70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. AKG/BE&W

Mapa, czyli świat na wynos

Mapa to też granice. Rysują je od czasu do czasu politycy, paląc cygara i popijając whisky. Biorą do ręki grube kredki i kreślą sobie niechlujne zawijasy. Narysowane tak granice wchodzą później do głów i ludziom się wydaje, że powinni ich bronić. A bronić powinni jedynie czystości rzek i powietrza. Bo za narysowany świat nie warto umierać.

Mapa jest bezkrwista.
Jörg Krämer

 

Kaligrafia miejsca

Mapa to pojęcie pustawe i wewnętrznie wymarłe. Da się żyć na ziemi, wyrastając z niej – albo w nią wrastając, ale nie da się żyć na mapie. Mapa nie ma soków, z których coś mogłoby wyrastać i wegetować. Na początek zatem taka możliwość mapy słownej Andreasa Kalwosa:

Ty Morze Ikaryjskie
znasz, Muzo! To jest Patmos,
Tam Korazje, Kalimnos,
żywiąca miodne pszczoły swym wonnym kwieciem.
Tu wyspa aloesów i Kos,
wyspa szczęśliwa,
co świat nasz obdarzyła
Apellesem,
i dała Hipokratesa[1].

Trzeba mieć w ręce mapę, żeby z przyjemnością przeczytać te strofy? A może poetyckie słowa to już mapa? Wewnętrzna kaligrafia miejsc? Mimetyczna gra?

 

Etymologicznie

Łacińska etymologia naszego polskiego słowa „mapa” zaskakuje, jest bowiem banalna. Żadnych poetyckich wzniosłości deskrypcji przestrzennych i topograficznych.

Rzymianie bowiem rzeczownikiem „mappa” określali kawałek płótna do wynoszenia resztek po uczcie, gdy chcieli wziąć coś ze sobą z wiktuałów i darów stołu na drogę. Po prostu opakowanie do jedzenia na wynos. Tym była rzymska mappa.

W chrześcijańskim wokabularzu łacińskim średniowiecza mappa to baldachim albo także obrus na kościelnym ołtarzu. Mapa zatem mogłaby być metaforą nieba i ziemi, firmamentem i niziną nadmorską, baldachimem i nakryciem ołtarza życia.

Z tych dwu źródeł powstała geograficzna mapa. Dobrze, że są te dwa słowa. Stają się źródłową metaforą naszej mapy, obrazu geograficznego całej ziemi i konkretnych miejsc, rzek i mórz, tej doliny i tamtego pogórza. Inne języki europejskie nie mają tak ciekawej nazwy mapy. Niemiecka mapa, czyli die Karte, pochodzi z greckiego i łacińskiego (χάρτης, charta, carta), podobnie jest w szwedzkim etc. Z kartką można zrobić wszystko, można uczynić wiele z jej patologiczną cierpliwością. Język angielski, z którego do polskiego prawdopodobnie przeszła mapa, zna a map. Nawet wschodniosłowiańskie języki (rosyjski, ukraiński, białoruski) wolą słowo „karta” niż bogate metaforycznie „mapa”. Tylko chorwacki ma coś świeżego w swoim zemljovid, narysowanym na papierze obrazku przestrzeni. Języki romańskie czerpią i z mapy, i z karty, np. portugalskie cartão.

 

Mapa jako przemoc

Mapa wygląda pięknie ze wszystkimi barwnymi żyłkowaniami oraz pastelowymi brzuszkami wzgórz. Niczym liść brzozy pod lupą. Niczym wnętrze ludzkiego i zwierzęcego organizmu. Wydaje się przeto, że mapa pełna jest życia, dobroci i czystej witalności, w której wszystko pulsuje. Ale mapa to też granice. Rysują je od czasu do czasu politycy, paląc cygara i popijając whisky. Biorą do ręki grube kredki i kreślą sobie niechlujne zawijasy. Są to później granice państw i rozmaitych form przemocy. Granice narysowane w salonie zadymionym cygarami wchodzą później do głów i ludziom się wydaje, że powinni ich bronić. A bronić powinni jedynie czystości rzek i powietrza. Bo za narysowany świat nie warto umierać.

 

Mapa i mitologia

Mapa nie musi być dokładna. Dlatego pierwszą mapą była mitologia. Każde miejsce ma swe bóstwo i opiekuńczego ducha. Rozmieszczenie sił boskich daje sporą orientację w terenie i w życiu. Grekom w określaniu i zapamiętywaniu przestrzeni – jako wychowawca i ekspert z zakresu „wiedzy międzyobszarowej” – wystarczał długo Homer. I jako historyk, i jako teolog, i jako filozof, i jako geograf, i jako kartograf. Mityczny obraz przestrzeni przestał jednak być dla Greków aktualny wtedy, gdy zaczęli kolonizować i zasiedlać wybrzeża Morza Śródziemnego i Morza Czarnego. Potrzebowali czegoś bardziej realnego, konkretnego, sprawdzonego, żeby osiedlać się na nowych nieznanych terenach i budować miasta w obcych sobie krainach. Pojawiła się praktyczna konieczność tego, co nazwali periplus albo periegesis, opisu wybrzeża, brzegu morskiego, gdzie dałoby się bezpiecznie zawinąć okrętem, posadzić krzew winorośli i zbudować dom. I zacząć nowe życie, nie całkiem zresztą nowe, bo grecko oswojone, życie w greckim stylu, lecz ulokowane już na terenach nieattyckich, nielakońskich, niebeockich.

Około roku 500 przed Chrystusem niejaki Hekatajos z Miletu, który był synem Hegesandrosa, opisał kulistą Ziemię ówcześnie Grekom znaną – od Gibraltaru, Hiszpanii, Italii, Tracji, Pontu, Syrii, Egiptu aż po Libię. Z jego pism dotarły do naszych czasów jedynie urywki. To była nadzwyczajna próba narysowania mapy z liter – całej ówczesnej oikumene. Próba stworzenia – jak się to określa po niemiecku w filologii klasycznej – Schreibenkarte (tj. mapy pisanej).

Dla obieżyświata Herodota wizja mapy okrągłego świata była naiwnością. Herodot krytykował nieco pyszałkowato właśnie chyba Hekatajosa, gdy pisał: „Śmiech mnie zbiera, gdy widzę, jak wielu już nakreśliło obwód Ziemi, a nikt rozumnie go nie objaśnił. Bo kreślą oni Okeanos, jakoby on dookoła opływał ziemię, która jest zaokrąglona niby pod dłutem tokarskim, a Azję czynią równą co do wielkości Europie. Ja więc w niewielu słowach podam wielkość każdej części ziemi i jak każda z nich musi być nakreślona”[2]. Także pitagorejczycy mieli twierdzić (pod koniec V w. przed Chrystusem), że Ziemia jest okrągła, wtórował im wędrowny bard i krytyk mitów Ksenofanes z Kolofonu.

 

Mapa dla Io

Jeden z pierwszych przewodników, dający jakby mapę ucieczki, a także spełniania losu, przedstawił Ajschylos, którego z kartografią chyba nikt nie kojarzy. W Prometeuszu w okowach czytamy o tym, jaką drogą ma podążyć prześladowana Io. Wszystko się zaczyna w wersecie 561. tragedii od pytania, które stawiamy każdej mapie: τίς γῆ (tis gē) – jaka to ziemia? Jaką ta ziemia ma nazwę? Jakie ma właściwości? Jak się tutaj żyje? Jakie rosną drzewa? Czy płynie niedaleko rzeka?

Kto tutaj mieszka? Z kim mam w tym konkretnym miejscu do czynienia? I Prometeusz przykuty do skały kreśli mapę dla córki Inacha, którą kąsa złośliwy giez. Prometeusz powie jej coś o drodze, którą przemierzy. Ma iść na wschód, przez stepy, ma spotkać Scytów; pójdzie też Io na południe: spotka Amazonki nad Morzem Czarnym; pójdzie aż do Azji. Ajschylos bez wątpienia popisuje się znajomością mapy, gdy Prometeusz przypomina w swoim dramacie nieszczęsnej Io, którędy uciekała wcześniej. Mapa ucieczki Io przed zazdrosnym okiem Hery to szczera zapowiedź jej cierpienia. Znajdzie spokój dopiero nad Nilem; w Kanobos wreszcie zostanie uzdrowiona. Egzotyczna mapa Io jest mapą ludzkiego wędrowania przez obce strony życia: nigdzie człowiek nie jest ani bezpieczny, ani nigdzie nie jest u siebie. To dziwna scena, bo Io dostaje od Prometeusza mapę. Io nie spotkała tytana przypadkowo (jej potomek uwolni go z kaukaskich kaźni), ale to nie zatrzymuje jej w drodze, biegnie w amoku dalej. Io jest ślepa, oślepiona bólem – jak każdy, kto żyje. Nie żyjemy podług map. Nie chodzimy prostymi drogami. Biegamy po wertepach na oślep.

 

Jezus jako mapa

Gdy Jezus mówi, że jest drogą, przedstawia się jako jedna z danych mapy, szczegół kartograficzny. Apostołowie pytają Jezusa o mapę, podobnie jak Io pyta Prometeusza o drogę. Nachmurzony i skonsternowany Tomasz mówi do Jezusa, że uczniowie nie wiedzą, dokąd On się udaje. Skąd mieliby znać drogę? Nie wiedzą nic o kierunku. Nikt nie dał im planu tej podróży, trasa nie została wyznaczona. Wtedy Jezus mówi otwarcie, że to On jest drogą (J 14, 6 b): Ἐγώ εἰμι ὁδὸς (egó eimi he hodòs). Nie jest to mapa uniwersalna, każdy trzyma w ręce swoją. Został określony jednak zarówno kierunek, jak i style poruszania się. Oraz została zapowiedziana nieustanna zmiana krajobrazu dookoła.

Biblia to książka oparta na poetyce kinetyki zakrojonej na wielką skalę. Traktat o ruchu pieszym oraz różnych rodzajach map, przewodników, planów marszu. Zarówno w Starym, jak i w Nowym Testamencie bezustannie się idzie, krąży się. Wędruje się ustawicznie. Kto tylko może, ciągnie dokądś: od proroków po Pawła z Tarsu z jego wszystkimi przygodami. Wszyscy ciągle dokądś śpieszą, podążają albo się błąkają, bo tak też bywa. Królestwo Boże to krążenie. Linie są wytyczone, kłopoty są tylko z czytaniem mapy.

Dopiero monastycyzm średniowieczny uczyni cnotę ze stabilitas, czyli z nieprzemieszczania się. Do dzisiaj, niestety, coś z tej idei nieruchomości Kościoła pozostało; a tam gdzie nie ma woli chodzenia, aktywności, niepotrzebna jest również żadna mapa; zbędne stają się całkowicie słowa Jezusa o tym, że jest drogą i arterią.

 

Geopoetyka

Mapa to zapis postrzegania. Dyskurs, który uzgadnia poetycko mapę, przestrzeń, słowo, literaturę, kartografię, nazywamy geopoetyką. Nie wiem, czy mapa byłaby ideą całkowicie otwartą, jak chcieliby Gilles Deleuze i Félix Guattari, którzy pisali: „Mapa jest otwarta, daje się połączyć we wszystkich swych wymiarach, daje się zdemontować, odwrócić, podatna jest na stałe modyfikacje. Może zostać rozdarta, odwrócona, może zostać przystosowana do montażu każdego typu. Może być wzięta na warsztat przez jednostkę, grupę, formację społeczną. Można ją narysować na murze, uważać za dzieło sztuki, konstruować jako działanie polityczne albo medytację”[3]. Mapa jest jedynie narzędziem – nie warto jej absolutyzować, raczej wciąż aktualizować, intepretować, poprawiać. Lepiej słuchać odgłosów, wsłuchiwać się w ptasie trele i szum morskich fal.

 

Krótkie żywoty map

Andrzej Stasiuk chwali się, że jego mapa coś utrwala, a jednocześnie żali, że mapa jest narracją o czasie dokonanym: „Moja mapa (…), jak zresztą każda stara mapa, ocala świat, a jednocześnie pokazuje jego rozpad, jego przemijanie”[4]. Mapa to memento mori dla tego, co domowe, ojczyźniane, i dla najbliższej sercu okolicy. Mapa, którą można ozdobić ścianę, bo jest kolorowa, bo kształtami czaruje, swe życie ma zawsze krótkie; mapa podobna do skrzydeł motyla, motyle życie wiedzie mapa. Karl Schlögel, otwierając swój esej pt. Czas map. Czas zamknięty w mapach, powie wprost: „Mapy tracą swoją ważność zazwyczaj już w momencie wydania”[5]. Pisarz, poeta z mapą może jednak wiele. Rzecz zapowie Sándor Márai: „Teraz, kiedy historia znowu zajmuje się geografią, pora, by pisarze pilnie wzięli się do roboty i stworzyli nową mapę duszy. Nie ma już tego Wiednia, Barcelony czy Madrytu, które pamiętamy. Na ich miejscu jest coś nowego i innego. Granice mapy duszy zostały zatarte. Na ich miejscu powstały nowe miasta, nowe pomniki. Pisarz wspomina i uświadamia to sobie. Bierze miarę z czasu i świata. Dopasowuje kawałki pamięci. To jego zadanie”[6].

 

Mapa jako czytanka

Mapa traci jakąkolwiek wartość, gdy nie ma do niej legendy. Bez alfabetu mapa to bohomazy. Bez legendy nie przeczyta się mapy. W legendzie zaś słyszymy przymus czytania mapy (w etymologii słowa „legenda”) wedle wyłącznie jakiejś jasno określonej zasady lub wizji. „Legenda” i „lektura” to dwa słowa wywodzące się z łacińskiego czasownika legere. O ile w legendzie tkwi jasno określona konieczność przyjęcia jednej interpretacji, o tyle w lekturze słychać odemknięcie się na przyszłość, na zamiar subiektywnego wzięcia i rozproszenia sensów. Mapy nie można czytać tak, jak się chce i jak się komu podoba, bo wówczas byłaby tylko malowidłem.

Najważniejsza z danych, które zawiera legenda, to skala. Wymiar z mapy i wymiar ze świata to dwa różne wymiary. Spotykają się w naszym wyobrażeniu – to znaczy w naszym braku wyobraźni, bo tylko dzięki temu jesteśmy w stanie negocjować nieogarnioną rzeczywistość z malunkami mapy.

 

Mapa, palec, rana

Antwerpski artysta Henri de Braekeleer (1840–1888) namalował obraz z mapą. Widzę na nim może kartografa, może geografa, a może marynarza, który szykuje się do jakiegoś rejsu. Mężczyzna na obrazie Braekeleera nie tyle czyta jedną ze stronic opasłego atlasu rozłożonego na pulpicie, ile raczej dotyka namalowanych miejsc, obmacując punkty przedstawionego terytorium z przejęciem, podekscytowaniem, pasją. Jest to ten sam dotyk, który pamiętam z obrazu Caravaggia, gdzie św. Tomasz wkłada palec do mięsa zmartwychwstałego Jezusa. Jest to czy tego nie ma? Istnieje? Nie istnieje? Wydaje mi się tylko? Nie wydaje mi się? Ciekawski Tomasz, wścibski Tomasz; entuzjasta wiedzy pewnej i nie do obalenia; zdziwiony, zszokowany, przerażony wciska rękę do rany. I św. Tomasz mistrza Caravaggia, i ten geograf-marynarz Braekeleera sondują paluchem coś fenomenalnego: jeden narysowany ląd, którego nie zna i gdzie jeszcze prawdopodobnie nigdy nie był, drugi – przebóstwione ciało swego Pana pod ostatnim żebrem, coś, w co nie był w stanie uwierzyć. Moment weryfikacji to palec w boku Jezusa. Jedna z najdowcipniejszych scen w ewangeliach.

Ta ostrożna ekspedycja, w której bierze udział tylko palec, a jeszcze nie cały człowiek, wciąga po jakimś czasie jednak w nieznaną przestrzeń (mapy, ciała) całe jestestwo. Przygięte plecy geografa / marynarza Braekeleera, pochylona i lekko usztywniona z wysiłku szyja, lewa dłoń oparta na lewym kolanie. Ten człowiek broni się przed wołaniem, kuszeniem czeluści mapy; powstrzymuje swe ciało, żeby nie ześlizgnęło się przypadkiem w przerażającą, widmową namiętność mapy. Albo w nieabstrakcyjny świat, który reprezentuje mapa, a który nie wygląda na swojski i (okieł)znany.

Mapa, jakkolwiek pozwala zbliżyć się do przestrzeni, produkuje dystans; nie daje komfortu panowania nad przestrzenią, choć nim mami. Mapa dla oczu i mózgu może być całym światem – ale dla dłoni wędrującej po mapie może już być znakiem nietutejszości. Mapa to złudzenie bycia gdzie indziej. Utopia z konkretnie zaznaczanymi miejscami, nazwami i wymierzonym co do milimetra fragmentem świata. Dzięki mapie można nosić całe miasto, cały kraj, cały świat w kieszeni (również w najdokładniejszej formie satelitarnej).

 

Mapa, orientacja, Orient

Mapa nas orientuje, czyli odwraca we wschodnim kierunku, w kierunku duchowości.

Świątynie budowano – nie tylko te chrześcijańskie – wedle zasady orientacji, a więc z mapą w ręce. Raj był na Wschodzie. Jakkolwiek promienie słońca zachodzącego są piękniejsze, bo koloru czerwonawego i pomarańczowego, pracują zatem na dłuższej fali. Honoriusz z Autun pisał: „Budowle świątyń zwraca się zatem w stronę Wschodu, gdzie wstaje słońce (ubi sol oritur), ponieważ w ten sposób czci się Słońce Sprawiedliwości i zaświadcza o tym, że na Wschodzie jest nasza ojczyzna, Raj”[7]. Chodzi tutaj o mapę świętej przestrzeni, co potwierdza Romano Guardini[8].

 

[1] A. Kalwos, Na Samos, tłum. M. Borowska, w: Arcydzieła literatury nowogreckiej, t. III, Warszawa 2004, s. 107.

[2] Herodot, Dzieje, tłum. S. Hammer, oprac. R. Turasiewicz, Wrocław 2005,  s. 306 [IV, 36].

[3] G. Deleuze, F. Guattari, Kłącze, tłum. B. Banasiak, „Colloquia Communia” 1988, nr 1–3, s. 234.

[4] A. Stasiuk, Fado, Wołowiec 2006, s. 38.

[5] K. Schlögel, Czasy map. Czas zamknięty w mapach, w: W przestrzeni czas czytamy. O historii i geopolityce, tłum. I. Drozdowska, Ł. Musiał,  posłowie H. Orłowski, Poznań 2009, s. 79.

[6] S. Márai, Cztery pory roku, tłum. F. Netz, Warszawa 2015, s. 60.

[7] Cyt. za: S. Kobielus, Człowiek i ogród rajski w kulturze religijnej średniowiecza, Warszawa 1997, s. 91.

[8] R. Guardini, Znaki święte, tłum. J. Birkenmajer, Wrocław 1987, s. 77.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter