70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dotyk wojny

Jest jedno pytanie, którego nigdy nie wolno zadać. Kiedy padnie, wstaną, zakończą rozmowę. Brzmi ono: ile osób zabiłeś? Tak samo reagują weterani z Afganistanu czy Iraku, ale także warszawscy powstańcy. Daj spokój, dziecko, o tym się nie mówi…

– Gdyby wybuchła wojna, zabiłabym dzieci i siebie – mówiła, zaciągając się kolejnym papierosem. Pewnie popularnym albo mocnym. Noga na nogę, zapatrzona w dym i w swoje wspomnienia. Wtedy, pod koniec lat 80., nikt nie przejmował się paleniem przy dzieciach. I tym, czy sześciolatka na pewno powinna słuchać o tym, że jej mamy mogłoby nie być, bo babcia by ją zabiła. Gdyby tylko weszli Niemcy. Albo „ruscy” – tego nie musiała dodawać, bo przecież każde dziecko wie, jakich mamy wrogów. Słowo na „w” nas fascynuje, opowieści dziadków są lepsze niż jakakolwiek bajka. Wieczorem, w łóżku, wyobrażałam sobie, że wywożą mnie do obozu. Prześladował mnie podpatrzony w telewizyjnym dokumencie obraz dzieci, którym Niemcy tatuowali obozowe numery. Późnej, gdy poznałam szkolne lektury, w wieczornych marzeniach ginęłam za ojczyznę.

Wcześniej patrzyłam, jak babcia starannie rozwieszała na krześle ubranie na następny dzień. Na samej górze majtki. Bo tak łatwiej się ubrać, gdyby trzeba było szybko wstać i uciekać. W czajniku zawsze musiała być zagotowana woda. Bo nie wiadomo, jak będzie rano.

Świat dzielił się dla niej na „przedwojnie”, „okupację”, „powstanie” i „komunę”. Potem zaczynało się „teraz”, czas bez konkretnej nazwy. Pierwszego sierpnia wyły syreny. Tego nienawidziła. Ale nienawidziła też, kiedy ktoś się w tej chwili nie zatrzymywał. Nienawidziła jeszcze języka niemieckiego. I warkotu czołgów.

A przecież nie przeszła najgorszego. Ot, nie poszła 1 września do szkoły. A potem uczyła się z kartek wyrwanych z książki, bo łatwiej było je schować. Łapanki. Brat zginął. Ktoś poszedł do getta. Spadały bomby. Rozstrzeliwali. Nie było jedzenia. Szczekaczki na ulicach.

Urywane wątki. Jako dziecko nie umiałam tego nawet złożyć w spójną całość. A potem powstanie. Strzelają. Opaski na ramionach. Trzeba się chować. Piwnice. Kogoś zasypało. Wyjście z miasta. Z lalką pod pachą. Niemiec wyrywający 14-latkę z rąk pijanego Ukraińca. Wywieźli ich na roboty. Bydlęce wagony. Zupa z mąki. Niemieckie dzieciaki ich opluły, kiedy wyszli z pociągu. Niemka uszyła sukienkę i dała rajstopy. Po wojnie przez jakiś czas do siebie pisały. „Pamiętaj, Aniu, Niemcy byli różni”.

Kiedy odwiedzałam ją w hospicjum, ostatni raz, gdy była przytomna, mówiła: – Włóż sweterek, bo zmarzniesz. I uważaj na Niemców – dodała tym samym tonem. Minęło 69 lat od końca wojny. Nigdy nie zapomniała.

*

We śnie jestem celowniczym PK i strzelam do terrorystów. Gdy podchodzę bliżej, widzę bezbronne i niewinne dzieci. Wśród zwłok odnajduję moją córkę, widzę dzieciaki brata i siostry i mam wyrzuty sumienia. Krzyczę z rozpaczy i budzę się zlany potem.

 

Wojna nie jest piękna

Paweł Pieniążek, rocznik ’89 też czasem mówi, że coś się zdarzyło przed wojną. Czyli nieco ponad trzy lata temu. Znajomi się z tego podśmiewują. Bo kto młody tak dziś mówi? Ale jemu ta wojna siedzi w głowie mocno. Nie żeby miał z nią jakieś problemy. Żadnego stresu pourazowego, dręczących wspomnień, żadnych koszmarnych snów. Zresztą i tak zwykle nie pamięta, co mu się śniło, a na froncie zasypia nawet przy najgorszym ostrzale.

Jak jednak zapomnieć taką chwilę: idzie z ukraińskimi żołnierzami, rozmawia przez telefon z redaktorami z radia. Nagle huk. I następny. Z jednego GRAD-a można wywalić 40 rakiet, spadają jedna za drugą. Uderzały przez 22 sek. Wie, bo miał akurat włączony sprzęt nagrywający. W tym czasie wskoczyli do budynku, poleżeli chwilę na schodach, wstali i pobiegli do czegoś w rodzaju okopu w zadaszonym pomieszczeniu. Gdy dobiegli, spadła ostatnia rakieta. W 22 sek.! Niemożliwe? Sam by nie uwierzył, gdyby nie odsłuchał nagrania. Zresztą przed wojną myślał, że to takie koloryzowanie, możliwe tylko w filmach i w książkach. A okazało się, że tam naprawdę czas płynie zupełnie inaczej. Kiedy lecą rakiety, każda sekunda się wlecze, każda jest wypełniona zdarzeniami.

W Donbasie spędził sporo czasu, napisał o nim dwie książki. Ostatnia ma znamienny tytuł Wojna, która nas zmieniła. „Nas”, czyli Ukraińców – tych po obu stronach frontu. I także jego samego. – Widzę, że trudno mi o wojnie nie myśleć. Nie o tym, co widziałem, ale o wojnie jako takiej. W kontekście pracy, wybierania tematów itd. Nie chciałbym jednak jeździć po świecie z konfliktu w konflikt – to nie ma sensu, staje się powierzchowne – mówi Pieniążek. Wie, że jeszcze na wojnę pojedzie, bo trzeba ją pokazywać ludziom. I to pokazywać bez ściemy i bohaterskich opowieści.

W sumie to nienawidzi wojen, militariów, tej całej wojskowej otoczki. – Ostatnio byłem w sklepie z militariami, żeby kupić solidne buty na wyjazdy. Dostałem zakupy w siatce z tego sklepu i byłem tak zażenowany, że przy najbliższej ławce przekręciłem torbę na drugą stronę – opowiada.

Dlatego nie znosi, kiedy korespondenci wojenni mówią, że wojna jest piękna. Łatwo tak mówić, kiedy przyjeżdżasz na wojnę. Masz do dyspozycji pieniądze niewyobrażalne dla cywilów, po swojej stronie redakcję, wsparcie z kraju. Możesz wyjechać w każdej chwili. I wiadomo, że jak będzie ewakuacja, to wcisną cię na pierwszym miejscu. Gorzej, kiedy to wojna przychodzi do ciebie i musisz z nią żyć.

A przy tym rozumie uwodzącą siłę wojny. – To wszystko jest upajające. Wojna to łamanie wszelkich możliwych granic. Możliwość zabijania, decydowania, czy odebrać komuś życie, czy to nie jest totalne złamanie granic. Absolutna wolność. Możesz zabić, więc możesz wszystko. Kiedy jako dziennikarz to obserwujesz, stajesz się częścią tej wolności. Choć tylko patrzysz. I to upaja.

Poza tym znika strach.

To dotyczy wszystkich. Dziennikarzy, żołnierzy, cywilów. Zdarza się, że ludzie wychodzą z domów popatrzeć na toczące się walki. Ofiar wśród cywilów byłoby mniej, gdyby odczuwali strach. Ale kiedy 50. pocisk przelatuje ci nad głową, tylko wzruszasz ramionami. Bo nie da się ciągle bać. Trzeba normalnie żyć. Iść do sklepu, do pracy, wyjść przed dom i posprzątać po ostrzałach, naprawić uszkodzony dach. Nieraz iść kilka kilometrów, żeby naładować telefon w jedynym miejscu, gdzie jest prąd. Nie można przy tym ciągle myśleć, że za chwilę się zginie.

Dziennikarz też nie może pracować, myśląc ciągle o śmierci. Ale Paweł stara się pamiętać, co powiedział mu jeden z szefów. Praca korespondenta wojennego ma trzy etapy.

Nic nie wiesz o wojnie i wszystkiego się boisz. Wtedy zdarza się, że dziennikarze giną.

Już wiesz sporo, ale jeszcze czujesz strach.

Wtedy ofiar jest najmniej.

Wiesz o wojnie dużo i już niczego się nie boisz. Wtedy ginie najwięcej. On sam jest już na ostatnim etapie. Dlatego wie, że jeszcze nie teraz, ale kiedyś przestanie jeździć na wojny. Każdy organizm ma swoją granicę wytrzymałości. I trzeba bardzo uważać, żeby jej nie przekroczyć.

*

Wjeżdżamy w zakręt i jest wielkie uderzenie. Nagle robi się różowo. Słyszę, że dowódca krzyczy. Widzę, jak koła odlatują, desant podskakuje, wszystko odlatuje. Jest ciemny pył. Znajduję kawałek kręgosłupa, kawałek bluzy. Myślę, żeby nie zobaczyć jego twarzy. Są dwie nogi i wnętrzności.

 

 

„Zawsze zostaje rysa”

Prosi, żeby koniecznie zacząć od Różewicza.

 

Człowieka tak się zabija jak zwierzę

widziałem:

furgony porąbanych ludzi

którzy nie zostaną zbawieni

(…)

Szukam nauczyciela i mistrza

niech przywróci mi wzrok słuch i mowę

niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia

niech oddzieli światło od ciemności.

 

 

Lubi wracać do tego wiersza, bo pokazuje, co się dzieje z człowiekiem, gdy zetknie się z wojną. Sama zna wielu takich, którzy widzieli dużo i dużo doświadczyli. Niektórzy zbyt dużo. Z wojny wrócili zupełni inni, niż na nią jechali. I też muszą na nowo oddzielić światło od ciemności. Ona im w tym pomaga.

– Wojna zawsze odciska na człowieku swoje piętno – mówi Sylwia Szymańska, psycholog i psychoterapeuta. W Klinice Psychiatrii, Stresu Bojowego i Psychotraumatologii w Wojskowym Instytucie Medycznym pracowała prawie od początku jej istnienia.

Przez 12 lat hospitalizowa no tam blisko 600 weteranów. Trzy czwarte kilkakrotnie, ale nie u wszystkich żołnierzy diagnozowano pełen zestaw objawów PTSD (Post Traumatic Stress Disorder). Do kliniki trafiali też fotoreporterzy i korespondenci wojenni, choć tych było zaledwie kilku. U nich raczej pełnoobjawowego PTSD nie stwierdzano. Każdy z nich jednak wrócił z wojny zmieniony. Nie da się wyjść nietkniętym.

I choć o PTSD u żołnierzy mówi się dopiero od kilkudziesięciu lat, zjawisko to – tylko pod innymi nazwami – opisywano już dużo wcześniej. Weźmy choćby Odyseusza. Jego tułaczka to opis powrotu z wojny człowieka, który już nie jest tym, kim był. Wracają do niego traumatyczne przeżycia.

Niektóre z nich to flash backi – Odyseuszowi wojna przypomina się tak jak filmowemu Rambo. W VII w. zaczęto mówić o nostalgii. Zanim stała się romantyczną tęsknotą za utraconą ojczyzną, oznaczała uczucia targające żołnierzem będącym na wojnie – od przygnębienia, smutku i żalu po dojmujący lęk. W XIX w. mówiono już o „tarciu”, a gen. Clausewitz pisał: „potężna, żelazna wola przezwycięża to tarcie, miażdży przeszkody, ale jednocześnie zużywa maszynę”. Lekarze zajmowali się „żołnierskim sercem”, czyli tym, co dziś nazywa się zaburzeniami lękowymi. Po I wojnie światowej mówiono już o szoku artyleryjskim i nerwicy wojennej – opisywane wówczas objawy przypominają te, na podstawie których diagnozuje się dziś zespół stresu pourazowego.

Szacuje się, że problem PTSD dotyczy od 7% do 10% polskich żołnierzy, którzy brali udział w misjach zagranicznych. Dokładne liczby trudno ustalić. Nie każdy weteran zgłasza swoje problemy, choć przez lata pracy klinika i Stowarzyszenie Rannych i Poszkodowanych w Misjach poza Granicami Kraju zdołały zwiększyć świadomość żołnierzy i zmienić ich stosunek do pomisyjnych problemów. Coraz częściej rozumieją, że trauma, z jaką wracają, nie jest powodem do wstydu i nie świadczy o ich słabości czy niezdolności do służby. Wiedzą też, gdzie szukać pomocy. I co ważne, mogą ją znaleźć poza jednostką. Wcześniej dla wielu z nich opór przed wejściem do pokoju psychologa na oczach kolegów był nie do pokonania. Zresztą – o czym żołnierze mówią tylko anonimowo – przygotowanie wojskowych psychologów często pozostawiało wiele do życzenia.

Do psychologa w jednostce nie chciały też chodzić żony weteranów. A one również potrzebują pomocy, bo PTSD to problem, który odbija się na całej rodzinie. Jak można pójść do jednostki i powiedzieć kobiecie po drugiej stronie biurka, że te siniaki to wcale nie od upadku na rowerze, tylko mąż znowu wpadł w szał? Albo opowiedzieć, że znów nie śpi i pije całymi nocami. Jak opowiedzieć o tym, że znalazło się męża zakrwawionego, bo chciał się zabić? Przecież to dotrze do dowódcy, zwolnią go ze służby. I będzie jeszcze gorzej.

Milczą więc. Otwierają się jedynie we własnym gronie. Czasami na warsztatach, ale organizowanych poza jednostką. Te, którym udało się utrzymać rodzinę i pokonać razem z mężem wojenne demony, dodają otuchy innym. Nie obiecują, że będzie łatwo. Tłumaczą: będzie ciężko, ale może się udać. Tylko trzeba zrozumieć, że ten człowiek, który wyjechał na misję, został tam, w Iraku czy Afganistanie. Do domu wrócił już ktoś inny. Czasem poraniony fizycznie, czasem z ranami, których nie widać.

– Zawsze zostaje rysa – tłumaczy Szymańska. Najgłębsza u tych, którzy odebrali komuś życie. W chwili gdy żołnierz musi odebrać życie innemu człowiekowi, by ratować swoje, swojego kolegi – żołnierza lub po prostu biorąc udział w akcji bojowej, za takie decyzje zawsze płaci moralnie. Wielu boi się tego, co w sobie odkrywają potem. Potrzebują czasu, by z taką historią otworzyć się, zaufać terapeucie. Najtrudniej mają ci, którzy zabili cywilów, dzieci. Dźwigają ogromne poczucie winy. Szczególnie jeśli pojawiają się procesy identyfikacyjne. Gdy żołnierz widzi, że zginęła dziewczynka w wieku jego córki, cierpi mocniej.

Tak jest na misjach. Inaczej, jeśli to konflikt zbrojny, tak jak na Ukrainie czy na Bałkanach. Gdy mamy dwie grupy, dwa kraje podobne kulturowo, językowo, bardzo związane, to konflikty są zawsze bardzo brutalne. Im bliżej do siebie, tym łatwiej o bestialskość i brutalność. Koszt emocjonalny zabijania jest wówczas jeszcze wyższy.

To wszystko przychodzi z czasem. Najpierw jest racjonalizacja. Zabijałem, bo to terroryści, wrogowie. Bo trzeba było. Bo inaczej oni zabiliby nas. Z czasem to wszystko pęka, kruszy się.

– I bardzo dobrze. Jeśli weteran zostanie na tym etapie, to tylko pozornie będzie zdrowy. Odcięcie emocjonalne to silny mechanizm obronny, ale nie da się być człowiekiem i nic nie czuć. I nie da się nie odczuwać emocji i żyć z rodziną, z bliskimi – mówi Szymańska. Nie wierzy, że są żołnierze, których zabijanie nic nie kosztuje. – Jeśli są tacy, którzy deklarują, że zabijanie ich nie „dotyka”, to są psychopatami. A dla takich osób – podkreśla pani psycholog – w wojsku nie powinno być miejsca.

Trzeba zmierzyć się z tym, co się stało. Niektórzy próbują uciekać: w milczenie, w inne zajęcia, w alkohol. To myślenie magiczne: przekonanie, że wystarczy o czymś nie myśleć, a to zniknie. Ale nie znika. Tłumione emocje nabrzmiewają i w pewnym momencie wybuchają wzmożoną pobudliwością, gniewem. Przejawiają się koszmarami sennymi, powracającymi w nieproszony sposób myślami i obrazami, wspomnieniami na jawie. – To są klasyczne objawy PTSD – wyjaśnia psychoterapeutka.

Pojawia się też autoagresja. Niekoniecznie polegająca na zadawaniu sobie fizycznych ran. To może być niszczenie siebie przez picie do upadłego. Może być dążenie do destrukcji swojego związku, rodziny. – To reakcja na poczucie winy. Co jest winą? Na przykład to, że nie zdołali uratować kolegów. Że byli bezradni, gdy inni ginęli. Perspektywa ocalonego bywa bardzo trudna – mówi psycholog.

A w momentach granicznych, takich jak odebranie komuś życia czy zetknięcie z cudzą śmiercią, człowiek jest zawsze sam. Gdy ktoś niesie tak ogromny ciężar, jedyne, co można zrobić, to być z nim. Nie przy nim, a z nim. I taką właśnie osobą jest terapeuta.

– Czasami z weteranami trwaliśmy w milczeniu. Bo co tu powiedzieć? Czasami byłam jedyną osobą, która ich usłyszała, nie poddała osądowi, ocenie. Nie zadawała zbędnych pytań i nie szukała sensacji – mówi Sylwia Szymańska. – Potem można już zadać pytania o sens tego wszystkiego. I przeżyć żałobę po tym, co wojna odebrała.

*

Biegliśmy przez pustynię, kolega został trafiony, musiałem uciekać sam. Zaczynali pojawiać się ze wszystkich stron, a ja biegnąc po piasku, nie mogłem znaleźć wyjścia z sytuacji. Nagle piach zaczął mnie wciągać i zaczynałem się dusić, nie byłem w stanie nabrać powietrza.

 

 

Kiedy zabija się człowieka

Jest jedno pytanie, którego nigdy nie wolno im zadać. Kiedy padnie, wstaną, zakończą rozmowę. To pytanie brzmi: ile osób zabiłeś? Tak samo reagują weterani z Afganistanu czy Iraku, ale także warszawscy powstańcy. Daj spokój, dziecko, o tym się nie mówi – machają ręką i szybko zmieniają temat. W niczym nie przypominają butnych, amerykańskich snajperów, którzy publicznie rywalizują na liczbę „trafień”.

Marek Rzodkiewicz, weteran z Iraku, też nigdy na takie pytanie nie odpowie. – O takich rzeczach się nie mówi. Oczywiście wiemy, po co tam jedziemy, przygotowujemy się na poligonie. Ale to nie jest tak, że kierujesz broń do drugiego, żywego człowieka, strzelasz i już. Trzeba się przełamać. Bo żołnierz jest machiną do zabijania. I my o tym dobrze wiemy. Ale to nie oznacza, że to dla nas coś przyjemnego i budzącego pozytywne odczucia. Raczej konieczność. Bo każde zawahanie się naraża na utratę życia nie tylko samego żołnierza, ale też jego kolegów. Trzeba myśleć o całej grupie, nie tylko o sobie.

O zabitych wrogach Rzodkiewicz też nie chce rozmawiać. Ale przyznaje, że po nich też się płacze. – Pojawiają się łzy, oczywiście. To jest ludzkie. Jest smutek, jest żal. Czasami satysfakcja, że udało się przeżyć. Ale nigdy z tego, że udało się zabić.

I są wyrzuty sumienia. Mimo że wróg? – Zrobiłaby pani krzywdę kotu, psu? Nie, prawda? Czasem zwierzak zasłuży, człowiek uderzy, a potem ma wyrzuty sumienia. Kiedy zabija się człowieka, jest o wiele gorzej.

Rzodkiewicz przyznaje się do łez, ale i do strachu. – Każdemu z nas przed jakimś zagrożeniem drżą nogi, to jest normalna ludzka rzecz.

Ze strachem na wojnie tak jest.

Po pierwsze – do tego nie można się przygotować. Można przejść dziesiątki poligonów i nadal nie wiadomo, jakie to uczucie, kiedy kule śmigają nad głową. I człowiek nigdy nie przewidzi, jak się w takiej sytuacji zachowa.

Po drugie – kto nie przeżył, ten nie zrozumie. Nie tylko cywil. Wystarczy, że ktoś siedzi w bazie, nie wyjeżdża na patrole, to będzie zgrywał twardziela i naśmiewał się z tych, którzy wracają z wyjazdu rozdygotani. Wystarczyły ostrzały bazy, żeby skończyły się głupie docinki. Każdy poczuł, co to znaczy stać się celem ataku.

Po trzecie – strach jest dobry. Wyostrza zmysły, sprawia, że człowiek staje się czujniejszy, bardziej skoncentrowany. Wychwytuje każdy szczegół, reaguje błyskawicznie. A od tego może zależeć życie.

– Ja bym nie pojechał na patrol z żołnierzem, który się nie boi. To jest ktoś, kto stwarza dla wszystkich zagrożenie. Ryzykant – mówi Marek Rzodkiewicz. I podkreśla: na wojnie dobrze się bać.

Kiedy strach jest najgorszy? Wcale nie wtedy kiedy trwa ostrzał i w każdej chwili można zostać zabitym. – Jak był ostrzał czy zasadzka, to już się działało, nie było czasu na myślenie. Najgorsze było czekanie. Jedziemy jakąś droga, widzimy, że stoi na poboczu pusty samochód. Musimy obok niego przejechać. I nie wiemy, czy kiedy będziemy przejeżdżać, to nie wybuchnie. Nieraz nie potrzeba było wymiany ognia. Wystarczyło trzy razy przejechać koło czegoś takiego i palpitacja serca gotowa.

Nie to jest jednak najtrudniejsze. Najtrudniej zetknąć się ze śmiercią. Nikt nie jest gotowy na śmierć czy na rany, choć każdy żołnierz musi się z tym liczyć. I z tym, że wokół niego będą ginąć koledzy.

Marek Rzodkiewicz w Iraku został ranny. – Miałem służbę, koordynowałem pracę policji irakijskiej. Wieźli mnie na miejsce. Jechaliśmy i zostaliśmy zaatakowani, odniosłem obrażenia. To było trudne, ale nie najgorsze – opowiada.

W tym samym wypadku zginęło dwóch żołnierzy. Jeden na miejscu, drugi w karetce.

– To były chłopaki w wieku moich synów. Jeden zmarł mi niemal na rękach. Myślałem: ja już mam 42 lata, swoje przeżyłem, a oni, tacy młodzi, całe życie było przed nimi, a odchodzą. A ja jestem ranny i nic nie mogę zrobić. Ta niemoc, bezsilność są straszne – opowiada Rzodkiewicz.

– Moi synowie też są żołnierzami. Jeden miał jechać na misję, ale dostał przeniesienie do innej jednostki. Później cały jego team, pięciu chłopaków, zginął. Zawsze mówię rodzicom poległych żołnierzy, z którymi spotykamy się podczas warsztatów psychologiczno-terapeutycznych organizowanych przez Stowarzyszenie Rannych, że mogę im współczuć, ale nigdy nie zrozumiem. Bo moi synowie żyją. Nie wiem, co by się stało, gdybym stracił syna. Może bym zwariował. Nie ma nic gorszego dla rodzica, niż przeżyć własne dzieci.

I sam, gdyby miał jeszcze raz decydować, też pojechałby do Iraku. Nie żałuje, że tam był. Wojna zmieniła go na lepsze. Jest bardziej wrażliwy na cierpienie, docenia wartość życia. I woli dawać, niż brać.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter