70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Widać zabory

Na prowadzonej przeze mnie facebookowej stronie Kartografia Ekstremalna sformułowanie „widać zabory” funkcjonuje jak powracający – często wcale nieśmieszny – żart. Trudno jednak uciec od tego skojarzenia, oglądając rozmaite mapy współczesnej Polski.

Niemal wszyscy widzieliśmy mapę polskich wyborów z 2007 r., kiedy dawny zabór rosyjski i austriacki poparł PiS, za to pruski – PO. Dobre mapy pokazują właśnie takie zjawiska – umykające nam w tabelach, słupkach czy złożonych narracjach. Na ich podstawie można dostrzec, że „zabory widać” nie tylko w polityce.

Dla każdego mieszkańca polskiego bloku posiadanie łazienki jest czymś absolutnie oczywistym. Okazuje się jednak, że są gminy, gdzie nawet 40% gospodarstw domowych nie posiada tego udogodnienia. Ta zaskakująca statystyka nawet przedstawiona w tabeli zrobiłaby wrażenie. Kiedy jednak pokażemy te dane na mapie, pojawia się znany nam schemat – podział zaborczy. Wątpliwe dziedzictwo zaborcy ze Wschodu nawet dzisiaj, 100 lat od odzyskania przez Polskę niepodległości, ukazuje swoje oblicze.

Chodzić może także o rzeczy mniej poważne. Dawne podziały świetnie ukazuje zestaw map, na którym zaznaczono, kto w danym regionie tradycyjnie przynosi bożonarodzeniowe prezenty. Mapa ta jest wynikiem ankiety, którą przeprowadziłem na Kartografii Ekstremalnej i w której udział wzięło ponad 3 tys. osób. Czegóż tu nie widać! Mamy naturalnie św. Mikołaja w dawnym zaborze rosyjskim oraz na tzw. Ziemiach Odzyskanych. W części Polski należącej niegdyś do Austrii przeważa Gwiazdka, która jest też popularna na Dolnym Śląsku. To skutek powojennych przesiedleń przeprowadzanych w systemie równoleżnikowym – mieszkańców Lwowa przerzucono na Górny i Dolny Śląsk, a Wilna raczej do Gdańska i Szczecina. Ale uwaga – Gwiazdka jest popularna też w województwie świętokrzyskim i w południowej części lubelskiego, czyli na obszarach dawnego zaboru rosyjskiego, które wcześniej były częścią Małopolski. Z kolei na Górnym Śląsku bezapelacyjnie zwycięża Dzieciątko – postać wspólna dla wszystkich katolickich ludów południowej części dawnego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego (w Czechach to Jezusek, w krajach niemieckojęzycznych – Dziecko Chrystus). Jest jednak część Górnego Śląska, gdzie nie pojawia się Dzieciątko – to Śląsk Cieszyński, w którym dla odmiany jest Aniołek. Obszar „działania” Aniołka pokrywa się z austriackim Śląskiem. Mamy też Gwiazdora – to z kolei w Wielkopolsce i na Kujawach, czyli w tych częściach Polski, które przed 1918 r. należały do Prus. Gwiazdor to też szersza europejska tradycja, ale w przeciwieństwie do Dzieciątka – północnoeuropejska. Wreszcie pojawił się również Dziadek Mróz – wschodni akcent, popularny głównie na Podlasiu.

Mapa nie musi pokazywać znanych nam schematów, by być ciekawa. Weźmy dane wręcz banalne – gęstość zaludnienia kraju – i pokażmy je na mapie. Ciekawostki znajdzie na niej pasjonat historii, urbanistyki, transportu, przyrody oraz – oczywiście – geografii. Historyk dostrzeże skutki odmiennych zwyczajów spadkowych w Galicji i dawnych Prusach. W Galicji chłop dzielił pole między wszystkie dzieci, przez co zabudowa jest tam rozproszona – widać to na mapie w okolicach Krakowa, gdzie nie ma w zasadzie niezamieszkanych (białych) terenów. W dawnych Prusach było inaczej – dziedziczył tylko pierwszy syn, przez co zabudowa jest zwarta we wioskach, między którymi znajdują się niezamieszkane pola. Jest też więcej miast i miasteczek – podobnie na Dolnym Śląsku. Urbanista zobaczy okropne rozlewanie się polskich miast na wszystkie strony z powodu suburbanizacji. Entuzjasta transportu zainteresuje się aglomeracją warszawską, która nie bez powodu wygląda jak gwiazda – ludzie osiedlają się wzdłuż tamtejszych linii kolejowych prowadzących do centrum stolicy. Pasjonat przyrody nie przejdzie obojętnie obok ogromnych, niezamieszkanych obszarów w Bieszczadach i na Podlasiu (dolina Narwi), nieprzeniknionych lasów zachodniej Polski czy nawet pasu ochronnego konurbacji katowickiej. A geograf? Geograf zobaczy tu to wszystko!

Czasem mapy nie są w stanie oddać wielu istotnych szczegółów, ale ich siła tkwi w tym, że oferują ogląd całego zjawiska. Doskonałym przykładem jest wizualizacja dojazdów do pracy w naszym kraju. Widzimy Polskę niemal galaktyczną – od wszystkich dużych miast promieniście rozchodzą się linie pokazujące, że codziennie do pracy dojeżdża się nawet po kilkadziesiąt kilometrów. W województwie śląskim tych różnych kierunków dojazdów jest tak dużo, że wszystkie zlały się w jedną białą plamę. Na podstawie samej mapy nie jesteśmy więc w stanie powiedzieć, ile konkretnie osób dojeżdża codziennie do Katowic z Sosnowca, po części dlatego, że nawet nie ma skali (informacja na marginesie: ponad 8,5 tys., najwięcej w kraju), ale widzimy bardzo silne wzajemne powiązania między śląskimi miastami. Jesteśmy też w stanie zauważyć, że o ile w Polsce centralnej sieć mniejszych miast dobrze obsługuje gospodarczo prowincję, o tyle w trójkącie między Szczecinem, Trójmiastem i Poznaniem wyraźnie brakuje ośrodka, który przyciągałby do pracy ludzi w tym dotkniętym bezrobociem regionie.

Mapy etniczne z przełomu XIX i XX w. dobrze obrazują funkcję propagandową – dążenie do poprawy samopoczucia odbiorcy (czy też twórcy lub zleceniodawcy). Jeśli weźmiemy mapy niemieckie, polskie, czeskie, austriackie, węgierskie i ukraińskie z czasów przed I wojną światową i zestawimy je ze sobą, dojdziemy do wniosku, że w niektórych regionach przygranicznych Europy Środkowej narody musiały chyba mieszkać piętrowo, jeden nad drugim, bo zazwyczaj przynajmniej dwie z tych map twierdzą, że to tereny etnicznie „ich”. Przykładem jest Górny Śląsk czy okolice Lwowa – ten pierwszy od pewnego momentu kolorowany na mapach niemieckich jako w 50–60% niemiecki, a na mapach polskich jako niemal w pełni polski. Galicja Wschodnia z kolei według Ukraińców była całkowicie rusińsko-ukraińska z wyspami polskości, zaś według Polaków wyraźnie polska z niższymi warstwami społeczeństwa, które miały dopiero przejść proces polonizacji.

Dzisiaj spisy powszechne przeprowadzane według podobnych zasad w całej Europie nieco rozwiewają takie demograficzne prężenie muskułów. Można za to pochwalić się siłą ekonomiczną. Jedną z najpopularniejszych map na Kartografii Ekstremalnej było porównanie gospodarek województw mazowieckiego, śląskiego i wielkopolskiego do krajów europejskich. Na wyobraźnię działa szczególnie mazowieckie, które jest bogatsze od całej Ukrainy.

Zanim jednak do głowy uderzy nam woda sodowa, warto sobie przypomnieć, że jedna Bawaria ma PKB wyższe od całej Polski, a wraz z sąsiednią Badenią-Wirtembergią – od niemal całej Europy Środkowo-Wschodniej.

Lubię mapy, bo ich przeglądanie i analizowanie jest nieco jak zwiedzanie – czy może raczej poznawanie – świata z fotela. W telewizji słyszymy, że wybucha Etna – ale czy to blisko czy daleko od Kalabrii, gdzie plażują nasi znajomi? Odpowiedź zna mapa. Skąd na Ukrainie wojna i dlaczego wschód kraju głosował na Partię Regionów? Spójrzmy na mapę języków i sprawa staje się odrobinę jaśniejsza. Dla którejś partii w Polsce rolnictwo nie jest priorytetem? Może to dlatego, że jeśli spojrzeć do atlasu, ich elektorat jest w tej części kraju, gdzie dominuje ludność mieszkająca w miastach.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter