70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Mark Bowler/Science Source/Getty

Ekologia: idea a ideologia

Korpus wiedzy naukowej to jedno, a indywidualne wypowiedzi „ekspertów” to zupełnie coś innego. Laikowi bardzo trudno odróżnić autorytet nauki (gwarantowany) od autorytetu profesora (bez gwarancji).

Wiosną ubiegłego roku, przeglądając internetowy portal informacyjny, natrafiłem na wiadomość[1] o naukowej publikacji z prestiżowego tygodnika „Nature”[2]. Tekst oryginalny znałem już wcześniej: chodziło o wyniki wieloletnich, szeroko zakrojonych badań międzynarodowego zespołu naukowców na temat bilansu węgla w ekosystemach leśnych Amazonii. Lasy te w poprzednich dziesięcioleciach pochłaniały nieco więcej CO2, niż wydzielały. Zmiany globalne (zwiększona zawartość CO2 w atmosferze) mogły ułatwić fotosyntezę i przez to uczynić ten bilans jeszcze bardziej dodatnim, ale uzyskane wyniki temu zaprzeczyły: w ostatnim dziesięcioleciu tempo akumulacji węgla w biomasie spadło o 1/3. W artykule dyskutowano możliwe przyczyny i skutki tego zjawiska. Oryginalna publikacja zawierała mnóstwo liczb, wykresów i szczegółów metodycznych, które utwierdzały jej wiarygodność, ale nie ułatwiały lektury. Mimo to autorzy internetowego streszczenia nie popełnili merytorycznych błędów, za to dodali notatce sensacyjnego charakteru („naukowcy alarmują”, „lasy tracą zdolność pochłaniania CO2”), a piękne zdjęcie tropikalnego lasu podpisali: „Amazońskie lasy deszczowe nazywane są »płucami Ziemi«”. Umieszczenie tej notatki na popularnym portalu mocno mnie zdziwiło. Kogo może zainteresować tak specjalistyczna publikacja?

Okazało się, że wielu – 436 komentarzy i 47 dyskusji, a pod każdym postem jeszcze statystyka ocen pozytywnych i negatywnych. Większość wypowiedzi nacechowana była silnymi emocjami, nieraz przeradzającymi się w niewybredną agresję (nie licząc obrzydliwego „hejtu”). Sam fakt poinformowania o bilansie węgla w tropikalnych lasach mocno ekscytował. Przede wszystkim jednak przypuszczono frontalny atak za rozpowszechnianie „wierutnej bzdury”, że lasy są płucami Ziemi, bo przecież nie są – płucami Ziemi, sugerowano, są oceany[3]. Cały problem bilansu węgla ma uzasadniać tezę o zmianie klimatu wywołanej przez człowieka – a to wymysł ekoterrorystów („takie humbugi jak »efekt cieplarniany« są wciskane ciemnej masie, aby uwierzyła, iż 0,03% CO2 w atmosferze ma wpływ na cykle klimatyczne […] przy okazji można zarobić”). Inni uczestnicy przystąpili do kontrataku, wskazując, komu służą ci, którzy kwestionują istnienie ocieplenia globalnego („na handlu emisjami najwięcej zarobią nie ekolodzy a tzw. instytucje finansowe, które »już zwietrzyły łatwą zwierzynę« i mieszają w głowach »kowalskim«”). Mimo wzajemnej wrogości adwersarze mogliby się zgodzić co do jednego: naukowcom nie wolno ufać, bo są sprzedajni ( „Wielu »naukowców« klimatologów podczepiło się pod globalny geszeft i dobrze z tego żyją”, „»mądre głowy« są zawsze na czyichś usługach i opłacani przez lobbystów”). Cały ten spór nie wart byłby uwagi, gdyby nie stawiany przez wszystkie strony sztafaż niby-naukowych argumentów. Uderzał brak zaciekawienia tym, co się naprawdę dzieje na naszej planecie – wyniki badań naukowych (prawdziwe lub zmyślone) traktowane były instrumentalnie, jako argumenty w sporze ideologicznym. Uzasadnianie przewagi jednych danych nad innymi skłaniało uczestników do bardziej „akademickiej” debaty na ich temat, co z kolei ujawniało ogrom ignorancji i niemożność zrozumienia, czym w ogóle jest nauka.

W omawianej dyskusji internetowej prawie nie sięgano po materiały źródłowe (choćby na poziomie popularyzacji). Tylko jeden uczestnik powoływał się na poważniejsze źródło – książkę, która przytaczała informacje naukowo-ekologiczne, aby wesprzeć tezy z dziedziny ekonomii i polityki. Pozostali czasem przytaczali źródła internetowe (np. YouTube), częściej z rozbrajającą dezynwolturą wzajemnie wzywali się do korzystania z literatury naukowej (znając ze słyszenia tylko dwa tytuły: „Widziałeś chociaż raz w życiu jakieś czasopismo naukowe jak »Science« czy »Nature«?”, „Czytaj matołku czasopisma naukowe jak »Science« lub »Nature« zamiast bredzić na forum!”, itp.). „Naukowe” argumenty, przytaczane bez cienia krytycyzmu, w większości były naiwnymi uproszczeniami lub w ogóle pozostawały w sprzeczności z dobrze ugruntowanymi ustaleniami nauki. Internetowe fora stanowią obfity materiał do poważnych badań socjologicznych i psychologicznych, ale już ten jeden przykład ilustruje ogrom problemów związanych ze społeczną percepcją wyników badań naukowych oraz zupełną bezradność szkolnej dydaktyki i medialnej popularyzacji. Zapewne, są też inne fora internetowe, więc uogólnianie tego przypadku nie jest uprawnione. Jednak w oparciu o wieloletnie doświadczenie dydaktyczne stawiam hipotezę (testowalną!), że skrupulatne badania na szerokim materiale potwierdziłyby wnioski wyciągnięte z tej jednej obserwacji. Widać bowiem jak na dłoni, że: (1) wyniki badań naukowych na temat stanu środowiska mają duże znaczenie dla wielu osób; (2) większość tych osób nie posiada elementarnej wiedzy, która umożliwiałaby im zrozumienie tych ustaleń nauki; (3) osoby te nie potrafią znaleźć wiarygodnej informacji naukowej (bądź też – nie potrafią jej odróżnić od pseudonauki), destrukcyjną rolę odgrywają współczesne media: telewizja, Internet; (4) większość tych osób w ogóle nie wie, jak funkcjonuje nauka (science); (5) fakty i wyjaśnienia nauki traktowane są instrumentalnie dla wsparcia wybranych ideologii; (6) obiektywne ustalenia nauki są mylone z subiektywnym wyborem wartości.

 

Nauka i życie: postępujące niezrozumienie

W początkach naszej cywilizacji, przez pierwsze kilka(naście?) tysięcy lat, świat przyrody był dla człowieka pełen tajemnic. Lęk przed niezrozumiałymi zjawiskami łagodziły mitologiczne konfabulacje, a złudzenie sprawowania kontroli zapewniały praktyki magiczne. Wytwory ludzkich rąk i umysłów – od siekiery i grabi po wiatrak, od gwoździa i młotka po zegar na kościelnej wieży – były zaś, przynajmniej potencjalnie, dla wszystkich zrozumiałe.

Ten komfort trwał aż do nastania epoki pary i elektryczności. Poprzedzający ją rozwój nauki nowożytnej pozwolił oswoić nieco przyrodę – zaczęto rozumieć i przewidywać jej właściwości, powstało oświeceniowe złudzenie, że świat jest poznawalny (w domyśle: dla ogółu) i tylko kwestią czasu jest wyjaśnienie wszystkiego. Ogłoszona w II połowie XIX w. teoria ewolucji miała tłumaczyć największą z tajemnic (tak się przynajmniej wtedy wydawało). Wiek pary i elektryczności przyniósł natomiast coś innego: zaawansowaną technikę, wytwory ludzkich rąk, które wkrótce zaczęły się wymykać powszechnemu rozumieniu. Zjawiska, takie jak zamiana cieczy na parę, wielkość fizyczna zwana ciśnieniem, praca wykonywana przez parę – choćby w formie podskakującej pokrywki na imbryku – to wszystko mieściło się w zakresie codziennych obserwacji. Co prawda, żeby rozumieć i móc stosować w praktyce zasady działania maszyn cieplnych, trzeba było sięgnąć już do dość zaawansowanej fizyki – nie tylko klasycznej, Newtonowskiej (wciąż jeszcze pojęć intuicyjnie uchwytnych), ale także do bardzo już elitarnej termodynamiki. Mimo to działanie maszyny parowej daje się pojąć za pomocą zdrowego rozsądku. Kiedy jednak do naszego życia weszła elektryczność, nastał zupełny rozbrat między otaczającą nas rzeczywistością a jej rozumieniem. Jakieś niematerialne oddziaływania na odległość, pojęcie pola, równania Maxwella (całki, pochodne cząstkowe – czarna magia). Nie jest chyba przypadkiem, że właśnie wtedy pojawiły się rozmaite mesmeryzmy, magnetyzmy i inne zabobony, inspirujące się terminami (bo nawet nie pojęciami) zapożyczonymi z nauki.

Dzisiaj elektryczność buduje całe środowisko. Otacza nas świat ludzkich wytworów, którego istoty większość ludzi nie rozumie, ale jest od niego całkowicie uzależniona. Dostęp do tej wiedzy tajemnej mają bardzo nieliczni (uczeni, inżynierowie), którzy posługują się hermetycznymi językami. Dostajemy od nich coraz to nowsze zaczarowane przedmioty i czasem różdżkę, która daje władzę nad telewizorem. Zaklinamy komputer, telefon, samochód i pralkę, panujemy nad otaczającym nas niezrozumiałym światem. Jeszcze do niedawna niektórzy z nas osiągali niższe stopnie wtajemniczenia uczniów czarnoksiężnika: za pomocą lutownicy można było zrobić radio (superheterodynę na pentodach) i rozumieć, jak to działa. Dziś już nie ma na to szans. Urządzenia, którymi się posługujemy, są zbyt skomplikowane, nikt sobie własnoręcznie nie zmajstruje smartfona. Jesteśmy więc świadkami kolejnej radykalnej zmiany w percepcji otaczającej nas rzeczywistości. Wykładniczo rośnie liczebność populacji ludzkiej i natężenie zasilającego ją strumienia energii, co powoduje zmiany w biosferze (naturalnym środowisku naszej cywilizacji) o skali dotąd niespotykanej. Równocześnie nauki przyrodnicze dokonały postępu, coraz lepiej rozumiejąc mechanizmy działania biosfery, dzięki czemu mogą formułować prognozy o możliwych konsekwencjach tych zmian. Ma to praktyczne znaczenie dla funkcjonowania naszej cywilizacji.

Jednak ani same zasady panujące w biosferze, ani uzasadnienie naukowych prognoz, ani nawet sens proponowanych środków łagodzących zagrożenia nie są zrozumiałe dla większości obywateli naszej planety. Dominujący udział w generowaniu rozdźwięku między rozumieniem świata i pojmowaniem cywilizacyjnych zagrożeń ma współczesna biologia: ekologia, genetyka, biomedycyna.

Przypomina to sytuację sprzed rewolucji naukowej. Świadomość zagrożenia ze strony przyrody, spowodowanego niezrozumiałymi przyczynami, rodzi lęki i skłania do ucieczki w irracjonalne mitologie. Potrzeba działań w obronie przed zagrożeniem, którego mechanizmów pojąć nie sposób, znajduje zaspokojenie w akceptacji jakiejś ideologii – właśnie w niej, a nie w wiedzy.

 

Gwarancja nauki v. autorytet profesora

Rozwój cywilizacji to przecież nie tylko nowe technologie i dewastacja środowiska, to także coraz wyższy poziom wykształcenia wciąż rosnącej frakcji ludności. Zatem – czy dalsza intensyfikacja i udoskonalenie procesu dydaktyki nie powinny rozwiązać cywilizacyjnych problemów? Zjawiska zilustrowane debatą na internetowym forum rozwiewają to złudzenie. W omawianym przykładzie widać przede wszystkim braki w wiedzy biologicznej. Być może świadczy to o wyjątkowym niepowodzeniu dydaktyki akurat w tej dziedzinie. Nauczyciele akademiccy pracujący ze studentami biologii zauważają, że szkolna biologia koncentruje się na przygotowaniu do studiów medycznych, a zagadnienia dotyczące biologii środowiskowej i ewolucyjnej nie są traktowane poważnie. Proces dydaktyczny można (i trzeba) ulepszyć.

Przepaść pomiędzy ogromem wiedzy naukowej potrzebnej do zrozumienia otaczającej rzeczywistości a pojemnością ludzkiego mózgu (i ilością czasu, który można poświęcić na uczenie się) jest jednak nie do zasypania. Każdy czcigodny profesor to ignorant we wszystkich, poza swoją, dziedzinach. Musi uwierzyć, że krótkie, uproszczone komunikaty (publikacje naukowe) to sprawdzone fakty i najlepsze wyjaśnienia, które przeszły przez ogień testowania hipotez, recenzowania projektów grantowych i maszynopisów, w oparciu o kryteria ostre i obiektywne. Naukowiec wie, jak to działa, i z dobrym przybliżeniem (chociaż nie ze 100-procentową pewnością) potrafi odróżnić miarodajne źródło naukowe od medialnych fantazji. Przeciętny odbiorca nie ma o tym pojęcia. Bełkot pewnego kreacjonisty na temat „dewolucji”, niedawno opublikowany przez – podobno – ambitne wydawnictwo, ma na oko wszelkie pozory propedeutycznego podręcznika gimnazjalnego, a autor – owszem – posiada profesorski tytuł. Trzeba wiedzieć, że korpus wiedzy naukowej (science) to jedno, a indywidualne wypowiedzi „ekspertów” to zupełnie coś innego. Laikowi bardzo trudno odróżnić autorytet nauki (gwarantowany) od autorytetu profesora (bez gwarancji).

W codziennym życiu często upraszczamy rzeczywistość. Taki stan rzeczy może przyjąć patologiczną formę ideologii (pseudo)scjentystycznej, która – jak każda ideologia – nie gwarantuje naukowej rzetelności ani sensowności opartych na niej praktycznych decyzji. Ale może też rozwinąć się w umiejętność krytycznego wyszukiwania potrzebnych w danym momencie informacji, odróżniania faktów i wyjaśnień zweryfikowanych naukowo od szumu informacyjnego. Wstępnym warunkiem do uzyskania takich kompetencji przez znaczącą frakcję społeczeństwa jest upowszechnienie zaufania do nauki, co wymaga dobrego zrozumienia zasad jej metodologii i pragmatyki.

Nie znajdzie się tego w programach szkolnych. Najlepszym rozwiązaniem byłoby praktyczne zetknięcie się adepta z procesem badawczym. Niestety, widać już postępującą erozję naukowej edukacji również na poziomie studiów wyższych, np. magistrant(ka) zamiast robić pracę badawczą pod nadzorem doświadczonego naukowca, „pisze magisterkę” – referat z literatury, albo zamiast projektu badawczego wykonuje stosowany projekt inżynierski (a to dwie zupełnie inne rzeczy). W ten sposób procent osób w populacji zdolnych do odróżniania nauki od nie nauki jest coraz mniejszy, chociaż magistrów, nawet w domenie science, nam przybywa.

W nauce, poza wczesnym etapem testowania konkurencyjnych hipotez, nie ma permanentnych sporów. Ostatecznie na placu boju zostaje jedna, dobrze sprawdzona hipoteza; owszem, ona też może być w każdej chwili zakwestionowana, ale tylko za pomocą innej lepiej wyjaśniającej tę samą lub większą klasę zjawisk. Wyjaśnienie – ustalenie mechanizmów przyczynowo-skutkowych – pozwala przewidywać, tzn. projektować kolejne testy weryfikujące, oraz stosować wyniki badań w praktyce. Umocniona hipoteza ma za sobą zdecydowaną większość poprawnie opublikowanych wyników badań i, co za tym idzie, badaczy. Większość ta nie wiąże się jednak z demokratycznym głosowaniem. Zawsze znajdą się dziwacy uporczywie zaprzeczający obowiązującej teorii (np. zwolennicy hipotezy płaskiej Ziemi). Ale jest też gra interesów (w tym – ideologii), którym czasem zagrażają ustalenia nauki. Wtedy obok nieszkodliwych dziwaków pojawiają się nieuczciwi propagandziści, manipulujący opinią publiczną przez wprowadzanie w błąd ignorantów.

Jest to widoczne w rozwoju i recepcji naukowej wiedzy na temat globalnych zmian klimatu. Trwało wiele lat, zanim upewniono się co do obserwacji zmian klimatu i ustalono ilościowe proporcje działania rozmaitych mechanizmów.

Obecnie spory naukowe w zasadzie wygasły, o przyczynach zmian klimatu mówi dobrze zweryfikowana teoria, która jednoznacznie przypisuje znaczną rolę działalności człowieka.

Ale nadal trwa atak ze strony grup interesu i schlebiających im polityków, zręcznie posługujących się mediami, a także nieuczciwymi ekspertami, kwestionującymi nie tylko wyjaśnienia przyczynowo-skutkowe mechanizmów, ale nawet bezsporne, udokumentowane obserwacje. Działają też ideologicznie motywowane organizacje, które nie zawsze potrafią odróżnić argumenty naukowe od propagandy. Publiczność bierze to wszystko za dobrą (albo złą) monetę, bo nie ma żadnego łatwego sposobu, aby odróżnić prawdę od fałszu.

Proces dydaktyczny musi obejmować przyswojenie pewnej ilości faktów, terminów i pojęć, ale ważne jest przede wszystkim rozumienie związków pomiędzy nimi. A to wymaga wysiłku intelektualnego, który ograniczają indywidualne możliwości. W niektórych dziedzinach tylko niewielki procent populacji jest w stanie przekroczyć próg pojmowania ważnych zagadnień – każdy z nas wie, jak daleko (teoretycznie) mógłby zajść np. w naukach ścisłych lub w muzyce. Ekologia i teoria ewolucji sprawiają wrażenie łatwych do zrozumienia – na poziomie szkolnym zamiast hermetycznego języka i formalizmu matematycznego mamy werbalne opisy. Ale jak wskazuje doświadczenie nauczyciela akademickiego – proste wcale to nie jest. W nauczaniu fizyki i chemii wiele problemów również omawia się za pomocą metafor, lecz słuchacze wiedzą, że za tym opisem kryje się twardy i nieprzystępny aparat matematyczny. Respekt dla przedmiotów ścisłych generuje zaufanie do wniosków z tej nauki. W przypadku biologii zakwestionowanie oficjalnej nauki wydaje się proste i dopuszczalne. Z kolei przy ekologii mamy dodatkowo do czynienia z niebywałym niechlujstwem semantycznym. Pojęcie to oznacza pewien zakres tematyczny – a może program badawczy – nauki o życiu, czyli biologii, należącej w całości do domeny science. Tematyka badań ekologicznych, odkryte prawidłowości w funkcjonowaniu życia na Ziemi znalazły oddźwięk w próbach rozwiązywania ważnych problemów praktycznych, więc nieuchronnie dotknęły sporów o wartości. Skutkiem tego było zapożyczenie terminu „ekologia” dla określenia indywidualnych systemów wartości pewnych ludzi oraz ideologii zorganizowanych grup. To nie jest tylko przypadłość polska, ale w innych językach starano się o różnienie (ecology v. ecologism, envirnonmentalism, nature conservancy, environmental protection). W naszym języku natomiast, nie bez współudziału przyrodniczej i naukowej ignorancji, „ekologią” można nazwać wszystko, nawet jazdę na rowerze i niechęć do pokarmów mięsnych.

 

Popularyzacja na rozdrożu

Tak w nauce, jak i w biosferze sytuacja zmienia się bardzo szybko. Absolwenci uniwersytetów, nawet gdyby przyswoili sobie rzetelną wiedzę i umiejętności, ciągle stykają się z nowymi wyzwaniami. Nie do przecenienia wydaje się więc rola popularyzacji nauki.

Istnieją trzy jej rodzaje. Pierwszy to oferta dla hobbystów, którzy z rozmaitych powodów zainteresowali się jakąś dziedziną i gotowi są poświęcać czas i pieniądze na jej zgłębianie. Poszukują poważnych źródeł, zaczynając od najprzystępniejszych. Dzięki temu, że odbiorca zmotywował się sam, taka popularyzacja nauki okazuje się bardzo skuteczna, chociaż jej zasięg jest ograniczony.

Drugi to próba dokształcenia szerokich rzesz społeczeństwa o sprawach, które wydają się ważne, a ich znajomość niewystarczająca. Inicjatywa nie należy tu do odbiorcy. Bez motywacji po źródła sięga się wybiórczo. Ten typ popularyzacji często łączy się z zachętą do zaakceptowania określonych wartości albo wręcz staje się propagandą jakiejś ideologii. Ponadto natrafiamy tu na takie same dylematy jak przy regularnej dydaktyce: każda popularyzacja spłyca sens tego, o czym mówi, nigdy nie starczy czasu na wszystko. Z tego powodu obecnie mamy najczęściej do czynienia z trzecim rodzajem popularyzacji nauki, który wyborem środków i celów zbliżony jest do komercyjnej reklamy. Brak spontanicznego zainteresowania u potencjalnych odbiorców powoduje, że popularyzacja sprowadza się do przyciągnięcia uwagi, pobudzenia ciekawości, a w znacznie mniejszym stopniu próbuje wyjaśniać bardziej złożone zagadnienia. Do tej kategorii zaliczają się „festiwale nauki”, „noce naukowców”, popularnonaukowe programy telewizyjne, a w pewnej mierze nawet szacowne instytucje w rodzaju Centrum Nauki Kopernik. Mimo swoich ograniczeń jest to pożyteczne, bo dostarcza motywacji do korzystania z popularyzacji pierwszego rodzaju.

Misję popularyzacji nauki powinny wziąć na siebie media informacyjne, w naszym kraju – przede wszystkim telewizja. To właśnie byłoby najlepsze miejsce do prostowania błędnych informacji i ideologicznych przekłamań. Niestety, środki masowego przekazu notorycznie są uzależnione od komercji i polityki – a te dwie dziedziny nieszczególnie interesują się propagowaniem rzetelnej informacji naukowej. Widać to na wszystkich kanałach, które naukowe odkrycia i spory redukują do tabloidowych sensacji, unikając jak ognia prób wyjaśnienia istoty rzeczy, bo to – zapewne – obniżyłoby słupki oglądalności.

Telewizja, wciąż jeszcze dominujące medium, kształtujące obraz świata u przeważającej części społeczeństwa, powoli jest wypierana przez Internet. Dla profesjonalnych badaczy Internet to narzędzie niezastąpione. Poprzez komercyjne bazy danych daje on błyskawiczny dostęp do prawie wszystkich publikacji z całego świata. Ta usługa nie jest darmowa, ale w krajach rozwiniętych (w Polsce też) pieniądze podatnika umożliwiają większości naukowców i studentów dotarcie do tych źródeł. Zaletą profesjonalnych baz publikacji naukowych jest gwarancja najwyższej wiarygodności. Jak zauważył badacz znaczenia Internetu w nauce David Weinberger[4], fakt, że elektronicznie zapisane informacje są wzajemnie skomunikowane (hyperlinked), stymuluje ich ustawiczną weryfikację. Osoby mniej zaawansowane w konkretnych dziedzinach nauki również znajdą w Internecie nieprzeliczone zasoby rzetelnej wiedzy na różnym poziomie trudności (wykłady na portalach takich jak TED, OnlineCourses, portale udostępniające uporządkowane tematycznie kursy z wielu uniwersytetów itp.). W zakresie nauki (science) źródłem elementarnych informacji, na ogół bez zarzutu, jest Wikipedia, przede wszystkim jej wersja anglojęzyczna (polskie hasła są w większości ich lakonicznymi streszczeniami). Zasoby są przeogromne. Zdaniem Weinbergera problemem nie jest sam zalew informacji, tylko niedostatek filtrów.

Internet stwarza jeszcze inny problem – wywołuje interakcje „społecznościowe”. Ten system komunikacji podsyca emocje w stopniu nieporównywalnie wyższym niż czasopisma, książki naukowe i bezpośrednia rozmowa. Internauci utwierdzają się w błędnych lub nacechowanych ideologicznie przekonaniach poprzez ich radykalizację. Zamiast dociekania, jak jest naprawdę, spierają się, kto ma wyłączność na poglądy „słuszne”.

 

***

Ideologia to zbiór poglądów służący prostemu wyjaśnianiu świata, cementujących wspólnotę osób utwierdzających się wzajemnie w swoich przekonaniach. Jednak obrona wartości to coś innego niż wyjaśnianie rzeczywistości. Niektóre dziedziny są szczególnie podatne na ideologizację. Należy do nich z pewnością biologia, zwłaszcza ewolucjonizm, genetyka, ekologia. Obecnie ideologiczne zacietrzewienie charakteryzuje spory o istnienie lub nieistnienie zmian globalnych i wpływ lub brak wpływu człowieka na te zmiany. Ostatnio na naszym własnym podwórku mieliśmy przykład naginania naukowych wyjaśnień dla uzyskania ideologicznego wsparcia w sporze o ochronę Puszczy Białowieskiej. Wkrótce możemy przeżywać to samo w sprawie ochrony Tatrzańskiego Parku Narodowego.

Te przykłady wskazują jeszcze jeden aspekt problemu społecznej percepcji nauki: pomieszanie obiektywnej argumentacji naukowej z konfliktem subiektywnych wartości. W internetowych debatach dominuje troska o wartości utylitarne. Dla uzasadnienia przyjętych hierarchii wartości i ich obrony adwersarze sięgają po argumenty naukowe, jakby obiektywnie ustalali stan faktyczny. Ale nauka nie odpowie, czy lepiej jest produkować energię z węgla czy z wiatraków, może jedynie przewidzieć, jakie skutki wywoła jedna lub druga strategia. Zadecyduje polityka, ekonomia i hierarchia powszechnie wyznawanych wartości. We współczesnych sporach „ekologicznych” rzadko lub wcale nie pojawiają się wartości abstrakcyjne: autonomiczne wartości przyrody i jej przejawów estetycznych, znaczenie dla rozwoju kultury, a nie tylko podtrzymania cywilizacji, wreszcie – wartość przyrody dla samej nauki. U zarania ruchu na rzecz ochrony przyrody te aspekty były najważniejsze.

Przykładem niesamowicie udanej pseudonaukowej teorii, będącej w istocie ideologią, była (i jest nadal) tzw. hipoteza Gai, lansowana w latach 80. Ubiegłego stulecia przez Jamesa Lovelocka, brytyjskiego uczonego i wynalazcę wybitnego w swojej branży (chemia atmosfery). Hipoteza Gai to mit Ziemi-superorganizmu, którego wszystkie elementy celowo współdziałają dla wspólnego dobra, regulując parametry całego systemu, a tylko ludzie ze swoją cywilizacją wywołują w nim zaburzenia. Powabom tej wizji ulegają niemal wszyscy prócz biologów. Lovelock i współpracująca z nim, jeszcze silniej ideologicznie zdeterminowana Lynn Margulis (też, skądinąd bardzo wybitna badaczka, mikrobiolożka) nasycili swoją hipotezę ogromnym ładunkiem subiektywnych wartości (co dyskwalifikowało ten pomysł jako hipotezę naukową), ale przez to nadali metafizyczny sens istnieniu biosfery. W ten sposób skłonili tysiące ludzi do działań sojuszniczych. Może więc skoro prawdziwe zrozumienie biotycznych uwarunkowań funkcjonowania biosfery nie jest łatwo dostępne, to lepiej pozyskać rzesze ludzi dla idei quasi-religijnej, motywującej do działań na rzecz wspólnego dobra? Szkopuł w tym, że nie jest to rozwiązanie stabilne. Przykład z internetowego forum pokazuje, że ideologicznie uzasadniony, oparty na wybranym systemie wartości pogląd na świat prędzej czy później zderzy się z identycznie skonstruowanym poglądem przeciwnym. Obiektywny stan rzeczy, relacjonowany przez naukę, i tak nie będzie możliwy do przyswojenia, a pseudonaukowe argumenty będą tylko potrzebne jako pozoracja. Wygra, niestety, nie nauka, ale ten pogląd, którego irracjonalne przesłanki okażą się atrakcyjniejsze, a wspierane wartości znajdą silniejszy rezonans w społeczeństwie.

_

[1] Zob. http://wiadomosci.onet.pl/nauka/naukowcy-alarmuja-amazonskie-lasy-traca-zdolnoscpochlaniania-co2/xz8s0l (dostęp: 22 kwietnia 2016).

[2] Por. R.J.W. Brienen, O.L.Phillips i in., Long-term decline of the Amazon carbon sink, „Nature” 2015, nr 519,(doi:10.1038/nature14283).

[3] Jak jest naprawdę? W największym skrócie: obieg węgla w biosferze polega na produkowaniu biomasy z CO2 przez autotrofy (głównie rośliny) i na uwalnianiu CO2 z biomasy spalanej metabolicznie przez wszystkie organizmy (i przez człowieka). Na całej Ziemi fotosynteza co roku wiąże ok. 200 mld ton węgla i prawie tyle samo uwalniane jest do atmosfery. Większość tego obiegu (ok. 2/3) odbywa się na lądzie, reszta – w oceanie. Udział człowieka w uwalnianiu dwutlenku węgla wynosi około 5%, ale to wystarcza, aby zawartość utlenionego węgla w atmosferze wzrastała o ok. 4 mld ton rocznie (co obserwuje się jako stały wzrost stężenia CO2 ). Bez udziału człowieka tempo pochłaniania dwutlenku węgla byłoby nieznacznie wyższe niż tempo jego uwalniania. Zmiany bilansu węgla silnie oddziałują na klimat, ale w minimalnym stopniu wpływają na zawartość tlenu w atmosferze – objętości tlenu i CO2 w reakcjach fotosyntezy i spalania biomasy są sobie równe, ale ilość tlenu nagromadzonego w atmosferze przez parę miliardów lat jest ponad pół tysiąca razy większa niż CO2. Pełną informację łatwo znaleźć w Internecie, np. w Wikipedii, w ostatnim raporcie IPCC, w udostępnionych wykładach polskich i zagranicznych profesorów na internetowych stronach uniwersytetów i w wielu innych miejscach (i oczywiście w wielu papierowych publikacjach).

[4] D. Weinberger, Too Big to Know, Nowy Jork 2011.

 

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata