70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kondukt bez pogrzebu

Marcin Napiórkowski nie napisał książki o powstaniu warszawskim, ale „historię pamięci” o nim, imponująco, jak głosi podtytuł, zakreśloną czasowo – od roku 1944 do 2014.

W ujęciu autora historia pamięci nie jest z kolei encyklopedią ani katalogiem tekstów, utworów, pomników, upamiętnień i uroczystości związanych z powstaniem w ciągu tych 70 lat. Nie chodzi mu o to, aby skrupulatnie odnotować wszystko, co się na dzieje pamięci o powstaniu składa, ale o to, żeby zaproponować opowieść o strukturze tych dziejów. To m.in. mocne tezy, które formułuje i do których stale wraca Napiórkowski, sprawiają, że Powstanie umarłych, choć to tom pokaźny, dotykający spraw bolesnych i bardzo uczony, czyta się aż zaskakująco dobrze.

 

Obłęd pamięci

Główne tezy są dwie: po pierwsze, jako że powstanie warszawskie nie zostało po wojnie właściwie, wystarczająco, uczciwie upamiętnione, wciąż – jako społeczeństwo pamiętające – tkwimy w sytuacji „zbiorowego obłędu” (s. 39), obsesyjnie i bezskutecznie starając się to nadrobić. Strasznych przeżyć nie przepracowano odpowiednio i nasi powstańczy „nieopłakani zmarli powracają – w kulturze, polityce, zbiorowej wyobraźni – dręcząc i podporządkowując sobie świat żywych” (s. 40).

Po drugie, precyzyjna analiza kolejnych zjawisk składających się na tę obłąkaną pamięć pokazuje trwałość jej form: to, jak pamiętamy dziś o powstaniu, zależne jest nie tylko – a wręcz nie tyle – od tego, co się wydarzyło w sierpniu i wrześniu 1944 r., ale od tego, jak było ono pamiętane w międzyczasie. Ten „międzyczas” jest właściwym polem badań Napiórkowskiego: pieczołowicie rekonstruuje on antagonistyczne wobec siebie formy „oddolnej” pamięci o powstaniu, podtrzymywanej zwłaszcza przez środowiska AK, i polityk pamięci, a raczej zapomnienia, prowadzonych przez władzę. Pamięć powstańcza stała się w efekcie „kodem” oporu, opozycji, sprzeciwu wobec władzy, i pozostałości tych jej cech można po dziś dzień zaobserwować.

U podstaw atrakcyjności książki Napiórkowskiego leży także strategia wywodu pozwalająca czytelnikowi, „użytkownikowi” polskiej pamięci, zobaczyć coś znanego zupełnie na nowo, zastanowić się nad czymś, co wydawało się oczywiste, domyślne, koniecznie prawdziwe. Punktem wyjścia jest obraz Warszawy początku roku 1945: obraz-klisza, obraz-emblemat, morze ruin, stolica zrównana z ziemią. W naszej zbiorowej świadomości ten wyobrażony pejzaż jest, by tak rzec, sterylny czy wręcz księżycowy, to puste, wymarłe miasto, z którego pozostały tylko gruzy.

Napiórkowski każe nam pomyśleć o czymś innym: Warszawa była wtedy prowizorycznym cmentarzyskiem, pełnym płytko pogrzebanych i w ogóle niepogrzebanych zwłok, powodujących także realne zagrożenie epidemiologiczne!

Ta makabryczna świadomość przetwarza wyjściowy obraz i staje się początkiem opowieści o nieudanych, niewłaściwych, pospiesznych pochówkach, o fałszowaniu pamięci, która potem przekształci się w opowieść o niedokonanej żałobie i metaforycznym powrocie umarłych.

 

Przepracowanie i pamięciobójstwo

Dla Napiórkowskiego, podobnie jak dla wielu pamięcioznawców, psychologów czy badaczy traumy, właściwym celem, jaki powinna osiągać pamięć – indywidualna i zbiorowa – jest wspomniane „przepracowanie”. Doświadczenie przepracowane to takie, które pamiętamy i upamiętniamy, ale jednocześnie możemy się od niego zdystansować i racjonalnie odnosić. Przepracowana przeszłość nie determinuje dalszego życia. Jednak trudne doświadczenia mogą też być z pamięci wypierane, a więc wymazywane, na siłę zapominane – wtedy, paradoksalnie, nie uwalniamy się od nich, bo w każdej chwili mogą nam się przypomnieć ze zwielokrotnioną siłą. Trzecia możliwość to z kolei zafiksowanie na przeszłości, traktowanie jej jak teraźniejszości, ciągłe odgrywanie na nowo dawnej traumy – trwanie w niekończącej się, wyniszczającej żałobie, gdy przepracowanie polegałoby na umiejętności jej właściwego odbycia i zakończenia. Wypada więc spytać, czy z historii pamięci opisanej przez Napiórkowskiego wyprowadzić możemy także diagnozy właściwych działań, które mogłyby do tego celu doprowadzić.

Jak to obrazowo ujmuje Napiórkowski, postawy wobec powstania można podzielić na te, które formują „Pochód”, skierowany w (świetlaną) przyszłość, i te, które wyrażają się w żałobnym „Kondukcie”. „Pochód”, figura działań powojennych władz, to zasadniczo różne (w tym i brutalnie represyjne) sposoby eliminowania właściwej, prawdziwej pamięci. Stronnikom Pochodu zależy na „ciągłym podążaniu naprzód, ku lepszej przyszłości, nakazując pozostawienie ze sobą przeszłości i zmarłych” (s. 51). W ogólności Pochód oznacza więc wyparcie i jest negatywnym bohaterem wywodu Napiórkowskiego. Sugestywnie rysuje on obraz, w którym oficjalna polityka pamięci PRL stale dokonuje „pamięciobójstwa” (s. 269): i wtedy, co oczywiste, gdy walczy z pamięcią o powstaniu, i w tych okresach kiedy powstanie upamiętnia, ponieważ wtedy zawłaszcza je, wypacza, właściwie kradnie prawowitym właścicielom. Nie polemizując z tą oceną, można się jednak zastanowić nad jej wpływem na wytwarzany przez badacza obraz, sposób, w jaki ujmuje on zależności pomiędzy badanymi zjawiskami. Ideał przepracowania pozostaje dość nieokreślony. Napiórkowski pokłada nadzieje w Kondukcie, np. w budowie „mitu heroicznego” (s. 221), który miałby się stać właściwym i konstruktywnym pożegnaniem poległych w powstaniu. Błędem założycielskim współczesnej polskiej kultury pamięci było według autora zaistnienie Pochodu – gdyby nie to, szlibyśmy zgodnie w Kondukcie i dotarlibyśmy do przepracowania. Tej tezy nie sposób już sprawdzić. Dziś, po 70 latach, wiemy jednak – również z błyskotliwych analiz Napiórkowskiego – że Kondukt właściwie okazał się silniejszy od Pochodu, że oddolna pamięć zwyciężyła, mimo radykalnej dysproporcji środków, tę oficjalną.

Mimo to polska kultura pamięci zawodzi nadzieje autora: nie odbywa definitywnego – zaryzykuję – Pogrzebu naszych umarłych, ale cały czas idzie w tym Kondukcie, zafiksowana na żałobie, odgrywająca powstanie na dziesiątki sposobów – najwyraźniej bez szans na wymarzone przepracowanie. Mit heroiczny przecież jak najbardziej się zrodził i to jego dzisiejsza żywotność sprawia, że powstanie fantazmatycznie „trwa wiecznie”. Mówiąc językiem Napiórkowskiego, bynajmniej nie ukoił „gniewnych zmarłych”, ale wciąż uaktywnia ich upiory.

 

Szantaż pamięci

„Nie jestem człowiekiem, jestem semiotykiem” – żartował Napiórkowski w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” (6 sierpnia 2016 r.), gdy Katarzyna Wężyk nalegała na odpowiedź, co o dzisiejszych kontrowersyjnych zjawiskach pamięciowych – na które wciąż musi się natykać w swoich badaniach – myśli osobiście, „jako człowiek”. Deklaruje więc badawczy dystans raczej niż zaangażowanie; formy, jakie przybiera współczesna pamięć, nie będą go złościć ani skłaniać do specjalnego sprzeciwu.

Tymczasem z jego książki nie wprost wyłania się jeszcze jedna zasada polskiej pamięci: nazwałabym ją zasadą szantażu moralnego. Musimy iść w Kondukcie, bo kto się od niego odłączy, przekreśli przeszłość, znajdzie się w nieciekawym towarzystwie kłamliwego Pochodu. Jako odłączenie się od Konduktu mogą być odczytywane już „wszelkie próby niuansowania obrazu” powstania (s. 21). Dlatego Napiórkowski z naukową neutralnością po prostu konstatuje przypadki działania owego szantażu: pamięć o powstaniu w getcie, doświadczenie kobiece, skupienie na cywilności, pytanie o klasowe aspekty historii są w polskiej kulturze niejako „skażone”, ponieważ kiedyś zostały źle użyte w służbie Pochodu. Dlatego też, interpretując Kanał Andrzeja Wajdy, docenia niezwykłą formę filmu z 1956 r., ale koncentruje się na jego „niewczesności” (s. 222) – na tym, że niejako nie odpowiada on potrzebom pamiętającej wspólnoty, która potrzebowała wówczas właśnie budowy mitu heroicznego, a nie gorzkiego rozliczenia.

Trudno w tym momencie nie spytać o drogi wyjścia z tej sytuacji: czy ów błąd założycielski polskiego pamiętania można jakoś naprawić, odbyć żałobę, przepracować przeszłość, dopuścić wszystkich do udziału w niej? To chyba pytanie, które zadaję „jako człowiek”; semiotyk słusznie wskazuje, że warunkiem odpowiedzi jest jego praca, „dogłębne zrozumienie mechanizmów rządzących zbiorową pamięcią” (s. 349). Czy jednak wymarzonemu „zgodnemu Konduktowi” na drodze stanęła rzeczywiście tylko opresyjna władza? Czy gdyby się urzeczywistnił, nie stałby się sam opresorem, wykluczającym te nazywane „alternatywnymi” – np. nacechowane perspektywą płciową, klasową, etniczną – wersje pamięci, która także jest przecież nasza?

 

Nasza, czyli jaka?

Nie mam przekonania, czy aż tak przytłaczający obraz to rzeczywiście jedyne oblicze polskiej pamięci, nawet biorąc pod uwagę tylko tę powstańczą. Gdy przyjrzymy się jej żywiołowemu rozwojowi po 2004 r. – przełom tej daty Napiórkowski omawia – obok dominującej narracji, kształtowanej przez hegemoniczną instytucje Muzeum Powstania Warszawskiego, pojawią się również możliwości alternatywnych opowieści, wchodzących z nią w skomplikowane relacje. Zastanawiam się, czy autor Powstania umarłych nie mógł jednak skończyć swojej opowieści trochę wcześniej, właśnie około tego przełomu. Wprawdzie świetnie analizuje te formy współczesnej pamięci, które korzystają z wytworzonych uprzednio kolein – jak upolitycznienie obchodów 1 sierpnia na cmentarzu Powązkowskim, mające, wbrew powszechnej opinii, długą i zaskakującą tradycję – ale ten klucz coraz bardziej wyklucza. Dość powiedzieć, że w książce nie pada nazwisko Sylwii Chutnik, której prozę można cenić bardziej lub trochę mniej, ale nie można przeoczyć, jak ważna jest jej rola niestrudzonej (i, co może ważniejsze, efektywnej) animatorki pamięci o doświadczeniach kobiet w czasie powstania – i żołnierek, i cywilek.

Wśród zgodnych pochwał dotychczasowych recenzentów Powstania umarłych odróżnia się głos Ireny Grudzińskiej-Gross, która w tekście na łamach „Dziennika Opinii” pytała Napiórkowskiego o usunięcie z obszaru zainteresowania pamięci o warszawskich Żydach i ich losie. Napiórkowski bronił się dobrze, argumentując, że obok wielu innych jest miejsce na jego historię pamięci, świadomie ograniczającą się wyłącznie do tematu powstania z 1944 r. I z tym chciałabym się zgodzić – jestem mocno przekonana, że mają sens badania nad tym, co w naszej kulturze pamięci najsilniej obecne, dominujące, nawet gdy trzeba w tym celu jako kontekst tylko potraktować historie wyparte czy wypierane.

Sprawa zaczyna się jednak komplikować wobec punktów wyjścia i dojścia książki Napiórkowskiego: jego perspektywę wyznacza – i jest to oryginalny i wartościowy aspekt książki – doświadczenie warszawskiej przestrzeni w bardzo fizycznym i konkretnym sensie. Skoro ogląd całej „historii pamięci” rozpoczyna i ustawia obraz miasta ruin, które jest też miastem zwłok, nie tłumaczy się usunięcie na dalszy plan kwestii getta, prochów i ciał jego mieszkańców, istniejących w tej samej przestrzeni. Skoro kończymy wyobrażonym „spacerem po Warszawie” – przedwojennej, wojennej, PRL-owskiej i współczesnej – i podkreślamy okupacyjną przemoc, realną i symboliczną, której ofiarą padła tkanka miasta, to przejście do porządku dziennego nad wycięciem z tej tkanki dzielnicy zamkniętej, nie mówiąc już o jej losie, jest ruchem nie do obrony.

Pierwsza z głównych tez Napiórkowskiego nawet lepiej pasowałaby do pamięci o żydowskiej przeszłości Warszawy: to w przestrzeni po getcie zbudowano – na prochach i z gruzów – dzielnicę, która, jak pisał Jerzy Ficowski, „góruje na warstwach umierania”. Czy ci zmarli nie okazują się nieopłakanymi, powracającymi upiorami? Jest sporo tekstów – od Stacji Muranów Beaty Chomątowskiej wychodząc – które odpowiadałyby na to pytanie twierdząco. A jeśli, w optyce Napiórkowskiego, tak nie jest – to dlaczego? Czy polską kulturę pamięci mogą nawiedzać tylko te upiory, które jako wspólnota uznajemy za „nasze”? Jakie są w takim razie kryteria tej „naszości”, czy da się jej obszar rozszerzać, czy przypadkiem nie bywa on przez polską kulturę jednak rozszerzany? Być może najważniejsze pytania Powstanie umarłych stawia właśnie mimochodem.

_

Marcin Napiórkowski

Powstanie umarłych. Historia pamięci 1944–2014

Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016, s. 504

 
 

Prenumerata edukacyjna

Jesteś studentem, doktorantem, nauczycielem? Skorzystaj z nowej oferty!
Numer z darmową dostawą za jedyne 9 zł

Zamów teraz!

Prenumerata