70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Krajobraz po nowej ustawie

Ustawa 2.0 wzbudziła duże kontrowersje w środowisku akademickim. Jej założenia przedyskutowaliśmy z sympatykami i krytykami zmian na uniwersytecie.

Michał Jędrzejek, Dominika Kozłowska: Rozmawiamy w gronie współtwórców, obserwatorów i aktywnych krytyków nowej ustawy o szkolnictwie wyższym (tzw. Ustawy 2.0 czy też Konstytucji dla nauki). Jednocześnie wszyscy Państwo reprezentują bliskie sobie dyscypliny: filozofię i socjologię. Jaka wizja uniwersytetu jest Państwu bliska? Jakie w świetle tej wizji są mocne i słabe strony nowej ustawy?

Aleksander Bobko: Jestem przekonany, że klasyczny uniwersytet – instytucja o niemal tysiącletniej tradycji, jeśli za moment założycielski uznamy powstanie uniwersytetu w Bolonii – stoi dziś przed wielkimi wyzwaniami. Zmienia się świat i także uczelnie muszą podlegać zmianom. W przeszłości było często tak, że przemiany kulturowe miały swój początek w świecie akademickim, dziś uniwersytety nie są już w ich awangardzie, raczej stoją gdzieś z boku. Może Państwa zaskoczę, ale sądzę, że Ustawa 2.0 ma wobec tych przemian znaczenie niewielkie. Przyznam, że jako osoba, która od początku brała udział w pracach nad nią, miałem nadzieję, że nowe prawo i związana z nim dyskusja w sposób bardziej zdecydowany zmierzą się ze współczesnymi wyzwaniami. Tak się nie stało. Oczywiście wiele zależy też od dalszych rozporządzeń i sposobu wdrażania zmian, ale myślę, że ustawa nie odpowiada właściwie na zasadnicze pytanie o to, jaki ma być współczesny uniwersytet.

Uczelnie zmieniły się w ostatnich dekadach – w Polsce i na całym świecie. Wspomnę choćby o dwóch procesach. Pierwszy to umasowienie studiów. Na początku lat 90. było u nas ok. 400 tys. studentów, w szczytowym momencie boomu edukacyjnego – niemal 2 mln. Powstało też wiele nowych szkół wyższych. Drugi proces to biurokratyzacja oceny pracy naukowców. Pewne formy oceny są niezbędne, by wybierać i wspierać dobrych uczonych. Jednakże wielu pracowników skarży się na tę nieustanną ewaluację przez instytucje zewnętrzne, skrupulatne i rozbudowane przepisy związane z wydawaniem publicznych pieniędzy i biurokratyczną kontrolę, które w pewnym sensie pozostają w sprzeczności z tradycją akademicką – gdzie istniała zawsze duża swoboda, a z efektów pracy rozliczano dopiero po dłuższym czasie.

Już w pierwszych rozmowach z premierem Gowinem o szkolnictwie wyższym zastanawialiśmy się, w jaki sposób zmniejszyć te obowiązki biurokratyczne ciążące akademii. Jeszcze przed Ustawą 2.0 wprowadziliśmy nowelizację, która zdejmowała z uczonych niektóre obowiązki sprawozdawcze i np. likwidowała przymus oceny co dwa lata. Właściwie niewiele osób to zauważyło, a do ministerstwa wciąż spływały te same sprawozdania, które już nie były wymagane. To był dla mnie zimny prysznic, ponieważ idąc do ministerstwa po latach pracy w administracji uniwersytetu (od prodziekana do rektora), byłem przekonany, że źródłem kultury biurokratycznej jest Ministerstwo Nauki. W ministerstwie okazało się zaś, że to same uczelnie proszą o szczegółowe administracyjne rozstrzygnięcia.

Myślę, że są w nowej ustawie rozwiązania, które pozwalają na uproszczenie niektórych procedur. Po pierwsze, uczelnie będą otrzymywać ujednolicone finansowanie, dzięki czemu będą miały większą swobodę w wydatkowaniu środków. Po drugie, skonsolidowana została liczba dziedzin i dyscyplin naukowych (w duchu klasyfikacji OECD), co powinno ułatwić badania interdyscyplinarne. Po trzecie, uniwersytety będą mogły bardziej samodzielnie niż dotąd kształtować swój statut. Wydawało nam się, że te wszystkie zmiany wzmocnią autonomię uczelni. Teraz rozbrzmiewają argumenty, że zagrożeniem może być despotyczna władza rektora. Ustawa daje pewne instrumenty i swobodę, które uczelnie będą mogły w różny sposób wykorzystać – i po czasie wyłonią się pewnie różne modele uniwersytetu. Będzie wtedy też czas na sprawdzenie, czy zaproponowane rozwiązania się sprawdziły, czy wymagają korekty.

Maciej Gdula: Zgadzam się z tym, że zagrożenia dla uniwersytetu nie wynikają wyłącznie z Ustawy 2.0, lecz z szerszych procesów kulturowych. Pytanie jednak, czy ustawodawca stara się walczyć z zewnętrzną presją na uniwersytet, czy raczej dostosować się do tych trendów. Mam wrażenie, że Ustawa 2.0 postawiła na dostosowanie. W tym sensie jest ona kontynuacją tzw. reformy Kudryckiej. I dlatego też protestowałem przeciwko niej podczas czerwcowego strajku na Uniwersytecie Warszawskim.

Cieszę się, że rozmawiamy w gronie osób zajmujących się zbliżonymi naukami: filozofią i socjologią. Nasze troski i problemy różnią się od tych, które mają przedstawiciele nauk przyrodniczych i ścisłych, ale częściowo także od tych, które mają ekonomiści czy psycholodzy. Gdy pracujemy, z reguły nie staramy się dodać nowej cegiełki do muru wiedzy, lecz zastanowić się ogólniej nad tym, czy założenia, od których wychodzimy, mają sens. Istotne jest też dla wielu z nas uczestnictwo w debacie publicznej, w sporze o kształt naszej rzeczywistości. Stąd – jak sądzę – rozbieżności w patrzeniu na naukę między przedstawicielami różnych dyscyplin; specyfika humanistyki wciąż nie jest odpowiednio dostrzegana.

Jeśli chodzi o wspomniane przez Aleksandra Bobko przemiany cywilizacyjne, to wskazałbym na obniżenie znaczenia i statusu pośredników kulturowych, tzn. przede wszystkim ludzi uniwersytetu, oraz samej dyskusji o rzeczywistości. Większe znaczenie dla systemowej integracji niż kultura, humanistyka i debata publiczna mają inne mechanizmy – mówiąc skrótowo – pieniądz, przemoc i technologia. W moim przekonaniu Ustawa 2.0 nie stara się wzmocnić roli pośredników kulturowych. Obawiam się, że jednolite finansowanie będzie narzędziem kontroli i zagrożeniem dla autonomii pracy naukowej. Władze uniwersytetu (choć wybierane przez społeczność akademicką, to jednak bez silnej legitymizacji, ponieważ niewiele osób bierze udział w wyborach ciał kolegialnych) będą naciskać na to, by naukowcy zajęli się specyficznie pojętą nauką, tzn. tworzeniem wyłącznie specjalistycznych tekstów i zdobywaniem grantów na badania. To kolejny krok w stronę pozbawiania uniwersytetu funkcji krytycznej. Szczerze mówiąc, myślałem że PiS zatrzyma tę ustawę. Okazało się jednak, że politycy z różnych obozów chętnie wzmacniają tendencję do wpisywania naukowców w wąskie ramy działalności, ponieważ nie stanowią oni wtedy konkurencji w kształtowaniu sfery publicznej.

Wraz z nową ustawą powstaje ogromna pokusa, by statuty uczelni ukształtować w ten sposób, żeby ograniczyć samorządność. Wiemy, że zebrania rad instytutów bywają mało pasjonujące, wręcz nudne. Czy jednak po przeniesieniu prawa do nadawania stopni naukowych z rad wydziału na senat nie powstanie pokusa, by rady wydziału w ogóle zlikwidować? Wówczas ta nasza kulejąca samorządność w ogóle zniknie. Obawiam się, że zamienimy uniwersytet w zwyczajne miejsce pracy.

Będziemy pracować jak w korporacji – tylko że z niższą płacą i większymi wymaganiami. Nie chcę się na to zgodzić, bo właśnie po to odszedłem z korporacji, by pracować na uniwersytecie – takim, który pamiętam z czasów, gdy sam byłem studentem.

Małgorzata Kowalska: Uważam za słuszne zarówno to, co powiedział Maciej Gdula, jak i tę bardzo ogólną diagnozę Aleksandra Bobko. Czym są jednak przekształcenia cywilizacyjne, o których mówimy? Trafną diagnozę postawił już pod koniec lat 70. Jean-François Lyotard w książce O kondycji ponowoczesnej. Przypomnę, że jej podtytuł to Raport o stanie wiedzy i w dużej części poświęcona jest ona praktyce naukowej opisywanej z różnych stron: rynku, państwa i samych badaczy. Lyotard zauważył, że od początku lat 70. wraz z kryzysem państwa opiekuńczego i wzbierającą falą neoliberalizmu uniwersytet stawał się coraz bardziej elementem systemu rynkowego istniejącego w warunkach późnego kapitalizmu. Jak pisze francuski filozof: „Nauka stała się momentem w krążeniu kapitału”. Oczywistym przykładem jest działalność uczelni prywatnych, ale także samo państwo coraz mocniej wchodziło w rolę aktora rynkowego – było więc zainteresowane sukcesami nauki, które mogą przekładać się na stan gospodarki. W przypadku humanistyki oczekuje się, że jeśli nie będzie przyczyniać się do sukcesów ekonomicznych, to osiągać będzie przynajmniej sukcesy prestiżowe. Zwraca uwagę ta obsesja widzialności – nieważne, czy tworzymy rzeczy wybitne, ważne, żebyśmy byli widoczni w świecie.

O ile w przypadku nauk technicznych czy ścisłych owe zmiany to co najwyżej pewna niedogodność, związana z koniecznością krótkoterminowych rozliczeń, o tyle w przypadku humanistyki prowadzą one do kryzysu. Humaniści i badacze społeczni zamiast być uczestnikami życia publicznego, mają pełnić funkcję członków pewnej zawodowej korporacji i tworzyć produkty na globalnym rynku wiedzy, które będą docenione w jakimś centrum decyzyjnym. Istnieją bowiem centra dystrybucji funduszy i prestiżu określające, jakie kryteria trzeba spełniać, by zasłużyć na grant lub publikację w cenionym czasopiśmie. Im bliżej jesteśmy międzynarodowych centrów decyzyjnych, tym łatwiej nam uczestniczyć w globalnym obiegu naukowym. Stąd także w Polsce osoby, które wspierają reformę uniwersytetu, a nawet są rozczarowane jej zmiękczonym charakterem, to z reguły te, które są bliżej owych centrów. Mówię o tym w sposób neutralny, nie rozstrzygając, czy tworzą oni mniej czy bardziej wartościową humanistykę. Chcę jedynie wskazać, że można widzieć tu pewien mechanizm polityczno-ekonomiczny.

Uważam, że Ustawa 2.0 – podobnie jak reforma Kudryckiej – wpisuje się w opisane przez Lyotarda trendy. Prowadzi do zwiększenia władzy rektorskiej oraz ministerialnej (bo o charakterze reformy w dużym stopniu mają rozstrzygnąć rozporządzenia). Władza będzie wymagać od naukowców większej efektywności. Wydaje mi się, że to będzie efektywność pozorna – ci, którzy mają świetne pomysły, i tak się przebiją, a inni będą marnować energię na próbę dopasowania swoich prac do mody lub wymogów narzucanych przez owe centra decyzyjne. A wszystko to realizowane jest w duchu słynnej zasady TINA – there is no alternative. Rzekomo cały świat akademicki już tak funkcjonuje, a my mamy się tylko dostosować.

Jednakże te neoliberalne tendencje zderzają się z oporem np. w Szwecji. Prof. Monika Kostera, która jest teoretykiem zarządzania pracującym na jednej z tamtejszych uczelni, zwracała uwagę, że coraz jaśniej dostrzega się tam sprzeczność między technokratycznym liberalizmem a demokracją uczelnianą.

I że w związku z tym szuka się nowych form kolegialności, czyli broni się samorządności, o którą upomina się Maciej Gdula.

A czy Ustawa 2.0 ma jakieś szczególne zalety? Oczywiście sympatycy reformy wskazują na patologie poprzedniego systemu – jego hierarchiczność czy fakt, że po zdobyciu habilitacji pracownicy rzekomo byli nieusuwalni.

Niewątpliwie reforma spłaszcza hierarchie akademickie. Ale jaki jest tego koszt? Na przykład likwidacja obowiązku habilitacyjnego przez wielu młodych pracowników przyjmowana jest z ulgą. Jednak w gruncie rzeczy obrona habilitacji dawała też jakąś – nieostateczną przecież – stabilizację i była mniej stresująca niż konieczność nieustannego rozliczania się ze swojej pracy. Ustawa niby zwiększa autonomię uczelni, ale wydaje się, że po pierwsze, zwiększa władzę rektora, a po drugie, podporządkowuje uczelnię logice sukcesów na globalnym rynku. Te ewentualne dobre strony zmian są więc przyćmione przez sprawy niepokojące, które ja może trochę wyostrzam. Czasami jednak racjonalnie jest obawiać się nieco na zapas, prawda?

Cezary Kościelniak: Gdy spojrzymy na tworzenie się idei nowożytnego uniwersytetu, np. na programy Wilhelma von Humboldta w Niemczech, Johna Henry’ego Newmana w Anglii czy na model napoleoński we Francji, to dostrzeżemy, że każdej z nich towarzyszył namysł nad rolą uniwersytetu. Punktem wyjścia były pytania o cele kulturowe, naukowe, także i partykularne cele polityczne, a dopiero potem kształtowały się kwestie organizacyjne. W 1978 r. w miesięczniku „Znak” Henryk Woźniakowski przeprowadził wywiad z René Rémondem, który już wtedy mówił o kryzysie uniwersytetów i wstrząsach tej instytucji, która zmienia świadomość funkcji i celów uczelni. Debata o uniwersytet musi opierać się na pytaniach fundamentalnych. Mam wrażenie, że w Polsce zostały one zmarginalizowane. Nie wiemy, jaką rolę uniwersytet ma odegrać w dzisiejszej Polsce. W jaki sposób miałby kształcić elity? Jaka jest rola uniwersytetu we współczesnej kulturze, także kulturze gospodarczej? W jakiej kondycji znajduje się etos polskiego środowiska akademickiego? Wreszcie: jak ma być zbudowana relacja między uczelnią i państwem? Odpowiedzi na te i inne pytania determinują rozwiązania organizacyjne. Czy mamy kontynuować najbliższy polskiej tradycji program humboldtowski, na który składa się m.in. równowaga między badaniami a kształceniem i siła symboliczna uczonych, czy też opowiemy się za programem amerykańskich uczelni badawczych, nastawionych na wyniki i silną konkurencyjność? Reforma została przyjęta przez Sejm, jednak do dyskusji o kwestiach fundamentalnych powinniśmy powrócić.

W ocenie reformy zwróciłbym uwagę właśnie na zwiększenie autonomii uczelni, tu polemizowałbym z Małgorzatą Kowalską i Maciejem Gdulą. Ustawa realnie ją zwiększa, choćby poprzez danie każdej uczelni możliwości zbudowania własnego ustroju i struktury. Kluczową sprawą będzie uchwalenie nowych statutów, tutaj rzeczywiście wiele będzie zależeć od oddolnej aktywności pracowników uniwersytetu. Nadchodzący rok akademicki będzie dla polskich uczelni kluczowy, właśnie teraz ruch należy do nich.

Choć uważam, że habilitacja jest dobrą motywacją do podsumowania swoich badań, to jednak dostrzegam słuszną intencję ustawodawcy, by ktoś, kto nie jest wybitnym badaczem, lecz świetnym dydaktykiem, mógł bez niej pracować dalej na uczelni. Oczywiście pojawia się też pytanie: jak rozstrzygnąć, czy ktoś jest dobrym wykładowcą? Czy będzie to stanowisko dla wybitnych dydaktyków czy też przechowalnia dla słabych badaczy? Z pewnością warto zachować istniejący system przewodowy, który jest transparentny. Jawne, publikowane w internecie recenzje są lepszym rozwiązaniem niż recenzje anonimowe. Powstaje pytanie, czy etos polskiej nauki jest na tyle wysoki, że powinniśmy sobie pozwolić na anonimowo recenzowany system przewodowy.

Niepokój może budzić fakt, że już nie wydziały, lecz uczelnie (a w jej ramach konkretne dyscypliny) będą poddawane ocenie parametrycznej. To jest rewolucyjna zmiana. Uniwersytetom najpewniej będzie opłacać się wystawiać do ewaluacji tylko „najsilniejsze” dyscypliny. Po pierwsze, stracą na tym dobrzy badacze mający nieszczęście pracować w otoczeniu słabszych kolegów,  co się zdarza zwłaszcza na uczelniach małych. Po drugie, „słabe” dyscypliny staną się balastem, uczelniom będzie opłacać się rozwijać jedynie te, które przynoszą największe zyski. Pojawia się pytanie, czy taka forma konkurencyjności nie doprowadzi do marginalizacji niszowych dziedzin wiedzy, które powinny przecież mieć swoje miejsce na uniwersytecie.

Czy kryzys uniwersytetu jest jednocześnie kryzysem polskiej humanistyki? Zgadzam się z diagnozą Macieja Gduli – symboliczna siła uczonych jest dziś niewielka, chociaż nakłady na badania w humanistyce wcale nie są małe. To paradoks, gdy pomyślimy o wielkich postaciach polskiej humanistyki i ich oddziaływaniu: Leszku Kołakowskim, Zygmuncie Baumanie, Bronisławie Baczko czy Józefie Tischnerze. Postacie te nierozerwalnie były związane z uniwersytetem. Mam wrażenie, że obecnie sami humaniści wycofali się z łączenia pracy profesjonalnej z zaangażowaniem publicznym, co nie jest zgodne z trendem światowym. W USA wiele osobowości ze świata akademickiego pisze książki stanowiące wkład w życie publiczne. U nas książka ideowa, łącząca pracę badawczą z głosem w sprawach publicznych, istnieje w szczątkowej postaci. Nie sądzę, by było tak dlatego, że polscy intelektualiści akademiccy nie mają nic do powiedzenia. Raczej uniwersytet nie tworzy zachęt, nie punktuje tego typu pracy. To sprawia, że w Polsce nie mamy odpowiedników postaci takich jak Cornel West czy Robert P. George. Prowadzi to do skupiania się humanistów w zewnętrznych ośrodkach (przykładem jest „Krytyka Polityczna” czy Ośrodek Myśli Politycznej), które choć napędzane przez ludzi uniwersytetu, powstają jednak w izolacji od uczelni. Tym samym ważne pytania w debacie publicznej powstają w innych niż uczelnie ekosystemach intelektualnych. To jest kłopot, bo to właśnie uniwersytety powinny być kołem zamachowym tego typu działalności.

Jaką funkcję powinny zatem spełniać dziś polskie uniwersytety? Dążyć do doskonałości naukowej i sukcesów w międzynarodowej rywalizacji czy raczej skoncentrować się na działalności w lokalnym środowisku społeczno-gospodarczym? Czy reformy ostatnich lat pozwolą stworzyć w Polsce ośrodki naukowe o międzynarodowym znaczeniu? Krytycy zmian zwracają uwagę na to, że uderzają one w mniejsze ośrodki akademickie (Rzeszów, Białystok, Opole, Zielona Góra) i doprowadzą do ich „intelektualnego pustynnienia”. Czy to prawda?

AB: Chciałbym jeszcze odpowiedzieć na zarzut, że Ustawa 2.0 wpisuje się w pewne globalne trendy, zamiast się im przeciwstawiać i kreować własny model. Myślę, że mają Państwo rację. Odbiłbym jednak piłeczkę – gdy wyszliśmy z pomysłem ustawy, mieliśmy autentyczną intencję rozpoczęcia szerokiej debaty i wysłuchania głosu środowiska. Przez ponad rok odbywały się konferencje i dyskusje. Przyznam, że z pewnym zawodem patrzę na to, iż krytycy tych propozycji ujawnili się czy zdynamizowali swoje działania dopiero po Kongresie Nauki, czyli po wrześniu 2017 r. Wcześniej, gdy konsultowano projekt reformy, ich głos był niesłyszalny.

Jeśli chodzi o rolę uniwersytetu, to w zasadzie ustawa jej nie przesądza, lecz raczej stwarza rozmaite możliwości. Stoi za nią pomysł pewnej segmentacji instytucji akademickich. Część uniwersytetów może być nastawiona bardziej na kształcenie elit, doskonałość naukową i konkurencję międzynarodową (to sztandarowy pomysł premiera Gowina, aby powstały uniwersytety badawcze), a inne uczelnie – z reguły te regionalne, takie jak w Rzeszowie czy Białymstoku, ale również niektóre uczelnie warszawskie – mogą w większym stopniu pełnić funkcje kulturotwórcze w swoim środowisku, a także przygotowywać do zawodu, prowadzić studia dualne (z silnym elementem praktyk zawodowych). Szkoły regionalne też mogłyby jednak specjalizować się w prowadzeniu badań w niektórych dyscyplinach naukowych, w których akurat są dobre. Nie sądzę, by w wyniku tych zmian straciły na prestiżu.

Oczywiście dla mniejszych uczelni istnieje zagrożenie, że mogą stracić pewne uprawnienia akademickie, np. do doktoryzowania. Dotychczas było tak, że trudno było je zdobyć, ale potem do ich utrzymania wystarczyło jedynie zapewnić odpowiednią kadrę akademicką. W związku z tym mamy w Polsce blisko 600 instytucji z prawem do nadawania habilitacji, w tym część takich, w których właściwie niemal nie uprawia się nauki. Jestem związany ze środowiskiem Uniwersytetu Rzeszowskiego i z rozczarowaniem przyjąłem to, że ustawa została tam poddana zdecydowanej krytyce. Uważam jednak, że te obawy są mocno przesadzone, a nie zauważa się stworzonych właśnie instrumentów do dalszego rozwoju (np. regionalnych inicjatyw doskonałości).

Jeżeli zaś mówić o kryzysie humanistyki w Polsce, nie jest to wina ustawy, ale raczej nas, humanistów. Myślę, że jako środowisko jesteśmy w swoistej depresji, przestaliśmy wierzyć w ważność tego, co robimy.

Nie jest to spowodowane rażąco niskimi nakładami na humanistykę. Gdy spojrzymy np. na liczbę wydawanych książek i czasopism humanistycznych, to jest ona potężna. Żyjemy raczej w czasie – mówiąc ostro – grafomanii niż pisarskiej posuchy. Istnieje też trend, by humaniści nie wypowiadali się na temat polityki.

MK: Władze uczelni przysłały nam do wiadomości takie upomnienia w tym roku, zredagowane przez jakieś centralne gremium zajmujące się etyką w nauce, żeby się raczej nie wypowiadać w imieniu uniwersytetu. To jest źle widziane. Można brać udział w debacie publicznej jako osoba prywatna, ale bez afiliacji. Trzeba jednak przyznać, że przynajmniej u nas to nie pociąga za sobą żadnych konsekwencji w postaci tłumienia czy ograniczania swobody pracowników w ich wypowiedziach publicznych.

AB: Gdy byłem rektorem Uniwersytetu Rzeszowskiego, wspierałem pomysł organizacji różnych debat – także debat politycznych, w których brali udział ludzie o różnych poglądach. Nie było z tym problemu. Dyskusje cieszyły się popularnością wśród studentów, choć niestety nie wśród samych pracowników.

CK: Apolityczność uniwersytetu nie polega na tym, że nie będziemy na nim dyskutować na tematy polityczne czy chować ważne zagadnienia, uważane za antyneutralne. To byłoby absurdalne! Bezstronność – jako integralna część składowa uczelni – to nie to samo co neutralność. Bezstronność w praktyce polegałaby na wytworzeniu strefy buforowej dla wymiany idei, by na uczelniach mogli pracować i wypowiadać się lewicowcy, liberałowie i konserwatyści, sympatycy różnych partii i wyznawcy różnych religii. Powstaje pytanie, czy taka platforma istnieje, czy np. środowiska zdominowane przez jeden pogląd – na Zachodzie jest to dominacja lewicowa – zgadzają się na zafunkcjonowanie głosów przeciwnych. Myślę, że dużą wartością polskich uczelni jest istniejące przyzwolenie na pluralizm światopoglądowy. Uchylenie tak pojmowanej bezstronności prowadzi do nieuchronnej ideologizacji uczelni.

MK: Aleksander Bobko mówił o tej pożądanej segmentacji polskiego rynku edukacyjnego na uczelnie badawcze i te bardziej dydaktyczne. To jest oczywiście jawne założenie ustawy. Nie byłby to zły pomysł, gdyby można było obrać drogę rozwoju uczelni w sposób dobrowolny. Jednakże ta segmentacja jest wymuszona powiązaniem finansowania uczelni z ich parametryzacją. Stawia to w najgorszej sytuacji uczelnie średnie – takie jak mój uniwersytet w Białymstoku, a pewnie i Pana Uniwersytet Rzeszowski. Jeśli będą chciały utrzymać uprawnienia do doktoryzowania i habilitacji, będą musiały ostro między sobą konkurować. Oczywiście rozumiem, że uczelnie, wydziały i pracownicy muszą być oceniani i że na podstawie tej oceny należy decydować o podziale środków. Nie jestem naiwna i wiem, że pewien rodzaj ilościowej czy parametrycznej oceny jest nieuchronny. Jednakże np. w Wielkiej Brytanii stosuje się zasadniczo ocenę jakościową, czyli poprzez recenzje wydawanych prac. To oczywiście jest czasochłonne i kosztochłonne, może być tylko elementem uzupełniającym, ale w naukach humanistycznych i społecznych ten element oceny jest niezbędny.

Uniwersytety mają do odegrania kapitalną rolę społeczną i kulturową. Wiele osób twierdzi jednak, że trudno ją precyzyjnie ocenić. Ale można spróbować np. uwzględniać ekspertyzy, które ludzie uniwersytetu przygotowują dla organizacji pozarządowych, czy udział uczonych w debacie publicznej, obecność na lokalnym i ogólnopolskim rynku idei. Istnieje takie kryterium oceny w nowej ustawie, ale moim zdaniem będzie ono niedoszacowane względem kryteriów technokratycznych.

Czy nie krytykowaliśmy tych propozycji wcześniej? Tak się może wydawać z perspektywy ministerstwa. Osobiście uczestniczyłam aktywnie w dyskusjach już od czasów reform minister Kudryckiej – podobne głosy były cały czas obecne. Te konferencje i konsultacje ministerialne były postrzegane przez nastawionych krytycznie – i może to był błąd z naszej strony – jako organizowane przez ludzi a priori sympatyzujących ze zmianami. Sam wybór trzech zespołów przygotowujących założenia reformy – o podobnym, technokratycznym profilu ideowym – na to wskazywał. Poczucie, że nie będzie się słuchanym, było bardzo silne.

AB: Rozumiem, że jakiś błąd z naszej strony został popełniony. Byłem jednak na wielu z tych konferencji i uważam, że były to normalne spotkania akademickie, gdzie każdy mógł przyjść i zabrać głos. Ja i moi koledzy byliśmy naprawdę otwarci na głosy krytyczne.

MG: Myślę, że grzechem pierworodnym było niewybranie zespołu Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej do stworzenia jednego z modeli reformy. On mógłby zaproponować nieco inną, mniej wygodną dla ministerstwa, wizję.

AB: Być może.

MG: Obawiam się, że w wyniku ustawy naukowcy będą dostosowywać się do pewnego jednolitego standardu, który jest określany właśnie jako doskonałość naukowa. Wydaje mi się, że sama dyskusja o ustawie, gdy była ona procedowana w Sejmie, wywołała brutalizację życia akademickiego. Często zwolennicy reformy mówili, że jej krytycy to mierni naukowcy, lenie, dyletanci, których teksty nie funkcjonują w międzynarodowym obiegu. Sam spotkałem się z bardzo ostrą krytyką. Zgadzam się z Małgorzatą Kowalską, że ustawa nie bierze pod uwagę różnicy między centrami a peryferiami. I że my, startując z gorszej pozycji, przyjmujemy pewne strategie, by dobrze wypaść w publikacjach międzynarodowych – tzn. dostosowujemy się do pewnych obecnych tam już paradygmatów, opowieści, kategorii. Moja wypowiedź została odebrana jako stwierdzenie, że naukowcy publikujący za granicą to konformiści. Tego nie chcę powiedzieć; nie jestem źle nastawiony do specjalistów publikujących głównie za granicą. Uważam jednak, że – jeśli chodzi o humanistykę – nasz lokalny obieg jest innowacyjny i proponuje własne ciekawe rozwiązania. Wciąż powstają ważne i ciekawe książki – co charakterystyczne, w średnim i starszym pokoleniu. Myślę np. o Prześnionej rewolucji Andrzeja Ledera czy książkach Joanny Tokarskiej-Bakir. Ich znaczenie w debacie publicznej nie jest jednak ważne przy obecnym mechanizmie oceny pracy naukowej. Istnieje rzeczywiście problem z książkami ideowymi, o którym mówił Cezary Kościelniak. Dziś spotykam studentów, którzy na III roku studiów deklarują, że obrali już pewne wąskie specjalizacje. Nie interesują ich kwestie poboczne, w tym sprawy publiczne. Widzą, że to najlepszy sposób na robienie akademickiej kariery. Na uniwersytecie będzie coraz mniej miejsca na pluralizm. Widać to już teraz w ocenie pracowników – najbardziej wartościowi są ci, którzy „wysoko punktują” albo wyjeżdżają często za granicę, bo wymiana międzynarodowa dobrze wygląda w sprawozdaniach.

AB: Rzeczywiście, zgadzam się, że istnieje grupa młodych ludzi nauki, którzy są menadżerami swojej kariery, zorientowanymi na szybką specjalizację i wysoko punktowane publikacje. To niepokojące, ale bez przesady. Są też na uczelni naukowcy, którzy pokazują, że innego rodzaju praca jest ważna. Sama ustawa niczego tutaj nie przesądza, co najwyżej utrwala pewien sposób ewaluacji. Jednocześnie położono nacisk na ocenę naukowców w zależności od dziedziny naukowej (tak więc filozofowie będą porównywani z innymi filozofami, a nie z psychologami czy fizykami) oraz na – trudno mierzalną – społeczną odpowiedzialność nauki.

CK: Kwestia, którą Państwo poruszyliście, wpisuje się w zagadnienie uniwersytetu jako instytucji całościowej. Maciej Gdula wspomniał o różnych interesach występujących w różnych dyscyplinach nauki. Do pewnego stopnia się z tym zgadzam, jednak musi istnieć jakiś uwspólniający filar dla uniwersytetu jako całości, także w wymiarze aksjologicznym. Uniwersytet musi być gotowy do podjęcia nowych problemów. Czy np. badacz z nauk przyrodniczych, dajmy na to, biolog, którego badania zależą od funduszy korporacyjnych, jest autonomiczny? Czy będzie potrafił zasygnalizować wątpliwości etyczne pojawiające się w toku badań, w sytuacji ryzyka utraty funduszy?

Nie do końca zgodziłbym z Maciejem Gdulą w sprawie publikacji zagranicznych.

Nauka rozwija się w przestrzeni międzynarodowej. W humanistyce, tak jak w każdej innej dyscyplinie, wejście do obiegu międzynarodowego oznacza zaistnienie w systemie wymiany idei. Oczywiście pewne tematy mają charakter ściśle lokalny.

Jednak gdy ktoś zajmuje się – dajmy na to – etycznymi konsekwencjami rozwoju sztucznej inteligencji, historią kultury czy sztuką współczesną, to nie powinien pracować w izolacji od badaczy z innych ośrodków. Zastanawiam się, czy krytykując „punktozę”, nie wylewamy dziecka z kąpielą. Obecność w wysoko punktowanych czasopismach to nie tylko wejście do obiegu, ale także świadectwo renomy prowadzonych badań.

Jakie wyzwania czekają więc polskie uczelnie w najbliższych latach? Czego się Państwo obawiają i na co mają nadzieję?

CK: Dla uczelni wyższych nadszedł czas globalnych zmian, trzeba oczekiwać na pojawienie się nowego Humboldta, nowej wizji uniwersytetu. Z pewnością Ustawa 2.0 nie jest ostatnią, wpisuje się ona w trwający proces zmian. Uniwersytet zostanie również ukształtowany poprzez zewnętrzne uwarunkowania, w Polsce będzie to efekt niżu demograficznego, zmiany struktury przemysłu, pojawienia się nowych aspiracji społecznych itp. Warto jednak pamiętać, że uniwersytet jest instytucją długiego trwania, a każda zmiana niesie ze sobą długofalowe konsekwencje, dlatego ważna jest spójna kontynuacja w reformach wymagająca przekroczenia politycznych partykularyzmów.

MK: Mimo iż formułowałam tu dość pesymistyczne sądy, to zakładam, że nowa ustawa nie dokona rewolucji. Wierzę, pomijając wszystko inne, w zdrową siłę bezwładu [śmiech]. I że ta nasza środowiskowa i instytucjonalna inercja zdoła dokonać pewnej słusznej selekcji, zachowując z ustawy to, co mało szkodliwe, a nawet pożyteczne, zaś biernym oporem pokona jej najgorsze elementy. To nadzieja, która nam zostaje.

AB: Przyjęta ustawa uruchamia pewien proces i myślę, że dopiero za 3–4 lata będziemy mogli powiedzieć, czy zadział jakiś pozytywny impuls, czy udało się wyzwolić energię w polskim środowisku naukowym, czy też, jak to sympatycznie i dowcipnie, choć trochę niepokojąco, powiedziała Małgorzata Kowalska, będziemy mieć do czynienia w środowisku akademickim z grą na jej przeczekanie. Jestem umiarkowanym optymistą i mam nadzieję, że pewne narzędzia prorozwojowe, które są w tej ustawie, zaczną działać.

MG: Mam nadzieję, że będą odbywać się teraz o wiele szersze i bardziej inkluzywne dyskusje o konkretnych aspektach. Pozytywną rolę odegrały protesty na uniwersytetach, które pokazały, że nie mamy jednego modelu uprawiania nauki. Liczę na to, że kolejne zmiany w o wiele większym stopniu będą doceniać nie konkurencję między naukowcami, lecz współpracę. Obecny system coraz bardziej podkręca rywalizację. Chciałbym, żeby było zaś więcej miejsca na bezinteresowną współpracę i dyskusję z koleżankami i kolegami. Uniwersytet nie powinien działać w kategoriach krótkoterminowej efektywności. Jego specyficzna czasowość stanowi też jeden z elementów jego


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter