70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. RooM/Alamy/BE&W

Ludzie Północy

Arktyka syberyjska jest nieprzerwanie zasiedlona od co najmniej 10 tys. lat, amerykańska – od 5 tys. I wcale nie była to dla mieszkańców nieustanna walka o przeżycie. Warunki arktyczne są oczywiście surowe, ale przez tysiąclecia były też dosyć przewidywalne.

Poczułem na sobie czyjś przenikliwy wzrok. Piłem piwo na ganku taniego baru w grenlandzkim miasteczku Sisimiut. Byłem tam jedynym obcym, ale większość obecnych Inuitów albo nie zwracała na mnie uwagi, albo co jakiś czas zagadywała przyjaźnie. Tylko nie on. Siedzący w kącie facet dosłownie świdrował mnie wzrokiem. Po chwili wstał, podszedł do mnie i dość obcesowo, bez wyczuwalnej agresji, ale też bez wstępnych uprzejmości zapytał w miarę płynną, choć chyba rzadko używaną angielszczyzną:

– Skąd jesteś? Co tu robisz?

Odpowiedziałem, że z Polski i że pracuję jako przewodnik na statku, który właśnie tu przybił, ale nie miałem ochoty na żadną z restauracji pełnych turystów, bo lubię takie bezpretensjonalne spelunki, gdzie można spotkać miejscowych. Był tym wyraźnie podekscytowany, nawet zaczął coś mówić, po czym nagle umilkł i znowu wbił we mnie uważne spojrzenie.
– Sulu!
– Mikołaj…
– Chodź ze mną!

Teraz to ja zacząłem się baczniej przyglądać. Był pewnie koło pięćdziesiątki, dość drobny, bardzo żylasty. Ubranie trochę znoszone, ale czyste. I wspaniała twarz pełna niesamowitych zmarszczek. Trudno było oderwać od niego wzrok. Uznałem, że chyba nic mi nie grozi, i wyszliśmy z knajpy. Zaprowadził mnie przez uliczkę do domu stojącego naprzeciwko. Na parterze był zakład fryzjerski jego żony. Poszliśmy na zaplecze, do jego warsztatu.

Już w drodze zaczął opowiadać o tym, jak trudno żyje się Inuitom w duńskiej Grenlandii. Posadził mnie na kanapie pokrytej foczą skórą, a po chwili popatrzył krytycznie na moje siedzenie, kazał mi wstać i położył jeszcze dwie skóry reniferów. To go chyba usatysfakcjonowało, bo rozsiadł się wygodnie na krześle naprzeciwko i dopiero zaczął gadać…

Dowiedziałem się wszystkiego, właściwie nie zadając żadnych pytań, poza okazjonalnymi przerywnikami, których wymagała uprzejmość. Rozpoczął od rasizmu Duńczyków i tego, że traktują grenlandzkich Inuitów jako obywateli drugiej kategorii. Sulu ledwo wiązał koniec z końcem, był rybakiem, ale ostatnio z połowami ponoć kiepsko. Mógłby zapolować na woły piżmowe, bo sporo ich w okolicy i zna świetne miejsca, ale nie może mieć broni, bo parę lat temu aresztowano go za posiadanie marihuany. Reperuje więc czasem różne rzeczy, pomaga żonie i różnym znajomym, ale tak naprawdę to głównie siedzi w kanciapie z tyłu domu i się modli. Zaskoczył mnie tym wyznaniem. Wiedziałem, że wchodzimy na wyższy poziom. Jego oczy, choć już wcześniej patrzące niezwykle intensywnie, teraz rozpaliły się jeszcze bardziej i wwierciły w moje. Miałem wrażenie, że zagląda prosto do mojej duszy, której przecież nie mam, bo od bardzo dawna nie jestem religijny. Ale Sulu jest. Z rosnącą żarliwością opowiadał o głęboko przeżywanym chrześcijaństwie. O tym, że nie identyfikuje się z żadnym Kościołem, żadnymi regułami, ale głęboko wierzy w Trójcę Świętą i kontempluje Jej tajemnice. W swoich modlitwach podąża za Duchem Świętym do krainy duchów, po której godzinami potrafi podróżować. Opowiadał o tym, jak opuszcza wtedy swoje klęczące ciało i widzi rzeczy, których zbyt wielu nie potrafi dostrzec. W świecie duchów spotyka różne demony, ale rozmawia też z Matką Boską i Bogiem, stając z Nimi twarzą w twarz. A ostatnio się przeraził, bo zobaczył najbardziej odrażającego potwora. Dotarł wyżej niż zwykle i nagle ujrzał straszliwą postać władającą naszym światem. To był Money Monster, który pociągał za wszystkie sznurki.

Trudno mówić o rozmowie z Sulu, bo rzadko udawało mi się wtrącić choć słowo. Słuchałem zafascynowany i bardzo żałowałem, kiedy w końcu musiałem wracać na statek. Nie zetknąłem się nigdy z tak żarliwą duchowością, lecz pewnie nie byłoby to aż tak niesamowite, gdyby nie idealne połączenie tradycyjnych wierzeń inuickich z motywami chrześcijańskimi. Choć Sulu kilkukrotnie podkreślał swoją wiarę w chrześcijańskiego Boga, jego opowieść była opisem wędrówek, które inuiccy szamani odbywają od tysięcy lat. Najpotężniejsi potrafią opuścić ciało i podróżować na Księżyc albo wędrować po dnie oceanu. Gdyby Sulu urodził się 200 lat temu, byłby jednym z nich.

 

Tradycje małych narzędzi
Jeśli sięgniemy w przeszłość, dowiemy się, że szamanizm inuicki, podobnie jak cała ich kultura, wywodzą się z Syberii. Arktyka otoczona jest północnymi krańcami Europy, Azji i Ameryki Północnej, a ze względu na brak możliwości przejścia „na skróty” przez biegun północny, np. z Czukotki na Grenlandię, jej zasiedlanie odbywało się okręgami. Trudno więc przyjrzeć się jej jako całości, można natomiast analizować języki, wierzenia, obrzędy i kulturowe artefakty, takie jak narzędzia czy broń, prześledzić dzieje stopniowego jej zasiedlania. Wiemy zatem, że ok. 13 tys. lat temu pierwsze północne ludy syberyjskie przeszły do Ameryki Północnej przez Beringię, czyli odsłonięty dzięki niskiemu poziomowi oceanów pas lądu łączący okolice współczesnej Czukotki i Kamczatki z Alaską. Połączenie to istniało przez ok. 10 tys. lat, kiedy Ziemię pokrywały lodowce wiążące znaczną część światowych zasobów wód. Kolonizacja Ameryki Północnej zachodziła w kilku etapach, ale z całą pewnością pierwsze kultury Paleoeskimosów zaczęły powstawać jakieś 7 tys. lat temu, początkowo na Aleutach, a później, ok. 5 tys. lat temu na kontynencie amerykańskim. Odnajdywane czasem kamienne narzędzia z tego okresu są bardzo małe (np. ostrza noży mają jakieś trzy centymetry długości) i spotykane są też w starszych stanowiskach na Syberii. W Ameryce to one definiują „Arktyczne tradycje małych narzędzi” – Arctic Small Tool traditions, czyli kultury określane jako ASTt. Już ponad 4 tys. lat temu ASTt dotarły do Grenlandii, czyli gdy ludzie już skolonizowali północ Ameryki, rozprzestrzeniali się po niej dość szybko. Kulminacją kultur paleoeskimoskich była tzw. kultura Dorset z centralnej i wschodniej części Arktyki północnoamerykańskiej, która pojawiła się ok. 500 lat p.n.e. i 1,5 tys. lat później została wyparta przez kulturę Thule uważaną za początek współczesnych Inuitów

W języku polskim ludy aborygeńskie zamieszkujące północ Ameryki Północnej i Grenlandię często określa się jako Eskimosów. Słowo to jednak ma dla samych zainteresowanych negatywne konotacje, bo pochodzi prawdopodobnie z języka Algonkinów, ich tradycyjnych wrogów, i było pogardliwym terminem oznaczającym „zjadaczy surowego mięsa”.

Słowo „Inuk” (l.mn. to Inuit) to w rodzimym języku „człowiek” (sytuacja jest więc analogiczna do różnicy między słowem „Cygan” i „Rom”) i w 1977 r. Inuit Circumpolar Conference (czyli Wokółbiegunowa Konferencja Inuitów) przyjęła, że mianem tym będzie się określać wszystkich rdzennych mieszkańców Arktyki, choć w rzeczywistości od Europy przez Azję po Amerykę jest to co najmniej siedem dużych narodów, czyli skandynawscy Saami, syberyjscy Nieńcy, Ewenkowie i Czukcze oraz Jupikowie, Aleuci i właśnie Inuici zamieszkujący głównie Kanadę i Grenlandię. Co ciekawe, kiedy byłem w zachodniej Grenlandii, miejscowi z Sulu włącznie, mówili mi, że łatwiej im się porozumieć i więcej mają wspólnych tradycji z mieszkańcami wschodniej Kanady po drugiej stronie Cieśniny Davisa niż z Inuitami ze wschodniego wybrzeża ich własnej wyspy, od których oddziela ich drugi co do wielkości lądolód świata (największy pokrywa Antarktydę).

 

Królowa morskich zwierząt

Choć języki i tradycje ludów arktycznych różnią się między sobą, to np. niektóre legendy są dla nich wspólne. Jedną z nich, choć istniejącą w nieco odmiennych wersjach, jest opowieść o bogini morza, która w kanadyjskiej tradycji nazywa się Sedna. Urodziła się jako człowiek i początkowo miała szczęśliwe życie. Jej kochający ojciec był dobrym myśliwym, więc Sedna i jej bracia zawsze mieli co jeść. Dziewczyna była piękna i mądra, a gdy dorosła, aż trudno jej było opędzić się od adoratorów. Wedle niektórych wersji tej historii w końcu wyszła za psa, ponieważ żaden z ludzkich kandydatów nie był dla niej wystarczająco dobry. Częstszy jest jednak wariant, w którym w pewnym momencie przybywa piękny, tajemniczy nieznajomy i uwodzi dziewczynę opowieściami o łowieckich sukcesach oraz obietnicami dostatniego życia.

Kiedy jednak Sedna przeprowadza się do jego domu, okazuje się, że zamiast obiecanych skór fok, reniferów i niedźwiedzi czekają ją łachmany. Co gorsza, jej mąż nie tylko nie jest wielkim myśliwym, ale nie jest nawet człowiekiem. To ptak, zależnie od wersji kruk lub fulmar, który potrafi jedynie na chwilę przyjmować ludzką postać, a w rzeczywistości poluje wyłącznie na ryby, choć i to nie zawsze mu wychodzi. Sedna jest zatem często głodna i nieszczęśliwa.

Wiosną w odwiedziny przybywa jej ojciec. Zszokowany zastaną sytuacją, postanawia wykraść córkę od nieuczciwego małżonka. Jednak po kilku godzinach mąż wraca do domu, odkrywa ucieczkę i rusza w pogoń. Ponieważ jest ptakiem, wkrótce dostrzega uciekinierów pośrodku morza. Machając skrzydłami, wywołuje potężny sztorm. Ojcu i córce grozi utonięcie. I wtedy ojciec Sedny postanawia ukoić gniew żywiołów, i wrzuca dziewczynę do wody! Sztorm ustaje, ale córka nie chce puścić burty łodzi, kurczowo trzymając się jej prawą ręką. Ojciec chwyta toporek i odrąbuje jej palce, jednak w ostatniej chwili dziewczyna łapie łódź lewą ręką. Mimo jej błagań bezlitosny mężczyzna znowu używa toporka, więc dziewczyna w końcu osuwa się do wody i opada na dno. Z jej poobcinanych palców powstają ryby, foki, morsy i wieloryby, a ranna i wściekła Sedna żyje dalej w głębinach, nie mogąc wybaczyć zdrady obu mężczyznom swego życia. Jej nogi zamieniły się w rybi ogon (czyli Inuici przy okazji wyjaśniają nam, skąd się wzięły syrenki) i to ona decyduje o tym, czy wypuścić morskie zwierzęta, by te łaskawie pozwoliły się zabić myśliwym. Trzeba ją o to nieustannie błagać, bo zawsze ma zły humor.

Już na tym etapie mit Sedny to kopalnia skarbów dla psychoanalityków i socjologów, którzy znajdą tam wszystko: od przemocy domowej, przez przemoc seksualną, po przedmiotowe traktowanie kobiet. Jednak to nie koniec. Kiedy bowiem ludzie zapominają o oddawaniu królowej należnej czci i częstych modlitwach, wpadają w pychę i lenistwo, ich grzechy opadają na dno morza i wplątują się w długie włosy bogini w postaci ekskrementów i gnijącej padliny. Sedna nie ma palców, więc nie może swoich włosów rozczesać, żeby znów stały się piękne. Wtedy narasta w niej potężny gniew, wzywa do siebie wszystkie zwierzęta i myśliwi już nic nie mogą upolować. Na szczęście jest sposób, by ją trochę udobruchać. Wyjątkowo potężny szaman opuszcza w takiej sytuacji ciało i jako duch schodzi na dno morza, żeby odszukać boginię. Koniecznie musi mieć przy sobie grzebień, by delikatnie rozczesać włosy władczyni i ponownie zapleść je w warkocze. Dzięki temu humor królowej zwierząt się poprawia i znowu staje się łaskawsza dla myśliwych. Mit Sedny jest popularny również wśród współczesnych obrońców środowiska, zwłaszcza morskiego.

Istnieją też oczywiście mity i legendy związane z konkretnym regionem.

Typowo grenlandzkim demonem jest np. tupilak. Potrafi go do życia powołać tylko potężny szaman, który zbiera kości kilku różnych martwych zwierząt, po czym za pomocą zaklęć składa je razem w potworną postać i napełnia życiem. Takiego tupilaka jego mistrz może później nasłać na wroga, który zwykle umiera z przerażenia, widząc groteskową i przerażającą postać.

W XX w. tupilaki przeszły zresztą ciekawą kulturową ewolucję. O ile zawsze były to duchy jednoznacznie złe i dysponujące mroczną, niszczycielską potęgą, ledwo trzymaną w ryzach mocą szamana, o tyle w ostatnich dekadach wyraźnie złagodniały. Teraz występują nawet w książeczkach dla dzieci i jako tradycyjne rzeźby z kości lub rogu sprzedawane są turystom. Z krwiożerczych demonów zmieniły się w przyjazne duchy opiekuńcze. Tylko formę mają wciąż dość przerażającą.

Z kolei charakterystycznym elementem kultury Inuitów kanadyjskich, ale występującym również w zachodniej Grenlandii, są inuksuki. To sterty płaskich kamieni ustawionych jeden na drugim w taki sposób, że ich zarys przypomina postać stojącego człowieka, czasem nawet na dwóch rozstawionych nogach. Sama nazwa oznacza coś, co działa dla lub pełni funkcję osoby. Inuksuki były tradycyjnie stawiane na widocznych z dala wzgórzach, by myśliwym wędrującym przez pokryte tundrą pustkowia ułatwiać orientację. Swoją obecnością zapewniały również wędrowcom towarzystwo, a czasem miały nawet praktyczne zastosowanie przy polowaniach, bo udając ludzi, straszyły renifery i ułatwiały ich zaganianie w pułapkę. Niektóre z inuksuków, które można wciąż spotkać z dala od ludzkich osad, stoją tam od stuleci.

 

Życie w rytmie Arktyki

Ale ludzie są tam jeszcze dłużej. Arktyka Syberyjska jest nieprzerwanie zasiedlona od co najmniej 10 tys. lat, amerykańska – od 5 tys. I wcale nie była to nieustanna walka o przeżycie. Warunki arktyczne są oczywiście surowe, ale przez tysiąclecia były też dosyć przewidywalne, przynajmniej w skali sezonowej. Oczywiście codzienne zmiany pogody mogą tu być gwałtowne i zaskakujące. Pożywienie nie jest stale dostępne, jednak w określonych porach roku pojawia się w olbrzymiej obfitości. Wieloryby, ptaki i karibu corocznie podejmują masowe migracje, foki co roku wychodzą na lód, żeby się rozmnażać, morsy powracają w określone miejsca w określonym czasie. Ludzie zamieszkujący Arktykę poznali jej rytm i całkiem dobrze sobie radzili, wiedząc, kiedy, gdzie i na jaką zdobycz należy intensywnie polować, żeby zapasy starczyły na chudsze miesiące. Mieszkańcy północnej Syberii nauczyli się hodować renifery i wędrować razem z nimi, zaś ich dalecy kuzyni w Ameryce Północnej, choć miejscowych reniferów, czyli karibu, nigdy nie udomowili, też nauczyli się na nich polegać. Poza tym, wbrew temu, co często sądzimy, nie były to izolowane społeczności. Inuici zamieszkiwali nie tylko wybrzeża, żyli również w głębi lądu, a wymiana dóbr między różnymi narodami kwitła od tysiącleci. Ryby i foki mogły być wymieniane na karibu, a kontakty między plemionami Inuitów, Aleutów i Jupików zacieśniane były przez mieszane małżeństwa. Istniały też kontakty z żyjącymi dalej na południe Indianami, choć najczęściej wrogie. Przynajmniej od tysiąca lat Inuici mieli też świadomość istnienia jeszcze dalszych ludów. Odkrycia archeologiczne dowodzą, że co najmniej od tak dawna mieszkańcy Alaski handlowali z Chinami, Koreą i Jakucją, a ci zamieszkujący atlantyckie wybrzeża z całą pewnością wiedzieli o Europejczykach. Normanowie już w XI w. zasiedlali Grenlandię i przetrwali tam niemal 500 lat, sporadycznie podejmując też próby kolonizacji kontynentu Ameryki. Warto pewnie dodać, że miejscowi nie całkiem byli przekonani o ludzkiej naturze naszych pobratymców i w wielu ich mitologiach nasze pochodzenie wywodzą od psów. Kiedy więc w 1576 r. Martin Frobisher ze swoją wyprawą „odkrył” Inuitów (europejskim zwyczajem biorąc sobie zresztą kilku miejscowych na pamiątkę), ci nie byli zaskoczeni, a wymiana towarowa, kulturowa i genetyczna jedynie się zintensyfikowała. Do końca XIX w. korzystały na tym obie strony, choć „nasza” pewnie bardziej, uzyskując cenne skóry i zęby morsów. Inuici z kolei otrzymując potrzebne, a rzadkie w tundrze żelazo.

Jednocześnie sami Inuici stworzyli imponującą i wyrafinowaną kulturę materialną. Wynaleźli np. harpun z przetyczką ustawiającą się automatycznie pod kątem 90o w ranie zdobyczy, co umożliwiło im skuteczne polowanie nawet na wieloryby. To oni wymyślili też i udoskonalili kajaki morskie, umożliwiające im sprawne poruszanie się wśród lodów na często wzburzonym morzu. Jeszcze na początku XX w. grenlandzkie dzieci uczyły się pływać kajakiem niedługo po tym, jak opanowały umiejętność chodzenia. Ich tradycyjna sztuka, głównie rzeźby i grafiki, nawet w tej chwili osiąga wysokie ceny w galeriach całego świata, o czym świadczy choćby komercyjny sukces artystycznej spółdzielni z kanadyjskiego Pangnirtung. W wielu obszarach Arktyki powstały charakterystyczne tatuaże, głównie na twarzach kobiet, a inuickie śpiewy gardłowe (to znowu sztuka kobiet) są tak przejmujące, że wywołują dreszcze. Korzysta z nich zresztą wielu znanych artystów, jak choćby Björk.

 

Jałowe ziemie

Lecz to, co przetrwało do naszych czasów, to zaledwie resztki dawnej kultury, czasem odtwarzane współcześnie przez pasjonatów. Wieki XIX i XX to okres bezwzględnych rasistowskich prześladowań i grabieży mieszkańców Arktyki przez pochodzących z Europy przybyszów z Południa. Zetknięcie z tzw. cywilizacją było dla nich dramatyczne właściwie wszędzie, od terenów Saami w Europie, przez ludy syberyjskie niszczone przez Rosję i Związek Radziecki, po Alaskę, Kanadę i Grenlandię. Dla mnie najbardziej jaskrawym przykładem są dzieje kanadyjskiego narodu Ihalmiut zamieszkującego niegdyś w głębi lądu, na pustkowiach określanych jako „The Barrens”, czyli „jałowe ziemie”. Ich los opisał kanadyjski pisarz Farley Mowat w poruszających książkach People of the Deer i The Desperate People, których fragmenty ukazały się po polsku jako Ginące plemię. Tereny przez nich zajmowane rzeczywiście nie dostarczają dużo pokarmu, ale co kilka miesięcy pojawiały się tam wielomilionowe stada karibu migrujące w różne strony trzy razy w ciągu roku, zawsze tymi samymi trasami i o tej samej porze. Egzystencja Ihalmiutów była w pełni od tego uzależniona i dzięki rozumieniu zjawiska dobrze dawali sobie radę przez stulecia i jeszcze pod koniec XIX w. liczebność ludu ocenia się na ok. 7 tys. Przywykli do tego, że co jakiś czas trzeba (ale też można) polować na zapas.

Problem pojawił się, gdy żyjący dalej na południu Indianie dostali od białych strzelby. Wcześniej obie grupy żyły dzięki tym samym stadom, spędzającym zimy w północnych lasach, a lata w tundrze. Jednak dysponując lepszą bronią, Indianie zaczęli zabijać znacznie więcej zwierząt. Według źródeł z tamtego okresu niektóre północnoamerykańskie rzeki były wręcz tamowane stosami ciał karibu, które można było teraz łatwo zabić z większej odległości. W konsekwencji mniej reniferów docierało na północ, gdzie mogli na nie polować Ihalmiuci.

Za to trafiało tam coraz więcej białych, głównie misjonarzy, łowców futer i handlarzy. Ci ostatni pojawili się na początku XX w. i szybko przekonali miejscowych, że zamiast karibu bardziej opłaca się polować zimą na pieśce, czyli lisy polarne, których futra były cenione na całym świecie. Za skóry Ihalmiuci uzyskiwali zwykle broń i amunicję oraz mąkę i cukier, czyli pożywienie dla nich nowe i atrakcyjne, ale zupełnie nieadekwatne do surowego klimatu. Udawało się jednak przetrwać i jakoś zorganizować codzienność aż do wybuchu I wojny światowej, kiedy cywilizowani ludzie zajęli się mordowaniem siebie nawzajem i popyt na futra gwałtownie spadł. Oczywiście arktyczni myśliwi nic o tym nie wiedzieli, więc jak co roku zjawili się w rozlokowanych w tundrze stacjach handlarzy z zapasami lisich skór. Handlarzy nie było, myśliwi nie mieli zapasów mięsa, a lisich skór jeść się nie da. Wtedy przyszedł głód, który zdziesiątkował Ihalmiutów. Na szczęście żyło jeszcze wśród nich wielu, którzy pamiętali dawny sposób życia, i na początku lat 20. udało się pokonać kryzys, a łowcy znowu mogli polować na karibu. Było ich już jednak znacznie mniej – w roku 1934 całe plemię liczyło zaledwie 80 osób. Po wojnie w Europie i Ameryce Północnej wróciła koniunktura na luksusowe futra, więc na Dalekiej Północy znowu pojawili się handlarze. I historia się powtórzyła. Łowcy w miarę dobrze zarabiali, porzucili więc renifery dla lisów i wszystko wyglądało obiecująco, aż do początku II wojny światowej. Jednak gdy ponownie nie było komu sprzedać zbędnych skór, mało kto już pamiętał, jak można bez nich przeżyć. Gdy Farley Mowat dotarł do Arktyki w 1946 r., okazało się, że z całego plemienia pozostało zaledwie ok. 40 bardzo głodnych osób.

Od lat 20. były podejmowane próby relokacji plemienia, z opłakanymi skutkami. Głód dalej dziesiątkował śródlądowych Inuitów, do czego doszły jeszcze samobójstwa zdesperowanych, wyrwanych ze swej ojczyzny ludzi. Jeszcze w latach 50. rząd Kanady oficjalnie odmawiał przyznania, że to plemię w ogóle istniało! Jego tragiczny los zakończył się pod koniec XX w., wraz ze śmiercią ostatnich przedstawicieli tego licznego niegdyś ludu.

Los mieszkańców wybrzeży nie był o wiele lepszy. Wiek XX to czas relokacji z dawnych, dobrze prosperujących osad i miasteczek na Daleką Północ. Po II wojnie światowej Kanada chciała w ten sposób zaznaczyć swoją obecność na spornych obszarach pogranicza. W latach 50. władze kanadyjskie groźbą i zwodniczymi obietnicami o łatwym powrocie zmusiły całe rodziny żyjące w dobrze znanym, obfitującym w zdobycze rejonie miejscowości takich jak np. Inukjak na wybrzeżu Zatoki Hudsona do przeniesienia się 1200 km dalej na północ. Łącznie 87 osób trafiło z Inukjak w rejon Grise Fjord na wyspie Ellesmere i do Resolute na sąsiedniej wyspie Cornallis. Dołączyło do nich kilka rodzin z leżącego w połowie drogi Pond Inlet, aby „nauczyć ich, jak sobie radzić dalej na północy”. Władzom jakoś umknęło, że przesiedleńcy z różnych stron mówią innymi językami i niekoniecznie sobie ufają, więc o żadnym uczeniu nie mogło być mowy. Efekty były straszne, bo nowe tereny rzeczywiście były praktycznie jałowe. Wielu przesiedleńców umarło z głodu lub zginęło w nieznanym sobie środowisku, a powrót okazał się niemożliwy, bo obiecane statki nie docierały na północ. Przesiedlenia kanadyjskich Inuitów uważa się za jeden z ostatnich aktów rasistowskich prześladowań na koncie zachodniej cywilizacji. Ci, którzy nie zostali przesiedleni, też nie mieli łatwo, ich dzieci były na siłę zabierane rodzicom i wysyłane do szkół na południu, a za praktykowanie tradycyjnych obrzędów, z muzyką włącznie, groziły surowe kary. Rząd kanadyjski dopiero w 2010 r. wystosował oficjalne przeprosiny, ale przez 100 lat intensywnej opieki białych stara i prosperująca kultura została praktycznie zniszczona.

 

Nadzieja dla Arktyki

W tej chwili osady kanadyjskich Inuitów przypominają dawne PGR-y we wschodniej Polsce, gdzie niemal wszyscy żyją z rządowych zasiłków i nie widzą żadnych perspektyw. Społeczność ta posiada jeden z najwyższych na świecie współczynników samobójstw, trzynastokrotnie wyższy od kanadyjskiej średniej. W dodatku częste są samobójstwa dzieci, czasem nawet pięcioletnich. W najwyższym stopniu problem ten dotyczy młodych mężczyzn. W latach 2000–2007 samobójstwa osiągały nawet 16–30% ogólnej śmiertelności wśród Inuitów płci męskiej (13–25 przypadków rocznie), a rekordowy rok 2013 przyniósł tych przypadków 45. A jeszcze w latach 50. targnięcia się na swoje życie były tu rzadkie, zaś w poprzednim stuleciu – mimo teoretycznie dużo cięższych warunków życia – jeszcze bardziej okazjonalne i dotyczyły głównie najstarszych członków rodzin, pragnących zwiększyć szanse bliskich na przeżycie w czasach głodu. Jak dowiedziałem się z rozmów z miejscowymi, w latach 90. rząd kanadyjski podjął próbę poprawy ich losu, rozdając wszystkim duże telewizory. Niestety, efekt osiągnięty był odwrotny do zamierzonego. Gdy mieszkańcy Arktyki zobaczyli, że ludzie na świecie żyją inaczej, wskaźnik samobójstw jeszcze wzrósł.

Sulu zapewne słusznie narzekał na nierówne traktowanie. Jednak w porównaniu z osadami kanadyjskimi te na Grenlandii wydają się ostojami szczęśliwości. Tu też miały miejsce przymusowe przesiedlenia, ale na mniejszą skalę. Mieszkańców rybackich wsi zmuszano do przeniesienia się do miasteczek i teraz wielu z nich żyje w blokach, gdzie panują podobne problemy jak we wszystkich blokowiskach świata – bezrobocie, narkomania, alkoholizm i drobna przestępczość. Większość kanadyjskich miasteczek radzi sobie w ten sposób, że w całych osadach po prostu nie ma dostępu do alkoholu.

Osobną kwestią jest idealizowana czasem więź rdzennych społeczności z przyrodą. Owszem, Inuici rozumieją i szanują swoje środowisko, czują się wręcz częścią ziemi, na której żyją. To zresztą dlatego przesiedlenia były dla nich szczególnie dotkliwe. Jednak trudne warunki życia nauczyły ich, że jeśli można coś upolować, trzeba upolować jak najwięcej. Obecnie, posługując się skuterami śnieżnymi i karabinami, wielu z nich nadużywa swoich tradycyjnych praw i jeśli ma okazję, zabija znacznie więcej zwierząt, z zagrożonymi włącznie, niż są w stanie przywieźć z powrotem do domu. Do tej pory główną przyczyną śmiertelności niedźwiedzi polarnych nie są zmiany klimatyczne, choć te bardzo silnie dają im się odczuć, ale właśnie polowania, realizowane zresztą przede wszystkim przez łowców trofeów z dalekiego Południa. Możemy też krytykować ich za zabijanie fok i wielorybów, ale do tego zmuszają ich reguły rynku. Przez to, że w rejonach arktycznych logistyka jest tak skomplikowana, ceny normalnych produktów w supermarketach są absurdalnie wysokie. Na przykład litr soku pomarańczowego owszem, można kupić, ale kosztuje ok. 20 USD. Czyli bez polowania Inuici nie mieliby za co żyć.

Jednak widać też dobre znaki. Wiele inuickich społeczności tworzy spółdzielnie artystyczne i handlowe, z których część prosperuje całkiem dobrze. Od kilkunastu lat kultywowanie tradycyjnych tańców, sportów i śpiewów gardłowych znowu jest legalne. Nawet do najdalszych miejscowości docierają czasem turyści, dla których zwykle urządzane są kulturowe przedstawienia. Pachną trochę dawną Cepelią, ale z autentycznym zaangażowaniem biorą w nich udział niemal wszyscy członkowie lokalnych społeczności. Jak wytłumaczyła mi Karen, śpiewaczka gardłowa z Qikiqtarjuaq, matka nieślubnego dziecka, siostra 15-letniego samobójcy i córka zmarłej na skutek alkoholizmu matki, oprócz konkretnych dochodów dla społeczności takie pokazy przywracają im poczucie dumy z tego, kim są. A to już krok w dobrą stronę, w stronę nadziei na zmianę.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter