Przekaż 1% podatk ZNAK logo

Polska – Rosja. Trudny dialog

DWUGŁOS o książce:

Białe plamy – czarne plamy. Sprawy trudne w polsko-rosyjskich stosunkach (1918–2008), red. A. D. Rotfeld, A. W. Torkunow, Polsko-Rosyjska Grupa do Spraw Trudnych, PISM, Warszawa 2010, s. 907.

Wydanie rosyjskie: Biełyje piatna – czernyje piatna. Słożnyje woprosy w rossijsko-polskich otnoszenijach, AspektPress, Moskwa 2010, s. 823.

 

Andrzej Nowak

Powrót „białych plam”

Pierwsze wrażenie: wielka księga. Waży chyba parę kilogramów: blisko tysiąc stron formatu A4, gruby papier, duża czcionka. Tak się wydaje książki pomniki, z których trudno korzystać. Nie sposób zabrać jej w podróż ani czytać przy śniadaniu. Można ją tylko rozłożyć na pulpicie, dużym biurku albo postawić na półce. Czy celem tak wydanego tomu jest popularyzacja wiedzy, czy raczej udokumentowanie „akademii ku czci”?

Szesnaście dziedzin (w tym dwanaście okresów chronologicznych od 1918 do 2009 roku oraz cztery zagadnienia przekrojowe), a w każdej głos badacza z Polski i z Rosji. Nie ma nazwisk „zdobiących” antypolskie publikacje w najnowszej historiografii rosyjskiej – Lwa Sockowa, Michaiła Mieltiuchowa, Natalii Narocznickiej, Jeleny Jakowlewej, Aleksandra Szyrokorada i dziesiątków innych, których książki cieszą się w Rosji większą popularnością aniżeli prace autorów zaproszonych do tomu. To dobrze i źle. Dobrze, ponieważ podnosi poziom książki. Źle, gdyż nie oddaje tego, co rzeczywiście „trudne” w relacjach polsko-rosyjskich, czyli skali funkcjonowania szokujących kłamstw i propagandowych manipulacji.

Białe plamy… zaczynałem czytać od końca – od bardzo obszernego artykułu profesora Marka Kornata podsumowującego aktualny stan badań stosunków polsko-radzieckich, pracy, która sąsiaduje z analizą Inessy Jażborowskiej. Oba teksty stanowią mistrzowską syntezę dorobku historiografii polskiej i rosyjskiej ostatnich dwudziestu lat, bardzo zresztą różnego pod względem poziomu i uwarunkowań politycznych. Ich lektura zachęciła mnie do przestudiowania całego tomu od początku.

I tu właśnie pojawia się problem zasadniczy, którego nie sygnalizują dwa wspomniane teksty. Powtórzę: przedstawiają obraz stosunków polsko-radzieckich w nowej historiografii polskiej i rosyjskiej. Tytuł tomu zapowiada natomiast coś innego: Sprawy trudne w relacjach polsko-rosyjskich (1918–2008).

Wstęp do książki został napisany wspólnie przez Adama Daniela Rotfelda i Anatolija Torkunowa, współprzewodniczących Grupy do spraw Trudnych, powołanej już w 2002 roku z inicjatywy prezydentów Kwaśniewskiego i Putina, a ożywionej w roku 2008 z nadzieją na nową polityczną „odwilż” na linii Kreml–Warszawa.

Dialektyka Putina

Pierwsza wątpliwość: czy nauka związana bezpośrednio z politycznymi nadziejami, choćby najszlachetniejszymi, a już zwłaszcza z instytucjonalizacją owych nadziei (a tym właśnie jest Grupa do spraw Trudnych), może zachować autonomię? Czy historia pisana lub układana w jednym tomie w związku z pewnym celem politycznym może być dobra?

We wstępie nie znalazłem śladu refleksji nad kwestią fundamentalną: czy można utożsamiać historyczną rzeczywistość kryjącą się za pojęciem „radziecki” z tym, co wyraża pojęcie „rosyjski”? W jakim stopniu, na jakiej zasadzie, w jakich kontekstach?

Czytam: „Naszym wspólnym zadaniem było to, żeby publikacja prezentowała zarówno polski, jak i rosyjski punkt widzenia kluczowych kontrowersyjnych problemów w relacjach między naszymi państwami i narodami” (s. 15).

Czy ZSRR był państwem Rosjan? Czy tylko Rosjan? Co to znaczy: „rosyjski punkt widzenia” na rozmaite etapy historii państwa sowieckiego? Czy to punkt widzenia „ofiary” czy podmiotu tej historii? Czy to jest punkt widzenia Lenina czy Mikołaja II? Feliksa Dzierżyńskiego czy Borysa Sawinkowa? Władimira Putina czy Władimira Bukowskiego? Niestety, redaktorzy tomu nie zastanawiają się nad tym ani przez chwilę. Wybierają, zgodnie z zamówieniem politycznym, punkt widzenia Putina.

Współprzewodniczący Grupy do spraw Trudnych opatrują wstęp skrzydlatą myślą Putina ze spotkania w Smoleńsku z 7 kwietnia 2010 roku: „prawda oczyszcza”. Pewnie tak muszą. Warto jednak przypomnieć, że – jak to określił profesor Borys Sokołow – wystąpienie Putina w Smoleńsku, zwłaszcza na konferencji prasowej po spotkaniu z premierem Tuskiem, zanurzone było „po kolana w kłamstwie”.

Premier Rosji wyłożył dialektykę relacji między tym, co rosyjskie, i tym, co sowieckie w historii ZSRR. Powiedział, że takim samym kłamstwem jak „zatajanie prawdy o rozstrzeliwaniach w Katyniu” jest dążenie do „zwalenia winy za to na naród rosyjski” (jak dalej wyjaśnił, chodzi o próby „zwalania winy” na państwo rosyjskie). Użył cytowanego później w mediach stwierdzenia, że zebrał nas (czyli premiera Rosji i premiera Polski) tu (czyli w Katyniu) „wspólny wstyd”.

Wstyd (niektórych) Rosjan za zatajanie prawdy o zbrodni katyńskiej i wstyd (niektórych) Polaków za przypisywanie jakiejkolwiek odpowiedzialności za tę zbrodnię państwu rosyjskiemu.

Aby nie było wątpliwości, że w relacjach z Rosjanami mamy powody do wstydu, na konferencji prasowej wrócił do odnowionego przez Gorbaczowa kłamstwa propagandy sowieckiej: Polacy powinni pamiętać, że doprowadzili do śmierci „trzydziestu dwóch tysięcy” jeńców Armii Czerwonej w wojnie 1920 roku. W tym wypadku „sowiecki” (Armia Czerwona) równa się po prostu rosyjski. W poprzednim – w Katyniu – absolutnie nie!

Wspominam o tej dialektyce, zaciążyła ona bowiem nad ogromną częścią recenzowanego tomu, którą tworzy dwanaście rozdziałów – analiz relacji polsko-sowieckich z lat 1918–1991. Ograniczę się, dla przykładu, do dwóch pierwszych.

Najpierw lata 1917–1921. Zbierający podstawowe ustalenia historiografii polskiej tekst Darii i Tomasza Nałęczów nie odkrywa nowych faktów, ale rzeczowo informuje o najważniejszych uwarunkowaniach politycznych i wydarzeniach militarnych wojny z lat 1919–1920. W swej narracji autorzy nie zastanawiają się jednak nad tym, jak wojna sowiecko-polska lokuje się w perspektywie stosunków rosyjsko-polskich, a przecież trwała wówczas jeszcze wojna domowa w Rosji.

Warto było się zatrzymać bardziej nad tym, czy Piłsudski, odmawiając faktycznie pomocy „białej” Rosji latem i jesienią roku 1919, nie przyczynił się, w imię postrzeganego przez siebie polskiego interesu państwowego, do krzywdy milionów Rosjan pod sowieckim panowaniem? Czy mógł postąpić inaczej? Czy zmieniłoby to wynik wojny domowej?

To jedne z najważniejszych pytań w relacjach polsko-rosyjskich w XX wieku. Tu jednak znajdują się na marginesie, podobnie jak udział rosyjskiego ośrodka politycznego po stronie Piłsudskiego w wojnie z bolszewikami w 1920 roku (Sawinkow). Jakby podświadomie następuje utożsamienie – przynajmniej w perspektywie tematu całego tomu – tego, co rosyjskie, z państwem sowieckim.

W analizie traktatu ryskiego brak refleksji, że ziemie w nim dzielone nie były ani rosyjskie, ani polskie, lecz ukraińskie i białoruskie, że tak jak cała wojna z lat 1919–1920 nie dotarła na ziemie etnicznie rosyjskie, tak również ani piędź ziemi rosyjskiej nie dostała się w wyniku tej wojny pod panowanie polskie.

O tym, że problem odrębnego – od Rosji – znaczenia Ukrainy (i Białorusi) w relacjach z Polską zepchnięty jest tu na margines, świadczy między innymi (nie tylko zresztą w tekście Nałęczów) pomyłka w imieniu Petlury, konsekwentnie w całej książce nazywanego Semenem. To tak, jakbyśmy Piłsudskiego nazywali Osipem.

Polityczna arytmetyka

Autorzy czują się za to w obowiązku wytłumaczyć z losu jeńców sowieckich w polskiej niewoli i jakby bezrefleksyjnie utożsamiają wszystkie ofiary, czerwonoarmistów, z Rosją, z rosyjskością.

W kwestii samej liczby zmarłych w niewoli zdają bardzo rzetelnie sprawozdanie ze wspólnych, rosyjskich i polskich ustaleń badaczy tego zagadnienia, podsumowanych w fundamentalnym tomie dokumentów opublikowanym w Moskwie w 2004 roku.

We wstępie do owego tomu najbardziej autorytatywny historyk tego okresu po stronie rosyjskiej ujął to następująco: „Najprawdopodobniej w niewoli zmarło 18–20 tysięcy czerwonoarmistów (12–15 procent ogółu wszystkich tych, którzy dostali się do niewoli)” (Priedisłowije rossijskoj storony, w: Krasnoarmiejcy w polskomu plenu w 1919–1922 gg. Sbornik dokumientow i matierjałow, Moskwa 2004, s. 14).

Ten sam historyk Giennadij Matwiejew, profesor Uniwersytetu Łomonosowa w Moskwie, jest w omawianym przez nas tomie autorem tekstu opisującego okres 1917–1921. Tak pisze o jeńcach sowieckich: „Za pomocą nieskomplikowanych obliczeń arytmetycznych można orientacyjnie określić, że mogło umrzeć od 25 tysięcy do 28 tysięcy ludzi, czyli około 18 procent czerwonoarmistów faktycznie przebywających w niewoli” (s. 80).

Co się stało pomiędzy 2004 a 2010 rokiem, że profesor Matwiejew tak znacząco zwiększył liczbę ofiar „polskich obozów”? Czy powołuje się na nowe, nieznane wcześniej źródła? Nie, stosuje tylko nową, choć nieskomplikowaną arytmetykę, aby zbliżyć się do liczby „rosyjskich ofiar” z 1920 roku, na którą chętnie powołuje się Putin. Zgodnie z założeniem propagandowym „anty-Katynia”, o którego wymyślenie prosił już w 1988 roku historyków z Akademii Nauk ZSRR Michaił Gorbaczow, powinna ona przewyższać wyraźnie liczbę polskich ofiar z operacji katyńskiej (minimum 22 700).

Bardzo to smutne, podobnie jak cała przeprowadzona w tekście Matwiejewa rekonstrukcja stosunków polsko-sowieckich (czy polsko-rosyjskich) z lat 1918–1921. Wedle historyka to Piłsuski podjął „decyzję o wojnie na Wschodzie” (s. 62). „Co się zaś tyczy samej Polski, to bolszewicy ani w 1918, ani w 1919 roku nie mieli konkretnego planu wkroczenia na jej terytorium” (s. 63).

Autor sugeruje, że bolszewicy byli gotowi iść na Berlin, omijając Polskę – poprzez Litwę… Matwiejew doskonale wie o powołaniu w taborach idącej na zachód na przełomie 1918 i 1919 roku Armii Czerwonej pierwszego „rewolucyjnego rządu” dla Polski, którego skład ogłoszono nawet w rządowych „Izwiestijach” 6 lutego 1919 roku. Tylko o tym fakcie nie wspomina. Potrzebne jest bowiem wrażenie, że to Polska, Piłsudski, jest agresorem w całym dwudziestowiecznym konflikcie „polsko-rosyjskim”. Zastanawiająca jest ujawniona w tekście Matwiejewa skłonność do tworzenia obrazu równowagi w relacjach między stroną polską i sowiecką (rosyjską?), także w wojnie z lat 1919–1920. Gdy pisze o wcielanych w życie latem 1920 roku planach sowietyzacji etnicznej Polski, ujmuje to w taki oto sposób: „O ile w 1919 roku warunki dyktował Piłsudski, o tyle teraz czyniła to strona radziecka” (s. 74). Czy Piłsudski kiedykolwiek szedł na Moskwę, zagrażał politycznemu (i etnicznemu) centrum Rosji?

Konkluzja wywodu Matwiejewa jest charakterystyczna dla odnowionej w ostatnim dziesięcioleciu w Rosji szkoły opisywania relacji państwa sowieckiego ze słabszymi sąsiadami. To oni, w tym przypadku Polska, powodowani chorymi ambicjami uniezależnienia się od rosyjskiego centrum geopolitycznego, skazują nie tylko siebie, ale także cały region, a ostatecznie całą Europę na niestabilność i wielkie nieszczęścia (s. 77).

Przemilczana zbrodnia

Podobna linia znajduje swoją kontynuację w kolejnych tekstach tomu. Drugi rozdział nosi beztroski tytuł Lata dwudzieste, lata trzydzieste. Znów jest to historia politycznych relacji Polski i ZSRR, a nie problemów relacji polsko-rosyjskich.

Profesor Wojciech Materski tłumaczy się z rzekomego paktu Beck – Hitler, o którego antysowieckim sensie tyle kłamstw napisali także zawodowi historycy w Rosji w ostatnich latach.

Znakomity polski badacz tłumaczy się także z polskiego prometeizmu. Zapewne dlatego że pragnie odpowiedzieć na publikowane w Rosji w latach ostatnich „nadinterpretacje” tego nurtu w projektach politycznych obozu piłsudczykowskiego. Na zagadnienie losu Polaków w ZSRR w latach trzydziestych zostaje mu tylko jedna strona. Jakże to niewiele.

Jeśli jest bowiem jakieś „zagadnienie trudne” w stosunkach polsko-sowieckich, to jest nim na pewno właśnie ta zbrodnia – największa i zarazem najbardziej zapomniana. Jedynym kryterium wyboru ofiar mordu było polskie pochodzenie etniczne – dokładnie tak, jak kilka lat później w Holocauście kryterium takim stanie się pochodzenie żydowskie.

Przypomnijmy: zgodnie z rozkazem 00485 z 11 sierpnia 1937 roku (podpisanym formalnie przez ówczesnego szefa NKWD Nikołaja Jeżowa) wszczęto trwającą aż do połowy listopada 1938 roku operację przeciwko polskiej mniejszości w ZSRR. Skazano 139 835 osób, w tym 111 091 na karę śmierci. Wyroki wykonywano natychmiast.

Jak obliczył historyk Uniwersytetu Harvarda profesor Terry Martin, w czasie tak zwanej wielkiej czystki Polak mieszkający w ZSRR miał trzydzieści jeden razy większą szansę zostać rozstrzelanym, niż wynosiła przeciętna dla innych grup narodowościowych w tym najstraszliwszym okresie stalinowskiego terroru. Dlaczego? Czy nie jest to pytanie, nad którym warto się było zastanowić w tym tomie? Polaków w ZSRR zabijano tylko dlatego, że byli Polakami. We wszystkich operacjach skierowanych przeciw Polakom w okresie wielkiej czystki zginęło ich nie mniej niż dwieście tysięcy. To dziesięć razy więcej niż w operacji katyńskiej. Ponad czwarta część wszystkich Polaków mieszkających w ZSRR, w tym ponad połowa dorosłych mężczyzn.

Profesor Materski nie wspomina o tych danych nie ze złej woli czy z powodu niewiedzy. Po prostu uległ osobliwej logice opisu stosunków międzypaństwowych między II RP a ZSRR, którą narzuciła „polityka historyczna” realizowana konsekwentnie w Rosji Putina.

Historia na zamówienie

Takie nastawienie prezentuje w groteskowy sposób tekst Aleksandra Riewiakina. Nie będę go streszczał. Wystarczy przytoczenie tego, co autor pisze o okresie wielkiej czystki: „represje stalinowskie” nie tylko „spadły na Ludowy Komisariat Spraw Zagranicznych”, ale także w ich konsekwencji pracownicy sowieckiej dyplomacji „znaleźli się pod bardzo silnym naciskiem opinii publicznej poszczególnych państw, któremu również nie byli się w stanie przeciwstawić”. Dalej historyk zarzuca Polsce, że pisała w ogóle o czystce w ZSRR, co miało dowodzić uprzedzeń jej prasy wobec Moskwy (s. 115, 116). O jakichkolwiek polskich ofiarach wielkiej czystki Rewiakin nawet nie pomyślał.

W podobnym duchu pozostają również lepsze merytorycznie teksty, między innymi Walentyny Parsadanowej (lata 1941–1945) czy Albiny Noskowej (lata 1945–1955), a ze strony polskiej – artykuły Albina Głowackiego (kompromitująco słaby) i Włodzimierza Borodzieja, a przede wszystkim Władysława Stępniaka podejmującego problem „zbiorów przemieszczonych” ­, czyli polskich archiwów zrabowanych przez Armię Czerwoną po napaści na Polskę we wrześniu 1939 roku (autor porusza ten problem w taki sposób, że w ogóle trudno się domyślić, że rzeczywiście dokonano takiego rabunku, nie mówiąc już o jego gigantycznej skali).

Ze strategii niedomówień i uników wyłamują się na szczęście znakomite analizy Natalii Lebiediewej, Sławomira Dębskiego czy Andrzeja Grajewskiego. Wiele innych artykułów rzetelnie zdaje jedynie sprawę ze stanu badań.

Rosyjska edycja omawianej książki ma dotrzeć do wszystkich uczelni w Federacji Rosyjskiej. To dobrze, bo jej czytelnicy dowiedzą się (od Lebiediewej) kto odpowiada za Katyń. Będą mieli jednak również okazję do zastanowienia się, czy historia uprawiana wprost na polityczne zamówienie może się obronić jako nauka.

(Niestety, rosyjska wersja różni się w pewnych „szczegółach” od polskiej. Jeden przykład: świętej pamięci Andrzej Przewoźnik napisał, iż przedmiotem zniecierpliwienia i irytacji Polaków są „działania zmierzające do ukrycia i zafałszowania prawdy o mordzie katyńskim, podejmowane po 1990 roku również przez historyków i publicystów związanych z kręgami rządowymi Federacji Rosyjskiej” (s. 332). W wersji rosyjskiej ten sam fragment brzmi minimalnie inaczej: prawdę o mordzie katyńskim ukrywają i zafałszowują „istoriki i publicisty swiazannyje s prawitielstwiennymi krugami Polskoj Riespubliki [historycy i publicyści związani z rządowymi kręgami Rzeczpospolitej Polskiej]” (s. 335). Więcej komentarzy nie trzeba.)

Blisko ćwierć wieku po ogłoszeniu „głasnosti” przez Moskwę i pierwszej akcji wywabiania „białych plam” ze stosunków polsko-sowieckich musimy wracać do najbardziej prymitywnego etapu historycznej refleksji: wyjaśniania fundamentalnych kłamstw. Co działo się z Rosją przez ostatnie dwadzieścia pięć lat, że trzeba znów tłumaczyć, kto kogo zabił w Katyniu?

 

ANDRZEJ NOWAK, historyk, sowietolog, profesor Instytutu Historii PAN oraz Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ostatnio opublikował Ojczyzna Ocalona. Wojna sowiecko-polska 1919–1920 oraz Od Polski do post-polityki. Intelektualna historia zapaści Rzeczpospolitej (2010).

 

Trudny dialog

Andrzej de Lazari

W zapomnianej przez polityków Etyce solidarności Józef Tischner pisał: „Dialog oznacza, że ludzie wyszli z kryjówek, zbliżyli się do siebie, rozpoczęli wymianę zdań. Początek dialogu – wyjście z kryjówki – już jest dużym wydarzeniem. (...) Rzetelny dialog wyrasta z pewnego założenia, które musi być przyjęte – wyraźnie lub milcząco – przez obydwie strony: ani ja, ani ty nie jesteśmy w stanie poznać prawdy o sobie, jeśli pozostaniemy w oddaleniu od siebie, zamknięci w ścianach naszych lęków”.

Budowanie wzajemności

Wątpię, by Anatolij Torkunow czytał Tischnera, jestem jednak przekonany, że wraz z Adamem Rotfeldem i innymi autorami Białych plam... postanowił w praktyce zrealizować ideę rzetelnego dialogu, choć razi mnie nieco tytuł rozdziału wstępnego – Poszukiwanie prawdy.

Przypomnę: Tischner wyróżniał „trzy prawdy” i jeżeli zakładamy dopuszczalność różnych interpretacji tego samego faktu historycznego, jesteśmy raczej przy Tischnerowskiej drugiej prawdzie, czyli przy „tyz prowda”.

Sens rozdziału wstępnego lepiej oddałby tytuł Poszukiwanie porozumienia. Bo jak, dla przykładu, odnaleźć prawdę w odpowiedzi na pytanie postawione przez Albinę Noskową: „wyzwolenie czy okupacja, zwycięstwo czy przegrana” Polaków po przepędzeniu Niemców z terytorium Polski?

Noskowa odpowiada jednoznacznie: „wyzwolenie kraju przez żołnierzy Armii Czerwonej i Wojska Polskiego spod okupacji nazistów to zwycięstwo, albowiem naród został ocalony od wyniszczenia”. I trudno wyobrazić sobie Rosjanina, który pomyślałby inaczej i zaakceptował polską prawdę o nowym zniewoleniu.

Ale bez trudu można sobie wyobrazić porozumienie w ocenie tej kwestii, które Noskowa proponuje, cytując węgierskiego pisarza Sándora Máraia: „Wielki naród za cenę niesłychanych ofiar odwrócił pod Stalingradem hołoble historii (…). Wszystkim, których faszyzm prześladował, ten młody żołnierz przyniósł swego rodzaju wyzwolenie, wybawienie od terroru nazistowskiego. Lecz wolności przynieść nie mógł, albowiem sam jej nie miał”.

Czyż nie jest to słuszna myśl? I jakże zgodna z Tischnerowską: „Pierwszym warunkiem dialogu jest zdolność »wczuwania się« w punkt widzenia drugiego. (...) W pierwszym słowie dialogu kryje się wyznanie: »z pewnością masz trochę racji«. Z tym idzie w parze drugie, nie mniej ważne: »z pewnością ja nie całkiem mam rację«. (...) Podejmując dialog, jestem tym samym gotów osobistą prawdę drugiego uczynić częścią mojej prawdy o nim, a prawdę o sobie uczynić częścią jego prawdy. Dialog to budowanie wzajemności”.

Owo „budowanie wzajemności” najpełniej uwidacznia się w tekstach świętej pamięci Andrzeja Przewoźnika i Natalii Lebiediewej o zbrodni katyńskiej.

Lebiediewa tak podsumowała swoją wypowiedź: „Prawda o tragedii katyńskiej ma decydujące znaczenie nie tylko dla rodzin i bliskich zamordowanych, ale również dla narodów obydwu krajów. Poczuć ból innych jak swój własny, być zdecydowanym, aby nie dopuścić do powtórzenia się czegoś podobnego w przyszłości – to jedyny sposób zbudowania mostu przez katyńską przepaść. I bardzo ważne jest, aby nie pozwolić, żeby ten most został zburzony z tej lub z tamtej strony”.

To przesłanie odniósłbym do całej książki. Żadnemu z autorów nie można odmówić dobrej woli, umiejętności współodczuwania oraz chęci porozumienia. Nawet tym, których poglądów nie akceptujemy.

Rosyjski/sowiecki

Ubolewam, że wśród autorów nie znalazł się ani jeden filolog. Wzajemne niezrozumienie wynika niejednokrotnie ze źle dobranych słów i mój sprzeciw budzi polski tytuł publikacji: Sprawy trudne w polsko-rosyjskich stosunkach (1918–2008).

O ile z pewnymi oporami gotów byłbym przejść do porządku dziennego nad tytułem rosyjskim: Słożnyje woprosy w rossijsko-polskich otnoszenijach, gdyż mówi on jednoznacznie o stosunkach pomiędzy państwami, a nie narodami (pojęcie rossijskij odnosi się do wieloetnicznego państwa, a nie do etnosu rosyjskiego), o tyle nie mogę zaakceptować w polskim tytule utożsamienia etnicznej rosyjskości z sowieckością. Język polski nie rozróżnia pojęć russkij i rossijskij, rozróżnia natomiast rosyjskość i sowieckość. Dlatego książkę należało zatytułować Sprawy trudne w polsko-sowieckich i polsko-rosyjskich stosunkach (1918–2008).

Nie zapominajmy o tym, że państwem sowieckim do 1953 roku rządził Gruzin Józef Stalin, zaś sowiecką bezpiekę założył Polak Feliks Dzierżyński, i rządził nią do 1926 roku. Po nim władzę w bezpiece przejmowali: kolejny Polak Wiaczesław Mienżyński (do 1934), Żyd Henryk Jagoda (do 1936), Litwin Nikołaj Jeżow (do 1938), Gruzin Ławrientij Beria (do 1953) i Rosjanin Siergiej Krugłow (do 1956). Dlaczego więc za zbrodnie komunistyczne mają odpowiadać wyłącznie Rosjanie?

Na bolszewicką „nieetniczność” w okresie międzywojennym sensownie zwrócił uwagę Aleksandr Riewiakin: „Radzieccy dyplomaci byli z przekonania i światopoglądu marksistami, komunistami. Naturalne było dla nich dzielenie ludzi ze względu nie na narodowość, ale na status społeczny (...). Żadne »solidarne« uprzedzenie do Polski i Polaków nie mogło się u nich pojawić także z innego powodu – sami byli przedstawicielami różnych narodowości (najczęściej wspominani w tym szkicu radzieccy dyplomaci to Ormianin, Bułgar, Żyd i Ukrainiec)”.

Ich przeciwnikiem był „wróg klasowy”. „Burżuazyjną” kategorię narodu i narodowości wyrzucili na śmietnik, by „proletariusze wszystkich krajów” mogli się połączyć w bezklasowym społeczeństwie.

Nie rozumiem więc, dlaczego profesorowie Rotfeld i Torkunow nie zadbali o to, by tytuł ich dzieła nie utożsamiał rosyjskości z sowieckością. Tym bardziej że Nikołaj Bucharin w rozdziale Polacy i Rosjanie. Wzajemna percepcja odnotował: „Z zewnątrz dzisiejszej Rosji nadal czynione są próby narzucenia kompleksu winy historycznej za wszystkie grzechy totalitaryzmu stalinowskiego. Paradoks polega na tym, że Związek Radziecki zniknął, a rusofobia poza granicami Rosji nabrała wielkich rozmiarów”.

I w kolejnym akapicie: „Należy pamiętać, że totalitaryzm radziecki wyrządził szkody nie tylko narodowi rosyjskiemu, ale także polskiemu i innym narodom. Dlatego na przykład nie tylko Polacy, lecz również Rosjanie powinni pamiętać o tragicznych kartach historii stosunków radziecko-polskich. Nie wolno pozostawiać ofiar zbrodni katyńskiej pamięci jedynie Polaków. To również część składowa pamięci Rosjan”.

Bucharin jest człowiekiem młodym. Nic więc dziwnego, że choć mówi o obowiązku rosyjskiej pamięci, nie czuje się odpowiedzialny za zbrodnie komunistyczne i wyraźnie odróżnia rzeczywistość sowiecką od rosyjskiej, z którą się utożsamia.

Stalinowski sentyment

Nie można tego powiedzieć o Giennadiju Matwiejewie, który synonimicznie potraktował pojęcia russkij, sowietskij i rossijskij. Wojna z lat 1919–1920 jest dla niego raz „polsko-rosyjskim konfliktem zbrojnym” (polsko-russkij woorużonnyj konflikt, czyli konflikt etniczny), a raz „wojną polsko-radziecką” (polsko-sowietskaja wojna). Historyk stara się wręcz „odbolszewić” konflikt, twierdząc, że „strona radziecka od samego początku kampanii kwietniowej na Ukrainie starała się przedstawić swoje działania jako obronę narodowego terytorium rosyjskiego [russkoj territorii] przed obcym najeźdźcą”.

Matwiejew pomija całą ówczesną propagandę klasową z odezwami typu „Wojujemy z pańskim rodem, a nie z polskim pracującym ludem!”, by wojnę polsko-bolszewicką przedstawić jako konflikt narodowy, a nie próbę „wyzwalania mas pracujących spod ucisku polskiego pana”. Sowiecka Rosja jest dla niego niestety „etniczną” Rosją.

Sentyment do czasów sowieckich oraz próby obrony polityki Stalina widoczne są również w tekście Walentiny Parsadanowej o czasach wojny (1941–1945). O tendencyjności jej wypowiedzi najlepiej świadczy zdanie usprawiedliwiające nieudzielenie pomocy powstańcom warszawskim w sierpniu 1944 roku: „Polscy politycy nie liczyli się z życiem żołnierzy radzieckich, swoich zresztą również”.

Autorka pisze wprawdzie dalej, że „Stalin, mający władzę absolutną, mógł wydać dowolny rozkaz, działając na zasadzie cel uświęca środki. Jednak w latach 1944–1945 decydujące dla kierownictwa radzieckiego były względy geopolityczne. Pomoc dla powstania, skierowanego przeciw tym racjom, nie odpowiadała państwowo-politycznym interesom Moskwy”, jednak pierwsze zdanie zakłada, że w odróżnieniu od polityków polskich Stalin „liczył się z życiem żołnierzy radzieckich”, co nijak przecież nie odpowiada faktom.

Nie dziwi więc w interpretacji Parsadanowej jakoby „naukowa” konkluzja: „Stosując naukowe podejście do sprawy odpowiedzialności polityków za podejmowane decyzje, powinniśmy stwierdzić, że odpowiedzialność za śmierć  dwustu tysięcy warszawiaków ponoszą w pierwszej kolejności polscy politycy, którzy zaplanowali powstanie i wezwali Polaków do udziału w nim bez uzgodnienia swojej decyzji z dowództwem radzieckim”.

Artykuł Parsadanowej jest najbardziej radziecki w całej książce. „Wojna Ojczyźniana” pozostaje niepodważalną świętością dla rosyjskiej polityki historycznej i trudno liczyć, by rosyjscy historycy odważyli się przekroczyć granice oficjalnej interpretacji. Na to mogą sobie pozwolić artyści.

Wojciech Materski w swoim polemicznym tekście przedstawia rzecz jasna absolutnie inną, negatywną ocenę polityki Stalina, sumując zaś problem odpowiedzialności politycznej za upadek Powstania Warszawskiego przytacza znamienny Dziennik podróży Włodzimierza Wysockiego (w tłumaczeniu „łódzkiego” Michała Jagiełły):

 

Chcieliśmy przez Wisłę, z marszu, jak się da

I płakali wszyscy, słysząc wciąż »Nielzia!«

Było, minęło – lecz do dzisiaj w sercu

Niczym odłamek tamte sprawy tkwią:

Bezsilny szloch naszych krasnoarmiejców

I ten haniebnie zatrzymany front.

Czemu stały armie sześćdziesiąt trzy dni

Patrząc, jak powstanie nurza się we krwi?

Ponoć był to atut, taka nasza gra,

Żeby wiedział Zachód, kto tu rację ma.

 

ANDRZEJ DE LAZARI, sowietolog, historyk idei, profesor Uniwersytetu Łódzkiego. Ostatnio wydał Polskie i rosyjskie problemy z rosyjskością (2009).

 

Poszerzona wersja recenzji ukazała się w kwartalniku „Sprawy Międzynarodowe” 2011, nr 1.

 

 

Zobacz także

Komentarze

ban707

Facebook

Newsletter

Zapisz się do newslettera
i odbierz kod rabatowy!

Najpopularniejsze