70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Krajobraz po nowej ustawie

Ustawa 2.0 wzbudziła duże kontrowersje w środowisku akademickim. Jej założenia przedyskutowaliśmy z sympatykami i krytykami zmian na uniwersytecie.

Michał Jędrzejek, Dominika Kozłowska: Rozmawiamy w gronie współtwórców, obserwatorów i aktywnych krytyków nowej ustawy o szkolnictwie wyższym (tzw. Ustawy 2.0 czy też Konstytucji dla nauki). Jednocześnie wszyscy Państwo reprezentują bliskie sobie dyscypliny: filozofię i socjologię. Jaka wizja uniwersytetu jest Państwu bliska? Jakie w świetle tej wizji są mocne i słabe strony nowej ustawy?

Aleksander Bobko: Jestem przekonany, że klasyczny uniwersytet – instytucja o niemal tysiącletniej tradycji, jeśli za moment założycielski uznamy powstanie uniwersytetu w Bolonii – stoi dziś przed wielkimi wyzwaniami. Zmienia się świat i także uczelnie muszą podlegać zmianom. W przeszłości było często tak, że przemiany kulturowe miały swój początek w świecie akademickim, dziś uniwersytety nie są już w ich awangardzie, raczej stoją gdzieś z boku. Może Państwa zaskoczę, ale sądzę, że Ustawa 2.0 ma wobec tych przemian znaczenie niewielkie. Przyznam, że jako osoba, która od początku brała udział w pracach nad nią, miałem nadzieję, że nowe prawo i związana z nim dyskusja w sposób bardziej zdecydowany zmierzą się ze współczesnymi wyzwaniami. Tak się nie stało. Oczywiście wiele zależy też od dalszych rozporządzeń i sposobu wdrażania zmian, ale myślę, że ustawa nie odpowiada właściwie na zasadnicze pytanie o to, jaki ma być współczesny uniwersytet.

Uczelnie zmieniły się w ostatnich dekadach – w Polsce i na całym świecie. Wspomnę choćby o dwóch procesach. Pierwszy to umasowienie studiów. Na początku lat 90. było u nas ok. 400 tys. studentów, w szczytowym momencie boomu edukacyjnego – niemal 2 mln. Powstało też wiele nowych szkół wyższych. Drugi proces to biurokratyzacja oceny pracy naukowców. Pewne formy oceny są niezbędne, by wybierać i wspierać dobrych uczonych. Jednakże wielu pracowników skarży się na tę nieustanną ewaluację przez instytucje zewnętrzne, skrupulatne i rozbudowane przepisy związane z wydawaniem publicznych pieniędzy i biurokratyczną kontrolę, które w pewnym sensie pozostają w sprzeczności z tradycją akademicką – gdzie istniała zawsze duża swoboda, a z efektów pracy rozliczano dopiero po dłuższym czasie.

Już w pierwszych rozmowach z premierem Gowinem o szkolnictwie wyższym zastanawialiśmy się, w jaki sposób zmniejszyć te obowiązki biurokratyczne ciążące akademii. Jeszcze przed Ustawą 2.0 wprowadziliśmy nowelizację, która zdejmowała z uczonych niektóre obowiązki sprawozdawcze i np. likwidowała przymus oceny co dwa lata. Właściwie niewiele osób to zauważyło, a do ministerstwa wciąż spływały te same sprawozdania, które już nie były wymagane. To był dla mnie zimny prysznic, ponieważ idąc do ministerstwa po latach pracy w administracji uniwersytetu (od prodziekana do rektora), byłem przekonany, że źródłem kultury biurokratycznej jest Ministerstwo Nauki. W ministerstwie okazało się zaś, że to same uczelnie proszą o szczegółowe administracyjne rozstrzygnięcia.

Myślę, że są w nowej ustawie rozwiązania, które pozwalają na uproszczenie niektórych procedur. Po pierwsze, uczelnie będą otrzymywać ujednolicone finansowanie, dzięki czemu będą miały większą swobodę w wydatkowaniu środków. Po drugie, skonsolidowana została liczba dziedzin i dyscyplin naukowych (w duchu klasyfikacji OECD), co powinno ułatwić badania interdyscyplinarne. Po trzecie, uniwersytety będą mogły bardziej samodzielnie niż dotąd kształtować swój statut. Wydawało nam się, że te wszystkie zmiany wzmocnią autonomię uczelni. Teraz rozbrzmiewają argumenty, że zagrożeniem może być despotyczna władza rektora. Ustawa daje pewne instrumenty i swobodę, które uczelnie będą mogły w różny sposób wykorzystać – i po czasie wyłonią się pewnie różne modele uniwersytetu. Będzie wtedy też czas na sprawdzenie, czy zaproponowane rozwiązania się sprawdziły, czy wymagają korekty.

Maciej Gdula: Zgadzam się z tym, że zagrożenia dla uniwersytetu nie wynikają wyłącznie z Ustawy 2.0, lecz z szerszych procesów kulturowych. Pytanie jednak, czy ustawodawca stara się walczyć z zewnętrzną presją na uniwersytet, czy raczej dostosować się do tych trendów. Mam wrażenie, że Ustawa 2.0 postawiła na dostosowanie. W tym sensie jest ona kontynuacją tzw. reformy Kudryckiej. I dlatego też protestowałem przeciwko niej podczas czerwcowego strajku na Uniwersytecie Warszawskim.

Cieszę się, że rozmawiamy w gronie osób zajmujących się zbliżonymi naukami: filozofią i socjologią. Nasze troski i problemy różnią się od tych, które mają przedstawiciele nauk przyrodniczych i ścisłych, ale częściowo także od tych, które mają ekonomiści czy psycholodzy. Gdy pracujemy, z reguły nie staramy się dodać nowej cegiełki do muru wiedzy, lecz zastanowić się ogólniej nad tym, czy założenia, od których wychodzimy, mają sens. Istotne jest też dla wielu z nas uczestnictwo w debacie publicznej, w sporze o kształt naszej rzeczywistości. Stąd – jak sądzę – rozbieżności w patrzeniu na naukę między przedstawicielami różnych dyscyplin; specyfika humanistyki wciąż nie jest odpowiednio dostrzegana.

Jeśli chodzi o wspomniane przez Aleksandra Bobko przemiany cywilizacyjne, to wskazałbym na obniżenie znaczenia i statusu pośredników kulturowych, tzn. przede wszystkim ludzi uniwersytetu, oraz samej dyskusji o rzeczywistości. Większe znaczenie dla systemowej integracji niż kultura, humanistyka i debata publiczna mają inne mechanizmy – mówiąc skrótowo – pieniądz, przemoc i technologia. W moim przekonaniu Ustawa 2.0 nie stara się wzmocnić roli pośredników kulturowych. Obawiam się, że jednolite finansowanie będzie narzędziem kontroli i zagrożeniem dla autonomii pracy naukowej. Władze uniwersytetu (choć wybierane przez społeczność akademicką, to jednak bez silnej legitymizacji, ponieważ niewiele osób bierze udział w wyborach ciał kolegialnych) będą naciskać na to, by naukowcy zajęli się specyficznie pojętą nauką, tzn. tworzeniem wyłącznie specjalistycznych tekstów i zdobywaniem grantów na badania. To kolejny krok w stronę pozbawiania uniwersytetu funkcji krytycznej. Szczerze mówiąc, myślałem że PiS zatrzyma tę ustawę. Okazało się jednak, że politycy z różnych obozów chętnie wzmacniają tendencję do wpisywania naukowców w wąskie ramy działalności, ponieważ nie stanowią oni wtedy konkurencji w kształtowaniu sfery publicznej.

Wraz z nową ustawą powstaje ogromna pokusa, by statuty uczelni ukształtować w ten sposób, żeby ograniczyć samorządność. Wiemy, że zebrania rad instytutów bywają mało pasjonujące, wręcz nudne. Czy jednak po przeniesieniu prawa do nadawania stopni naukowych z rad wydziału na senat nie powstanie pokusa, by rady wydziału w ogóle zlikwidować? Wówczas ta nasza kulejąca samorządność w ogóle zniknie. Obawiam się, że zamienimy uniwersytet w zwyczajne miejsce pracy.

Będziemy pracować jak w korporacji – tylko że z niższą płacą i większymi wymaganiami. Nie chcę się na to zgodzić, bo właśnie po to odszedłem z korporacji, by pracować na uniwersytecie – takim, który pamiętam z czasów, gdy sam byłem studentem.

Małgorzata Kowalska: Uważam za słuszne zarówno to, co powiedział Maciej Gdula, jak i tę bardzo ogólną diagnozę Aleksandra Bobko. Czym są jednak przekształcenia cywilizacyjne, o których mówimy? Trafną diagnozę postawił już pod koniec lat 70. Jean-François Lyotard w książce O kondycji ponowoczesnej. Przypomnę, że jej podtytuł to Raport o stanie wiedzy i w dużej części poświęcona jest ona praktyce naukowej opisywanej z różnych stron: rynku, państwa i samych badaczy. Lyotard zauważył, że od początku lat 70. wraz z kryzysem państwa opiekuńczego i wzbierającą falą neoliberalizmu uniwersytet stawał się coraz bardziej elementem systemu rynkowego istniejącego w warunkach późnego kapitalizmu. Jak pisze francuski filozof: „Nauka stała się momentem w krążeniu kapitału”. Oczywistym przykładem jest działalność uczelni prywatnych, ale także samo państwo coraz mocniej wchodziło w rolę aktora rynkowego – było więc zainteresowane sukcesami nauki, które mogą przekładać się na stan gospodarki. W przypadku humanistyki oczekuje się, że jeśli nie będzie przyczyniać się do sukcesów ekonomicznych, to osiągać będzie przynajmniej sukcesy prestiżowe. Zwraca uwagę ta obsesja widzialności – nieważne, czy tworzymy rzeczy wybitne, ważne, żebyśmy byli widoczni w świecie.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter