70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Skok w ciemność

Prawdziwym miejscem spotkania chrześcijaństwa i reszty świata, miejscem symbolizowanym przez Boże Narodzenie jest nadzieja. Nadzieja bez miłości nie daje owoców, podobnie jak wiara bez nadziei prowadzi do nietolerancji. Ale to nadzieja oddziela tych, którzy widzą skok w ciemność jako koniec rzeczy, od tych, którzy postrzegają go jako nowy początek.

W rozdziale osiemnastym Księgi Mądrości, od wersetu czternastego do szesnastego, czytamy:

Gdy głęboka cisza zalegała wszystko,

a noc w swoim biegu dosięgała połowy,

wszechmocne Twe słowo z nieba, z królewskiej stolicy,

jak miecz ostry niosąc Twój nieodwołalny rozkaz,

jak srogi wojownik runęło pośrodku zatraconej ziemi.

I stanąwszy, napełniło wszystko śmiercią:

nieba sięgało i stało na ziemi.

Oczywiście powinienem zacząć od wyjaśnienia, dlaczego wybrałem tak osobliwy tekst jako początek kazania adwentowego. Księga Mądrości rozpoczyna się rozważaniem na temat wiedzy o świecie rządzonym przez Boga, która jest udziałem mędrca. W dalszych jednak częściach księgi mądrość ukazywana jest coraz bardziej jako coś egzystencjalnego, coś, co działa i wpływa na historię, nadając jej zazwyczaj rewolucyjny kierunek. Przedstawiona tu koncepcja mądrości, podobnie jak w innych księgach mądrościowych należących do tradycji hebrajskiej, zmienia swą postać: pierwotnie ukazana jako Sophia przechodzi w Logos, rozumienie obiektywnej rzeczywistości zmienia się w doświadczenie boskiej siły wkraczającej w świat i przemieniającej go. Dalsza część księgi jest alegorycznym komentarzem do wyjścia z Egiptu – z punktu widzenia autora kluczowego zdarzenia w historii. Tekst odnosi się do faktów ściśle z nim powiązanych: święta Paschy, śmierci pierworodnych w rodzinach egipskich i ostatecznego pożegnania Izraela z Egiptem. Ewangelie również przedstawiają życie Chrystusa w nawiązaniu do tej historii: Jego narodziny odzwierciedlają narodziny Mojżesza, Jego chrzest – przejście przez Morze Czerwone, etc. Dlatego też cytowany tekst ze wszystkich poprzedzających Nowy Testament najbliższy jest słynnemu fragmentowi Ewangelii według świętego Łukasza o narodzeniu Jezusa: „W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoją trzodą” (Łk 2,8).

Oczywiście łagodny, idylliczny, sielankowy opis Łukasza, który zdobył naszą wyobraźnię i podbił nasze serca, pobrzmiewa zupełnie innym tonem, niż tekst, który właśnie odczytałem. Chrześcijańscy poeci – tak bardzo ceniący czas pokoju pod panowaniem Oktawiana Augusta, kiedy bramy świątyni Janusa były zamknięte, oznajmiając zawieszenie działań wojennych w chwili narodzin Księcia Pokoju – poszli w ślady świętego Łukasza otaczając narodziny Chrystusa atmosferą cichej spokojności. Istnieją też jednak inne wersje opisu narodzenia Chrystusa, które przypominają, że Słowo Boże jest mieczem tak samo, jak narzędziem pokoju, że dzieli rodziny i niszczy królestwa. W Nowym Testamencie znajdujemy trzy opisy narodzenia Mesjasza. Pierwszy – u świętego Mateusza, który pisze o mędrcach ze Wschodu, drugi – u świętego Łukasza, który wprowadza postaci pasterzy i trzeci, być może najwcześniejszy ze wszystkich, znajdujący się w dwunastym rozdziale Apokalipsy świętego Jana, który przedstawia przerażoną Niewiastę rodzącą Mesjasza na pustyni i Smoka stojącego obok, gotowego pożreć dziecko, kiedy tylko przyjdzie na świat.

Chrześcijańscy malarze pozostawili nam wspaniałe obrazy, na których królowie otoczeni liczną świtą żołnierzy, niewolników i służących niosą hojne dary Dzieciątku. Tyle że święty Mateusz nie wspomina nic o królach. Pisze jedynie o pewnych mędrcach, którzy przybyli do Betlejem zapytać o narodziny Bożego Dziecięcia i powrócili do swojej ojczyzny inną drogą, by uniknąć śmierci z rąk Heroda (Mt 2, 1–12). Podczas panowania tego władcy powszechne były morderstwa i masakry. Jedna z nich miała miejsce w czasie narodzin Chrystusa i przeszła do historii jako „rzeź niewiniątek”. Według jednego z przekazów zginął w niej również syn Heroda. Kiedy ta wiadomość dotarła do cesarza Augusta, zauważył on (nawiązując do tego, że namiestnik Galilei, choć nie był Żydem, przestrzegał żydowskich praw dotyczących koszerności), że bezpieczniej jest być wieprzem Heroda niż jego synem.

Wracając zaś do samego Augusta, nawet jeśli w czasie jego panowania na moment nastał pokój, był to jedynie pokój spowodowany wyczerpaniem po ciągu wyniszczających wojen domowych, z których każda kończyła się czystką wśród przegranych. Kilka lat po narodzeniu Chrystusa rzymskie legiony zostały zdziesiątkowane w germańskim lesie, co pokazało, że plemiona spoza granic Cesarstwa cały czas obserwowały sytuację, czekając, aż nadejdzie ich czas. Nawet jeśli, technicznie rzecz ujmując, okresowo panował pokój, to jest nie prowadzono działań wojennych, nie oznaczało to nawet chwilowej poprawy sytuacji ubogiej części społeczeństwa. Kiedy święty Łukasz zaczyna swój opis Bożego narodzenia wzmianką o podatku nałożonym na wszystkich przez Augusta, powinniśmy sobie uświadomić, że dla ubogich taki dekret był miażdżącym obciążeniem, które trudno sobie nawet dziś wyobrazić, niezależnie od tego, jak bardzo narzekamy na nasze podatki. Ogromna część niewolników w Cesarstwie Rzymskim wywodziła się z obywateli nie mogących spłacić kolosalnych podatków, podobnie jak pożyczek obciążonych oprocentowaniem wahającym się między jedną trzecią a połową pożyczanej sumy. Krew, przerażenie, nędza i upokorzenie były nieodłącznymi elementami tego pierwszego Bożego Narodzenia tak samo, jak Bangladesz i Kambodża są częścią dzisiejszego obrazu świąt.

To dlatego w kalendarzu liturgicznym Boże Narodzenie poprzedzone jest adwentem, ponurym, złowieszczym czasem niosącym ze sobą poczucie niepokoju i zagrożenia życia. Jak uczy nas większość tragedii, powodzenie i dobrobyt częściej są źródłem ułudy niż prawdy, a w Biblii pokój i wolność są zwykle ukazywane albo jako stan z przeszłości, jak w Księdze Hioba (29), którą dziś czytaliśmy, albo jako wizja przyszłości, jak naucza święty Paweł w Liście do Kolosan (3). Miejsce naznaczone krwią i przerażeniem nie jest jedynym miejscem, gdzie można znaleźć Boga, ale tylko w takim miejscu Bóg może się narodzić. Bóg może się bowiem narodzić tylko w kontekście Bożego gniewu. Gniew Boży nie polega na tym, że jakiś zniedołężniały duch miewa napady złości; gniew Boży to objawienie człowiekowi piekła, jakie uczynił ze swojego ziemskiego życia. Kiedy mówimy o śmierci Chrystusa, która ma złagodzić gniew Ojca, chodzi o śmierć na krzyżu, która pozwoliła człowiekowi ujrzeć parę innych spraw poza piekłem. Jednak normalną reakcją na narodziny Boga jest strach, jak ujął to William Blake:

Lecz kiedy znajdą srogie Dziecko,

Wtedy uciekną szybko w Każdą stronę

Przestrach porazi cały wielki region

I krzykną: Dziecko! Dziecko jest zrodzone!

Po adwencie zawsze nadchodzi jednak Boże Narodzenie, co prowadzi nas do pytania o to, jak stało się ono częścią chrześcijaństwa. Jest to wciąż zagadkowa i niewyjaśniona kwestia. Po pierwsze, relacje ewangeliczne o narodzeniu są stosunkowo późne. Najwcześniejsze ewangelie – Marka i Jana – rozpoczynają się od opisów chrztu dorosłego już Jezusa. Poza tym, w przeciwieństwie do Męki Pańskiej, której data jest dokładnie określona przez to, że zbiega się z żydowskim świętem Paschy, w Nowym Testamencie nie odnajdujemy wzmianek o dacie fizycznego narodzenia Chrystusa. Wydaje się, że chrześcijaństwo zadowoliło się przejęciem od innych religii święta przesilenia zimowego, takich jak narodziny słońca obchodzone w mitraizmie i im podobne. Jeśli tak to odczytywać, Boże Narodzenie jest jedynym spośród ważniejszych elementów chrześcijaństwa zaczerpniętym spoza tradycji biblijnej.

Można tu dostrzec jednocześnie negatywny i pozytywny wymiar. Pozytywne jest to, że Boże Narodzenie stanowi punkt styczny reprezentujący spotkanie chrześcijaństwa i innych wierzeń. Za negatywny można uznać aspekt, który znacznie bardziej rzuca się w oczy: Boże Narodzenie było zawsze w gruncie rzeczy świętem świeckim, do którego chrześcijaństwo nie nabyło praw innych niż prawa, by tak rzec, dzikiego lokatora. Na obecnym poziomie rozwoju społeczeństwa pierwotny lęk przed narastającą ciemnością i tym, że światło słoneczne zgaśnie być może już na zawsze, co było prawdopodobnie kluczowym elementem święta przesilenia w jego początkowym kształcie, oczywiście zniknął. Zastąpiła go histeryczna obawa społeczeństwa produkującego dobra w nadmiarze, które zastanawia się, czy przedświąteczne zakupy będą wystarczającym bodźcem napędzającym sprzedaż detaliczną także i w tym roku. W takich warunkach trudno odnaleźć atmosferę pierwotnego świętowania, nawet w jego niechrześcijańskim kształcie. W ciemnościach ławo dostrzec światło, a kiedy je zauważamy, witamy je czule i z radością. Jednak już nie tak łatwo zobaczyć prawdziwe światło w świecie skrzącym się odbiciami z milionów błyszczących, metalicznych powierzchni.

Ideologia świeckich świąt w ich dzisiejszym kształcie ma swe źródła w popularności romantyzmu niemieckiego za panowania królowej Wiktorii i księcia Alberta i odzwierciedla świat powieści Dickensa, wielkich rodów, których sercem byli rodzice, reformy poczty brytyjskiej wprowadzającej znaczki za jednego pensa i marszów weselnych Mendelssohna i Wagnera. I choć oczywiście wszelka ideologia używana w reklamie odnosi się do czegoś, co już nie istnieje, jeśli w ogóle kiedykolwiek istniało, w tym wypadku przepaść między współczesną kulturą antypowieści, wrzasku muzyki rockowej i upadkiem tak rodziny, jak i poczty może być zbyt wielka. Być może też w społeczeństwie, w którym wielkie rodzinne spotkanie częściej jest początkiem nerwicy aniżeli świętowania, potrzebne będzie zakrojone na szeroką skalę przebudowanie ideologii świąt, jeśli chcemy, żeby one przetrwały.

Dzisiejsze świeckie święta są tak czy owak świętowaniem nowego roku, przy czym Święty Mikołaj symbolizuje stary rok, a nowy jest mgliście kojarzony z Dzieciątkiem. Skojarzenie to nie jest forsowane, ponieważ mogłoby prowadzić do niepożądanego rozumienia narodzin Chrystusa i śmierci Świętego Mikołaja jako jednego wydarzenia.

Wszystko się zmienia, gdy już zaakceptujemy tożsamość Boga z człowiekiem, zasadę, że Bóg działa w człowieku tylko w ramach ograniczeń płynących z ludzkiego położenia, a także że boskość w człowieku powinna być kojarzona raczej z cierpieniem i wytrzymałością niż z powodzeniem. Wówczas kończy się życzliwość Opatrzności, która obsypuje podarkami swoją ukochaną klasę średnią, a mniej uprzywilejowanymi przedstawicielami gatunku ludzkiego zajmie się kiedy indziej, która słowami hymnu narodowego pobłogosławi nas i nasze symbole, ale zdyskredytuje działania i obróci wniwecz niegodziwe sztuczki wszystkich innych. Taki Bóg jest martwy, poza tym, oczywiście, że nigdy nie był żywy.

W ten sposób wracamy do pozytywnego wymiaru Bożego Narodzenia, czyli wspólnoty, jaką ono ustanawia między chrześcijaństwem a innymi religiami. Istnieje prawdziwa jedność wrażliwości z rzymskimi Saturnaliami, grudniowym świętem, podczas którego panowie usługiwali niewolnikom, na pamiątkę Złotego Wieku równości symbolizowanego przez Saturna, durnym, bezsilnym rytuałem, który wyrażał przekonanie, że system niewolniczy, na którym opierało się społeczeństwo Rzymu był z gruntu zły. Istnieje też jedność z żydowskim świętem Chanuki, „świętem świateł” upamiętniającym [ponowne] poświęcenie świątyni religii, która przetrwała dwa tysiące lat bez świątyni. Istnieje też jedność ze świętem Jul i innymi poprzednikami naszego świeckiego Bożego Narodzenia, tak lubianymi przez społeczeństwo, jakkolwiek sentymentalne i skłonne do zabaw, to wciąż mające mnóstwo prawdziwie dobrej woli i szczerej tęsknoty za pokojem na świecie.

Za główne cnoty chrześcijaństwa od zawsze uznawano wiarę, nadzieję i miłość. Wiara oznacza przynależność do danej wspólnoty, określa nas jako chrześcijan, żydów, muzułmanów czy marksistów i dlatego jest w niej pewien element wyłączności. A że to siła tworząca więzi społeczne, jest ona siłą niezwykle efektywną: dzięki niej dokonują się wszystkie ważniejsze osiągnięcia na świecie. W jednym ze swoich przemówień Mao Tse-tung przywołał opowieść o człowieku, który chciał przesunąć stojącą przed nim górę, ale mógł przenieść za jednym razem tylko tyle, ile pomieściło się na łopacie. Stwierdził jednak, że oprócz niego są jeszcze jego dzieci, jego wnuki i ich dzieci aż do najodleglejszych potomków, więc wcześniej czy później góra będzie przesunięta. To poświęcenie tak wzruszyło jego boga, że pewnego dnia po przebudzeniu człowiek ten zobaczył, że góra zniknęła. Mao tłumaczy oczywiście, że prawdziwym Bogiem jest zorganizowana wola tłumów. Widzimy tu utożsamienie woli Bożej i ludzkiej, dostrzegamy też powiązanie z chrześcijańskim przekonaniem, że wiara przenosi góry. Problem pojawia się, kiedy uświadomimy sobie, że tylko w nielicznych i bardzo wyjątkowych sytuacjach wola Boża i ludzka są współzależne. W większości przypadków człowiek zachowuje się jak psychotyczna małpa, którą również jest. I nawet cnota wiary, jakkolwiek byłaby ona silna, może wciąż prowadzić w złym kierunku, ku nienawiści zamiast ku miłości, ponieważ jest w niej element wyłączności.

Wiara, która jest wypaczona i zmienia się w nienawiść jest wiarą, która nie jest ani akceptowana, ani uznawana przez Boga, a przynajmniej tak mówi nam Ewangelia: „Wtedy oświadczę im: Nigdy was nie znałem” (Mt 7, 23). Wiara chrześcijańska nie jest opcją lepszą od innych. Stworzyła ona co prawda cywilizację, która przez wiele wieków panowała w świecie zachodnim od Atlantyku po Kaukaz i wciąż jest jedną z ważniejszych sił współczesnego świata. Choć chrześcijaństwo jest olbrzymim osiągnięciem, to kiedy pomyślimy o całej nietolerancji z nim związanej, o prześladowaniach, wojnach „religijnych” i całej zaciekłości, jasnym się staje, że wciąż nie jest to Królestwo Boże, o którym mówił Jezus.

Prawdziwym punktem, w którym spotyka się chrześcijaństwo i reszta świata, punktem symbolizowanym przez Boże Narodzenie jest nadzieja. Nadzieja bez miłości nie daje owoców, podobnie jak wiara bez nadziei prowadzi do nietolerancji. Ale to nadzieja oddziela tych, którzy widzą skok w ciemność jako koniec rzeczy, od tych, którzy postrzegają go jako nowy początek. W Braciach Karamazow Dostojewskiego jeden z braci, Iwan, opowiada drugiemu, Aloszy, o wydarzeniach ukazujących największe okrucieństwa i cierpienia panujące w Rosji jego czasów (księga piąta, rozdział czwarty). Te wydarzenia są dla Iwana dowodem, że Bóg nie istnieje i nie może istnieć. Dokładnie te same wydarzenia w oczach Aloszy dowodzą, że Bóg istnieje i musi istnieć. To, co mnie interesuje w tym miejscu, to nie istnienie Boga, ale istnienie nadziei. To nadzieja, i nic więcej, odróżnia Iwanów tego świata od Aloszów. I to nadzieję, jak zauważył Dante, przebywający wiecznie w piekle musieli najpierw porzucić.

Dzisiejsze czytanie kończy się słowami „nieba sięgało i stało na ziemi”. Kiedy przyglądałem się wyprawom na Księżyc w 1969 roku, wydawało mi się, że najważniejszym momentem nie było samo lądowanie na Księżycu, ale dwie wyprawy wcześniej, moment, w którym załoga okrążając Księżyc znalazła się po jego ciemnej stronie i to, co nazywali „dobrą Ziemią” zniknęło im z pola widzenia. W tamtej chwili zaczęli recytować chrześcijański hymn, który nawiązuje do pierwszych słów Księgi Rodzaju. Byli pierwszymi ludźmi, którzy nie mogli dostrzec Ziemi, z której wyrośli i recytując ten tekst ustanowili zasadę, że naprawdę wielki krok dla ludzkości musi zostać poczyniony właśnie tam. Prawdziwie znaczące wydarzenia ludzkiego życia są ukryte przed wzrokiem w momencie, kiedy zachodzą. Historia Egiptu milczy na temat wyjścia, historia Rzymu nie wspomina o narodzinach Chrystusa, a rok 1971 nie wie nic o jakiejkolwiek duchowej rzeczywistości, która się obecne kształtuje. Nietrudno jest dostrzec anioła zniszczenia z wizji w Księdze Mądrości, biorąc pod uwagę wojny na Bliskim i Dalekim Wschodzie, to, że Ameryka, orędownik demokracji traci rolę przywódcy, a nasz kraj zagrożony jest zapaścią. Nie ma niczego nowego w takich przepowiedniach katastrofy, gdyż były one nieodłącznym elementem krajobrazu przez ostatnie cztery czy pięć tysięcy lat, długo przed czasami Chrystusa. Istnieje jednak różnica między dostrzeganiem po prostu takich wydarzeń, a dostrzeganiem w nich przyćmiewającego cienia mocy, która wciąż o nas walczy. To ta druga wizja zmienia ciemności adwentu w święto jaśniejących świateł, świateł będących chwałą Boga, który jest też Człowiekiem, który wciąż się rodzi i wciąż umiera, a jednak pozostaje niezrodzony i poza zasięgiem śmierci.

Tłumaczyła Marzena Zdanowska

Kazanie adwentowe wygłoszone w kaplicy Victoria College Uniwersytetu Toronto 12 grudnia 1971 roku.


 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata