70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Donald Iain Smith/Tetra/Getty

Mit wolności

Powątpiewanie w wolną wolę to nic nowego. Toczyliśmy tę dyskusję już tysiąc razy. Nigdy wcześniej nie mieliśmy jednak technologii. A ona zmienia wszystko. Kwestie podnoszone w przeszłości przez filozofów dziś stają się praktycznymi problemami inżynierii i polityki. Filozofowie byli cierpliwi, ale inżynierowie, a już na pewno politycy, tacy nie są.

Czy uczeni powinni służyć prawdzie nawet kosztem harmonii społecznej? Czy powinno się demaskować fikcję, nawet jeśli ta podtrzymuje ład społeczny? Kiedy pisałem swoją najnowszą książkę, 21 lekcji na XXI wiek, z dylematem tym musiałem zmierzyć się w kontekście liberalizmu.

Z jednej strony uważam, że narracja liberalna jest błędna i nie mówi prawdy o ludzkości oraz że aby przetrwać i radzić sobie w XXI w., musimy wykroczyć poza nią. Z drugiej strony w chwili obecnej narracja liberalna wciąż ma fundamentalne znaczenie dla funkcjonowania porządku światowego. Co więcej, liberalizm jest dziś atakowany przez religijnych i nacjonalistycznych fanatyków, wierzących w nostalgiczne fantazje, które są daleko bardziej niebezpieczne i szkodliwe.

Czy powinienem mówić, co myślę, ryzykując, że moje słowa mogą być wyjmowane z kontekstu i wykorzystywane przez demagogów i autokratów do jeszcze ostrzejszego atakowania ładu liberalnego? A może powinienem cenzurować samego siebie? Rządy nieliberalne mają to do siebie, że za ich sprawą korzystanie z wolności słowa jest coraz trudniejsze nawet poza granicami ich państw. Z powodu rozpowszechniania się takich rządów krytyczny namysł nad przyszłością naszego gatunku staje się coraz bardziej niebezpieczny.

Ostatecznie wybrałem swobodę dyskusji kosztem autocenzury, kierując się wiarą zarówno w siłę demokracji liberalnej, jak i konieczność jej przemodelowania. Liberalizm ma tę wielką przewagę nad innymi ideologiami, że jest elastyczny i niedogmatyczny. Lepiej niż wszystkie inne porządki społeczne znosi krytykę. Na dobrą sprawę jest jedynym porządkiem społecznym, który pozwala ludziom kwestionować nawet własne fundamenty. Liberalizm przetrwał już trzy potężne kryzysy: I wojnę światową, zagrożenie faszystowskie lat 30. i zagrożenie komunistyczne w okresie od lat 50. do 70. Jeśli uważacie, że dziś liberalizm jest w tarapatach, to przypomnijcie sobie, jak dalece gorzej miały się sprawy w 1918, 1938 czy 1968 r.

W 1968 r. wydawało się, że demokracje liberalne są gatunkiem zagrożonym i nawet na własnym podwórku przeżywały wstrząsy w postaci zamieszek, zabójstw, ataków terrorystycznych i zaciekłych batalii ideologicznych. Jeśli zdarzyło się wam być świadkami rozruchów w Waszyngtonie nazajutrz po zamordowaniu Martina Luthera Kinga czy też w Paryżu w maju 1968 r. albo na konwencji Partii Demokratycznej w sierpniu tegoż roku w Chicago, to mieliście wszelkie powody, by sądzić, że koniec jest rychły. Gdy Waszyngton, Paryż i Chicago pogrążały się w chaosie, w Moskwie i Leningradzie panował spokój i odnosiło się wrażenie, że system sowiecki będzie trwał wiecznie. Tymczasem 20 lat później rozpadł się właśnie system sowiecki. Konflikty lat 60. wzmocniły demokrację liberalną, podczas gdy duszny klimat bloku sowieckiego zapowiadał jego upadek.

Spadek po chrześcijańskiej teologii

Mamy więc nadzieję, że liberalizm znów okaże się zdolny do wymyślenia się na nowo. Niemniej największym wyzwaniem, przed jakim dziś stoimy, nie jest ani faszyzm, ani komunizm, ani nawet mnożący się wszędzie jak grzyby po deszczu demagodzy i autokraci. Tym razem największe wyzwanie nadchodzi z laboratoriów.

Liberalizm opiera się na wierze w wolność jednostki. Inaczej niż szczury i małpy ludzie rzekomo są obdarzeni „wolną wolą”. To ona czyni ludzkie uczucia i wybory najwyższym źródłem władzy moralnej i politycznej. Liberalizm mówi nam, że wyborca wie najlepiej, że klient ma zawsze rację oraz że powinniśmy myśleć samodzielnie i kierować się głosem serca.

Niestety, „wolna wola” nie jest faktem naukowym, ale mitem odziedziczonym po teologii chrześcijańskiej.

Teologowie wypracowali koncepcję „wolnej woli”, by wyjaśnić, dlaczego Bóg słusznie każe grzeszników za ich złe wybory, a nagradza świętych za dobre. Jeśli swoich decyzji nie podejmujemy dobrowolnie, to czemuż Bóg miałby nas za nie karać albo nagradzać? Według teologów takie działanie Boga jest logiczne, ponieważ dokonywane przez nas wybory są odbiciem wolnej woli naszych nieśmiertelnych dusz, które nie podlegają jakimkolwiek ograniczeniom fizycznym i biologicznym.

Mit ten ma niewiele wspólnego z tym, co nauka mówi nam o homo sapiens i innych zwierzętach. Ludzie z pewnością są obdarzeni wolą, tyle że nie wolną. To nie my decydujemy o tym, jakie mamy pragnienia. Nie jesteśmy w stanie postanowić sobie, że będziemy introwertykami albo ekstrawertykami, osobami opanowanymi bądź nerwowymi, homo- bądź heteroseksualnymi. Ludzie dokonują wyborów, ale nigdy nie są to wybory niezależne. Każdy wybór zależy od szeregu uwarunkowań biologicznych, społecznych i jednostkowych, na które nie mamy wpływu. Mogę decydować o tym, co jem, z kim wstępuję w związek małżeński, na kogo głosuję, ale decyzje te po części są determinowane przez moje geny, biochemię, płeć, wychowanie, kulturę narodową itd. – a genów czy rodziny się nie wybiera.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter