70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Prostota po drugiej stronie złożoności

Czesław Miłosz jak zwykle ma rację. W  bilansie dwóch tysiącleci zachodniej cywilizacji za jedną z największych strat należy uznać kres towarzyszącego nam przez całe stulecia spójnego obrazu świata spowodowany rozwojem nauk przyrodniczych i techniki, co oznacza, że chociaż potrafimy dzisiaj zmieścić na jednym plastikowym krążku treść i iluminacje manuskryptów całej średniowiecznej biblioteki, jesteśmy ubożsi od tych, którzy je przepisywali i zdobili o doświadczenie ładu, celowości i harmonii otaczającej nas rzeczywistości.

Dla starożytnych Greków słowo kosmos oznaczało świat jako spójną i harmonijną całość będącą przeciwieństwem chaosu. Wszystkie ważniejsze kosmogonie, łącznie z Biblią, łączą zresztą moment stworzenia z przejściem od stanu bezładu do stanu uporządkowania. Kulminacją takiego oglądu rzeczywistości była wizja świata późnego średniowiecza opisana pięknie przez C. S. Lewisa w niewielkiej książeczce Odrzucony obraz. Do odrzucenia obrazu świata średniowiecza zmusił nas oczywiście rozwój nauk przyrodniczych i już u Pascala kosmos to zimna i nieprzyjazna otchłań („wiekuista cisza tych nieskończonych przestrzeni przeraża mnie”), a przecież Pascal nie wiedział jeszcze ani o ucieczce galaktyk ani o niewyobrażalnej skali czasu geologicznego i kosmicznych odległości. Świat człowieka cywilizacji zachodniej to, jak pisał Max Weber, „świat odczarowany”, sensu i ładu doszukać się w nim coraz trudniej i jak skarży się Miłosz w jednym z listów do Thomasa Mertona, obraz przyjmowany przez większość jest jasny: „niebo puste, nie ma litości, kamienna pustynia, życie kończące się śmiercią”.

Odczarowanie świata daje się szczególnie we znaki ludziom wierzącym, którzy doświadczają z tego powodu świato-oglądowej schizofrenii. Na co dzień patrzymy na rzeczywistość przez pryzmat nauki, jednak kiedy wyrażamy naszą wiarę, wówczas zza niektórych jej twierdzeń wyłania się przednaukowy obraz świata. Nie ma to nic wspólnego z „ciemnogrodem” i zacofaniem, lecz bierze się stąd, że nasze pojęcia religijne kształtowały się w przednaukowym okresie rozwoju cywilizacji, tymczasem postęp nauki i wiedza, jaką posiedliśmy u progu trzeciego tysiąclecia ery chrześcijańskiej są tak ogromne, że kategorie językowe i myślowe, którymi posługiwaliśmy się przez całe stulecia, okazują się niewystarczające nie tylko do opisu doświadczenia wiary, ale nawet do opisu samego świata. Kognitywizm, któremu poświęcono swego czasu jeden z numerów „Znaku”, pokazuje, że język jest funkcją doświadczania świata, tymczasem nasza wiedza o świecie dawno wykroczyła poza zbiór twierdzeń zrozumiałych i oczywistych dla każdego. Każdy wie i rozumie, że ma nad głową niebo, a pod stopami ziemię i że posiada namacalne i stawiające opór ciało. Ale jak rozumieć to, że wszystko wokół, nie wyłączając nas samych, składa się z kwarków i leptonów, że kwarki mogą być „zielone”, „czerwone” i „niebieskie”, że przez nasze ciało w każdej sekundzie przelatują biliony neutrin, zaś w środku Naszej Galaktyki zieje „czarna dziura”…

Ponieważ wyobraźnia religijna nie może obyć się bez obrazów, a te dawne nie znajdują już zastosowania, trzeba wypracować nowy obraz świata uwzględniający racje nauki i wiary. Dzisiaj jest to możliwe bardziej niż kiedykolwiek przedtem, ponieważ jeśli nie brać pod uwagę fundamentalistów upierających się przy biblijnej interpretacji stworzenia ani socjobiologów przekonujących, że nie tylko wybierając partnera, ale i pastę do zębów działamy zgodnie z prawidłami ewolucji, przycichły w znacznej mierze dawne spory między religią a nauką, a ich miejsce zajęło twórcze napięcie, a nawet wzajemna inspiracja. Naiwna apologetyka i prymitywny scjentyzm odeszły do lamusa i obie strony nie uzurpują sobie już dzisiaj prawa do wypowiadania się w sprawach wykraczających poza ich kompetencje. Przykład budowania pomostów między nauką a wiarą dawał, o czym stosunkowo rzadko się wspomina, papież Jan Paweł II, który nie tylko przyczynił się do rehabilitacji Galileusza, ale spotykał się regularnie w czasie letnich seminariów w Castel Gandolfo z przedstawicielami różnych dyscyplin naukowych i słuchał tego, co mają do powiedzenia. Jan Paweł II wskazał także na odrębne kompetencje wiary i nauki, kiedy w przemówieniu do Papieskiej Akademii Nauk w 1981 roku przypomniał, że Biblia nie mówi nam o tym, jak zostały stworzone niebiosa, ale jak iść do nieba.

Książek budujących pomosty między wiarą a nauką jest dzisiaj bardzo dużo, także w języku polskim. Wspaniale o tych sprawach piszą ksiądz Heller (każda z kilkunastu jego książek to lektura obowiązkowa) i arcybiskup Życiński (jako hierarcha Kościoła już niestety rzadziej, a szkoda); jest Polkinghorne, pod wieloma względami aktualna pozostaje klasyczna praca Iana Barboura Mity, modele, paradygmaty. Znikł co prawda z horyzontu Teilhard de Chardin, ale to temat na inną okazję. Problem w tym, że wszystkie te wspaniałe książki kierowane są do dorosłego i obeznanego z podstawowymi problemami nauki i wiary czytelnika, co ma jednak zrobić bardzo młody człowiek, kiedy z jednej strony roztacza się przed nim wspaniała perspektywa wiedzy, jaką proponuje mu nauka, a z drugiej w kształceniu religijnym dominuje dawny model świata?  W pogodzeniu tych sprzeczności rzadko pomoże mu nauczyciel fizyki lub biologii, a i na pomoc katechety nie może liczyć (tak przynajmniej wynika z mego osobistego rozeznania). Dlatego warto polecić może nie bezpośrednio gimnazjalistom i licealistom, bo ci jeszcze pewnie nie czytają „Znaku”, ale ich rodzicom, nauczycielom i katechetom, książkę Kena Pedersena Wszechświat Jenny z podtytułem: Jak opowiedziałem mojej córeczce o galaktykach, gwiezdnym pyle i życiu. Podobieństwo tytułu do Świata Zofii nie jest przypadkowe, ponieważ Pedersen postawił sobie za cel przedstawić w przystępny sposób współczesną wiedzę o wszechświecie w postaci spójnego modelu, w którym jest miejsce na naukę i wiarę.

Fundamentem tego modelu, czy też, jak pisze Pedersen, Wielkiego Planu, jest wiedza o świecie, jakiej dostarczają nam fizyka i kosmologia i dlatego pierwsza część książki zatytułowana Wszechświat fizyczny poświęcona jest energii, budowie materii i powstaniu gwiazd i planet. Nie bójmy się! W książce nie ma wzorów, a zamiast nich jest „kwantowa zupa”, „oddziaływanie słabe, które gra w ping-ponga”, „oddziaływanie silne, które puszcza bańki” i „przepis na gwiezdny pył”. Druga część, Wszechświat życia, poświęcona jest powstaniu życia,  ewolucji i cudownemu nośnikowi informacji jakim jest DNA. Trzecia wreszcie, zatytułowana Wszechświat świadomości zajmuje się człowiekiem i fenomenem świadomości właśnie, czyli tym, że są istoty, które wiedzą, że istnieją i że istnieje wszechświat.

Opisując rozwój wszechświata od Wielkiego Wybuchu aż po pojawienie się człowieka Pedersen pokazuje, że kryje się za nim celowe działanie, że nie jest to dokonujący się na ślepo rozrost, lecz Wielki Plan właśnie, posiadający swego Konstruktora. Zgodnie z nim Wielki Wybuch, powstanie gwiazd, galaktyk i planet, wreszcie pojawienie się życia i ewolucja to nie ciąg przypadkowych zmian, których wypadkową okazał się człowiek, lecz proces zmierzania ku coraz większej doskonałości, zwieńczony pojawieniem się świadomości.

Zarówno idea Wielkiego Planu jak i informacje podawane przez Pedersena nie są oczywiście nowe. Wywód autora opiera się na argumencie teleologicznym (określanym zresztą w literaturze anglosaskiej jako „the design argument”, czyli argument nie tyle z celowości, co „z planu”), który najlepiej się nadaje do tworzenia syntezy wiary i nauki. Do głosu w książce dochodzi także zasada antropiczna. Z perspektywy filozoficzno-teologicznej można powiedzieć, że wizja Pedersena bliższa jest harmonii przedustawnej Leibniza niż filozofii procesu Whiteheada, ale to komentarz na wyrost, ponieważ Wszechświat Jenny nie jest rozprawą ontologiczną ani teodyceą, ale ma przede wszystkim pomóc spojrzeć młodemu człowiekowi na świat taki, jakim prezentuje go nauka, oczami wiary. Chciałbym zwrócić uwagę na trzy najważniejsze walory tej książki. Przede wszystkim została napisana bardzo prostym, a zarazem nie upraszczającym językiem, co może zachęcić do jej lektury nie tylko nastolatki, ale także ich rodziców o wykształceniu humanistycznym, którzy słysząc o „cząstkach elementarnych” dostają gęsiej skórki. Po drugie, Pedersen potrafi obudzić w czytelniku na powrót ciekawość dziecka. Jenny stawia ojcu te same pytania, które stawiają nam nasze dzieci, on jednak, inaczej niż większość z nas, nie recytuje formułek, pamiętanych jeszcze jakimś cudem z lekcji fizyki lub biologii, co również dla nas jest najczęściej wyjaśnianiem ignotum per ignotum, lecz podejmuje dziecięce zdziwienie światem i na tej kanwie buduje zapierającą dech w piersiach opowieść. Podziw dla Stwórcy autorów biblijnych jest niczym w porównaniu z podziwem, jaki musi odczuwać każdy, kto przeczytał chociażby jedną książkę z zakresu kosmologii. Podziwu tego doświadcza także czytelnik Wszechświata Jenny. Kończąc pierwszą część książki, Pedersen zwraca uwagę na to, iż wbrew twierdzeniom tych, którzy uważają, że wszystko jest przypadkowe i równie dobrze wszechświata mogłoby nie być, wszechświat oparty na tych, a nie innych zasadach istnieje, a w zdaniu tym odnajdujemy echo pytania Leibniza, powtórzonego przez  Heideggera „dlaczego jest raczej coś niż nic?” Po trzecie wreszcie i chyba najważniejsze, Pedersen, świadom niebezpieczeństw myślenia redukcjonistycznego, pojmowanego często jako nieodłączny skutek akceptacji twierdzeń naukowych, przekonuje w wielu miejscach książki, że wiedza naukowa nie musi prowadzić do redukcjonizmu i nihilizmu, pod warunkiem, że zamiast analizować odrębne aspekty wiedzy o świecie spróbujemy je zebrać w całość. Nadmieńmy, że redukcjonizm, przed którym przestrzega Pedersen, daje o sobie dzisiaj znać szczególnie w pracach biologów i że tezy Ślepego zegarmistrza i  Samolubnego genu Dawkinsa czy socjobiologia niosą z sobą daleko poważniejsze konsekwencje dla wiary niż wszystkie rewolucje w fizyce i kosmologii. Fizyka i kosmologia nie godzą bowiem w nasz status istot wolnych i rozumnych, nauki biologiczne natomiast redukują nas dzisiaj często do nosicieli genów, memów czy feromonów i w tym należy upatrywać największe wyzwanie dla wiary. Przeciwstawiając się redukcjonizmowi, Pedersen formułuje dziesięć zasad, które – jak pisze – przestrzegane są we wszystkich ludzkich społecznościach, pozwalając im trwać od dziesięciu tysięcy lat. Dekalog Pedersena stanowi z grubsza powtórzenie Dekalogu z góry Synaj, ale pojawia się w nim jedno zdanie, które nigdy nie przyszłoby do głowy Mojżeszowi ba, nikomu z ludzi Zachodu aż do końca osiemnastego stulecia. Pedersen pisze: „Dobro i zło istnieją naprawdę”… Tym z nas, którzy uważają tę prawdę za oczywistą, warto przypomnieć znamienną uwagę Miłosza z Ziemi Ulro.  Miłosz tak pisał w niej – trzydzieści lat temu – o swoich relacjach ze studentami w Berkeley: „Raz tylko doszło pomiędzy mną a nimi do poważnego konfliktu, kiedy wyraźnie opowiedziałem się po jednej stronie i wyjawiłem przekonanie, że istnieje dobro i istnieje zło, co wydało im się poglądem nieznośnie reakcyjnym…”

To, co akcentuje Pedersen i co pisze Miłosz, wskazuje powagę sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy i dlatego Pedersen wciąż przypomina, że jeśli będziemy ignorować naukę, grozi nam fundamentalizm, jeśli zaś zignorujemy intuicje religijne, redukcjonizm doprowadzi nas do nihilizmu. Chrześcijaństwo zawsze opowiadało się za syntezą nauki i wiary, chociaż najczęściej poniewczasie. Dzisiaj na szczęście jest inaczej i ludzie nauki oraz przedstawiciele religii tworzą stopniowo nowy obraz świata, w którym będzie miejsce dla wiary i rozumu. Nie jest on już tak prosty i oczywisty jak obraz, który przyjmowano w świecie zachodnim aż do początku czasów nowożytnych, ale to chyba tylko przemawia na jego korzyść. Dzięki wszystkiemu, co wiemy dzisiaj o wszechświecie (a jak przypomina Pedersen, 99 procent tej wiedzy posiedliśmy dopiero w ciągu ostatnich stu lat), Wielki Plan budzi jeszcze większy podziw dla Konstruktora… Dlatego warto sięgnąć po książkę Pedersena i warto polecić ją naszym dzieciom. Chociaż świat już na zawsze będzie dla nas odczarowany, może nie należy uważać tego wyłącznie za stratę. Jak pisał Alfred North Whitehead, twórca filozofii procesu, będącej najbardziej zaawansowaną obecnie syntezą nauki i wiary „jedyna prostota, której można ufać, to prostota po drugiej stronie złożoności”.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata