70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Droga do autorytaryzmu

Kryzysowi Azerbejdżanu w stosunkach z Zachodem, w szczególności z Unią Europejską, towarzyszy zbliżenie z Moskwą. Ten trend jest w dużej mierze efektem wydarzeń na Ukrainie.

Azerbejdżan jest największym, najludniejszym i najbogatszym krajem Kaukazu Południowego. Gdyby zebrać ludność sąsiednich państw: Gruzji i Armenii, to jej liczba z trudem dorównałaby 9-milionowej populacji Azerbejdżanu. A połączone gospodarki tych dwóch krajów stanowiłyby ledwie połowę azerskiego PKB. Swoje bogactwo Azerbejdżan zawdzięcza ropie naftowej, eksportowanej na Zachód rurociągiem Baku–Tbilisi–Ceyhan. Ten szlak został wybudowany w 2006 r. w kulminacyjnym momencie tzw. Wielkiej Gry, czyli rywalizacji największych światowych graczy o wpływy w tym regionie świata w rozgrywce odnowionej po upadku ZSRR.

Sąsiedzi Azerbejdżanu nie mieli takiego szczęścia – ani Gruzja, ani Armenia nie są bogate w surowce naturalne. Mają za to własne, unikalne alfabety, starożytną historię i patrzą z góry na mniej ich zdaniem bogatych w dzieje sąsiadów. Azerbejdżan co prawda posiada pieniądze, ale zmaga się też z kompleksami. To dlatego w azerbejdżańskich filmach (np. Javad Khan) Ormianie palą starożytne zwoje azerskich pism, co ma wyjaśnić, dlaczego w Baku, inaczej niż w Erewaniu, nie istnieje repozytorium dawnych rękopisów. Zresztą Ormianie pojawiają się tu nieprzypadkowo. Konflikt azersko-ormiański posiada przynajmniej stuletnią historię, a jej ostatnią odsłoną była przegrana przez Azerbejdżan wojna o Górski Karabach (1991–1994). Konflikt karabaski z różnym natężeniem tli się do dzisiaj, co przeszkadza obu państwom w dalszym rozwoju, ale przynosi korzyści Rosji.

Azerbejdżan przez lata korzystał z koniunktury na rynku ropy i inwestował z jednej strony w potencjał militarny, z drugiej zaś – w „szklane miasto”, czyli w Baku. To w stolicy kraju najlepiej widać ambicje rządzącej kliki, skoncentrowanej wokół prezydenta Ilhama Alijewa. Pod względem architektonicznym Baku miało przyćmić Dubaj i stać się znakiem rozpoznawczym kraju. W dużej mierze to właśnie chęć zdobycia uznania na świecie, nachalna propaganda i chełpienie się swoimi osiągnięciami są przyczyną dzisiejszego zainteresowania Azerbejdżanem. Państwo, które stać na to, by zamieszczać informacje na temat wojny w Karabachu na autobusach w Rzymie czy w Seulu i które sponsoruje klub piłkarski Atlético Madrid (piłkarze noszą na koszulkach hasło „Azerbejdżan – kraj ognia”), przyciąga uwagę. Jednak jeśli przyjrzeć się Azerbejdżanowi bliżej, to za fasadą buńczucznych haseł kryje się słabość i szereg problemów.

 

W kręgu wyzwań

Dzisiejsza sytuacja Azerbejdżanu jest wyjątkowo trudna. wyzwaniem dla rządzącego od 2003 r. prezydenta Ilhama Alijewa pozostaje nierozwiązany konflikt o Górski Karabach. W ostatnim czasie sytuacja wokół Karabachu gwałtownie się zaostrza, a zmieniające się realia geopolityczne na Kaukazie Południowym, m.in. zmniejszająca się obecność Zachodu, sprzyjają wzrostowi napięcia. W ostatnich dwóch latach doszło do kilku poważnych incydentów na linii zawieszenia ognia w tym regionie, skutkujących zwiększoną w stosunku do poprzednich lat liczbą ofiar (tylko w pierwszym tygodniu sierpnia 2014 r. zginęło przynajmniej 22 żołnierzy). Nierozwiązany spór karabaski jest najpoważniejszym czynnikiem wpływającym na politykę Azerbejdżanu: stanowi zarówno jej siłę napędową, jak i największe ograniczenie. To ograniczenie to pochodna pozycji Rosji, która jest jednocześnie mediatorem oraz stroną konfliktu, co skutecznie utrudnia jego rozwiązanie, a Rosji daje możliwość rozgrywania kwestii karabaskiej do realizacji własnych interesów i wywierania nacisku czy to na Armenię, czy na Azerbejdżan. Obie strony bowiem dobrze wiedzą, że bez Moskwy nie da się uregulować kwestii karabaskiej, i obie obawiają się, że Rosja może zmienić sytuację (poprzez wznowienie działań albo przez zmianę dotychczasowego status quo), by osiągnąć swoje cele geopolityczne.

Poza tym sąsiedztwo Azerbejdżanu przekształca się w niekorzystnym dla niego kierunku. W Gruzji narasta kryzys polityczno-społeczny i nie wiadomo, jak będzie wyglądała polityka Tbilisi po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Baku szczególnie obawia się gruzińskiej wolty w stronę północnego sąsiada – Rosji. To byłoby co najmniej niebezpieczne dla jego dotychczasowej strategii energetycznej; w końcu to przez Gruzję przechodzą wszystkie ropociągi i gazociąg (oprócz mało używanego szlaku Baku–Noworosyjsk). Takie położenie połączeń miało zagwarantować swobodny eksport surowców energetycznych na Zachód – jeden z filarów niezależności politycznej Azerbejdżanu.

Południowy sąsiad Azerbejdżanu Iran wraca na arenę międzynarodową jako pełnoprawny uczestnik. Co gorsza, silny jak nigdy dotąd, bo Teheran wspiera reżim prezydenta Asada i jest obecnie głównym rozgrywającym w Syrii. Dla Azerbejdżanu normalizacja relacji Zachodu z Iranem nie stanowi powodu do radości. Po pierwsze, Iran jest konkurentem Azerbejdżanu na rynku surowców energetycznych, i to tym poważniejszym, że przy irańskich azerskie złoża wyglądają jak niepozorna przystawka do dania głównego. Po drugie, Iran wspierał Ormian w konflikcie o Karabach i od momentu powstania Azerbejdżanu podejmował próby eksportu tam swojego modelu politycznego (republiki islamskiej). Obawy o intencje Iranu były tak silne, że Baku jako jedno z nielicznych państw muzułmańskich rozwinęło strategiczną współpracę z Izraelem w sferze bezpieczeństwa. Powrót Iranu na arenę międzynarodową oznacza, że Baku jest zmuszone poszukiwać nowego modelu dla dotąd ograniczonych relacji z Iranem. Obecnie trwa aktywny dialog polityczny między Teheranem a Baku, ale ponieważ obie strony zaprawione są w takiji, to na razie służy on przede wszystkim odkrywaniu prawdziwych intencji przeciwnika i ukrywaniu własnych.

Podobne ciche załamanie przechodzą relacje ze strategicznym partnerem Azerbejdżanu, czyli z Turcją. Polityka osiągania celów politycznych poprzez generowanie kryzysów uprawiana przez tureckiego prezydenta Recepa Tayipa Erdogana, polegająca m.in. na wznowieniu w lipcu 2015 r. konfliktu zbrojnego z Kurdami, w Azerbejdżanie budzi raczej obawy niż aplauz. Niestabilna, coraz bardziej uwikłana w Bliski Wschód i hołdująca islamskim wartościom Turcja nie jest pożądanym partnerem dla zlaicyzowanej elity rządzącej w Baku (Ilham Alijew spędził młodość, przepuszczając majątek m.in. w tureckich kasynach), zainteresowanej przede wszystkim utrzymaniem stabilności i zachowaniu władzy. Logika tureckich poczynań nie zawsze okazuje się jasna dla Baku i bynajmniej nie cieszy się wysoką oceną. Dobrze wyraża to stwierdzenie jednego z azerbejdżańskich analityków: „Turcy najpierw działają, a później myślą”. A Baku obawia się, że ta skłonność może nadszarpnąć jego interesy, tak jak wtedy gdy Turcja, nie licząc się z Azerbejdżanem, próbowała znormalizować stosunki z Armenią (w latach 2008–2009).

 

Obawa przed destabilizacją

Te uwarunkowania stanowią tło i wzmacniają w Azerbejdżanie trend zaostrzającego się autorytaryzmu, zauważalny przede wszystkim w ciągu ostatnich dwóch lat. Jest on efektem strachu przed destabilizacją i jasnym sygnałem, że Azerbejdżan ma zamiar zapobiegać potencjalnym rozruchom poprzez wzmożone represje, a nie drogą reform (tym różni się od Kazachstanu). Siła ma zatem maskować strach.

Źródeł obaw rządzącej elity należy szukać w wydarzeniach na kijowskim Majdanie. Wygnanie przez Ukraińców prawomocnie wybranego prezydenta wywołało przerażenie w Baku i zapoczątkowało falę represji wymierzoną w niezależne środowiska: aktywnych przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego (Leyla i Arif Yunusowie), polityków niezależnych partii (Ilgar Mammadov), prawników, dziennikarzy (Chadidża Ismaiłowa) i obrońców praw człowieka. Władze doprowadziły do zamknięcia redakcji Radia Wolna Europa (grudzień 2014), a w lipcu 2015 r. skutecznie wyrzuciły z Baku biuro Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie.

Tym wszystkim działaniom towarzyszy bezprecedensowa narracja, oskarżająca Zachód o podwójne standardy i niechęć do Azerbejdżanu, np. z powodu panującej w Europie islamofobii (ten nowy element w retoryce władz w Baku został wprowadzony m.in. pod wpływem kryzysu uchodźczego w Europie). Baku zarzuca także Zachodowi plan dokonania przewrotu, co wprost stwierdził szef administracji prezydenta Ramiz Mechtijew. Sposób przedstawiania Zachodu w mediach azerbejdżańskich coraz bardziej zbliża się do standardów panujących w Rosji.

Szczytem makiawelicznej polityki władz była rozgrywka z OBWE w związku z wyborami parlamentarnymi, które odbyły się 1 listopada 2015 r. Baku zaprosiło misję OBWE do obserwacji głosowania, a następnie przedstawiło takie warunki przebiegu i organizacji, że w praktyce uniemożliwiły one wysłanie misji. Kierujący Azerbejdżanem zażądali m.in. kilkukrotnego zmniejszenia liczby obserwatorów, co automatycznie pozbawiłoby OBWE możliwości działania zgodnie z ustaloną metodologią. W efekcie organizacja zdecydowała o odwołaniu misji. Takie postanowienie było zgodne z zamiarami azerbejdżańskich władz. Po pierwsze, uniknęły one krytyki OBWE – żadne głosowanie w Azerbejdżanie nie zostało przez organizację uznane za wolne i demokratyczne, a krytyczna ocena wyborów prezydenckich z 2013 r. wywołała histerię rządzących. Po drugie, wykorzystały one brak obecności OBWE do ostrej krytyki jej działań. Lista zarzutów była długa: od uznania opinii organizacji za stronnicze do podważenia prawa OBWE do odwołania misji. Jednocześnie obecność innych obserwatorów zagranicznych, m.in. z ramienia Wspólnoty Niepodległych Państw, posłużyła do legitymizacji wyniku, który swoją drogą jedynie minimalnie różnił się od tego uzyskanego w wyborach w 2010 r.

 

Test systemu

W efekcie represji zastosowanych przez władze środowiska do tej pory zdolne do organizacji protestów zostały zdziesiątkowane. O ile na początku 2013 r. w Baku możliwa była organizacja np. buntu przeciwko przemocy w wojsku, a osobom, które w nim uczestniczyły, wymierzano kary grzywny, o tyle obecnienie ma koordynatorów potrafiących organizować manifestacje, a los dotychczasowych aktywistów skutecznie odstrasza od angażowania się w demonstracje. W ten sposób władze podcięły skrzydła młodej, zurbanizowanej klasie miejskiej ze stołecznego Baku, pokoleniu Facebooka i nowych technologii. To ci ludzie, wychodząc trzy lata temu na demonstracje, mieli nadzieję, że zmiany w Azerbejdżanie są możliwe. Dzisiaj ówcześni protestujący znajdują się w więzieniu (jak aktywiści obywatelskiego ruchu N!DA), wyjechali za granicę albo za cenę pozostania w kraju zrezygnowali z dotychczasowej aktywności.

Represje nie rozładowują jednak napięć w społeczeństwie, które mają charakter nie tyle polityczny, ile ekonomiczny. Społeczeństwo Azerbejdżanu jest w zasadzie apolityczne, inaczej niż w sąsiedniej Gruzji, skłonienie Azera do wynurzeń na tego typu tematy to nie lada wyzwanie. W większości ludność opowiada się za urzędującym prezydentem, którego ojciec i poprzedni prezydent Heydar Alijew cieszy się dużym szacunkiem. Poparcie dla Ilhama Alijewa jest efektem obaw o destabilizację oraz strachu przed wojną – władze skrupulatnie wykorzystują kwestię tlącego się konfliktu o Górski Karabach do mobilizowania obywateli.

Takie społeczeństwo nie stanowi politycznego wyzwania dla władz, bo nie jest nawet zdolne do formułowania postulatów politycznych. Zademonstrowały to także wspomniane protesty sprzed trzech lat, które bynajmniej nie miały charakteru politycznego, lecz odwoływały się do uniwersalnych wartości.

Problem, jak się wydaje, leży w pogardliwym stosunku elity rządzącej do społeczeństwa. Zamieszki, które wybuchły w Ismaiły w 2013 r., po tym jak krewny miejscowego gubernatora (brata ministra pracy Fizuli Alakbarova) zwymyślał taksówkarza, mimowolnego świadka jego stłuczki, pokazują, że cierpliwość społeczeństwa ma swoje granice. Podczas zamieszek tłum palił budynki i samochody należące do firm związanych z lokalnymi władzami. Efektem tych wydarzeń była ostra reprymenda udzielona ministrom przez Alijewa. Wydarzenia w Ismaiły uświadomiły jednak, że o ile społeczeństwo może akceptować korupcję, immanentną cechę systemu w Azerbejdżanie, o tyle nie będzie tolerować niesprawiedliwości i pychy, zwłaszcza gdy godzą w godność obywateli.

Drugim aspektem relacji między władzą a społeczeństwem są kwestie ekonomiczne. Tradycyjnym sposobem zyskiwania poparcia społecznego przez władze jest zwiększanie świadczeń socjalnych. W ostatnich latach było to dość łatwe – dochody z eksportu ropy gwarantowały napływ gotówki i pozwalały na coroczne podnoszenie bezpośrednich transferów do poszczególnych grup społecznych, o których poparcie zabiegały władze. Rozładowaniu trudności ekonomicznych w tych regionach kraju, które (inaczej niż Baku) nie doświadczyły boomu budowlanego, służyła także migracja zarobkowa do stolicy, gdzie dynamicznie rozwijał się m.in. sektor budowlany. Niskie ceny ropy podważają podstawy tego systemu i sprzyjają demonstracjom na tle ekonomicznym, czego przykładem może być marsz protestu pracowników firmy AzeriInsaatServis zorganizowany w końcu października 2015 r. Bezpośrednią przyczyną niezadowolenia pracowników było niewypłacanie przez pięć miesięcy pensji. A perspektywy nie są kolorowe – w przyszłym roku wydatki budżetowe na inwestycje w sektor budowlany mają się zmniejszyć dwukrotnie.

Do tego dochodzi kwestia inflacji, która znacznie wzrosła po lutowej dewaluacji manata – w 2014 r. inflacja wynosiła 1,4%, w 2015 r. według Międzynarodowego Fundusz Walutowego wzrost cen ma wynieść 8,5%. Od lutego waluta Azerbejdżanu straciła ponad 30% swojej wartości, a rynek oczekuje dalszej jej deprecjacji (nawet o 50%), co jest kolejnym czynnikiem pogłębiającym niepewność i hamującym aktywność gospodarczą w kraju.

Jedną z konsekwencji problemów gospodarczych jest także powiększanie się przepaści między bogatą, związaną z władzą elitą a resztą społeczeństwa. Bogactwo kłuje w oczy jeszcze bardziej, gdy pogarsza się sytuacja materialna ludności. W dodatku frustracje społeczne w Azerbejdżanie nie mogą być kanalizowane ani poprzez ruchy społeczne (bo nie ma ich kto organizować), ani przez partie polityczne (bo te albo się skompromitowały i mają nikłe poparcie, albo ich liderzy przebywają w więzieniu, jak np. przewodniczący partii REAL Ilgar Mammadov). Oznacza to, że jeśli już dojdzie do wybuchów niezadowolenia, to będą one mieć charakter spontaniczny i oddolny, co utrudnia dialog i zwiększa ryzyko pacyfikacji.

Dalsze zaostrzanie autorytarnego podejścia i brak kanałów komunikacji ze społeczeństwem powodują także, że inicjowane przez Ilhama Alijewa reformy, mające zwiększyć efektywność systemu sprawowania władzy i ograniczyć korupcję (m.in. ogłoszenie moratorium na kontrole w przedsiębiorstwach), nie tyle rozwiązują problemy, ile opóźniają pojawienie się objawów od dawna rozwijającej się choroby.

 

Podziały w elicie?

Dodatkowym elementem komplikującym sytuację w Azerbejdżanie są symptomy rozłamu w elicie politycznej kraju. Ich przejaw stanowi przedwyborcza czystka w Ministerstwie Bezpieczeństwa Narodowego oraz skandal wokół azerbejdżańskich dyplomatów.

Ministerstwo Bezpieczeństwa Narodowego to następca sowieckiego KGB. Od 2004 r. zarządzał nim Eldar Mahmudov, który objął stanowisko jako zaufany prezydenta Ilhama Alijewa (od 2003 r.). Mahmudov nie był więc reprezentantem tzw. starej gwardii, tylko człowiekiem prezydenta. Zdymisjonowano go nagle 17 października 2015 r. bez podania przyczyny. Trzy dni później Madata Gulijewa mianowano wiceministrem, ale stanowisko szefa resortu pozostało nieobsadzone. Świadczy to o tym, że dymisja nie była planowana, przeprowadzono ją w pośpiechu i w atmosferze ogromnej obawy o brak lojalności ministra podczas zbliżających się wyborów. Zresztą jego zwolnienie okazało się dopiero początkiem czystki w ministerstwie. Według doniesień medialnych ok. 15 osób zostało zatrzymanych w związku ze sprawą, a siedmioro wysoko postawionych urzędników oskarżono o nadużycia władzy i nielegalne przejmowanie biznesów, w toku dalszego oczyszczania resortu pracę straciło w sumie 250 osób. Prawdziwy powód działań zapewne pozostanie tajemnicą. Pewne jest natomiast to, że zwolnienie szefa tak ważnego resortu to jasny sygnał dla pozostałej części elity, że obecnie nikt nie jest nietykalny, a przeprowadzenie akcji tuż przed wyborami pokazuje, że prezydent bardziej niż społeczeństwa obawia się spisku w swoim otoczeniu.

Niewykluczone także, że zmiany personalne w Ministerstwie Bezpieczeństwa Narodowego są sygnałem świadczącym o erozji obecnego systemu utrzymywania lojalności elity przez prezydenta. Bazuje on na kupowaniu wierności poszczególnych klanów poprzez oddawanie im w zarządzanie poszczególnych dziedzin gospodarki (monopoli) czy też obszarów kraju, które stanowią źródło jej dochodów, jak np. wspomniani już bracia Alakbarov, z których jeden był gubernatorem regionu, a drugi ministrem. W takim systemie klany uzyskują dostęp zarówno do lokalnych zasobów regionu (np. dochody z korupcji, inwestycji państwowych w danym regionie), jak i do pieniędzy państwowych (budżet ministerstwa). System ten działa sprawnie, dopóki istnieją zasoby finansowe dostępne do redystrybucji pomiędzy poszczególne klany. Obecna trudna sytuacja gospodarcza prowadzi do zaostrzenia walki między grupami interesów. Efektem jest zmniejszenie się spójności w obozie władz, a ryzyko kolejnych przetasowań na szczycie wpływa na niego destabilizująco.

Czystka w ministerstwie nie była pierwszym skandalem, który wstrząsnął kręgami rządowymi w Azerbejdżanie. W maju 2015 r. władze skrytykował długoletni dyplomata Arif Mammadov, wówczas szef misji Organizacji Państwa Islamskich w UE. Mammadov oskarżył władze o korupcję, która przyczyniła się do tragicznego pożaru w Baku, kiedy to zginęło 15 osób. Jego krytyczny post na portalu społecznościowym polubiło pięciu pracowników Ministerstwa Spraw Zagranicznych Azerbejdżanu, w tym jego rzecznik. Reakcja rządzących była błyskawiczna, sam Mammadov stracił stanowisko i wszczęto przeciwko niemu postępowanie karne, pod wpływem presji ze strony władz rzecznik ministerstwa potępił opinię Mammadova, a pozostali dyplomaci napisali upokarzające oświadczenia. O skali zdenerwowania zwierzchników w Baku świadczyć może to, że ojciec jednej z osób, która polubiła wpis Mammadova na Facebooku, został odwołany z funkcji ambasadora na Ukrainie. Wystąpienie Mammadova było pierwszym sygnałem świadczącym o tym, że autorytarne, antyzachodnie podejście władz nie jest podzielane przez wszystkich członków rządzącej elity. Efektem ubocznym kryzysu w relacjach z Zachodem, generowanego m.in. przez zaostrzający się autorytaryzm, jest zbliżanie się Azerbejdżanu do Rosji.

 

Kryzys w relacjach z Zachodem, zbliżenie z Rosją

Równolegle do zmian w polityce wewnętrznej i do przewartościowań w układzie geopolitycznym wokół Azerbejdżanu zachodzą zmiany w relacjach Azerbejdżanu ze światem zewnętrznym. Kryzysowi w stosunkach z Zachodem, w szczególności z UE, towarzyszy zbliżenie z Moskwą. Ten trend jest w dużej mierze efektem wspomnianych już wydarzeń na Ukrainie. W przypadku Zachodu Baku obawia się wywołania rewolty zagrażającej destabilizacją, w przypadku Moskwy – strach rządzących budzi możliwość wykorzystania ewentualnej destabilizacji wewnętrznej do ingerowania w sprawy Azerbejdżanu (tak jak na Ukrainie) oraz możliwość wznowienia (i przegrania przez Azerbejdżan) konfliktu o Górski Karabach. Działania Rosji na wschodzie Ukrainy przypomniały o tym, że jest ona zdolna do angażowania się w konflikty poza swoimi granicami.

Zbliżenie z Rosją nie tyle jest więc efektem chłodnej kalkulacji politycznej, ile, podobnie jak zerwanie z Zachodem i zaostrzanie autorytaryzmu, wynika ze strachu. Dzisiaj relacje między Azerbejdżanem a Rosją ulegają zacieśnieniu w sferze politycznej, gospodarczej i w kwestii bezpieczeństwa. Baku nie wyklucza nawet wstąpienia do promowanego przez Rosję projektu reintegracji na obszarze postsowieckim – Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej.

Taki zwrot w stronę Rosji jest zaprzeczeniem realizowanego przez lata i wytyczonego przez Heydara Alijewa kierunku polityki zagranicznej. W myśl założenia, że wroga należy trzymać blisko, Azerbejdżan utrzymywał relacje z Rosją, nazywając je strategicznymi. W praktyce jednak cały rozwój gospodarczy i budowanie potencjału państwa opierał na współpracy z Zachodem. Heydar zakładał, że inwestycje firm zachodnich w azerskie złoża spowodują, że UE i USA będą zainteresowane zapewnieniem bezpieczeństwa Azerbejdżanowi. Za rządów Ilhama założenie to uległo zmianie, co wynikało z przekonania o sile Azerbejdżanu (na fali dochodów z eksportu ropy) i coraz bardziej asertywnej postawie wobec Zachodu. Najlepszą demonstracją takiego stanowiska było, po pierwsze zastąpienie przez Baku forsowanego przez lata zachodniego projektu Nabucco własnym projektem szlaku TANAP, a po drugie – postawa Zachodu w czasie wojny w Gruzji w 2008 r. i następnie podczas kryzysu na Ukrainie, która utwierdziła Azerbejdżan w przekonaniu, że inicjatywa leży po stronie Rosji i to ona, a nie Zachód, będzie wyrastać na głównego rozgrywającego na Kaukazie.

 

W stronę reżimu?

Zarówno sytuacja w otoczeniu Azerbejdżanu, jak i narastające problemy wewnętrzne (obok opisanych aspektów dla porządku należy wymienić problem radykalizmu islamskiego i mniejszości etnicznych) stawiają dzisiejsze władze w Baku w wyjątkowo trudnym położeniu. Histeryczna antyzachodnia retoryka rządzących i buńczuczne zapewnienia o własnej sile znajdujące odzwierciedlenie m.in. w zapowiedziach, że Azerbejdżan odzyska Karabach poprzez wojnę, nie mają oparcia w rzeczywistym potencjale kraju. Są próbą maskowania słabości. Rządząca elita stoi dzisiaj jak nigdy wcześniej przed szeregiem wyzwań i dylematów, a pogarszająca się koniunktura geopolityczna i gospodarcza gwałtownie zmniejsza jej pole manewru. Prezydent Alijew jest świadom, że szersza współpraca z Rosją nie zaspokoi jej apetytu odbudowywania wpływów na Kaukazie Południowym. Na razie nie widzi on jednak innej drogi niż kanalizowanie rosnących wpływów Rosji poprzez dobrowolną współpracę, w zamian za utrzymanie władzy.

Oznacza to, że dla procesów zachodzących dzisiaj w Azerbejdżanie nie ma alternatywy tak długo, jak długo nie dojdzie do poważnych przewartościowań na geopolitycznej mapie świata. Zaostrzanie się autorytaryzmu i niezdolność do podejmowanie reform będzie przybliżać Azerbejdżan do reżimów Azji Centralnej. Ta tendencja wzmocni ryzyko poważnej destabilizacji typowej dla państw autorytarnych, której najbardziej spektakularny przejaw obserwowaliśmy podczas wydarzeń arabskiej wiosny w 2011 r. Jak jednak pokazują przykłady Kazachstanu i Uzbekistanu, ale także Egiptu czy Tunezji, autorytaryzm może trwać przez dziesiątki lat i nie musi to oznaczać braku współpracy, zwłaszcza w sferze energetycznej z Zachodem.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter