Przemysław Czechanowski, Piotr Drygas październik 2018

Krytyczny przewodnik po zmianach na uniwersytecie

Największe zmiany dotyczą ustroju wewnętrznego uczelni, podziału dyscyplin oraz ewaluacji uniwersytetów, która wpływa na uprawnienia naukowe i finansowanie. Obietnicą Ustawy 2.0 jest zwiększenie autonomii uczelni. Czy tak się stanie?

Artykuł z numeru

Uniwersytet to my!

Uniwersytet to my!

Universitas – ogół, powszechność, wszechświat. Słowo w języku łacińskim nieposiadające swego polskiego odnośnika, który by w pełni oddawał jego ogólność. Universitas oznaczała zarówno wszechogarniającą wspólnotę, z której wyrastała (świat chrześcijański), jak i cele, jakie sobie owa wspólnota stawiała (rozpoznanie obecności Najwyższego we wszechświecie). Universitas to brak wykluczeń. Obejmowanie swoim zasięgiem każdej i każdego. Oznacza równość w ramach wspólnoty i szacunek wzajemny. Wspólnota owa gromadzi się, by poznawać universitas, czyli cały wszechświat.

Humanitas – ludzkość, człowieczeństwo, ale też w innym znaczeniu szlachetne wychowanie, wykształcenie, dobry smak. Humanitas jest więc samą wspólnotą ludzką, ale też ogółem cech, jakimi ludzkość winna się odznaczać, a już na pewno winna się kierować. Są to cechy wypływające z empatii: łagodność, przyjaźń, zrozumienie, jak również z szacunku i racjonalności.

Universitas et humanitas – określenie zakresu i metody badań. Oznaczają też perspektywę, z której badania są prowadzone, oraz wyznaczają cele. Na gruncie polskim najtrafniej opisywała to preambuła Ustawy o szkołach akademickich z lipca 1920 r., która głosiła: „Najwyższe uczelnie, poświęcone pielęgnowaniu i szerzeniu wiedzy, noszą w Państwie Polskiem w ogólności nazwę szkół akademickich, a w szczególności wszechnic, czyli uniwersytetów, szkół głównych, politechnik i akademji. Zadaniem ich jest służyć nauce i ojczyźnie. W tym celu mają one szukać i dochodzić prawdy we wszystkich gałęziach wiedzy ludzkiej oraz przewodniczyć na drodze poznawania tej prawdy przez młodzież akademicką, a przez nią rozpowszechniać ją wśród całego narodu polskiego w imię zasad, przyświecających moralnemu i umysłowemu doskonaleniu się rodzaju ludzkiego”. Universitashumanitas są kamieniami węgielnymi Akademii od czasu założenia w Bolonii pierwszego uniwersytetu blisko tysiąc lat temu. A przynajmniej były nimi do końca XX w.…

Państwo (pisane dużą literą) – pomimo rewolucji francuskiej i przemian politycznych XIX w. zarówno Państwo, jak i Nacja narodziły się dopiero w wieku następnym, gdy Wielka Wojna obaliła „nadgniłe trony spurpurowiałe we krwi ludowej”. Z powojennego chaosu ostatecznie wyłoniła się Nacja – byt abstrakcyjny, niedefiniowalny, uważany za uniwersum – jednocześnie uznany za podstawę sprawczości politycznej. Emanacją abstrakcyjnej Nacji było jak najbardziej realne Państwo. Państwo to miało własny pomysł na Akademię, jej rolę i zadania, o czym informowało urbi et orbi w ustawie o ustroju szkolnictwa z marca 1932 r. Czytamy w niej, że Państwo ma „ułatwić organizację wychowania i kształcenia ogółu na świadomych swych obowiązków i twórczych obywateli Rzeczpospolitej, obywatelom tym – zapewnić jak najwyższe wyrobienie religijne, moralne, umysłowe i fizyczne oraz jak najlepsze przygotowanie do życia, zdolniejszym zaś i dzielniejszym jednostkom ze wszystkich środowisk umożliwić osiągnięcie najwyższych szczebli naukowego i zawodowego wykształcenia”. Jest tu wciąż ogół, ale nie jest to już humanitas, lecz co najwyżej civitas. Jest universitas, ale jest nim Państwo. Ta zmiana wydaje się drobna, ale ma daleko idące konsekwencje. Skoro jest wiele Nacji i wiele Państw, to owe Nacje i Państwa konkurują ze sobą. Konkurencja zaś wyklucza empatię. Wtłacza w tryb wojenny, w którym cel uświęca środki, zaś prawda staje się co najwyżej owym środkiem. Państwo istniało w Akademii polskiej od (mniej więcej) 1930 r. do 1989 r. Zmieniało swój wektor ideologiczny, ale nie przekonanie o swojej uniwersalności ani metodzie działań. Także w nauce.

Państwo (pisane małą literą, jak najmniejszą) – w Polsce upowszechniło się jako idea na początku lat 80. XX w. w opozycji do Państwa i jego hipokryzji. Państwo wiele obiecywało. W ustawie z maja 1982 r. np. gwarancję: „kształcenia wysoko kwalifikowanych specjalistów dla wszystkich dziedzin życia społecznego, a także rozwijania w nich umiejętności samodzielnego myślenia oraz sprawnego i twórczego działania”, „kształtowania postaw patriotycznych, poczucia odpowiedzialności obywatelskiej i aktywności społecznej, umiłowania prawdy i sprawiedliwości”, oraz „realizację idei uczelni otwartej i zapewnienia jej udziału w procesie stałej edukacji narodowej”. Żadnej z tych obietnic nawet nie starano się zrealizować. Dla młodzieży zakładającej w wrześniu 1980 r. Niezależne Zrzeszenie Studentów (NZS) Państwo było nieskuteczne (w realizacji swych obietnic), a więc zbędne. Akademia miała się obejść bez Państwa, potrzebowała jedynie tego pisanego małą literą. Miała być niezależna, samorządna, powołana oddolnie. A w zasadzie miały być Akademie partykularne, wzajem ze sobą konkurujące niczym sprawne przedsiębiorstwa. „Niech rozkwita sto kwiatów, niech współzawodniczy sto szkół!” – taką wizję roztaczali reformatorzy szkolnictwa wyższego na przełomie PRL-u i transformacji.

Przedsiębiorstwo w zakresie szkolnictwa wyższego PKD 82.45.B (Polska Klasyfikacja Działalności) – w II RP możność studiowania była przywilejem przeznaczonym dla „jednostek zdolnych i dzielnych” głównie na państwowych uniwersytetach. Polska Ludowa starała się grono uprzywilejowanych poszerzać, powołując nowe uczelnie, a także wprowadzając dyskryminację pozytywną w postaci punktów za pochodzenie społeczne. W późniejszym okresie, z obawy przed problemami z wchłonięciem przez gospodarkę rosnącej grupy osób z wyższym wykształceniem (a także takimi aspiracjami), zaczęto ów wzrost kontrolować. W III RP zgodnie z ideami państwa (patrz wyżej) w ustawie z września 1990 r. dano sygnał do tworzenia nowych szkół. Pomimo zniesienia wszelkich barier i ograniczeń w początkowym okresie boomu nie było. Liczba studentów trzymała się liczby 400 tys., dość skutecznie ograniczając możliwości ekspansji rynkowej. Skoro edukacja wyższa stawała się działalnością gospodarczą, to by raczkujący przedsiębiorcy edukacyjni mieli rację bytu, należało wykreować popyt na produkt. I ten popyt wykreowano trochę metodą kija (wobec dezindustrializacji i rosnącego bezrobocia ideologia wyższego wykształcenia gwarantującego zatrudnienie czy wręcz sukces życiowy trafiła na podatny grunt), a trochę metodą marchewki (poprzez przykłady błyskawicznych karier w sektorze prywatnym, jak również rozliczne awanse z ław studenckich wprost do ław rządowych lub parlamentarnych). Pomiędzy rokiem 1991 a 1995 liczba studentów się podwoiła. Dzięki temu w 1997 r. liczba uczelni niepublicznych przekroczyła liczbę uczelni publicznych i pnąc się szybko w górę, do roku 2004 zwiększyła się jeszcze czterokrotnie, osiągając swój szczyt w roku 2011 (493 niepubliczne szkoły wyższe).

Scholaryzacja – współczynnik wyrażający odsetek osób uczących się w wieku 19–24 lat w stosunku do całej populacji w tym wieku. W latach 90. XX w. rósł o 100% co cztery lata, osiągając swój szczyt w 2011 r. (53,8%). Częściowo przyczynił się do zaspokojenia wzrostu nowych gałęzi gospodarki i stanowił jeden z argumentów dla wielu zagranicznych inwestycji, pozwolił również na stworzenie potrzebnego zaplecza dla instytucji samorządów lokalnych i społeczeństwa obywatelskiego. Tak nagły i szybki wzrost niósł ze sobą jednak wiele negatywnych konsekwencji. Po pierwsze, konieczność zaspokojenia popytu przy braku dostatecznej podaży kadry, co musiało skutkować znaczącym obniżeniem jakości nauki.

Co prawda, w Prawie o szkolnictwie wyższym z lipca 2005 r. wprowadzono bezpieczniki w postaci minimów kadrowych wymaganych dla rejestracji i prowadzenia uczelni, ale w końcu „Polak potrafi”! Rekordziści wieloetatowości „wyrabiali” w ciągu doby 16 etatów.

Po drugie, dezindustrializacja i scholaryzacja, obok zmian kulturowych oraz zaniku instytucji opiekuńczych, wpłynęły znacząco na decyzje reprodukcyjne młodych. Skutkowało to niżem demograficznym lat 90. źle rokującym na przyszłość biznesowi edukacji wyższej. Po trzecie, liczba osób z wyższym wykształceniem wypuszczanych na rynek przewyższała liczbę miejsc pracy, na których wymagano wyższego wykształcenia. I luka ta rosła z każdym rokiem przez pierwszą dekadę XXI w. Ważne! Nie cała Akademia miała szczęście zakosztować boomu edukacyjnego. Był on w przytłaczającej mierze udziałem „niskokosztowych”: humanistyki i nauk społecznych. Po zniesieniu obowiązkowego egzaminu z matematyki na maturze w 1984 r. nauki ścisłe przeżywały okres głębokiej smuty.

Prekaryzacja – zatrudnienie na tzw. elastycznych warunkach pracy, z pominięciem prawa pracy i wypływających z niego zdobyczy socjalnych (prawa do urlopu, opieki zdrowotnej, godnej płacy). Paradoksem jest fakt, że prekarne formy zatrudnienia przybyły do Polski wraz z Unią Europejską, a Akademia została prekursorem tego zjawiska. Wraz z akcesją do Unii Europejskiej Akademia polska uzyskała dostęp do funduszy na infrastrukturę, o których wcześniej nawet nie mogła marzyć. Gorączkowo zaczęto szukać środków, by skorzystać z tych pieniędzy. Dotacje państwowe nie rosły, spróbowano więc zredukować koszty, co udało się dzięki zmianom warunków zatrudnienia młodych naukowców i pracowników nieakademickich. Od roku 2004 na polskich uczelniach da się zaobserwować trend zamrożenia czy wręcz redukcji etatów oraz zatrudnienia młodej kadry na warunkach „tymczasowych” (z umowy o pracę na czas nieokreślony na kontrakty, z kontraktów na umowy zlecenia, z umów zleceń na umowy o dzieło itd.). Z kolei liczne grupy pracowników technicznych zostały outsourcowane, jak np. sprzątaczki czy portierzy-ochroniarze. Dzięki zaoszczędzonym w ten sposób pieniądzom można było zaciągać kredyty na wkład własny, starać się o fundusze europejskie i budować. To prawda, że infrastruktura uniwersytecka często była w opłakanym stanie. Inwestycje przerosły jednak realne potrzeby, nikt nie myślał o tym, że za moment na skutek nadciągającej implozji demograficznej nie będzie jak ich utrzymać. Prekaryzacja, która była eksperymentem uczelnianym, tymczasem rozlała się na inne zawody inteligenckie, przechodząc powszechnie do kultury. Gdy Guy Standing opisywał to zjawisko (2011), docierała w Polsce do fabryk i dużego biznesu, który z życzliwością przyglądał się tej „innowacji”.

Kreatywna innowacja – to pojęcie nic nie znaczy. Jest typowym przykładem nowomowy mającej za pomocą pozorów znaczenia zaciemniać obraz rzeczywistości. Jest to rodzaj rytualnego zaklęcia odwołującego się do zabiegów magicznych, w wyniku wypowiadania którego ma się pojawić coś, czego brak silnie się odczuwa. W końcu pierwszej dekady XXI w. rynek usług edukacji wyższej zaczął powoli implodować na skutek nadchodzącego niżu demograficznego i przerostu „mocy produkcyjnych”. Sposobem wyjścia z tej sytuacji było znalezienie dodatkowego źródła przychodów. Źródłem tym miała się stać działalność badawcza oparta na dystrybucji grantów, zwłaszcza płynących z zamożniejszych krajów Unii Europejskiej. Stąd w obiegu publicznym w roli totemu innowacja zastąpiła dotychczas hołubioną scholaryzację. Recepcja tej zmiany była różna. Nauki ścisłe w okresie smuty zmuszone do finansowania się z grantów zachodnioeuropejskich przyjęły zmianę bardzo dobrze. Dla humanistów i nauk społecznych zajmujących się dotychczas głównie dydaktyką było to wpłynięcie na nowe, niezbadane wody. Szybko okazało się zresztą, że dla humanistów tej wody (czyli pieniędzy) nie ma zbyt wiele. Początkowo grantowe programy unijne obejmowały jedynie badania aplikacyjne, dopiero z czasem uwzględniły te podstawowe. Między innymi to doprowadziło do utrwalenia wizji podziału na przydatne i opłacalne badania (zazwyczaj z nauk ścisłych) i te mniej ważne, nieprzynoszące ani pieniędzy, ani prestiżu – w efekcie zbędne.

Grantoza – spadające wpływy z działalności dydaktycznej (zwłaszcza w humanistyce, która była po 2007 r. passé z powodów opisanych powyżej) zmuszały do poszukiwania nowych przychodów. Wychodząc naprzeciw tej konieczności, państwo dokonało koncentracji szczupłych środków przeznaczonych na badania, a następnie powołało w 2009 r. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w zakresie badań aplikacyjnych oraz w 2010 r. Narodowe Centrum Nauki w zakresie badań podstawowych jako agencje zajmujące się dystrybucją tych środków. Od tego czasu jedną z podstawowych czynności większości adeptów nauki, w szczególności tych wypracowujących sobie pozycję na uczelniach, jest rokroczne pisanie wniosków, rozliczeń i innych ważnych formularzy, a następnie aplikowanie do konkursów grantowych. Niestety, sama kreatywna innowacyjność nie wystarcza, by pozyskać środki w takim konkursie. Potrzebne są do tego punkty.

Punktoza – zjawisko integralnie związane z grantozą. Problemem oceny w nauce jest ocenianie rzeczy nieporównywalnych. Wnioski grantowe trzeba zaś jakoś ocenić, by dostosować ilość posiadanych zasobów do ilości zgłoszonych wniosków. Tutaj w sukurs przychodzi parametryzacja z mechanizmem punktowym. Działalność naukowców (publikacje, granty) jest oceniana w punktach, punkty zaś decydują o awansie zawodowym i… wygraniu postępowania grantowego (co też wpływa na awans zawodowy). Głównym zajęciem badaczy – obok pisania i zgłaszania wniosków grantowych – jest produkcja punktów mających polepszyć możliwości pozyskania grantu. Pozyskanie grantu, obok środków finansowych, skutkuje kolejnymi punktowanymi publikacjami zwiększającymi szanse w następnym naborze wniosków grantowych – na dalszy plan schodzą przełomy w nauce czy propagowanie dokonań polskich naukowców za granicą. Wszystko to wiedzie do koncentracji środków finansowych w kilku największych ośrodkach naukowych (Warszawie, Krakowie, Poznaniu), co z kolei przyciąga studentów, powodując stopniowe zanikanie uczelni prowincjonalnych.

Efekt św. Mateusza – następstwo wyboru i stosowania modelu dyfuzyjno-polaryzacyjnego opisane w Ewangelii św. Mateusza 25, 29 („Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma”). Polega na akumulacji prestiżu i środków przez instytucje i osoby najbardziej zasobne w prestiż i środki, kosztem instytucji i osób mniej zasobnych. W efekcie system się petryfikuje, a przełamanie oligarchii, zarówno tej krajowej, jak i na poszczególnych uczelniach, staje się niemal niemożliwe. Prowadzi to do pozoru, że kumulacja potencjału w nielicznych ośrodkach jest konieczna do prowadzenia najbardziej kosztochłonnych badań – tymczasem nie ma korelacji między jakością nauki a jej koncentracją w nielicznych ośrodkach.

Historia Ustawy 2.0 sięga 2016 r. – wtedy Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego rozpisało konkurs na trzy projekty założeń do nowej reformy. Po ponad dwóch latach mniej lub bardziej realnych konsultacji, po protestach i przedłużających się pracach parlamentarnych ustawa została podpisana przez prezydenta Andrzeja Dudę 1 sierpnia br. Pozostaje zapytać: co się zmieni po 1 października 2018 r. na polskich uniwersytetach?

Największe zmiany dotyczą ustroju wewnętrznego uczelni i podziału dyscyplin oraz ewaluacji uniwersytetów, która wpływa na uprawnienia naukowe i finansowanie. Obietnicą Ustawy 2.0 jest zwiększenie autonomii uczelni. Czy tak się stanie? W nowej ustawie to uczelnie będą podstawową jednostką organizacyjną, nie zaś, jak dotychczas, wydziały. Ustawa zwiększa władztwo rektorów względem reszty wspólnoty akademickiej. Rektorzy zyskują szeroką władzę kadrową i organizacyjną, mogą samodzielnie powoływać np. osoby kierownicze o uprawnieniach dotychczasowych dziekanów. Pozostałego podziału kompetencji dokona się w nowych statutach, które uchwalą senaty uczelni, w warunkach głębokich podziałów na uniwersytetach.

Dominująca logika parametryzacji i kwantyfikacji wyróżniała jedne nauki nad innymi, co w połączeniu z uniwersytecką hierarchią zaostrzyło feudalne stosunki i konflikty między naukowcami.

Można jednak domyślać się, czyje interesy będą najsilniej zabezpieczone, czyje zaś pominięte – to aktualne składy senatów, w których większość ma pion rektorski, dziekani i przedstawiciele samodzielnych pracowników, będą uchwalały nowe statuty.

Czy ustawa poprawia czyjąś sytuację na uczelniach? Zacznijmy od najliczniejszej grupy, czyli studentów. Jedna rzecz wydaje się godna uwagi – ministerstwo będzie mogło nakładać kary na uczelnie, które w trakcie trwania studiów podniosą wysokość opłat (np. za warunki, dyplomy itp.) – dotychczas studenci musieli dochodzić swoich praw na drodze sądowej. Doktoranci z kolei mogą być bardziej zadowoleni – Ustawa 2.0 gwarantuje im obowiązkowe stypendia, co może realnie podnieść ich warunki nauki i pracy na uczelniach.

Co z pracownikami akademickimi, zarówno tymi etatowymi, jak i nieetatowymi? Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi. Reforma Gowina różnicuje w o wiele większym stopniu sytuację uczelni: trzech największych (UW, UJ, UAM), i co najmniej dwóch grup, które dopiero się wyklarują – średnich uniwersytetów, które finansowo i naukowo będą w stagnacji, oraz trzecią grupę uniwersytetów, które w ciągu kilku lat zostaną zamknięte lub przekształcą się w wyższe szkoły zawodowe. Wielkość tych dwóch grup będzie zależała ostatecznie od kryteriów przyszłych ewaluacji, kształtu dyscyplin oraz algorytmu przyznawania dotacji. Te z kolei będą regulowane przez dopiero przygotowywane rozporządzenia. Podsumowując – przyszłość jest mocno niepewna, ale można spodziewać się kilku negatywnych procesów. Trzy najgroźniejsze warto przybliżyć.

Pierwszym z nich będzie zagrożenie dla istnienia aktualnych wydziałów czy prowadzenia określonych kierunków na uczelniach. Przygotowywane przez ministerstwo rozporządzenie dotyczące dyscyplin ograniczy znacząco ich liczbę (do 45 dyscyplin w 8 dziedzinach), a rozporządzenia dotyczące ewaluacji mówią o ocenie ich właśnie. Skutkować to może dwoma procesami. Po pierwsze, uczelnie zagrożone niższą oceną w pewnych dyscyplinach, która może wpłynąć na utratę uprawnień do habilitowania, doktoryzowania czy wręcz otwierania studiów I i II stopnia, będą likwidować „źle rokujące” kierunki (zamiast je naprawiać), zwalniając kadrę. Po drugie, nawet najlepsze uczelnie posiadają gorzej parametryzowane dyscypliny. Można więc się spodziewać, że będą one próbowały przyciągnąć naukowców z innych ośrodków, którzy mają np. granty badawcze, drenując skutecznie potencjał naukowy średniej wielkości uczelni. Po trzecie, na wielu uczelniach kierunki w tych samych dyscyplinach prowadzą różne wydziały – reorganizacja pod presją czasu i finansów może doprowadzić do zaostrzenia się konfliktów między naukowcami reprezentującymi odmienne metodologie w ramach tych samych dyscyplin. Walka o zdominowanie nowych programów studiów czy szkół doktorskich przez silniejsze organizacyjnie wydziały grozi eliminacją z uczelni pluralizmu naukowego.

Drugie zagrożenie, bezpośrednio skierowane do pracowników akademickich, dotyczy kilku powiązanych ze sobą elementów. Zmieniono minima kadrowe potrzebne do prowadzenia studiów (art. 73 ustawy w ogólny sposób reguluje wymogi procentowe dotyczące zajęć prowadzonych przez osoby zatrudnione na danej uczelni jako podstawowym miejscu pracy. W przypadku studiów o profilu praktycznym nawet 50% zajęć mogą prowadzić pracownicy zewnętrzni). Pozwalają one na znaczące zwiększenie udziału pracowników niezatrudnionych na uczelni. Zlikwidowano wymogi dotyczące kadry profesorskiej niezbędnej do prowadzenia danych kierunków. Doktoranci będą uczyli się w nowo powstałych szkołach doktorskich (w których kadra również może być zatrudniana z zewnątrz). Może to skutkować nieprzewidywalną w rozmiarach prekaryzacją pracy na polskich uczelniach – duża część kadry zostanie zmuszona do przejścia na mniej korzystne warunki zatrudnienia lub straci pracę. W połączeniu z wcześniej wymienionymi redukcjami można przewidywać powstanie w ciągu najbliższych trzech lat znacznej grupy pracowników akademickich pozbawionej jakichkolwiek szans na etat. Będą oni konkurować o tymczasowe zajęcia za minimalne wynagrodzenie. Co gorsza, będą wykorzystywani do nacisków na kadrę zatrudnioną na uczelniach, co poskutkuje dalszym pogarszaniem warunków pracy i płacy.

Trzecie zagrożenie wynika z poprzednich dwóch. Chodzi o realne ograniczenie dostępu do wyższego wykształcenia i korzyści wynikających z obecności uniwersytetów w regionie.

Młodzi ludzie mogą mieć za kilka lat zdecydowanie mniejszy wybór publicznych uczelni zapewniających wykształcenie wyższe w ich regionach – a nadal gwarantuje ono statystycznie wyższe zarobki, pomimo zasadnych pytań o jego spadającą jakość.

Co więcej, uczelnie publiczne mogą z powodu algorytmów zmniejszać liczbę przyjęć na studia, co skutecznie będzie wypychało coraz więcej przyszłych studentów w objęcia odpłatnego szkolnictwa (w ostatnim sprawozdaniu z wykonania budżetu państwa ten proces jest już widoczny – w efekcie obowiązującego algorytmu, sprzężonego z Ustawą 2.0, liczba przyjęć na studia publiczne spadła, gdy w sektorze prywatnym wzrosła). Skutki są łatwe do przewidzenia. Uprzywilejowani (ekonomicznie, mieszkający w dużych miastach) będą mieli dostęp do najlepszej jakości edukacji, a do gorzej usytuowanych, zarówno finansowo, jak i geograficznie, zaczną dołączać kolejne grupy młodych, którym zostaje alternatywa – brak wyższego wykształcenia albo studia kosztem deprywacji finansowej.

Bez wykształconych ludzi wiele regionów czeka zapaść ekonomiczna i społeczna. Zamykanie lub ograniczanie działalności uniwersytetów w miastach wojewódzkich doprowadzi do eskalacji niepożądanych procesów, takich jak depopulacja, osłabienie społeczeństwa obywatelskiego oraz utrata potencjału dla inwestycji. Dla rozwoju kraju skutki mogą być równie groźne. Można nabrać zasadnych podejrzeń, że reforma Gowina niesie niepewne korzyści i realne ryzyko rozpoznane w innych segmentach rynku pracy, chociażby w procesach outsourcingu.

Pozostają pytania zasadnicze: czy w prekarnych warunkach pracy można tworzyć dobrą naukę i dydaktykę? Czy promowana parametryzacja realnie oddaje jakość wyników badawczych i przyczynia się do rozwoju społeczeństwa polskiego i gospodarki? Czy faktycznie menadżerskie zarządzanie i oddanie pełnej decyzyjności w ręce nielicznych spowodują dynamiczny rozwój uniwersytetów i zachowają ich misję? Jako wspólnota akademicka i całe społeczeństwo dowiemy się tego już wkrótce.

Kup numer