70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Sean Gallup/Getty

Planeta Piołun

26 kwietnia 1986 r. w Kijowie, w okolicy Szulawki, spadł śnieg. Trwało to może minutę albo dwie. Dzień był już prawie letni, słoneczny, drzewa stały w kwiatach i nad wiśniami i morelami, które o tej porze roku szczęśliwie zasłaniają śnieżnobiałymi weselnymi bukietami koszmarkowatość radzieckiej mieszkaniówki, brzęczały pszczoły – ciepła, basowa nuta w szumie miasta…

Wysiadałam z przepełnionego trolejbusu i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, gdy tylko stanęłam na chodniku, była zmiana oświetlenia: nad prospektem, na pół nieba, nawisła od północy jak górski grzbiet burzowa chmura niewiarygodnej, nieznanej w tamtych, przedcyfrowych czasach jaskrawości: niczym podświetlona od środka; zachód płonął spod niej jakimś zimnym metalicznym blaskiem – jak w atmosferze innej planety.

– Ale pięknie! – westchnął ktoś za plecami.

Pamiętam zachwyt na twarzach przechodniów, oblanych przedziwnym światłem, jak na dyskotece. Podobne kadry, tylko jeszcze bardziej „granatowo” oświetlone, można dziś zobaczyć w Melancholii Larsa von Triera, w scenie, w której bohaterowie wychodzą na ganek oglądać planetę zabójcę: zadarte głowy, zamarłe szerokie uśmiechy… I wtedy spadł śnieg.

Spadał i od razu topniał. Pamiętam, jak śnieżynki lądowały na kołnierzu mojego żakietu – żakiet był biały i ja, śmiejąc się z zaskoczenia, jak wszyscy wokół (tego tylko brakowało: śnieg w środku wiosny! „śnieg na liściach zielonych”, był taki ukraiński hit w latach 60., la-lala-lala!), zdążyłam jeszcze pożałować, że na białym tle nie widać śnieżynek: miałam 25 lat i o śniegu wiedziałam tylko tyle, że mi z nim do twarzy – poprzedniej zimy mężczyzna, w którym byłam zakochana, pocałował mnie wśród śnieżycy, starając się nie strząsnąć śniegowej czapy z moich włosów, i w tamtej chwili widziałam siebie jego oczami. I czułam się piękna.

A już w następnej chwili zauważyłam, że śnieżynki na kołnierzu żakietu zniknęły – o dziwo, nie zostawiając po sobie ani śladu wilgoci…

Gdyby ktoś mnie poprosił, żebym przypomniała sobie wszystkie, jakie tylko w życiu widziałam, przypadki absolutnego, „nadludzkiego” piękna – tego, za jakim tęsknili romantycy i jakie Rilke tak trafnie nazwał „tylko przerażenia początkiem, który jeszcze znosimy” – to na pierwsze miejsce wysunęłaby się nie katedra w Mediolanie, nie Tadż Mahal, nie widok z wagonika na alpejską dolinę i nie zachód słońca nad Atlantykiem w oknie samolotu, ale tych kilka minut radioaktywnego śniegu na kijowskim pl. Zwycięstwa 26 kwietnia 1986 r. Nigdy, ani wcześniej, ani później, nie widziałam takiego nieba – i wiele bym dała, żeby nigdy więcej go nie zobaczyć. Tu pasuje werset z Ewangelii: „Straszna to rzecz wpaść w ręce Boga żywego”! (Hbr 10, 31). Tamto niebo właśnie tak wyglądało: jakby lada moment miał się w nim ukazać żywy Bóg. Tylko nikt nie wiedział, że w tamtej właśnie chwili Bóg wymierzał, która część ziemi na dole ma umrzeć.

„I zatrąbił trzeci anioł; i spadła z nieba wielka gwiazda płonąca jak pochodnia, i upadła na trzecią część rzek i na źródła wód. A imię gwiazdy tej brzmi Piołun. I jedna trzecia wód zamieniła się w piołun, a wielu z ludzi pomarło od tych wód, dlatego że zgorzkniały” (Ap 8, 10–11).

Piołun, „czarnobyl”, Artemisia vulgaris: pierwsze słowo z języka ukraińskiego, które obiegło wszystkie kontynenty – pięć lat przed tym jak na mapie Europy pojawiło się słowo „Ukraina” (a jednak oba te wydarzenia są ze sobą bezpośrednio związane i dziś można już śmiało powiedzieć, że właśnie tamtego dnia, 26 kwietnia 1986 r., radzieckie imperium otrzymało wyrok śmierci, zupełnie jakby gdzieś w komputerze historii włączył się niewidzialny licznik: „do końca ZSRR pozostało xx lat yy miesięcy zz dni”). A 25 lat później pod tą samą gwiazdą przyszły i „wody”, tylko już na przeciwległym krańcu eurazjatyckiego kontynentu: w Japonii. Ile tych wód „zgorzkniało” i ilu z ich powodu „pomrze” – tego na razie nikt z żywych nie wie, tak jak i wówczas nie wiedzieliśmy my w Kijowie.

Tak więc Rilke się nie pomylił (poeci w ogóle rzadko się mylą, po prostu mało kto ich słucha): to naprawdę był początek. Przerażenie przyszło później.

A jeszcze później okazało się, że także z przerażeniem – nawet tym „ostatnim”, apokaliptycznym – człowiek może nauczyć się żyć.

I to właśnie jest moim zdaniem najważniejsze w całej tej historii. A może nawet w całej historii XX w. W dawnych księgach o tym nie pisano – do niedawna w kulturowym arsenale ludzkości w ogóle na to „nie było słów”. My zaś, cała nasza dzisiejsza cywilizacja, skażona „melancholijnym” oczekiwaniem własnego końca niczym organizm promieniotwórczością, dopiero zaczynamy je dobierać – zagospodarowywać strefę milczenia.

Chyba powinniśmy się pospieszyć.

***

Przez te całe 25 lat nigdy o tym nie pisałam. I nikt z moich rodaków ani razu nie spytał mnie dlaczego – o to pytają (dość regularnie) wyłącznie obcokrajowcy. Moi rodacy zbyt dobrze wiedzą, czym jest „strefa milczenia” i jak trudno z niej wyjść. Kiedy rosyjski reżyser Aleksander Mindadze zaprezentował w Kijowie film W sobotę, nakręcony w koprodukcji z Ukrainą i Niemcami, wedle zapowiedzi – „z okazji 25. rocznicy katastrofy w Czarnobylu”– sala kinowa pękała w szwach, ale dyskusja się nie udała: po jakichś 20 min zaczął się masowy „odpływ” widzów z sali. Te „bandyckie namiętności na rosyjskiej prowincji”, które wrzały na ekranie, miały tyle samo związku z wydarzeniami naszej wiosny 1986 r. co jakiś hollywoodzki Taras Bulba z Yulem Brynnerem z historią zaporoskiego Kozactwa, więc kijowianie, przeważnie średniego i starszego pokolenia (ci, którzy pamiętali!), milcząco „głosowali nogami”. Kiedy zapaliło się światło, na fotelach siedziało może z półtora dziesiątka osób. A mnie przypomniał się jeden z telewizyjnych reportaży końca lat 80. – obcy dziennikarze wypytywali w 30-kilometrowej zonie wokół reaktora nielegalnych osiedleńców, którzy po roku tułaczki „po partyzancku” wrócili do rodzinnej wsi: surową, bez uśmiechu babcię w wyszywanym fartuchu, siedzącą przed swoją chatą bez ruchu niczym samuraj – a do niej tulił się sześcio- czy siedmioletni chłopczyk. Dialog, z góry skazany na brak możliwości porozumienia, prowadziły dwie cywilizacje, osiadła i nomadyczna: nomadyczna, ustami dziennikarzy, tłumaczyła babci, że przyniosła jej śmierć i że jedyny sposób ucieczki przed tą śmiercią to dołączenie do nomadów; babcia odpowiadała skąpymi słowami – znacznie wyraźniej przemawiała sama jej twarz: wypisana była na niej niewymawialność przeżytego doświadczenia i bezgraniczna pogarda wobec rządzącej światem ludzkiej głupoty. W pewnej chwili, najwyraźniej utraciwszy nadzieję, że zostanie usłyszana, zamiast odpowiedzi machnęła ręką – „Et!” – i stanowczym ruchem wstała, biorąc wnuka za rękę:

– Chłopcze, idziemy!

I zniknęła w chacie, zamykając za sobą drzwi – też „zagłosowała nogami”.

Odmowa uczestnictwa w rozmowie w obu przypadkach (ukraińska prasa, na co warto zwrócić uwagę, film W sobotę także z życzliwości przemilczała) jest aktem czysto etycznym. Zarówno reżyser, który chowa się za „tematem Czarnobyla” w celu rozwiązania własnych zadań artystycznych, jak i dziennikarze, którzy przyjechali zrobić efektowny reportaż o cudzym nieszczęściu, przede wszystkim łamią, rzecz jasna, pewne zasady moralne – ale równocześnie tworzą i powielają swój własny, pozbawiony związku z rzeczywistością ludzkich przeżyć, „czarnobylski dyskurs”: symulakrum, co jak betonowy sarkofag przesłania sobą tę strefę niewymawialnego doświadczenia i z każdym rokiem samą swoją rozrastającą się masą (książki, filmy, wiersze, spektakle…) coraz bardziej odbiera kulturze szansę na to, by kiedykolwiek do tego doświadczenia dotarła. Bo przecież znacznie łatwiej jest przebić się przez mur milczenia niż przez hałdy kłamstw. Im wyżej rośnie więc taka hałda, tym bardziej atrakcyjnym z moralnego punktu widzenia wyborem wydaje się milczenie. Uważam, że jeszcze z jednego powodu w samej Ukrainie, poza reportażowym dokumentem, na „temat Czarnobyla” powiedziano stosunkowo niewiele, nieporównanie mniej niż na Zachodzie – tych, którzy mogliby i powinni to uczynić (w tym mnie samą), powstrzymywał czysto higieniczny „strach przed koniunkturalizmem”: obawa przed mimowolnym wtopieniem się w głośny i fałszywy chór maruderów, którzy zawsze pojawiają się na miejscu katastrofy. Milczenie było uczciwsze – jakoś bardziej eleganckie czy jak.

Rozumiem, że wszystko to brzmi jak próba samousprawiedliwienia. Ale naprawdę nie mogłam o tym pisać. Dziesiątki razy próbowałam – i rzucałam: wszystko było „nie to” i „nie tak”.

I oto teraz, po 25 latach, zaczynam chyba rozumieć, dlaczego „nie tak”, dlaczego mi się nie udawało – teraz, kiedy do tej samej „strefy milczenia”, nieważne, że od innej strony, podszedł Lars von Trier. Jego Melancholia to film, jak na razie, najbardziej „czarnobylski” spośród wszystkich, które widziałam: pod względem psychologicznym najsilniej współbrzmiący z tym, co my czuliśmy w Kijowie w maju 1986 r. (…)

***

Tamten biały żakiet nosiłam jeszcze długo: był nowy i ładny, a w ZSRR kupienie czegokolwiek nowego i ładnego stanowiło problem aż do końca – to znaczy aż do chwili kiedy się rozpadł. A dozymetrów nie mieliśmy: swój pierwszy (a zarazem ostatni!) zobaczyłam dopiero miesiąc później, pod koniec maja – w jednostce wojskowej, do której pojechałam czytać wiersze. Jako kijowiankę (w oczach całej reszty ówczesnego ZSRR – człowieka z zadżumionego miasta) po występie, w ramach rewanżu za wiersze, oficer nakazał mnie „zmierzyć” – i to było moje, bez cienia przesady, najcenniejsze honorarium w życiu: tym poleceniem oficer na oczach podwładnych łamał „tajemnicę wojskową ZSRR” i ryzykował własną karierę, w razie gdyby na sali znalazł się donosiciel (ale licznik na komputerze historii już tykał: donosicieli bano się mniej niż promieniowania i w obliczu tego większego strachu ludzie prostowali się i nabierali odwagi). Młodziutcy żołnierze „mierzyli” mnie ze wzruszającą, niemal lekarską dbałością. Pamiętam, że „zapiszczały” buty – i chyba mankiety rękawów, ale pod koniec maja i tak wszyscy już wiedzieli, że najwięcej „łapią” buty, ręce i włosy, i dlatego po wejściu do domu trzeba je niezwłocznie „zdezaktywować”, tj. umyć (nawyk mycia głowy tak samo często jak zębów pozostał mi do dziś). Po prostu: myć, myć, póki wystarczy sił, w wersji idealnej – wszystko i bez przestanku. W maju 1986 r. Kijów był najczystszym miastem na Ziemi: dzień i noc po ulicach krążyły polewaczki i czarny gładki asfalt w białych kołnierzach piany mienił się w słońcu jak rentgenowska klisza. Czasem pachniało gabinetem rentgenowskim. A świeżością nie wiedzieć czemu nie pachniało – może dlatego że na ulicy wszyscy staraliśmy się nie oddychać pełną piersią i w ogóle jak najmniej wystawiać nosy z zamkniętych pomieszczeń, a może zwyczajnie na jakiś czas nasz węch uległ przytępieniu. To drugie wydaje mi się bardziej prawdopodobne: wszystkie zmysły były wówczas trochę ogłuszone, jakby wytrącone z równowagi i raz po raz wysyłały mózgowi błędne sygnały, w gardle drapało jak przy przeziębieniu, a bólu nie było (reakcja na izotop jodu, która trwała dokładnie cztery tygodnie – czyli przez okres całkowitego rozpadu), a kiedy komuś niespodziewanie w biały dzień ciemniało przed oczami, nikt nie umiał powiedzieć, czy to skutek napromieniowania, czy reakcja na alkohol (za lekarstwo „na promieniowanie” uważano czerwone wino, i przez cały maj sumiennie wszyscy się nim upijaliśmy, włącznie ze starcami i inwalidami) – innymi słowy, pod względem fizjologicznym wszyscy byliśmy jakby trochę „wykoślawieni”: nasze ciała, te stare dobre kartezjańskie maszyny, zaprogramowane dla fizyki klasycznej, buksowały, tak znienacka wrzucone w „przestrzeń nieeuklidesową”, zupełnie jakby PowerMac usiłował otworzyć plik sformatowany pod MacOS X Lion. 2,5 mln ludzi, wielki magazyn obdarzonych uczuciami PowerMaków, które nagle stały się przestarzałe – oto czym był Kijów w maju 1986 r. I na co, chciałoby się spytać, zdałby mi się ten dozymetr?… Najlepszym „dozymetrem” były pszczoły. Każdego ranka na parapecie ciemniał nowy stosik ich włochatych martwych ciałek, a ja liczyłam: trzy, sześć, osiem… Po liczbie „jedenaście” krzywa pszczelej śmierci zaczęła opadać. Uczucie, z którym każdego ranka po otwarciu okna zmiatałam je z parapetu mokrą ścierką, także nie było niczym nowym: paliło mnie poczucie gatunkowej winy, winy silniejszego wobec słabszego, w tłumaczeniu (bardzo przybliżonym!) na język tegoż samego kartezjańskiego dyskursu (czy może w tym przypadku – kantowskiego?) – „one przecież nic nie rozumieją!”. Właśnie dlatego że one nie rozumiały, a ja rozumiałam, wstydziłam się przed nimi: przed wszystkimi naraz, żywymi, martwymi i nienarodzonymi (Platon mógłby powiedzieć – przed „ideą pszczoły”). Zupełnie jakbym to ja zbudowała im elektrownię atomową, wypchała ją wzbogaconym plutonem i wysadziła w powietrze; jakbym to ja odpowiadała za ich pszczelą śmierć. Z punktu widzenia pszczoły (albo, jeśli ktoś woli, jej „zbiorowego rozumu”) tak zapewne jest. Z punktu widzenia pszczoły nie ma żadnej różnicy między mną a byłym stalinowskim komisarzem ludowym, przewodniczącym komitetu ds. energii atomowej ZSRR akademikiem Petrosjancem, który 6 maja na żywo oznajmił w telewizji wszystkim, co już umarli i jeszcze mieli umrzeć, że „nauka wymaga ofiar!” – oboje należymy do „jednego ula”. I ja sama nie miałam żadnej możliwości usprawiedliwienia się przed żadną pszczołą ani innym owadem – to tylko w dzieciństwie ma się z nimi dwustronny kontakt (weźmiesz na palec biedronkę siedmiokropkę, powiesz jej „biedroneczko, leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba” – a biedronka rozkłada skrzydełka i leci!).

Jak w ogóle wygląda świat z perspektywy pszczoły albo biedronki? Albo jaskółki czy jabłoni – co one czują, dlaczego nic o tym nie wiem?…

I po jakiego grzyba wespół z akademikiem Petrosjancem budujemy elektrownie atomowe i uczymy się języków maszynowych, skoro nawet nie spróbowaliśmy stworzyć najpierw jakichkolwiek sposobów nawiązania kontaktu z nimi wszystkimi – żyjącymi obok nas i w przeciwieństwie do nas całkowicie niewinnymi?…

…Wiosną 2011 r., kiedy cały Internet obiegło zdjęcie z Japonii, na którym przestraszona trzęsieniem ziemi panda przypadła do człowieka i objęła go łapami za nogę, poczułam krótkie ukłucie tego samego gatunkowego wstydu: one wciąż nam ufają! Uważają nas za starszych, za „dorosłych w domu”, i kiedy dom zaczyna się chwiać, biegną do nas po pomoc; myślą, że jesteśmy mądrzejsi… To uczucie jest silniejsze niż odpowiedzialność wobec pokrzywdzonych dzieci: one są wszak „spersonifikowane”, odpowiadają za nie (przynajmniej tak się uważa) rodzice. W maju 1986 r. Kijów był miastem bez dzieci – fakt, nie od razu je wywieziono, niesławnej pamięci „pierwszomajowa demonstracja klasy robotniczej”, na którą zgodnie z poleceniem KC Komunistycznej Partii Ukrainy kijowskie szkoły musiały dostarczyć, dla ubarwienia telewizyjnej relacji, odpowiedni kontyngent małych żołnierzy, odbyła się jeszcze bez protestów (cztery lata później, kiedy społeczeństwo zażądało pociągnięcia winnych do odpowiedzialności, były ukraiński przywódca Wołodymyr Szczerbycki strzelił sobie w głowę, zapoczątkowując tym listę „nomenklaturowych samobójstw” schyłku ZSRR) – ale mniej więcej przez następne dwa tygodnie miasto pustoszało w oczach, „bezdzietniało”, aż wreszcie na każdą kłującą w oczy mamę z wózkiem zaczęto patrzeć nie tyle ze współczuciem, ile z potępieniem: idiotka, co ona sobie myśli!… Jeśli chodzi o nieantropomorficzne formy życia, to takiego „kozła ofiarnego”, na którego można by się zezłościć, nie było: pozostawałeś ty sam. I, jak zawsze w obliczu prawa, jego nieznajomość nie zwalniała cię od odpowiedzialności.

Wybiegając do przodu, powiem, że na początku nowego tysiąclecia przyszło mi przeżyć tę samą „solidarność ze wszystkim, co żyje” (trafniejszego określenia w naszej kulturze to uczucie niestety nie ma!) w formie jednorazowego już szoku, kiedy upubliczniono historię produkcji broni biologicznej w ZSRR w latach 70. i 80. Najsilniej wstrząsnęły mną obrazy z martwego laboratorium na należącej obecnie do Kazachstanu Wyspie Odrodzenia (tak!) na Morzu Aralskim. To nie była przerażająca scena ze Szczęśliwego człowieka Lindsaya Andersona, rzeczywistość okazała się bardziej banalna: piętrowy ceglany barak, ściany, jak w dowolnej radzieckiej instytucji państwowej, pomalowane do połowy farbą olejną, szereg brudnych pustych klatek różnych rozmiarów, od ptasich do małpich, a wśród nich jedna o niejasnym przeznaczeniu – w sam raz na wzrost człowieka. Po tych kadrach przez kilka dni czułam fizyczne nudności na samą myśl, że ja też jestem człowiekiem. Cios był tym silniejszy, że terytorialnie wyrosłam w tym samym kraju – chodziłam do szkoły, studiowałam, podróżowałam, śpiewałam w chórze, pisałam wiersze – a kilka tysięcy kilometrów dalej na wschód w tej klatce ktoś cały czas siedział (spośród skazanych na śmierć? o tym, że takich skazańców tak naprawdę wysyła się „do kopalni uranu”, w późnym ZSRR mówiono prawie otwarcie). W pewnym sensie robiło to ze mnie wspólniczkę – i niczym pleśnią, niewidocznym, jadowitym pyłem kłamstwa powlekało wszystko, czym się zajmowałam: w „zbiorowym rozumie” ludzkości istniała już wówczas inna prawda, do której należałoby przymierzać szkoły i uniwersytety, i tę „ostatnią” prawdę o człowieku znał ten, kto siedział w klatce – po tej samej stronie co świnki morskie i rezusy. Może gdyby ta prawda nie została pochowana razem z nim (czy – z nimi? ilu ich siedziało w tej klatce, jak często ich wymieniano?…), to w maju 1986 r. w takim samym położeniu nie znalazłyby się już miliony nas, tych, którzy dumnie przyznawali sobie określenie Homo sapiens, a kogo trafniej byłoby nazwać – za Arystotelesem – „bezpiórymi dwunogami”?…

– Ludzkość to rak planety – powiedział mi w tamtych dniach mój ukochany (kilka miesięcy później wzięliśmy ślub, który przetrwał jeszcze prawie siedem lat, ale chyba nigdy nie kochaliśmy się tak mocno jak tamtej wiosny). Ukochany był fizykiem i przyjmował wszystkie wydarzenia ze spokojnym, rozważnym fatalizmem – np. niezmiennie wypalał swoją paczkę papierosów dziennie, bo, jak mawiał, przy tej „tablicy Mendelejewa”, którą otrzymywały nasze płuca, różnica między paleniem a niepaleniem była już pomijalna; i na kolejki, które gorączkowo opróżniały apteki ze wszelkich „czarnobylskich placebo”, od spirytusu do węgla aktywowanego, patrzył mniej więcej takim wzrokiem jak w Melancholii Justine na swoją siostrę Claire, która w panice próbuje uciekać na kraj świata; o dziwo, właśnie takie nastawienie było jedynym, które mogło pomóc (tu Lars von Trier dobrze zgadł!), bo przynajmniej pozwalało zachować kontrolę nad własnym rozumem.

Rak planety, jej genetyczny błąd – oto kim naprawdę jesteśmy.

Wtedy po raz pierwszy usłyszałam te słowa, obecnie powielane przez setki ekologicznych stron internetowych i wyświechtane do cna. W Kijowie 1986 r. nie brzmiało to banalnie – i nie wymagało przypisu do źródła (którego, swoją drogą, do dziś nie znam!). (…)

***

Ale chyba jeszcze nie wyjaśniłam najważniejszego. najważniejsze polegało na tym, że w maju 1986 r. stolica pewnego na wpół zapomnianego narodu, miasto zwane we wschodniochrześcijańskiej tradycji „drugą Jerozolimą” i przez analogię do pierwszej też uważane za „wieczne” (początki nieznane, założyciele legendarni, nieprzerwanej historii – co najmniej 15 wieków), nagle i równocześnie całe poczuło się śmiertelne – i przez kilka tygodni, niczym zaciśnięte w pięść, żyło w tym stanie. Wszystkie opisane w stresologii następujące po sobie fazy ludzkiej reakcji na katastrofę („To niemożliwe!”, „Jak to się mogło stać?” i „Dlaczego ja?”) każdy przeżywał, rzecz jasna, po swojemu, ale podmiotem cierpienia było jednak „my”: „my”-miasto, „my”-naród i nieco bardziej w tle, ale nieodmiennie – „my”-ludzkość i „my”-życie[1]. Żadne analogie na nic się tu zdadzą i właśnie to nazywam przerażeniem, można nawet wielką literą – Przerażeniem: poczucie, że koniec świata już nastąpił, tylko dowiedzieliśmy się o tym zbyt późno. Historia się skończyła, pozostała fizyka: puste, lśniące mokrym blaskiem ulice, nieznośnie kwitnące ogrody i parki (miejsca o podwyższonym tle radioaktywnym!), na głucho pozamykane okna, które też gromadnie lśniły w słońcu jak bielma nagłej ślepoty (jak protoobraz naszych dzisiejszych „czarnobylskich zaćm” i wczesnej jaskry…) – planeta bez ludzi, świat umyty i wysprzątany, który zostawiamy po sobie, no właśnie: komu?… Gdyby pośród białego dnia gdzieś w mieście wylądowali kosmici, nikogo by to nie zdziwiło. Pasowałoby to przynajmniej do znanych z poprzedniej epoki zasad kompozycji: zawsze to jakieś rozwiązanie akcji.

Ale kosmitów nie było.

My, którzy nie zdołaliśmy wyjechać (a byli i tacy, którzy nie chcieli, postanowili zostać „ze swoim miastem”, jak ci czarnobylscy samowolni osiedleńcy – tak czy inaczej, powszechny stosunek do tych, którzy szturmowali dworce i w panice uciekali gdzie oczy poniosą, był nieco lekceważący, wyjątek stanowili tylko rodzice z małymi dziećmi, choć może miał tu znaczenie również fakt, że przecież jako pierwsi wyjechali ci uprzywilejowani, „nomenklatura”, zupełnie jak w pierwszych dniach wojny…), spotykaliśmy się za zamkniętymi na głucho oknami, piliśmy naszego „przeciwpromiennego” caberneta (płynu Lugola i tak nie było w sprzedaży!), zachrypłymi, „jodowanymi” głosami starych pylików przekazywaliśmy sobie plotki, dowcipy i nieprzyzwoite wierszyki, patrzyliśmy przez wymyte do czysta szyby na nasze miasto – najpiękniejsze miasto na świecie! – i od czasu do czasu powtarzaliśmy: „Dobre było miasto!” – żart, który w dowolnym towarzystwie zawsze wywoływał śmiech, nieważne, ile razy go powtarzano: pogłoski o możliwej ewakuacji Kijowa, w ślad za Prypecią, krążyły bardzo natrętnie (już po rozpadzie ZSRR dowiedzieliśmy się, że taki wariant naprawdę był „na górze” brany pod uwagę!); równocześnie nad miastem wciąż wisiała groźba wycieku radioaktywnej wody z elektrowni do Dniepru – czyli perspektywa skażenia całego basenu Morza Czarnego, więc cóż nam pozostawało oprócz śmiechu – no przecież nie słuchanie Wagnera?… (Tam gdzie można bez histerii słuchać Wagnera, nie jest jeszcze tak źle!)

Tak przy okazji: u von Triera nikt nie śmieje się, kiedy nadciąga strach, i to jest, moim zdaniem, najlepszy dowód, że jego ludzkość „na nic lepszego nie zasłużyła”. Śmiech jest nie tylko środkiem psychologicznej samoobrony, ale także przejawem społecznej otwartości (nie ze wszystkimi można się śmiać, a już na pewno niespecjalnie da się pośmiać w samotności!); wspólny śmiech jest tak samo niezbędny w związkach międzyludzkich jak wspólne spożywanie pokarmów. Jeśli w rodzinie, nawet w obliczu wspólnej śmierci każdy do końca pozostaje, jak na uroczystym wieczorze, beznadziejnie i samotnie uwięziony w kokonie własnej „roli” („opiekuńczy ojciec”, „czuła matka gospodyni”, „niepokorna buntowniczka dysydentka” – w porównaniu z pierwszą częścią filmu nic się nie zmieniło, wszystkie marionetki pozostały na swoich miejscach!) – i ma odwagę wyjść z tego kokonu i z innymi „wziąć się za ręce” dopiero wtedy, kiedy trzeba uspokoić dziecko pod spadającym na ziemię niebem (a i to nawet – nie wyjść, tylko zmienić „scenariusz gry” – tym razem na dziecięcy, dzięki czemu w ostatnich minutach gra nareszcie, naprawdę „magicznym” sposobem, nabiera sensu: nie dzieli już, tylko łączy) – to takiej ludzkości, zgadzam się, rzeczywiście nic już nie pomoże. W naszych warunkach w takich „kokonach ról” niezmiennie defilowali partyjni ortodoksi, rzecznicy KC partii komunistycznej, którzy swoim zachowaniem bardzo przypominali bohatera Kiefera Sutherlanda (a może to bohater Melancholii 25 lat później naśladował ich?…), i jeszcze oficerowie KGB, którzy jako jedyni byli chyba szczęśliwi, bo przybyło im pracy: pod koniec maja jeden taki przychodził mnie werbować i prawie trzy godz. bohatersko wędrowaliśmy z nim ulicami „na świeżym powietrzu”, zadziwiając nielicznych przechodniów (zaproponował wprawdzie, byśmy poszli do restauracji – w tamtym momencie spacery „na świeżym powietrzu” odradzano już całkowicie oficjalnie – ale na to zgodzić się nie mogłam: restauracja to już, było nie było, „początek umowy”, po którym odmówić „współpracy” byłoby znacznie trudniej, więc łykanie dodatkowej porcji mikrorentgenów – jaka już różnica, kilka w tę czy w tamtą? – było znacznie bardziej atrakcyjnym wariantem). Pięć lat później kraj tych wszystkich smutnych panów też okrył się własną Melancholią, i jeśli niejeden z nich tak samo poważnie uznał to za „wybuch planetarny” (czy też, wedle słów rosyjskiego prezydenta, za „największą katastrofę geopolityczną XX w.”), to w porównaniu z bohaterami von Triera mieli oni tę przewagę, że do końca niczego nie zrozumieli. Ci, którzy próbowali zrozumieć, tej przewagi nie mieli.

Z Przerażeniem, które przed nami stanęło, trzeba było nauczyć się żyć: mówiąc językiem mitu von Triera – nauczyć się przyjmowania kąpieli słonecznych w blasku Melancholii.

Pytanie „dlaczego my?”, jak każde inne, skoro zostało zadane, zakłada istnienie odpowiedzi – gdzieś „w zbiorowej mądrości”. Komuś taka myśl może się wydać bluźnierstwem, ale gdyby tak na moment spróbować wyobrazić sobie, że jest się reżyserem tego filmu, w którym my wszyscy, 7 mld „bezpiórych dwunogów”, robimy zaledwie za tłum w scenie zbiorowej, to trzeba powiedzieć wprost: „poletka” do przeprowadzenia takiego doświadczenia w obu przypadkach – i Czarnobyla, i Fukuszimy – zostały wybrane z jakimś sensem. Każdemu dane będzie tyle, ile zdoła wytrzymać – ta prawda w równej mierze odnosi się do jednostek, co do narodów. Stało się tak, że oswajać się z „nowym przerażeniem”, które niesie ze sobą epoka katastrof ekologicznych, jako pierwszym przyszło tym narodom, które już miały w swojej pamięci „doświadczenie apokalipsy” – nie „zbiorowej śmierci” epoki masowej zagłady, ale właśnie „końca świata”, czyli takiej katastrofy, która burzy pierwotny („kosmiczny”) porządek rzeczy, a przyroda przestaje być dla człowieka biologicznym „domem”.

Japonia zyskała to doświadczenie w 1945 r., po wybuchu amerykańskiej bomby atomowej. Ukraina – w roku 1933, po zupełnie innym „bombardowaniu”, które potem przez kolejne 60 lat pozostawało „niewidzialne” (nie licząc pamięci potajemnie przekazywanej w rodzinach ofiar) i dlatego do dziś nie zostało należycie ocenione pod względem skutków cywilizacyjnych. Muszę więc choćby w skrócie wyjaśnić, dlaczego „trzydziesty trzeci”, jak przez długi czas, nieco konspiracyjnie, określano go w żywym języku (oficjalna nazwa – Hołodomor, Wielki Głód – weszła do użytku niedawno i wśród starszego pokolenia się nie przyjęła), odcisnął się na ukraińskiej świadomości traumą chyba jeszcze większą niż II wojna światowa, i to traumą prawdziwie ontologiczną. Rzecz nie w dokładnej liczbie zmarłych, której najprawdopodobniej nigdy już nie da się ustalić („od 3 do 10 mln” – widełki już same w sobie makabryczne!). I nawet nie w tym, by w końcu jasno i wyraźnie wskazać winnych (główny punkt sporny, który sprawia, że Wielki Głód do dziś jest obiektem międzynarodowej koniunktury politycznej i wzburza umysły wcale nie samych tylko historyków!) – przynajmniej nie tylko w tym, choć byłoby to ogromnie ważne dla zachowania wśród ludzkości XXI w. wiary w zdrowy rozsądek (męczeńska śmierć milionów w tym samym okresie, w tym samym miejscu i z tego samego powodu: fakt, że za tę śmierć już ósmą dekadę „nikt nie ponosi odpowiedzialności”, pozostaje w jaskrawej wręcz sprzeczności z fundamentalnymi zasadami naszego cywilizowanego współistnienia – z ideą „prawa naturalnego” i Kantowskim imperatywem kategorycznym, i pogodzić tego ze sobą bez wpadania w schizofrenię w żaden sposób się nie da!). Co więcej: idąc jeszcze dalej, można nawet, hipotetycznie, zamknąć oczy (choć to chyba najtrudniejsze!) na ponadpółwieczny, uderzający już w same podwaliny tożsamości Homo sapiens, odkąd wyszedł on z jaskini, zakaz opłakiwania zmarłych (jeszcze w moich latach studenckich rozmowy „o trzydziestym trzecim” kwalifikowane były jako „agitacja antyradziecka”, a w autobiograficznej powieści Antona Sanczenki, urodzonego w 1966 r., jest wzmianka o tym, jak on sam, wówczas marynarz radzieckiej floty, w 1989 r. po raz pierwszy na własne oczy widząc w gazecie tekst o tym, o czym wcześniej co najwyżej półsłówkami słyszał od dziadka i babci, z gazetą w ręku siedział w porcie na ławce i szlochał w głos: w psychologii nosi to nazwę „traumy trzeciego pokolenia”). Ale, powtórzę, nawet nie w tym rzecz – wszystko to (i wiele innych rzeczy, niewymienionych) należy jeszcze do strefy „starego przerażenia”: do tego, co „ludzie robią ludziom”. Cios stalinowskiej kolektywizacji był wymierzony głębiej, i jego ostrze nie bez powodu uderzyło w jedną z najstarszych cywilizacji rolniczych („naród żołnierzy i oraczy”), która swego czasu zdołała wytrzymać napór Stepu – i aż do XX w., zbudowana na najlepszych czarnoziemach świata (tu skupia się ponad jedna czwarta ich zasobów planetarnych), nie zaznała głodu.

Jak wiadomo, geografia wyznacza los i te legendarne czarnoziemy w ukraińskim losie odegrały rolę nie mniejszą niż lasy w losach wielu narodów Europy, a Wielki Step, odpowiednio, narodów Azji. Cokolwiek w minionych wiekach czynili na tych czarnoziemach ludzie ludziom, niszczący potencjał wszelkiej woli niezmiennie był w świadomości pokoleń przesłaniany niewzruszoną i niepokonaną jak prawo fizyki pewnością: „ziemia wykarmi!”. (I przecież karmiła: nawet w latach I wojny światowej i wojennych rozruchów lat 1918–1920 w gospodach tej części Ukrainy, która potem stała się radziecka, chleb wciąż podawano tak samo jak wodę – jako bezpłatny dodatek do podstawowego dania). Innymi słowy – Bóg jest silniejszy od diabła, świat ma swój porządek – taki sam jak od dnia stworzenia: „I rzekł Bóg: »Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem«” (Rdz 1, 29). To podstawa, a cała reszta – i ciężka praca w pocie czoła, by „ziarno” stało się pożywieniem, i okresowa konieczność chronienia własnego poletka z bronią w rękach – to już „od złego” (skutek grzechu pierworodnego!), najważniejsze, że póki jesteś na własnej ziemi i uczciwie na niej pracujesz, żadne kataklizmy „z ludzkiej ręki” nie są ci straszne: Bóg jest po twojej stronie.

Plan, wedle którego odwieczny porządek miał zostać zburzony, jak śpiewało się w rosyjskiej wersji Międzynarodówki, do osnowanja[2], był planem nie tyle gospodarczo-politycznym (nie można przecież uważać za cel gospodarczy świadomego przetworzenia spichlerza Europy w pustynię!), ile tak naprawdę skrycie religijnym – „bogoburczym” (zsekularyzowana świadomość jedynie podstawia w miejsce „Boga” prawa biocenozy, ale zasady apriorycznego posiadania, „obdarowania” człowieka wszelkimi „płodami ziemi” w celu przetworzenia ich „na pokarm” w wątpliwość nie podaje i żaden przemysł żywieniowy ani nawet inżynieria genetyczna tej koncepcji nie zmieniły: wiemy, że wciąż jemy, nawet jeśli przetworzone, to, co „zastaliśmy” na planecie „gotowe”, jak dawniej mawiano – „co Bóg dał”). Stalin zaś zapragnął dla siebie ni mniej, ni więcej, tylko miejsca „dawcy absolutnego”, Tego, Który Daje (a jak zechce, to i odebrać może!) „ziarno na pokarm”, mitycznego „ojca-karmiciela”, któremu jako jedynemu należy od tej pory składać modły dziękczynne za chleb na stole.

Technologia realizacji tej idei – odebranie wolnym farmerom wszelkiego „nasienia”, do ostatniego ziarenka, otoczenie ich wojskiem, żeby nie uciekali, i zmuszenie, by bezradnie, jak skazaniec w klatce, konali najstraszniejszą, powolną śmiercią na tej samej ziemi, która „bez nasienia” momentalnie straciła całą swoją życiodajną siłę (czyli – dosłownie wcisnąć pyskiem w ziemię: i co, widzicie, suki, kto tu jest silniejszy?!) – to już, rzec by można, sprawa drugorzędna. Najważniejszy był jednak „rozmach idei” – kosmogoniczna ambicja, pod względem rozmiarów porównywalna wówczas chyba tylko z tak samo „śmiałym” projektem „naprawy świata” według Hitlera. (Co charakterystyczne, ten ostatni, okupując Ukrainę, nigdzie nie likwidował stalinowskich kołchozów, tylko dodatkowo próbował jeszcze eksportować ukraińską ziemię do Rzeszy: ta sama praktyka niszczenia ekosystemu, zapoczątkowana tu w 1933 r. przez jego poprzednika, choć według nieco innej, jak mawiają psychiatrzy, „struktury snu”.)

To naprawdę był „upadek nieba na ziemię” – pierwsza w nowożytnej historii technogeniczna katastrofa ekologiczna. 26 kwietnia 1946 r., dokładnie 40 lat przed katastrofą w Czarnobylu, Ołeksandr Dowżenko podsumował w swoim dzienniku: „Rozpadła się klasa na moich oczach jak atom [sic! – O.Z.]. Zniknął pierwiastek konserwatywny (…) Rozpadła się klasa chłopska, przemieniwszy się w ludzkość”. Warto dodać: „rozpadła się” właśnie ta klasa, która w obrębie „ludzkości” odpowiadała za związek z naturą jako „matczynym łonem” gatunku i była, przez sam rodzaj swojej pracy, pierwotnym nosicielem najbardziej „konserwatywnej” z definicji ekologicznej świadomości. Wraz z „rozpadem” tej klasy „pępowina” została zerwana – i nasza „ludzkość” dała nura w tworzoną przez samą siebie „rzeczywistość drugiego stopnia” jak balon stratosferyczny bez zabezpieczenia (podejrzewam, że coś podobnego musiało zdarzyć się również w świadomości Japończyków po Hiroszimie i Nagasaki: wobec natury, która już raz „zdradziła”, pokornie przemieniwszy się w rękach człowieka w broń przeciwko jemu podobnym – w wyłowioną śmiercionośną rybę, w zerwane z drzewa radioaktywne jabłko – niemożliwe jest już to samo dziecięce zaufanie, jakie mają oracze, rybacy i pasterze). Dalej już mogła nawet sama natura „rozszczepiać” co i jak dusza zapragnie – aż do „atomu” włącznie. Kiedy w 1971 r. na terenie dziewiczej puszczy koło starego miasta Czarnobyla (pierwsza wzmianka w latopisach – 1193 r.) rozpoczęto budowę elektrowni atomowej, protestowała tylko Akademia Nauk Ukraińskiej SRR, ale w tym momencie jej głos już od dawna nie miał żadnego znaczenia: „własny głos” Ukraina straciła w 1933 r. – jak się wydawało, na zawsze.

Dowżenkę nurtowało pytanie – czemu posłuży „niesamowita energia”, uwolniona wraz z „rozpadem chłopstwa”? (Wierzył – czy raczej chciał wierzyć – że industrializacja i przetworzenie natury nie będą niszczeniem jej przez człowieka, tylko nową symbiozą, i przez całe swoje życie twórcze sam sobie usiłował udowodnić, że da się przenieść tradycyjną ukraińską utopię agrarną również do epoki „nowego przerażenia”, wedle jego wersji – „ubogacić komunizm sadami”.) Teraz, z perspektywy czasu, wiadomo już, na co ta „uwolniona energia” poszła: na podtrzymanie ZSRR. Bez niej nie przetrwałby on aż do końca lat 80. To była energia strachu – głębokiego, śmiertelnego, przenikającego do samych kości i rzeczywiście „nieznanego wcześniej” pod względem zasięgu: energia, którą Stalin, jak prawdziwy „fizyk społeczny”, „wydobył” z Ukrainy przy zastosowaniu Wielkiego Głodu i która pod względem „efektywności” dla totalitarnego imperium po wielekroć przewyższyła wszystkie straty demograficzne, gospodarcze i ekologiczne razem wzięte. Tylko za sprawą Wielkiego Głodu udało się przeprowadzić pacyfikację tak potrzebnej Stalinowi Ukrainy, która, choć w latach 20. stała się „komunistyczna”, do początku lat 30. wciąż uważała się za „niepodległą” (swego rodzaju „czerwony odpowiednik” Republiki Weimarskiej, później nazwany przez historyków „Rozstrzelanym Odrodzeniem”) – i na każdą próbę nacisków politycznych Kremla odpowiadała oficjalnymi protestami i buntami chłopskimi. Po 1933 roku wszelki masowy opór na tych ziemiach zamarł – na ponad pół wieku.

Paradoksalnie, katastrofa w Czarnobylu podziałała na Ukraińców z terenów skażonych jak swego rodzaju terapia szokowa – jak „zaklęcie zdejmujące urok”, pozwalające „przepracować” to, co stało się dwa pokolenia wcześniej. Następowało to w niewiarygodnym tempie, na moich oczach, w Kijowie, z maksymalną dla ludzkiej psychiki intensywnością – na przestrzeni tamtego maja naszej Melancholii. Gdyby dało się przewinąć w głowie cały tamten miesiąc jak taśmę filmową, z prędkością 24 klatek pamięci na sekundę, można by na własne oczy zobaczyć, jak raptownie kruszał fundament władzy radzieckiej w Ukrainie, wbity w podświadomość trzech pokoleń – tych, którzy przeżyli w roku 1933 i ich potomków: strach przed jej wszechmocą, skupioną w Kremlu. 53 lata wcześniej ta władza udowodniła Kijowowi, że jest potężniejsza od praw natury – i Kijów uległ, skulił się i zamarł w stanie prowincji („trzeciego pod względem wielkości miasta ZSRR”), uznając jej prawo demiurga do „rozdawania” wedle własnej woli pożywienia, ochrony i ciepła („Władza radziecka dała wam wszystko!” – wśród takich zaklęć wyrosło moje pokolenie, nie zadając sobie pytania: a skąd ona to „wszystko” wzięła?).

I oto „wszechmoc” okazała się fikcją, niebo i ziemia wracały na swoje miejsca – a dziki, pierwotny, nieznany dzisiejszemu mieszkańcowi miasta strach przed Tajemniczą Siłą Kosmicznej Nocy, która znienacka, niewidzialną i śmiercionośną „tablicą Mendelejewa” wdarła się w nasze – jakież jednak, spójrzcie tylko, kruche! – betonowe pudełka, wypełnił całe nasze życie, wypierając z mniej i bardziej ważnych dla niego miejsc tych żałosnych ludzików w kanciastoramiennych garniturach, którzy po dwóch tygodniach przestrachu powyłazili w końcu ze swoich kremlowskich schronów przed kamery, coś tam bez sensu paplali i stroszyli pióra, usiłując „zachować twarz”: a więc to ich się baliśmy?…

Pamiętam ówczesne „obowiązkowe prasówki”, podczas których sala – najstarsi ludzie tego nie pamiętali! – oburzonymi okrzykami przeganiała z trybuny partyjnych propagandzistów, na polecenie Gorbaczowa wysłanych „w lud” do prowadzenia „edukacji politycznej”: okrzyki, co charakterystyczne, najpierw wznosiły kobiece głosy, mężczyźni „rozmarzali” wolniej niż my – ale, Boże drogi, jakież to było niesamowite wrażenie, ten pierwszy gorzki radioaktywny haust wolności!… Wyjście z paralitycznego „kokonu roli”, dziura w betonowym sarkofagu, śmierć w powietrzu, śmierć na ustach ukochanej osoby, śmierć w matczynym mleku, którym nie masz odwagi karmić własnego dziecka, śmierć w trawie, w liściach, w kwiatach, w nadbrzeżnym piasku, zdechniemy, wszyscy wyzdychamy, tylko szczury i karaluchy po nas zostaną, suki, bydlaki, co oni narobili, co oni zrobili z nami wszystkimi?!… Społeczeństwo zadrżało i zatrzęsło się w posadach – w umysłach, tak jak zawsze dzieje się w historii: najpierw w umysłach. Zachód, nic zupełnie nie rozumiejąc, dalej owacjami przyjmował Gorbaczowowski „socjalizm z ludzką twarzą” i wyśpiewywał „Michaił, Michaił” – a z „Michaiła” uciekał tymczasem, przez dziurkę w sarkofagu, półwieczny ukraiński strach – jak powietrze z piszczącej dziecięcej zabawki. Słyszeliśmy ten pisk. I w naszej świadomości nabierał on mocy – zagłuszając wszystkie dozymetry świata.

(20 lat później krytycy nazwą nas wszystkich, pisarzy, którzy debiutowali na przełomie lat 80. i 90., a dziś stanowią główny nurt ukraińskiej literatury współczesnej, „czarnobylskim pokoleniem”. Nieważne, że nikt z nas nic sensownego o Czarnobylu nie napisał. Do literatury rzeczywiście przyszliśmy przez to pęknięcie w sarkofagu – wprost w przestrzeń wolnego języka, z pełnymi płucami skażonego powietrza i głębokim, euforycznym – przy chorobie popromiennej zdarza się taki „efekt upojenia”! – westchnieniem chłopca z prologu Lustra: „Ja – mogę – mówić!”. A że „mówić” przyszło nam za całe 53 lata ukraińskiego milczenia, to nic dziwnego, że do tragedii 1986 r. wciąż jeszcze nie sięgnęliśmy).

To nie był koniec świata – to był tylko koniec epoki, która wydawała się wieczna. „Oswojenie” apokalipsy, dostosowanie jej do własnej miary, jak transpozycja z ultrafioletu do pasma widzialnego, tam gdzie można z tym było „coś zrobić” (np. organizować już własne, niezależne od władzy mityngi, tworzyć własne stowarzyszenia, wychodzić na ulice, czegoś żądać…) – przeniesienie w rejestr historii politycznej. Niczego więcej w tamtym momencie nie udźwignęlibyśmy ani „my”-miasto, ani „my”-naród.

Mówiąc jeszcze prościej – Czarnobyl był początkiem ukraińskiej niepodległości.

***

Tu, przy okazji, kilka obserwacji już z dnia dzisiejszego. Analizując ukraińskie mapy wyborcze z 20 lat (1991–2010), łatwo zauważyć, że mieszkańcy środkowej (historycznie tzw. Wielkiej) Ukrainy najbardziej nie lubią być „straszeni”. Wszyscy politycy, którzy wprost albo nie wprost uciekali się do strategii zastraszania, nieodmiennie przegrywali z powodu właśnie tego regionu, decydującego dla losów kraju – a kampania prezydencka 2004 r., całkowicie wedle rosyjskich wzorców, zbudowana na takiej strategii, wybuchła Pomarańczową Rewolucją. Bo nie można straszyć tych, których przodkowie przeżyli rok 1933 i 1986. Skutki mogą być nieoczekiwane.

Niewykluczone, że to jest właśnie najważniejsza lekcja, którą Ukraina wyniosła ze swojej apokalipsy. (…).

 

Tłumaczyła Katarzyna Kotyńska

 _

Prezentowany tekst jest fragmentem eseju Miasto Piołun. Dowżenko – Tarkowski – von Trier albo o dyskursie nowego strachu z książki Oksany Zabużko, Z mapy knyh i ludej: zbirka esejistyky, Meridian Czernowitz, Kamieniec Podolski 2012, s.185–238.

_

[1] Gwoli sprawiedliwości dodam, że żelazna kurtyna działała wtedy jak swego rodzaju psychologiczny amortyzator: pozostawiała odrobinę luzu na wiarę, że za nią, w niedostępnym dla nas „wolnym świecie”, z którego przez pierwsze dwa tygodnie dowiadywaliśmy się, przywierając uchem do radioodbiornika, że musimy zamykać okna i myć głowy, nic podobnego przydarzyć by się nie mogło – po Fukuszimie oczywiste złudzenie już nawet dla najzatwardzialszych optymistów, ale wtedy dla wielu będące kołem ratunkowym: o ileż wszak łatwiej myśleć, że zło tego świata tkwi w pewnym systemie politycznym, niż powiedzieć sobie jak bohaterka von Triera: „The Earth is evil”.

[2] Francuski oryginał – „du passé faisons table rase” („zetrzyjmy przeszłość”, „zacznijmy od czystej karty”), podobnie jak znacznie bardziej prostoduszny przekład ukraiński („wszystkich katów zetrzyjmy na proch”), takich kosmogonicznych pretensji nie zawierają; w pewnym sensie również cały rosyjski komunizm można traktować jako „błąd w przekładzie” – tragiczną próbę „przetłumaczenia” Marksa na realia rosyjskiej historii.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter