70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Krytyczny przewodnik po zmianach na uniwersytecie

Największe zmiany dotyczą ustroju wewnętrznego uczelni, podziału dyscyplin oraz ewaluacji uniwersytetów, która wpływa na uprawnienia naukowe i finansowanie. Obietnicą Ustawy 2.0 jest zwiększenie autonomii uczelni. Czy tak się stanie?

Universitas – ogół, powszechność, wszechświat. Słowo w języku łacińskim nieposiadające swego polskiego odnośnika, który by w pełni oddawał jego ogólność. Universitas oznaczała zarówno wszechogarniającą wspólnotę, z której wyrastała (świat chrześcijański), jak i cele, jakie sobie owa wspólnota stawiała (rozpoznanie obecności Najwyższego we wszechświecie). Universitas to brak wykluczeń. Obejmowanie swoim zasięgiem każdej i każdego. Oznacza równość w ramach wspólnoty i szacunek wzajemny. Wspólnota owa gromadzi się, by poznawać universitas, czyli cały wszechświat.

Humanitas – ludzkość, człowieczeństwo, ale też w innym znaczeniu szlachetne wychowanie, wykształcenie, dobry smak. Humanitas jest więc samą wspólnotą ludzką, ale też ogółem cech, jakimi ludzkość winna się odznaczać, a już na pewno winna się kierować. Są to cechy wypływające z empatii: łagodność, przyjaźń, zrozumienie, jak również z szacunku i racjonalności.

Universitas et humanitas – określenie zakresu i metody badań. Oznaczają też perspektywę, z której badania są prowadzone, oraz wyznaczają cele. Na gruncie polskim najtrafniej opisywała to preambuła Ustawy o szkołach akademickich z lipca 1920 r., która głosiła: „Najwyższe uczelnie, poświęcone pielęgnowaniu i szerzeniu wiedzy, noszą w Państwie Polskiem w ogólności nazwę szkół akademickich, a w szczególności wszechnic, czyli uniwersytetów, szkół głównych, politechnik i akademji. Zadaniem ich jest służyć nauce i ojczyźnie. W tym celu mają one szukać i dochodzić prawdy we wszystkich gałęziach wiedzy ludzkiej oraz przewodniczyć na drodze poznawania tej prawdy przez młodzież akademicką, a przez nią rozpowszechniać ją wśród całego narodu polskiego w imię zasad, przyświecających moralnemu i umysłowemu doskonaleniu się rodzaju ludzkiego”. Universitashumanitas są kamieniami węgielnymi Akademii od czasu założenia w Bolonii pierwszego uniwersytetu blisko tysiąc lat temu. A przynajmniej były nimi do końca XX w.…

Państwo (pisane dużą literą) – pomimo rewolucji francuskiej i przemian politycznych XIX w. zarówno Państwo, jak i Nacja narodziły się dopiero w wieku następnym, gdy Wielka Wojna obaliła „nadgniłe trony spurpurowiałe we krwi ludowej”. Z powojennego chaosu ostatecznie wyłoniła się Nacja – byt abstrakcyjny, niedefiniowalny, uważany za uniwersum – jednocześnie uznany za podstawę sprawczości politycznej. Emanacją abstrakcyjnej Nacji było jak najbardziej realne Państwo. Państwo to miało własny pomysł na Akademię, jej rolę i zadania, o czym informowało urbi et orbi w ustawie o ustroju szkolnictwa z marca 1932 r. Czytamy w niej, że Państwo ma „ułatwić organizację wychowania i kształcenia ogółu na świadomych swych obowiązków i twórczych obywateli Rzeczpospolitej, obywatelom tym – zapewnić jak najwyższe wyrobienie religijne, moralne, umysłowe i fizyczne oraz jak najlepsze przygotowanie do życia, zdolniejszym zaś i dzielniejszym jednostkom ze wszystkich środowisk umożliwić osiągnięcie najwyższych szczebli naukowego i zawodowego wykształcenia”. Jest tu wciąż ogół, ale nie jest to już humanitas, lecz co najwyżej civitas. Jest universitas, ale jest nim Państwo. Ta zmiana wydaje się drobna, ale ma daleko idące konsekwencje. Skoro jest wiele Nacji i wiele Państw, to owe Nacje i Państwa konkurują ze sobą. Konkurencja zaś wyklucza empatię. Wtłacza w tryb wojenny, w którym cel uświęca środki, zaś prawda staje się co najwyżej owym środkiem. Państwo istniało w Akademii polskiej od (mniej więcej) 1930 r. do 1989 r. Zmieniało swój wektor ideologiczny, ale nie przekonanie o swojej uniwersalności ani metodzie działań. Także w nauce.

Państwo (pisane małą literą, jak najmniejszą) – w Polsce upowszechniło się jako idea na początku lat 80. XX w. w opozycji do Państwa i jego hipokryzji. Państwo wiele obiecywało. W ustawie z maja 1982 r. np. gwarancję: „kształcenia wysoko kwalifikowanych specjalistów dla wszystkich dziedzin życia społecznego, a także rozwijania w nich umiejętności samodzielnego myślenia oraz sprawnego i twórczego działania”, „kształtowania postaw patriotycznych, poczucia odpowiedzialności obywatelskiej i aktywności społecznej, umiłowania prawdy i sprawiedliwości”, oraz „realizację idei uczelni otwartej i zapewnienia jej udziału w procesie stałej edukacji narodowej”. Żadnej z tych obietnic nawet nie starano się zrealizować. Dla młodzieży zakładającej w wrześniu 1980 r. Niezależne Zrzeszenie Studentów (NZS) Państwo było nieskuteczne (w realizacji swych obietnic), a więc zbędne. Akademia miała się obejść bez Państwa, potrzebowała jedynie tego pisanego małą literą. Miała być niezależna, samorządna, powołana oddolnie. A w zasadzie miały być Akademie partykularne, wzajem ze sobą konkurujące niczym sprawne przedsiębiorstwa. „Niech rozkwita sto kwiatów, niech współzawodniczy sto szkół!” – taką wizję roztaczali reformatorzy szkolnictwa wyższego na przełomie PRL-u i transformacji.

Przedsiębiorstwo w zakresie szkolnictwa wyższego PKD 82.45.B (Polska Klasyfikacja Działalności) – w II RP możność studiowania była przywilejem przeznaczonym dla „jednostek zdolnych i dzielnych” głównie na państwowych uniwersytetach. Polska Ludowa starała się grono uprzywilejowanych poszerzać, powołując nowe uczelnie, a także wprowadzając dyskryminację pozytywną w postaci punktów za pochodzenie społeczne. W późniejszym okresie, z obawy przed problemami z wchłonięciem przez gospodarkę rosnącej grupy osób z wyższym wykształceniem (a także takimi aspiracjami), zaczęto ów wzrost kontrolować. W III RP zgodnie z ideami państwa (patrz wyżej) w ustawie z września 1990 r. dano sygnał do tworzenia nowych szkół. Pomimo zniesienia wszelkich barier i ograniczeń w początkowym okresie boomu nie było. Liczba studentów trzymała się liczby 400 tys., dość skutecznie ograniczając możliwości ekspansji rynkowej. Skoro edukacja wyższa stawała się działalnością gospodarczą, to by raczkujący przedsiębiorcy edukacyjni mieli rację bytu, należało wykreować popyt na produkt. I ten popyt wykreowano trochę metodą kija (wobec dezindustrializacji i rosnącego bezrobocia ideologia wyższego wykształcenia gwarantującego zatrudnienie czy wręcz sukces życiowy trafiła na podatny grunt), a trochę metodą marchewki (poprzez przykłady błyskawicznych karier w sektorze prywatnym, jak również rozliczne awanse z ław studenckich wprost do ław rządowych lub parlamentarnych). Pomiędzy rokiem 1991 a 1995 liczba studentów się podwoiła. Dzięki temu w 1997 r. liczba uczelni niepublicznych przekroczyła liczbę uczelni publicznych i pnąc się szybko w górę, do roku 2004 zwiększyła się jeszcze czterokrotnie, osiągając swój szczyt w roku 2011 (493 niepubliczne szkoły wyższe).

Scholaryzacja – współczynnik wyrażający odsetek osób uczących się w wieku 19–24 lat w stosunku do całej populacji w tym wieku. W latach 90. XX w. rósł o 100% co cztery lata, osiągając swój szczyt w 2011 r. (53,8%). Częściowo przyczynił się do zaspokojenia wzrostu nowych gałęzi gospodarki i stanowił jeden z argumentów dla wielu zagranicznych inwestycji, pozwolił również na stworzenie potrzebnego zaplecza dla instytucji samorządów lokalnych i społeczeństwa obywatelskiego. Tak nagły i szybki wzrost niósł ze sobą jednak wiele negatywnych konsekwencji. Po pierwsze, konieczność zaspokojenia popytu przy braku dostatecznej podaży kadry, co musiało skutkować znaczącym obniżeniem jakości nauki.

Co prawda, w Prawie o szkolnictwie wyższym z lipca 2005 r. wprowadzono bezpieczniki w postaci minimów kadrowych wymaganych dla rejestracji i prowadzenia uczelni, ale w końcu „Polak potrafi”! Rekordziści wieloetatowości „wyrabiali” w ciągu doby 16 etatów.

Po drugie, dezindustrializacja i scholaryzacja, obok zmian kulturowych oraz zaniku instytucji opiekuńczych, wpłynęły znacząco na decyzje reprodukcyjne młodych. Skutkowało to niżem demograficznym lat 90. źle rokującym na przyszłość biznesowi edukacji wyższej. Po trzecie, liczba osób z wyższym wykształceniem wypuszczanych na rynek przewyższała liczbę miejsc pracy, na których wymagano wyższego wykształcenia. I luka ta rosła z każdym rokiem przez pierwszą dekadę XXI w. Ważne! Nie cała Akademia miała szczęście zakosztować boomu edukacyjnego. Był on w przytłaczającej mierze udziałem „niskokosztowych”: humanistyki i nauk społecznych. Po zniesieniu obowiązkowego egzaminu z matematyki na maturze w 1984 r. nauki ścisłe przeżywały okres głębokiej smuty.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter