70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Strach reżymu

Katastrofa czarnobylska jeszcze raz potwierdziła najstraszniejsze rzeczy o systemie sowieckim – całkowite deprecjonowanie ludzkiego życia, ogólnie przyjęte traktowanie człowieka jak najzwyklejszego zasobu, zyskującego wartość jedynie w odpowiednich rubrykach statystycznych.

Trudno mi – któremu na świadectwie urodzenia odciśnięto sierp i młot, który jednak w systemie sowieckim przeżył jedynie pięć pierwszych lat swojego dzieciństwa – uwierzyć, że istnieli ludzie wierni idei komunizmu. Z jednej strony winna jest temu historia mojej rodziny, w której są i zesłańcy, i ci, którzy zawsze pozostawali blisko prześladowanego Kościoła. Wierzyli w Boga, a nie w komunizm, wyznawali miłość bliźniego, a nie ideologiczną równość „folwarku zwierzęcego”.

To prawda, byli tacy, którzy wierzyli w socjalizm. Zdecydowanie nie wszyscy z nich byli „ciemniakami”, fanatykami ani dwulicowymi oportunistami, jak dziś może być wygodnie ich przedstawiać. Cała ta ideologia zawierała kuszącą obietnicę lepszej przyszłości. Obietnicę, która upadła po zderzeniu się z konkretną rzeczywistością. Czytając biografie tych, którzy wierzyli w ideę komunistyczną, najciekawszą rzeczą jest wytropienie punktu przełomowego, który stał się otrzeźwieniem, rozwianiem się fałszywych iluzji. Dla jednych takim przełomem były zesłania, inni musieli doczekać wydarzeń w Budapeszcie z 1956 r., jeszcze innym oczy otworzyła praska wiosna.

To wyliczenie można jeszcze uzupełniać i kontynuować, jednak istotnym akcentem jest tu to, że katastrofa w Czarnobylu z 1986 r. nie mogła już być takim momentem przełomowym. Nie mogła z jednego zasadniczego powodu – w komunizm w tym czasie mogli wierzyć jedynie całkowicie ślepi fanatycy, którym nic już nie pomogło przejrzeć na oczy, nawet krwawy 13 stycznia. Wprawdzie byli jeszcze tacy, którzy udawali wierzących, dopóki było to dla nich wygodne w zachowaniu pozycji, władzy i przywilejów.

Katastrofa w Czarnobylu jest ważna z innego względu. Nazwałbym ją nekrologiem dla całego imperium sowieckiego. Nekrologiem, w którym było zapisane, jakim bogom, według słów poety Bernardasa Brazdžionisa, był wierny ten twór – kłamstwu, zemście, przemocy, podłości, zdradzie, morderstwu i strachowi[1]. Katastrofa czarnobylska jeszcze raz potwierdziła najstraszniejsze rzeczy o systemie sowieckim – całkowite deprecjonowanie ludzkiego życia, ogólnie przyjęte, powszechne traktowanie człowieka jak najzwyklejszego zasobu, zyskującego wartość jedynie w odpowiednich rubrykach statystycznych. Jednak czy czegokolwiek z tego nie wiedziano już wcześniej? Na pewno nie. Nie wiedziano albo przynajmniej nie uświadamiano sobie do końca czegoś innego – tego, jak reżym w istocie boi się zwykłych ludzi, oraz tego, że właśnie strach stał się najbardziej podstawową siłą napędową całego systemu.

W czasie gdy wybuchła elektrownia w Czarnobylu, odbywała się tzw. pierestrojka – próba zreorganizowania w jakiś sposób potępionego systemu i zachowania imperium. Jednak Czarnobyl świetnie pokazał, że ci, którzy siedzą tam, na szczycie, wypuścili już wodze ze swoich rąk i nie są w stanie utrzymać porządku. System zastosował tradycyjną taktykę – kłamstwo. Jednak to kłamstwo było już inne. Wynikało nie z wiary we własną moc narzucania ludziom takiej czy innej pozycji albo przynajmniej zmuszania ich do pozorowania wiary. Wynikało ze strachu – strachu przed prawdą, strachu przed ludźmi, strachu przed wolnością. Cytując znów słowa Bernardasa Brazdžionisa: „Przerażali ich żyjący, że są żywi / i trupy zmarłych nie dały spokoju / ani w czasie śniadania, ani kolacji / ani gdy pili wodę, ani gdy piwo, ani gdy wódkę / ani w salach sądowych, ani podczas uczt / ani w domu pośród ścian czterech / ani w podróży w szczerym polu / I strachem grozą objęci, wściekali się, żeby się go wyzbyć /ale jeszcze silniej ich dusił swoimi żelaznymi kleszczami”[2].

Porównajmy dwie daty – rok 1979 i 1986. W 1979 r. papież Jan Paweł II namawia wiernych, żeby się nie bali. Wciąż jeszcze widzi ludzi skutych strachem i przytłoczonych represyjnym systemem. W roku 1986 strach nie jest już problemem społeczeństwa, ale władzy. Władza się boi i dlatego ukrywa informację o tragedii w Czarnobylu, rozumiejąc, że to jeszcze bardziej przyspieszyłoby procesy destabilizacji.

Rezultatem agonii i strachu reżymu był „bananowy bal” z września 1988 r., gdy w Wilnie rozpędzono pokojowy wiec obywateli, czy tragiczne wydarzenia ze stycznia 1991 r. Powtórzę zatem – katastrofa w Czarnobylu, która nie ujawniła niczego nowego o naturze reżymu sowieckiego, była niczym papierek lakmusowy, pozwalający lepiej zrozumieć jego stan. Szala przechyliła się na drugą stronę – władza bała się ludzi bardziej niż ludzie władzy. Późniejsze wydarzenia tylko to potwierdziły.

Gdy wybuchła elektrownia w Czarnobylu nie miałem nawet roczku. O wszystkim dowiedziałem się już później. Wiedza ta ograniczała się do faktów z podręczników do historii i geografii. No tak, wiedziałem, że przemocą wysłano grupę litewskich chłopców do likwidacji awarii. Ale tylko tyle. Cała ta tragedia jakoś ciężko wpisywała się w moją opowieść o historii, która układała się w szkole czy na uniwersytecie. Być może dlatego że mimo wszystko była to dotykająca nas, ale nie nasza tragedia? Być może dlatego że chcieliśmy się koncentrować na innych, o wiele bardziej pozytywnych rzeczach – już wkrótce miała miejsce pierwsza demonstracja przy pomniku Adama Mickiewicza w Wilnie, wkrótce narodził się Sąjudis, wkrótce ludzie stworzyli Bałtycki Łańcuch, a wreszcie zaświtał 11 marca, zatem po co komu Czarnobyl?

A być może najzwyczajniej dlatego że nie potrafiłem pojąć tej historii, wiedząc o ludziach z Czarnobyla, ale nie widząc w ich kręgu konkretnych postaci z ich historiami, przeżyciami i doświadczeniami. Człowieka łatwo zamienić w najprostszą etykietę. Taką, która z jednej strony pomaga lepiej zrozumieć okoliczności, uogólniać i wyciągać wnioski, jednak, z drugiej strony, działa jak kwas niszczący indywidualne cechy. Etykietę, której być może nie zerwiesz przez resztę życia i która będzie się za tobą ciągnąć jak przekleństwo. Etykietę, która wzbudzi zainteresowanie tobą, jednak nie jako konkretną osobą, lecz raczej jako jedną z kręgu naznaczonych jakimś wyjątkowym znamieniem. Większość zainteresuje się jedynie tym znamieniem, tą być może jedyną chwilą, która zmieniła twoje życie. Cała reszta jest nieciekawa…

Czarnobyla, podobnie jak innych wielkich katastrof naszego wieku, nigdy nie zrozumiemy, jeśli będziemy na nie patrzeć jedynie przez pryzmat statystyki, jeśli w każdym człowieku będziemy próbować dopatrywać się jedynie jakiegoś wspólnego mianownika, wspólnej dla wszystkich etykiety. Takie katastrofy możemy zrozumieć, tylko widząc konkretnego człowieka i jego tragedię. W przypadku Czarnobyla decydującym przełomem dla mnie samego stała się książka Swietłany Aleksijewicz Czarnobylska modlitwa – książka złożona z monologów świadków, którzy przeżyli tragedię. O co modlą się w tej książce ludzie przedstawiający swoje monologi? Nie o żadne dobra ani przyjemności, ale o najzwyklejszą rzecz – o bycie wysłuchanym bez żadnych wcześniejszych założeń, bez konieczności odpowiadania na ważne dla nas pytania, a po prostu o możliwość mówienia tego, co jest istotne dla nich samych. Umiejętność wysłuchania, czego doświadczyłem na własnej skórze, to klucz nie tylko do zrozumienia Czarnobyla, ale i innych podobnych katastrof historycznych, których ofiary często bywają pogrzebane pod stosami statystyk, oficjalnych przemówień, nagród państwowych, emerytur i różnych innych wypłat, zniżek i zimnych monumentów. Pogrzebane, ale nie wysłuchane i nie zrozumiane.

[1]Autor odwołuje się do wiersza Baimės kultas (Kult strachu) – przyp. tłum.

[2] Fragment wiersza Baimės kultas (Kult strachu) – tłum. własne.

_

Tłumaczył Kamil Pecla

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter