fot. Donald Iain Smith/Tetra/Getty
Yuval Noah Harari listopad 2019

Mit wolności

Powątpiewanie w wolną wolę to nic nowego. Toczyliśmy tę dyskusję już tysiąc razy. Nigdy wcześniej nie mieliśmy jednak technologii. A ona zmienia wszystko. Kwestie podnoszone w przeszłości przez filozofów dziś stają się praktycznymi problemami inżynierii i polityki. Filozofowie byli cierpliwi, ale inżynierowie, a już na pewno politycy, tacy nie są.

Artykuł z numeru

Harari. Czy możemy mu zaufać?

Harari. Czy możemy mu zaufać?

Czy uczeni powinni służyć prawdzie nawet kosztem harmonii społecznej? Czy powinno się demaskować fikcję, nawet jeśli ta podtrzymuje ład społeczny? Kiedy pisałem swoją najnowszą książkę, 21 lekcji na XXI wiek, z dylematem tym musiałem zmierzyć się w kontekście liberalizmu.

Z jednej strony uważam, że narracja liberalna jest błędna i nie mówi prawdy o ludzkości oraz że aby przetrwać i radzić sobie w XXI w., musimy wykroczyć poza nią. Z drugiej strony w chwili obecnej narracja liberalna wciąż ma fundamentalne znaczenie dla funkcjonowania porządku światowego. Co więcej, liberalizm jest dziś atakowany przez religijnych i nacjonalistycznych fanatyków, wierzących w nostalgiczne fantazje, które są daleko bardziej niebezpieczne i szkodliwe.

Czy powinienem mówić, co myślę, ryzykując, że moje słowa mogą być wyjmowane z kontekstu i wykorzystywane przez demagogów i autokratów do jeszcze ostrzejszego atakowania ładu liberalnego? A może powinienem cenzurować samego siebie? Rządy nieliberalne mają to do siebie, że za ich sprawą korzystanie z wolności słowa jest coraz trudniejsze nawet poza granicami ich państw. Z powodu rozpowszechniania się takich rządów krytyczny namysł nad przyszłością naszego gatunku staje się coraz bardziej niebezpieczny.

Ostatecznie wybrałem swobodę dyskusji kosztem autocenzury, kierując się wiarą zarówno w siłę demokracji liberalnej, jak i konieczność jej przemodelowania. Liberalizm ma tę wielką przewagę nad innymi ideologiami, że jest elastyczny i niedogmatyczny. Lepiej niż wszystkie inne porządki społeczne znosi krytykę. Na dobrą sprawę jest jedynym porządkiem społecznym, który pozwala ludziom kwestionować nawet własne fundamenty. Liberalizm przetrwał już trzy potężne kryzysy: I wojnę światową, zagrożenie faszystowskie lat 30. i zagrożenie komunistyczne w okresie od lat 50. do 70. Jeśli uważacie, że dziś liberalizm jest w tarapatach, to przypomnijcie sobie, jak dalece gorzej miały się sprawy w 1918, 1938 czy 1968 r.

W 1968 r. wydawało się, że demokracje liberalne są gatunkiem zagrożonym i nawet na własnym podwórku przeżywały wstrząsy w postaci zamieszek, zabójstw, ataków terrorystycznych i zaciekłych batalii ideologicznych. Jeśli zdarzyło się wam być świadkami rozruchów w Waszyngtonie nazajutrz po zamordowaniu Martina Luthera Kinga czy też w Paryżu w maju 1968 r. albo na konwencji Partii Demokratycznej w sierpniu tegoż roku w Chicago, to mieliście wszelkie powody, by sądzić, że koniec jest rychły. Gdy Waszyngton, Paryż i Chicago pogrążały się w chaosie, w Moskwie i Leningradzie panował spokój i odnosiło się wrażenie, że system sowiecki będzie trwał wiecznie. Tymczasem 20 lat później rozpadł się właśnie system sowiecki. Konflikty lat 60. wzmocniły demokrację liberalną, podczas gdy duszny klimat bloku sowieckiego zapowiadał jego upadek.

Spadek po chrześcijańskiej teologii

Mamy więc nadzieję, że liberalizm znów okaże się zdolny do wymyślenia się na nowo. Niemniej największym wyzwaniem, przed jakim dziś stoimy, nie jest ani faszyzm, ani komunizm, ani nawet mnożący się wszędzie jak grzyby po deszczu demagodzy i autokraci. Tym razem największe wyzwanie nadchodzi z laboratoriów.

Liberalizm opiera się na wierze w wolność jednostki. Inaczej niż szczury i małpy ludzie rzekomo są obdarzeni „wolną wolą”. To ona czyni ludzkie uczucia i wybory najwyższym źródłem władzy moralnej i politycznej. Liberalizm mówi nam, że wyborca wie najlepiej, że klient ma zawsze rację oraz że powinniśmy myśleć samodzielnie i kierować się głosem serca.

Niestety, „wolna wola” nie jest faktem naukowym, ale mitem odziedziczonym po teologii chrześcijańskiej.

Teologowie wypracowali koncepcję „wolnej woli”, by wyjaśnić, dlaczego Bóg słusznie każe grzeszników za ich złe wybory, a nagradza świętych za dobre. Jeśli swoich decyzji nie podejmujemy dobrowolnie, to czemuż Bóg miałby nas za nie karać albo nagradzać? Według teologów takie działanie Boga jest logiczne, ponieważ dokonywane przez nas wybory są odbiciem wolnej woli naszych nieśmiertelnych dusz, które nie podlegają jakimkolwiek ograniczeniom fizycznym i biologicznym.

Mit ten ma niewiele wspólnego z tym, co nauka mówi nam o homo sapiens i innych zwierzętach. Ludzie z pewnością są obdarzeni wolą, tyle że nie wolną. To nie my decydujemy o tym, jakie mamy pragnienia. Nie jesteśmy w stanie postanowić sobie, że będziemy introwertykami albo ekstrawertykami, osobami opanowanymi bądź nerwowymi, homo- bądź heteroseksualnymi. Ludzie dokonują wyborów, ale nigdy nie są to wybory niezależne. Każdy wybór zależy od szeregu uwarunkowań biologicznych, społecznych i jednostkowych, na które nie mamy wpływu. Mogę decydować o tym, co jem, z kim wstępuję w związek małżeński, na kogo głosuję, ale decyzje te po części są determinowane przez moje geny, biochemię, płeć, wychowanie, kulturę narodową itd. – a genów czy rodziny się nie wybiera.

Nie jest to jakaś abstrakcyjna teoria. Bez problemu możemy przekonać się o niej naocznie – wystarczy, że zaczniemy obserwować następną myśl, jaka wpadnie nam do głowy. Skąd przyszła? Czy to my z własnej woli ją wywołaliśmy? Oczywiście, że nie. Gdy uważnie przyglądamy się własnemu umysłowi, uświadamiamy sobie, że mamy znikomą kontrolę nad tym, co się w nim dzieje, i że to nie my decydujemy o tym, o czym myślimy, co czujemy i czego chcemy.

Algorytmy naszej niewoli

Choć „wolna wola” zawsze była mitem, to w minionych stuleciach miała pewną przydatność. Pokrzepiała jednostki walczące z inkwizycją, boskim prawem monarchów, KGB i Ku Klux Klanem. Mit ten niósł też ze sobą pewne koszty. W 1776 bądź 1945 r. wiara w to, że nasze uczucia i wybory są wytworem jakiejś „wolnej woli”, a nie funkcją biochemii i neurologii, była stosunkowo niegroźna.

Dziś jednak wiara w „wolną wolę” nagle staje się niebezpieczna. Jeśli rządom i korporacjom uda się „zhakować” ludzkie zwierzę, najbardziej podatne na manipulację będą osoby wierzące w wolną wolę.

Do skutecznego „hakowania” istot ludzkich potrzeba dwóch rzeczy: dobrej znajomości biologii i potężnej mocy obliczeniowej. Inkwizycja i KGB nie posiadały ani tej wiedzy, ani technologii. Niebawem jednak korporacje i rządy będą dysponowały i pierwszą, i drugą, a kiedy już was „zhakują”, będą mogły nie tylko przewidywać wasze decyzje, ale też majstrować przy waszych uczuciach. I nie będą musiały poznawać was na wskroś, bo to niemożliwe. Wystarczy, że będą was znać odrobinę lepiej niż wy siebie. A to nie jest niemożliwe, gdyż większość ludzi nie zna samych siebie zbyt dobrze.

Jeśli wierzycie w tradycyjną narrację liberalną, odczujecie pokusę zbagatelizowania tego problemu. „Nie ma mowy, nigdy do tego nie dojdzie. Nikomu nigdy nie uda się zhakować ludzkiego ducha, bo jest coś, co wykracza poza geny, neurony i algorytmy. Nikt nie będzie zdolny przewidywać moich decyzji i nimi manipulować, bo moje decyzje są odbiciem mojej wolnej woli”. Niestety, ignorowanie problemu nie sprawi, że ten zniknie. Spowoduje tylko, że będziemy jeszcze bardziej na niego narażeni.

Wszystko zaczyna się w prosty sposób. Surfujesz po sieci i twoją uwagę przykuwa nagłówek: „Gang imigrantów gwałci miejscową kobietę”. Klikasz. W tej samej chwili po Internecie buszuje też twoja sąsiadka, tyle że w oko wpada jej inny tytuł: „Trump szykuje atak jądrowy na Irak”. Klika na niego. Oba nagłówki to fake newsy, być może spreparowane przez rosyjskich trolli bądź witrynę internetową służącą zwiększaniu liczby odwiedzin w celu podniesienia dochodów z reklam. Zarówno ty, jak i twoja sąsiadka jesteście przeświadczeni, że kliknęliście na te tytuły z własnej, dobrej i nieprzymuszonej woli. W rzeczywistości jednak zostaliście zhakowani.

Rzecz jasna, propaganda i manipulacja nie są żadnym novum. O ile jednak dawniej działały na zasadzie nalotów dywanowych, o tyle dziś stają się bronią precyzyjnego rażenia. Kiedy Hitler wygłaszał przemówienie na antenie radia, celował w najniższy wspólny mianownik, gdyż nie miał możliwości dopasowania swojego przekazu do swoistych słabości każdego mózgu z osobna. Dziś jest to już możliwe. Algorytm jest w stanie ustalić, że jesteście uprzedzeni względem imigrantów i że wasza sąsiadka nie lubi Trumpa – właśnie dlatego oglądacie taki nagłówek, podczas gdy waszej sąsiadce wyświetla się zupełnie inny. W ostatnich latach najtęższe umysły na świecie głowiły się, jak zhakować ludzki mózg po to, by skłonić was do klikania na reklamy i kupowania. Dziś metody te są też stosowane do sprzedawania wam polityków i ideologii.

A to dopiero początek. W chwili obecnej hakerzy opierają się na analizowaniu sygnałów i działań w świecie zewnętrznym: kupowanych przez nas produktów, odwiedzanych miejsc, słów wpisywanych do wyszukiwarek. Tymczasem za kilka lat biometryczne czujniki mogą dać hakerom bezpośredni dostęp do waszego świata wewnętrznego oraz możliwość obserwowania, co się dzieje w waszym sercu. Nie w metaforycznym sercu hołubionym przez liberalne fantazje, ale w tej umięśnionej pompie, która reguluje wasze ciśnienie i znaczną część aktywności waszego mózgu. Wtedy hakerzy będą mogli skorelować wasze tętno z danymi waszej karty kredytowej albo ciśnienie z historią wyszukiwania w przeglądarkach internetowych. Gdyby inkwizycja albo KGB rozporządzały biometrycznymi bransoletkami monitorującymi w trybie ciągłym wasze nastroje i samopoczucie, to jaki robiłyby z nich użytek? A to tylko wierzchołek góry lodowej.

Poznaj samego siebie

Liberalizm wypracował imponujący arsenał argumentów i instytucji broniących wolności jednostki przed zewnętrznymi atakami opresyjnych rządów i bigoteryjnych religii, lecz nie jest przygotowany na sytuację, kiedy wolność jednostki jest podrywana od wewnątrz i kiedy same koncepcje „jednostki” i „wolności” nie mają już większego sensu. By przetrwać i radzić sobie w XXI w., musimy porzucić naiwne wyobrażenie ludzi jako wolnych jednostek – odziedziczone zarówno po teologii chrześcijańskiej, jak i nowożytnym oświeceniu – i pogodzić się z tym, że tak naprawdę ludzie są zwierzętami dającymi się hakować. Musimy lepiej poznać samych siebie.

Nie jest to oczywiście żadna rewolucyjna rada. Od pradawnych czasów mędrcy i święci kierowali do ludzi zalecenie: „Poznaj siebie”. W czasach Sokratesa, Buddy i Konfucjusza nie mieliśmy jednak żadnej realnej konkurencji. Nawet jeśli zaniedbywaliśmy się w samopoznaniu, to i tak dla reszty ludzkości byliśmy enigmą. Dziś natomiast mamy konkurencję. W chwili kiedy czytacie te słowa, rządy i korporacje usiłują was zhakować. Jeśli poznają was lepiej niż wy samych siebie, będą w stanie sprzedać wam, co tylko zechcą, produkt albo polityka.

Szczególne ważne jest poznawanie własnych słabości. To one są najważniejszym narzędziem w ręku tych, którzy próbują was zhakować . Do komputerów włamuje się poprzez istniejące wcześniej błędne wiersze kodu. Do ludzi włamuje się przez zastane lęki, uprzedzenia i pragnienia.

Hakerzy nie mogą stworzyć lęku ani nienawiści z niczego. Kiedy jednak odkrywają, czego ludzie się boją i nienawidzą, łatwo im naciskać odpowiednie przyciski emocjonalne i potęgować wściekłość.

Skoro ludzie nie potrafią samodzielnie poznawać samych siebie, to być może wykorzystywaną przez hakerów technologię dałoby się zaprząc do tego, by nas chroniła. Tak jak wasz komputer posiada program antywirusowy wykrywający złośliwe oprogramowanie, tak też być może potrzebujemy antywirusa dla mózgu. Wasz oparty na sztucznej inteligencji asystent doświadczalnie ustali, że posiadacie określoną słabość – dajmy na to, do śmiesznych filmików z kotami albo do irytujących historyjek o Trumpie – i dla waszego dobra będzie je blokować.

Niekoniecznie złe wieści

W gruncie rzeczy jednak jest to kwestia drugorzędna. Jeśli ludzie są zwierzętami dającymi się hakować i jeśli nasze decyzje i opinie nie wypływają z naszej wolnej woli, to jaki powinien być sens polityki?

Przez 300 lat ideały liberalne inspirowały projekt polityczny, którego celem było stwarzanie jak największej liczbie jednostek możliwości urzeczywistniania marzeń i zaspokajania pragnień. Dziś jesteśmy bliżej niż kiedykolwiek osiągnięcia tego celu – choć zarazem jesteśmy też bliżej uświadomienia sobie, że to wszystko opiera się na złudzeniu.

Te same technologie, które wynajdujemy, by pomagać jednostkom w spełnianiu marzeń, umożliwiają też majstrowanie przy tych marzeniach. Czy mogę więc ufać któremukolwiek z moich własnych marzeń?

Odkrycie to daje ludziom zupełnie nowy rodzaj wolności. Uprzednio bardzo mocno utożsamialiśmy się z własnymi pragnieniami i poszukiwaliśmy swobody ich zaspokajania. Gdy tylko jakiś impuls myślowy napływał nam do głowy, zaraz mu ulegaliśmy. Całe dnie spędzaliśmy na zwariowanej bieganinie, gnani szalonym kołowrotem myśli, uczuć i pragnień, które błędnie uznawaliśmy za emanację naszej wolnej woli. Co się dzieje, gdy przestajemy utożsamiać się z tym kołowrotem? Co się dzieje, gdy uważnie przyglądamy się następnej myśli, która zalęga się w naszych umysłach i pytamy: „Skąd ona przyszła?”.

Po pierwsze, uświadomienie sobie, że nasze myśli i pragnienia nie są odbiciem naszej wolnej woli, może sprawić, że będziemy mniej zafiksowani na ich punkcie. Kiedy uważam się za wolny podmiot sprawczy, wybierający własne pragnienia zupełnie niezależnie od świata, tworzę barierę między sobą i innymi bytami. W zasadzie nie potrzebuję żadnego z tych innych bytów – jestem niezależny. Jednocześnie olbrzymie znaczenie zyskuje każda moja zachcianka – to konkretne pragnienie wybieram przecież z puli wszystkich możliwych pragnień. A kiedy własnym pragnieniom przypisujemy tak wielkie znaczenie, w naturalny sposób próbujemy kontrolować i kształtować na ich wzór cały świat. Dla zaspokojenia własnych kaprysów toczymy wojny, wycinamy lasy, wytrącamy z równowagi cały ekosystem. Gdybyśmy jednak zrozumieli, że nasze pragnienia nie są skutkiem wolnego wyboru, bylibyśmy, miejmy nadzieję, mniej nimi zaabsorbowani i odczuwali większą łączność ze światem wokół siebie.

Ludzie wyobrażają sobie czasem, że jeśli wyrzekniemy się naszej wiary w „wolną wolę”, to staniemy się bezbrzeżnie apatyczni, zwijając się w kłębek w jakimś kącie i umierając z głodu. W rzeczywistości jednak odżegnanie się od tego złudzenia może pociągnąć za sobą dwa pozytywne skutki: przede wszystkim, może wytworzyć w nas daleko silniejszą więź z resztą świata i sprawić, że będziemy bardziej uważni na środowisko oraz potrzeby i pragnienia innych ludzi. To tak jak podczas rozmowy z drugą osobą: jeśli skupiamy się na tym, co chcemy powiedzieć, praktycznie nie słuchamy rozmówcy i po prostu czekamy na możliwość wyjawienia mu własnych myśli; kiedy jednak odkładamy na bok własne myśli, natychmiast zaczynamy słyszeć innych ludzi.

Po drugie, odrzucenie mitu o wolnej woli może rozbudzić głęboką ciekawość. Kiedy silnie identyfikujesz się z lęgnącymi się w swojej głowie myślami i pragnieniami, nie musisz się zbytnio wysilać, by poznać samego siebie. Jesteś przekonany, że już dokładnie wiesz, kim jesteś. Gdy jednak uświadamiasz sobie: „Ooo, to nie jestem ja, to tylko jakieś zmienne zjawisko biochemiczne!”, zdajesz sobie sprawę, że nie masz pojęcia, kim – albo czym – właściwie jesteś. To może być początek najbardziej ekscytującej podróży odkrywczej, jaką może przedsięwziąć jednostka.

Nowy projekt polityczny

Powątpiewanie w wolną wolę albo zgłębianie prawdziwej natury człowieka nie jest niczym nowym. My, ludzie, toczyliśmy tę dyskusję już tysiąc razy. Nigdy wcześniej nie mieliśmy jednak technologii. A ona zmienia wszystko. Zagadnienia podnoszone przez starożytnych filozofów stają się dziś praktycznymi problemami inżynierii i polityki. I o ile filozofowie są ludźmi niezwykle cierpliwymi – potrafią spierać się o coś przez trzy tysiąclecia, nie dochodząc do rozstrzygnięcia – o tyle nie można tego powiedzieć o inżynierach, a już na pewno o politykach.

Jak demokracja liberalna funkcjonuje w epoce, kiedy rządy i korporacje potrafią hakować ludzi? Co zostało z przekonania, że wyborca wie lepiej, a klient zawsze ma rację?

Jak żyć ze świadomością, że jesteśmy zwierzętami podatnymi na zhakowanie, że nasze serce może być agentem rządu, że nasze jądro migdałowate może pracować dla Putina, że następna myśl przemykająca nam przez głowę może być wytworem jakiegoś algorytmu, który zna nas lepiej niż my sami? Oto najbardziej interesujące pytania, przed którymi stoi dziś ludzkość.

Niestety, większość ludzi nie zadaje sobie tych pytań. Zamiast dociekać, co czeka nas za iluzją „wolnej woli”, ludzie na całym świecie poszukują schronienia w jeszcze starszych iluzjach. Zamiast przeciwstawiać się sztucznej inteligencji i bioinżynierii, wielu zwraca się ku fantazjom religijnym i nacjonalistycznym, które są jeszcze bardziej oderwane od rzeczywistości naukowej naszych czasów niż liberalizm. Zamiast świeżych modeli politycznych oferuje się odkurzone i ulukrowane przeżytki XX w., a nawet średniowiecza.

Kiedy próbujesz odnieść się do tych nostalgicznych fantazji, zostajesz uwikłany w debaty nad takimi kwestiami jak historyczność Biblii i świętość narodu (zwłaszcza kiedy, jak w moim przypadku, zdarza ci się mieszkać w takim miejscu jak Izrael). Dla naukowca to jest rozczarowujące. Spieranie się o Biblię było na topie w czasach Woltera, dyskutowanie o zaletach nacjonalizmu stanowiło świeży kierunek filozofii 100 lat temu, natomiast w 2018 r. wydaje się koszmarną stratą czasu. Sztuczna inteligencja i bioinżynieria niebawem zmienią bieg samej ewolucji i mamy tylko kilka dekad na wykombinowanie, co z nimi zrobić. Nie wiem, gdzie uzyskamy odpowiedzi, ale z pewnością nie w zbiorze opowieści spisanych kilka tysięcy lat temu.

Cóż więc robić? Musimy walczyć na dwóch frontach naraz. Należy bronić demokracji liberalnej, nie tylko dlatego, że okazuje się bardziej dobroczynną formą rządu niż jej alternatywy, ale też z uwagi na to, że w najmniejszym stopniu ogranicza debatę nad przyszłością ludzkości. Jednocześnie musimy kwestionować tradycyjne założenia liberalizmu i wypracowywać nowy projekt polityczny, bardziej przystający do realiów naukowych i możliwości technologicznych XXI w.

Mitologia grecka opowiada, że Zeus i Posejdon, dwaj najpotężniejsi bogowie, rywalizowali o względy boginki Tetydy. Kiedy jednak usłyszeli przepowiednię, że Tetyda urodzi syna silniejszego od ojca, w popłochu zrezygnowali ze współzawodnictwa. Bogowie zakładają, że będą żyć wiecznie, i nie chcą konkurować z silniejszym od siebie potomkiem. Tetyda wyszła więc za śmiertelnika, króla Peleusa, któremu urodziła Achillesa. Śmiertelnicy lubią, kiedy ich własne dzieci przerastają ojców. Mit ten może nauczyć nas czegoś ważnego. Autokraci mający ambicję rządzić dożywotnio nie są skłonni sprzyjać rodzeniu się idei, które mogłyby ich obalić, za to demokracje liberalne inspirują tworzenie nowych wizji, nawet za cenę zakwestionowania własnych fundamentów.

Tłumaczenie Justyn Hunia

 

Copyright Guardian News & Media Ltd 2019

Śródtytuły dodane przez redakcję

Kup numer