70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kwestie trudne i geniusz poezji

W Post scriptum monumentalnej dwutomowej biografii Zbigniewa Herberta Andrzej Franaszek wyznał: „(…) nie zapominałem, że piszę o autorze wierszy, które od lat trzydziestu zapierają mi dech w piersiach”. Dodał też, że mimo to starał się „być sprawiedliwy”, choć czasem musiał pisać „o kwestiach naprawdę trudnych”.

Herbert – jak sądzę – pochwaliłby to, że Franaszek nie pisał jego biografii „na kolanach”. Sam ten gest uważał, owszem, za stosowny, bo na kolana padał, ale jedynie dla żartu (zachowały się fotografie Herberta klęczącego przed znajomymi poetkami czy poetami). To, co pisał o postawie wyprostowanej w swoich wierszach, dotyczyło innych sytuacji i okoliczności niż wygłupy towarzyskie. Widać, że Franaszek Herberta uwielbia – przekazuje wiedzę nie tylko o jego zaletach, ale i o wadach, nie zawsze go chwali, nie zawsze nawet przyznaje mu rację, ale też nie można powiedzieć, żeby go jednoznacznie krytykował. Nawet jeżeli pisze o czymś, co stawia poetę w niezbyt korzystnym świetle, szuka okoliczności łagodzących, stara się go wytłumaczyć, usprawiedliwić, wyjaśnić motywacje pewnych decyzji, zachowań, wypowiedzi. Bywa, że z niego żartuje, przyjmuje ton pobłażliwy – np. kiedy mowa o młodzieńczych listach poety, niewolnych od przechwałek i aluzji dotyczących życia erotycznego, zresztą naiwnych i rzeczywiście godnych pobłażliwego tonu. Bywa, że pozwala sobie na zgryźliwość wobec niego. Franaszek stara się opisać Herberta jako żywego człowieka, nie „gipsowego świętego w niebieskim kolorze” (t. 2, s. 832).

Po opisie sielskiego dzieciństwa Herberta w przedwojennym Lwowie, od którego zaczyna biograficzną podróż, przychodzi czas na omówienie pierwszej „kwestii naprawdę trudnej”, czyli II wojny światowej. Autor próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie: czy Herbert działał w konspiracji (z bronią w ręku)? Poeta twierdził, że tak. Zeznania świadków epoki, badania historyków, fakty zdają się temu przeczyć. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy Herbert mówił prawdę, czy „uprawiał automitologię” (t. 1, s. 206). Ani Franaszek, ani Joanna Siedlecka, która jako pierwsza poruszyła sprawę realności jego udziału w strukturach Państwa Podziemnego w swojej reporterskiej biografii Pan od poezji, nie mogli do końca ustalić, jak wyglądała prawda. Żadne z nich nie oskarża Herberta o kłamstwo, oboje zostawiają uchyloną furtkę, lecz wątpliwości pozostają. Franaszek pisze: „Od przyłapywania bohatera na zmyślaniu – pisze – bez porównania ważniejsza jest jednak chęć zrozumienia człowieka, który stał się genialnym poetą, ale może chciał być – lub też uważał, że powinien być, sądził, że inni oczekują od niego, by był – kimś innym” (t. 1, s. 206). I stara się swojego bohatera usprawiedliwić: „W polskiej mitologii nie ma miejsca dla artysty, który w chwili narodowej klęski dobiera odcienie purpury, cyzeluje rym, jest natomiast dla poety, który zamienia lirę na pałasz czy karabin. Rzecz w tym, że duchowa struktura Herberta zupełnie go do tej roli nie predestynowała. Nie był typem awanturnika, wcześnie dojrzałego mężczyzny, tak zwanego człowieka czynu” (t. 1, s. 206). Dodajmy, że Herbert nie był pierwszym wieszczem, który uniknął śmierci na barykadzie w walce o niepodległość ojczyzny. Przypomniała o tym jego siostra: „Może było z nim tak jak z Mickiewiczem i Słowackim, którzy jako słabego zdrowia uratowali się” (t. 1, s. 197). A ja dodam – może tak jak Mickiewicz i Słowacki ocalał po to, aby „dać świadectwo”?

*
„Kwestią trudną” jest też bez wątpienia „zmyślenie” o studiach malarskich i aktorskich (już po wojnie), na jakim przyłapał Franaszek Herberta. Poeta twierdził, że studiował malarstwo i że zdawał do szkoły aktorskiej, a od samego Osterwy usłyszał, iż ma duży talent dramatyczny. Przejrzenie archiwów szkół wyższych, na które się powoływał, pozwoliło Franaszkowi stwierdzić, że nie jest to prawda. „Można byłoby także powiedzieć, że tworząc historię swoich studiów malarskich czy aktorskich, Herbert jedynie nieco retuszował rzeczywistość, nadając oficjalne formy swoim rzeczywistym zainteresowaniom i uzdolnieniom” (t. 1, s. 232) – pisze Franaszek.

Faktem jest, że Herbert nieźle rysował (biograf domniemuje, że mógł ukończyć kurs rysunku zorganizowany w Sopocie przez Związek Plastyków) i że posiadał zdolności aktorskie. Dostrzegały je i wspominały osoby, które miały z nim choć trochę do czynienia. Herbert, który w wierszach posługiwał się wyrafinowaną ironią, powściągliwym żartem, w życiu uwielbiał spektakularne wygłupy. Niektóre z tych wygłupów wymagały niemałych kompetencji aktorskich. Herbert potrafił np. podczas prywatki zatelefonować do nielubianego przez niego i jego przyjaciół Jana Kotta, przedstawić się jako wielbiciel krytyka, poeta Frąckowiak z Bydgoszczy, i prowadzić z nim rozmowę pełną zachwytów. Całą serię wygłupów Herberta uwiecznił jego kompan Jan Józef Szczepański w opowiadaniu Spotkanie z poetą. Najciekawszy, jak uważa Franaszek, jest wstęp do tego opowiadania. „Zastanawia się bowiem jego autor nad »kocio-chłopięcym zmysłem zabawy« Herberta, jednych irytującym, drugich wprawiającym w zachwyt, i dochodzi do wniosku, że jest on »nieodłącznym rewersem surowej, aż do okrucieństwa, moralistyki Pana Cogito«” (t. 1, s. 790).

Poczucie humoru było bardzo przydatne Herbertowi w latach stalinowskiego terroru. Jego postawa w tym czasie, decyzja o wycofaniu się z oficjalnego życia literackiego, biedowanie i pisanie do szuflady, słowem – „odmowa, niezgoda i upór”, jak to później ujął w Potędze smaku, sprawiły, że zasłużył na opinię niezłomnego, nieustępliwego, nieprzekupnego twórcy. Opinię to mało powiedziane – Herbert stał się dzięki temu człowiekiem legendą. Poeta nigdy nie dał się uwieść wizji komunistycznego raju, podjęcie decyzji o niepublikowaniu wierszy i innej twórczości – dla człowieka, który chciał pisać – musiało wiązać się z niemałym stresem, stawianiem pytań o swoją przyszłość. Pogodne oblicze, jakie Herbert pokazywał wówczas bliskim i znajomym, wzbudziło podejrzliwość jego oddanego przyjaciela Leopolda Tyrmanda. Zastanawiał się on w Dzienniku 1954, czy pogoda ducha Herberta nie jest „precyzyjnie skonstruowaną maską, za którą kryje się coś w rodzaju rozpaczy pochylonego nad studnią życia, niezwykle wrażliwego poety, który podejrzewa, że przegrał własne życie”.

Herbert odniósł się do tego podczas słynnej rozmowy Wypluć z siebie wszystko z Jackiem Trznadlem (w 1985 r.): „Mnie o tym też niewygodnie mówić, bo on robi ze mnie takiego świętego Szymona Słupnika, który głoduje i tak dalej. On wiedział zresztą połowę tego, co ja rzeczywiście przeżyłem, bo myśmy po męsku nie rozmawiali o rzeczach wstydliwych”.

*

Choć wybory polityczne Herberta we wspomnianym okresie były kategoryczne i dojrzałe, to w życiu uczuciowym miotał się i wahał. Franaszek w związku z tym konkluduje, że decyzje: „łatwiej [mu] (…) było (…) podejmować, gdy nie łączyły się z intymnymi uczuciami – w świecie polityki prostsze było rozpoznanie dobra i zła” (t. 1, s. 368).

Na przełomie roku 1947 i 1948 poeta poznał Halinę Misiołek, znajomość przerodziła się w romans. Ona, starsza o dekadę, dla niego odeszła od męża, z którym łączyły ją dwie córki, pragnęła tego związku, on – chyba nie. Franaszek pisze: „W miłosnym dramacie, który stał się ich udziałem, ról nie rozdano symetrycznie” (t. 1, s. 325). Historię tego uczucia można dziś odtworzyć na podstawie listów wymienianych przez kochanków. Z tego, co pisze Halina, uderza ogromna miłość, troska o ukochanego, chęć pomocy i zrozumienia. W tym, co pisze Zbigniew, Franaszek słusznie dopatruje się koncentracji na sobie, komicznej niekiedy szamotaniny. Poeta zdawał sobie może sprawę ze swej roli w tym „miłosnym dramacie”, skoro w liście do ówczesnego mistrza duchowego (Jerzego Zawieyskiego) pisał, wprawdzie kajając się, że taki związek pogłębia go jako artystę i że dzięki niemu: „Po krętych drogach przez grzech i upadki coraz nieuchronniej” idzie „do Boga” (t. 1. s. 335). List ten dalej brzmi tak: „(…) i to jest jakaś wielka niesprawiedliwość. Bo tamten, drugi człowiek czeka na prostą, bezpośrednią miłość. I ma prawo żądać, abym nie używał jego uczucia do budowania mojej spokojnej i moralnej samotności. I ma prawo żądać, abym odpłacał mu czymś więcej niż wierszami”.

Franaszek szuka usprawiedliwienia dla swojego bohatera: „Powstrzymując się od sądu, podkreślmy, że jest to okres przeżywania przez poetę wiary w sposób najbardziej dramatyczny, kiedy czuje się on bliski objawienia”. Związek zakończył się, gdy Herbert powiadomił Halinę, że żeni się z inną kobietą. On chciał ich układ podtrzymywać, ona nie była w stanie.

Halina była pierwszą poważną, ale od pewnego momentu nie jedyną kobietą w życiu Herberta. W którymś momencie przestał mieć wyrzuty sumienia w kwestii relacji miłosnych i zaczął flirtować na potęgę. Przy czym, jak zauważa Franaszek: „Także i później będzie miał Zbigniew Herbert szczęście do kobiet, pragnących się dlań poświęcać” (t. 1, s. 339). Stara się jednak, jak zawsze, być dla niego „sprawiedliwym”: „Bądźmy sprawiedliwi i zauważmy też, że związane z Herbertem kobiety, nawet gdy je porzucał, wiązał się z kimś innym, nie zaczynały nim gardzić czy nienawidzić go, zachowywały tkliwość (…). Musiały zatem nie tylko dawać, ale też otrzymywać, być obdarowywane uczuciem, choć nie była to niestety dozgonna miłość (…)” (t. 1, s. 479).

*

W poczet kwestii trudnych można zaliczyć także: sprawę plagiatu, jakim był jeden z rozdziałów Barbarzyńcy w ogrodzie, konflikt z Miłoszem (kto miał rację?, czy sytuacja, od której wszystko się zaczęło, była zwykłą kłótnią pijaków, jak twierdzi Katarzyna Herbert?), wreszcie wspomniany wywiad Wypluć z siebie wszystko, jakiego Herbert udzielił Jackowi Trznadlowi (Franaszek pisze, że po jego opublikowaniu wielu z tych, którzy uważali się za przyjaciół poety, doznało szoku, czytając, co on o nich sądzi). Można by jeszcze wymienić „kłótliwość” poety pod koniec jego życia, obrażanie oddanych wydawców i tłumaczy, agresję – jak to opisuje biograf – wobec tych, których uważał za przeciwników politycznych czy choćby jego zdaniem „zhańbionych” politycznie osób.

Czy chorobą Herberta można usprawiedliwiać niektóre zachowania poety (jego zagorzali zwolennicy uważają, że wytykanie Herbertowi choroby psychicznej i powoływanie się na nią do zdewaluowania pewnych jego wypowiedzi jest godne potępienia)? Być może poeta pod koniec życia za bardzo chciał – wbrew temu, co oficjalnie mówił o nieutożsamianiu go z jego twórczością – sprostać „surowej, aż do okrucieństwa”, moralistyce, jaką zawarł w Przesłaniu Pana Cogito? Temu: „i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy / przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie”?

*

Niezależnie od „kwestii trudnych” Zbigniew Herbert pozostawił genialną poezję. A czy jego wiersze zapierałyby dech w piersiach czytelnikom, gdyby nie dotykały spraw najistotniejszych? Gdyby poeta nie umiał, tak jak tego pragnął, rozumieć „innych ludzi, inne języki, inne cierpienia” (Modlitwa Pana Cogito – podróżnika)? Gdyby nie udało mu się choćby zbliżyć do tego, do czego dążył, a co nazywał „uniwersalnym współczuciem”?

O tym, że Zbigniew Herbert potrafił wznieść się na najwyższe szczyty doskonałej poezji, pamiętał podczas pisania jego biografii Andrzej Franaszek.

 

Andrzej Franaszek

Herbert. Biografia t. 1 (Niepokój), t. 2 (Pan Cogito)

Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, s. 192

 

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter