskim rodowodzie: okazuje się, że indywidualistyczna kultura Zachodu nie ma wiele do zaproponowania w kwestii skutecznego zestawu wartości mogących stanowić skuteczną przeciwwagę dla agresywnego fundamentalizmu religijnego, roszczącego sobie prawo do ostatecznej prawdy. Paradoksalnie, sytuacja ta może prowadzić – w USA już się to stało, choć pewnie w postaci nieco osobliwej – do wzmocnienia poszukiwań w obrębie własnych tradycji religijnych i duchowych (chrześcijaństwo, judaizm) jako ewentualnego źródła takich trwałych wartości.

5. Ostatnie zdanie wywołuje sprawę wysoce jednak problematycznej przyszłości religii jako dotychczas oczywistej i naturalnej domeny duchowości. W tej kwestii coraz wyraźniej zarysowują się dwa konkurencyjne stanowiska. Pierwsze z nich – reprezentowane przez takich myślicieli, jak na przykład filozof Daniel C. Dennett czy autor Samolubnego genu i, ostatnio, „Urojonego Boga” (The God delusion, 2006) Richard Dawkins – głosi, iż wraz z rozwojem Internetu, środków masowego przekazu oraz w wyniku systematycznego przenikania do społeczeństw wiedzy naukowej – coraz bardziej maleć będzie rola religii oraz światopoglądów irracjonalnych (a także wszelkiego rodzaju przesądów). Drugie stanowisko, nawiązujące – mówiąc w wielkim uproszczeniu – do poglądów Mircei Eliadego i André Malraux – przewiduje, iż w obliczu narastających zagrożeń i nierozwiązanych problemów (terroryzm, katastrofy ekologiczne i naturalne, narastające nierówności społeczne i ekonomiczne) rola religii i religijności będzie wzrastać, choć niekoniecznie będzie to tradycyjnie pojmowana religijność Kościołów zorganizowanych. Przewiduje się raczej wzrost znaczenia „sprywatyzowanych” i nowych ruchów religijnych („czarny rynek mistycyzmów” według Chantal Delsol) oraz nieznanych form religijności o charakterze „dzikiego sacrum” (le sacré sauvage wedle określenia Rogera Bastide’a[4]). I wcale nie muszą to być jakieś wielce egzotyczne, orientalne czy rdzenne a osobliwe postaci religijności, lecz także zupełnie dobrze wpasowane w mentalność człowieka Zachodu nowe projekty religijne o wyraźnie „marketingowym” zacięciu (jak choćby odnotowujące coraz większą liczbę wiernych tzw. Megakościoły w USA).

6. I na koniec słowo o „sprawie polskiej”. Całkowicie zgadzam się z Adamem Zagajewskim, kiedy mówi, że ,,nie należymy do grupy narodów czy krajów, które mają punkt widzenia uniwersalny. Do tego punktu uniwersalnego powinniśmy dojść ciężką pracą. W tej chwili takie widzę największe wyzwanie stojące przed Polską”. Od siebie dodałbym tylko tyle, że wypracowanie ponadjednostkowej tożsamości natrafia w Polsce na specjalne trudności z racji takich, a nie innych uwarunkowań historycznych (zabory, okupacja hitlerowska i sowiecka, długotrwały brak niepodległości), które doprowadziły do zupełnego uwiądu świadomości prawnej, obywatelskiej i wspólnotowej (zarówno na poziomie globalnym, jak i lokalnym). Jak spowodować, żeby w tym obszarze było lepiej, tego powiedzieć nie potrafię. Osobiście stawiałbym na pogłębioną edukację, lecz jej wyników przewidzieć nie sposób, a systematycznych zaczątków choćby – niestety, nie widać.

 

 


[1]  W związku z zanieczyszczeniem środowiska intryguje mnie jedna sprawa: otóż mogę zrozumieć dlaczego w dawnych czasach biali ludzie uważali, że eksterminacja Indian jest konieczna – chcieli bowiem posiąść [ich] ziemię. Zupełnie nie potrafię jednak zrozumieć, dlaczego biali mężczyźni i kobiety nadal szkodzą sobie samym,  zanieczyszczając wody szkodliwymi chemikaliami, a powietrze zabójczymi wyziewami. Przypuszczenie, że mogliby chcieć pozabijać samych siebie, wydaje się przecież całkowicie absurdalne.

[2] Por: “Blair Urges Action Against Global Warming”, by Juliet Eilperin Washington Post Staff Writer Thursday, January 27, 2005; http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/articles/A39701-2005Jan26.html

[3] Cytat pochodzi z fragmentu tej drugiej książki, zamieszczonego w „Gazecie Wyborczej” („Gazeta na Święta”, 23-26 XII 2006, s. 19).

[4] Bastide użył go – jako przeciwieństwa pojęcia „sacrum udomowione” – po raz pierwszy w odniesieniu do „posesyjnych” ruchów religijnych w Brazylii w pracy Le sacré sauvage et autres essais (Paris 1975).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata