70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Grzegorz Broniatowski

Dom kultury jak z bajki

Poznajcie kilka osób, którym udaje się prowadzić domy kultury w sposób nie do końca konwencjonalny, ale na pewno bardzo inspirujący. Udowadniają one, że chcieć to móc, a wymówki to tylko niepotrzebny zjadacz czasu.

Domy kultury to lokalny przemytnik ambitnych rozrywek, mobilizator działań, miejsce, gdzie można wejść w bezpośredni kontakt z kulturą właśnie. Szeroko pojętą. Dotknąć, spróbować, zobaczyć. Przynajmniej w teorii. Często te instytucje, szczególnie w małych miastach, borykają się ze skromnymi budżetami, nie mogą prze­drzeć się przez skostniałe układy i tradycyjne metody pracy, przez co ich oferta jest bardzo uboga. A lokalna społeczność nie jest świadoma, że w oko­licy takie miejsce w ogóle istnieje. Na szczęście na mapie Polski pojawia się coraz więcej punktów prowadzonych przez niezwykłych ludzi, którym nie­straszne są te ograniczenia. Potrzebne są otwartość i ogromna wytrwałość, ale nie powinno dziwić to nikogo, kto próbuje stworzyć coś inaczej. Nie jest to droga łatwa ani szybka, ale na pewno dająca sporą dozę satysfakcji.

 

INSPIRO

Beata Kwiecińska, Maciek Dąbrowski

„Żeby opisać INSPIRO, trzeba by napisać bajkę” – powiedział ktoś spoza instytucji. Inaczej trudno w to uwierzyć.

Ona jest stąd, z Podłęża. On z niedaleka, bo z Krakowa. Beata i Maciek poznali się w miejscu odda­lonym o kilka tysięcy kilometrów – w Wielkiej Brytanii. W 2007 r. wró­cili do Polski z olbrzymią potrzebą działania. Zafascynowani filmem Cinema Paradiso, zorganizowali pierwszą jego projekcję w kinie plenerowym. Postarali się o naj­większy możliwy ekran, 16 × 9 m, nagłośnienie. Na projekcję przyszło 12 osób, w tym 8 znajomych. Ale wcale nie uznali tego za porażkę. Działali dalej, nawiązując coraz więcej kontaktów z okolicznymi instytucjami, władzami i przede wszystkim mieszkańcami. Nazy­wają to Czas BezDomu Kultury. Działali, organizując małe koncerty, spotkania, warsztaty gościnne tam, gdzie ktoś otworzył przed nimi swoje drzwi.

Zachwyceni inicjatywami ludzie pytali, gdzie na co dzień urzędują. Na stałe mieli tylko biuro w spiżarni rodziców Beaty. Działali tak dwa lata. W 2009 r., po wielu cotygodniowych spo­tkaniach z lokalnymi władzami, nastąpił przełom. Dostali do użyt­kowania budynek Gminnego Domu Kultury w Podłężu. Tym samym zostali pierwszą w Polsce organizacją pozarządową prowa­dzącą samorządowy dom kultury. W gorszą pogodę wiatr otwierał okna, ze ścian straszyła lamperia, a na wyposażeniu ostał się niedziałający komputer i jedno bardzo zmęczone pia­nino. Ale najważniejsze było dla nich to, że nareszcie mogli poczuć się u siebie. Postanowili zorganizować ogólnopolski konkurs architektoniczny Podziel Kwa­drat na projekt wnętrza INSPIRO. Liczyli na propo­zycję aranżacji przestrzeni, która zaprasza, nikogo nie odrzuca, nie stwarza barier. Ze wspólnej pracy młodych architektów z doświadczonymi mentorami powstało na papierze coś, co Beata i Maciek zapragnęli jak najszyb­ciej zrealizować. Tu pierwsza przeszkoda – do szybkiej realizacji potrzebny jest budżet remontowy, i to spory, którym nie dysponowali. Proces pozyskania funduszy obfitował w kilka zwrotów akcji: było zbieranie podpisów, wsparcie ludzi, kilka wyjazdów do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego do Warszawy, a nawet próba przekonania osób decyzyjnych ciasteczkami przygoto­wanymi przez jedną z mam dzieci z INSPIRO. Po ostat­niej, ponadtrzygodzinnej rozmowie, kiedy usłyszeli tylko słowa podziwu i uzyskali informację o braku możliwości wsparcia finansowego, wychodząc, powiedzieli: „Mini­sterstwo próbuje złapać nas za nogi. To nawet nie jest podcinanie skrzydeł, bo my skrzydła już mamy”. Kiedy już myśleli, że wszystkie sposoby zawiodły, zadzwonił telefon z dobrą wiadomością. Nie mogli uwierzyć, że jednak fundusze zostały im przyznane. Ale na wszelki wypadek oddzwonili do ministerstwa, żeby sprawdzić, czy ktoś nie robi sobie jednak z nich kiep­skiego żartu.

Beata i Maciek uważają, że dom kultury to społeczne dzieło sztuki. INSPIRO wymyka się lokalności. Ludzie zapuszczają tu korzenie.

Rodzice najpierw zostawiali dziecko za progiem i znikali załatwiać swoje sprawy. Po pewnym czasie dziadkowie przyszli poszydełkować lub porozmawiać z mło­dymi ludźmi we wspólnej kuchni. Teraz ci sami rodzice, którzy wcześniej nie chcieli nawet przejść przez próg, przynoszą ciasta i piją kawę przy wielkim stole. „Bardzo ważne jest dla nas, że gdy oprowadzają kogoś z zewnątrz, mówią »nasza kuchnia, tu mamy łazienkę«” – opowiada z dumą Beata. Ich dom kultury to nie miejsce, gdzie dzieci dostaną kolorowe kredki i kartkę A4. To miejsce i czas, kiedy one powinny się wyszaleć. Ideą INSPIRO jest, aby zajęcia były czymś magicznym, baśnią, zabawą z dorosłym. Bez konwenansów relacji nauczyciel–uczeń. W Podłężu znajdziecie Tajne Laboratorium Podróży w Czasie (wynajdują koło, odkrywają białe plamy na mapach świata), Zwario­waną Pracownię Sztuki, Koło Wiedzodinologa czy Urodziny dla Wszystkich (bo przecież kto nie lubi świętować urodzin?). Siedmioletnia Róża zapropo­nowała zajęcia z projektowania i wykonywania zabawek.

Mimo że razem prowadzą INSPIRO już 10 lat, Beata wciąż opowiada o tym, co robią z wypiekami na twarzy. Uważają, że to jest najwspanialsza praca na świecie. Ludziom, którzy tu przychodzą, należy się wszystko, co najlepsze. Mówią, że prowadzą to miejsce jak dla najbliższych przyjaciół, a w oczach Beaty i Maćka widać, że to szczera prawda. Na koniec dodają, że „najlepsi ludzie na świecie są wszędzie”.

 

Gubiński Dom Kultury

Marcin „Gwizdo” Gwizdalski

Marcin był pilnym studentem poli­tologii Uniwersytetu Zielonogór­skiego. Mieszkał wtedy z ludźmi studiującymi animację spo­łeczno-kulturalną. W domu roz­mowy toczyły się wokół tematów wykładów, wspólnym zajęciem były przygotowania do egzaminów. Czuł się, jakby od razu robił drugi fakultet. Szybko zaczął włączać się w działania współlokatorów, a także prowadzić poważną gazetę studencką o lekko wulgarnej nazwie „Dupa”, która oczywiście miała zamaskowany przekaz.

Gdy doznał poważnej kontuzji, po kilku latach spędzonych w Zielonej Górze wrócił na chwilę do rodzinnego Gubina i został tam na stałe.

Zaczęło się od stażu w Gubińskim Domu Kultury, gdzie przebywał zde­cydowanie więcej, niż powinien, nawet po oficjalnym zakończeniu praktyk. Zawsze było coś do zrobienia. Po krótkim okresie „w zawieszeniu” dostał etat i swoje miejsce: instruktor ds. młodzieży.

Trudno rozgraniczyć, co z tego, co robi, jest działaniem służbowym, a co społecznym. Niewielkie przygraniczne miasto, jakim jest Gubin, to nie­łatwy grunt. Prawie każdy po maturze stąd wyjeżdża – na studia lub do pracy. Ewenementem jest z pewnością to, że członkowie grupy „Otwarte” prowadzonej przez Marcina nawet po opuszczeniu Gubina utrzymują stały kontakt. Nadal chcą przyjeżdżać i pomagać przy większych wydarze­niach. Dzieje się sporo, w zeszłym roku Gwizdo zorganizował razem z mło­dzieżą ponad 40 różnych wydarzeń, co jest sporym osiągnięciem jak na 17-tysięczny Gubin.

Siłę i chęci bierze od młodych ludzi, którzy tu przychodzą. Widać po nich satysfakcję, że coś przeżyli, czegoś doświadczyli, czegoś się dowiedzieli.

Duża część tej młodzieży włącza się w pracę organizacji pozarządowych lub kulturalnych i nie ukrywa, że to dzięki pozytywnym doświadczeniom z gubińskiej grupy.

Marcin ma wrażenie, że wszystkie swoje marzenia zrealizował w ciągu tych 12 lat, od kiedy pracuje w Gubińskim Domu Kultury. Od początku do końca idzie swoją drogą, wytrwale, aż przekona innych.

 

Gminny Ośrodek Kultury i Sportu w Golczewie

Agata Grzybowska

Dom kultury zna od dziecka, a szczególnie jeden kon­kretny – ten, którego dyrektorką była jej mama. Zawsze było to dla niej bardzo naturalne miejsce, gdzie przy­chodzi się po szkole i w ciekawy sposób spędza czas. Od najmłodszych lat nauczyła się tam rodzaju relacji na poziomie „trochę więcej, niż musimy mieć”.

Od liceum angażowała się jako wolontariuszka w inicjatywy kulturalne, festiwale teatralne i muzyczne. Wolontariat szybko przekształcił się w pracę w biurach organizacyjnych, a jednocześnie jako freelancerka szu­kała przestrzeni i miejsc na autorskie projekty ani­macyjne. Pewnego dnia dowiedziała się, że niedaleko Szczecina jest wolne stanowisko dyrektora w małym domu kultury, i postanowiła zadzwonić.

Od dwóch lat pełni obowiązki dyrektora. Od początku podeszła do tego jak do ciekawego wyzwania. To była duża różnica: zakotwiczyć się w jednym miejscu na dłużej, po doświadczeniach pracy jako freelancerka. Swoje wcześniejsze studia z socjologii kultury posta­nowiła uzupełnić podyplomówką dla menedżerów kultury w warszawskiej Szkole Głównej Handlowej, choć do dziś twierdzi, że jest to rodzaj pracy, której nie da się do końca nauczyć. Praca dla ludzi polega na relacjach, na ich budowaniu i utrzymywaniu.

Miejsce, gdzie objęła stano­wisko, to Golczewo. Agata – jako osoba spoza społeczności – miała szansę, aby każda spotkana osoba była dla niej czystą kartą. Na początku borykała się z kil­koma problemami. W momencie objęcia stanowiska miała 24 lata, była „nowa”. Szybko jednak prze­konała do siebie ludzi działaniem. Napisała razem z mieszkańcami pierwszy projekt, udało się dostać dotację z Narodowego Centrum Kultury dla małych ośrodków kul­tury „Dom Kultury +”. Był to pro­gram nastawiony na inicjatywy, które wymyślą mieszkańcy

Włączając do działania takie grupy jak wolontariusze czy lokalni artyści, Agata uzupełnia braki personelu, bo razem z nią pracują na stałe tylko trzy osoby z pomocą warsztatową domu kultury. Agata opracowała Generatory Pomy­słów, czyli spotkania z mieszkańcami mające na celu rozwijanie i udosko­nalanie ich koncepcji, i to ukierunkowało jej działania.

Zorganizowała w szkole podczas godzin wychowawczych spotkania zmierzające do upowszechniania idei wolontariatu. Udało jej się i wróciła z 20-osobową grupą młodzieży chętnej do działania. Na skalę Golczewa to bardzo dużo.

Wykonują potrzebne prace i inicjują działania. Włączając do działania takie grupy jak wolontariusze czy lokalni aktywiści i artyści, Agata uzupełnia braki personelu, bo razem z nią pracują na stałe tylko trzy osoby.

Budżet takich małych instytucji wystarcza jedynie na utrzymanie, co motywuje, żeby jak najszybciej pisać wnioski i zdobywać fundusze na dzia­łania. Agata działalność ośrodka opiera na spotkaniach i konsultacjach ze społecznością lokalną, aby wiedzieć, czego ta potrzebuje i razem z nią móc rozwijać wspólne miejsce.

Te dwa lata pracy uzmysłowiły jej, że nie wystarcza przyjść i coś ludziom dać czy pokazać. Wówczas tylko przyjdą, popatrzą i wyjdą. Nato­miast jeśli zorganizujesz coś razem z nimi, to przywiązujesz ich do tego na dłużej. To bardzo ważne.

 

Gminne Centrum Kultury w Jabłonnie zs. w Piotrkowie

Kasia Krzywicka

W młodości nie chodziła do domu kultury, ponieważ w okolicy jej miejsca zamieszkania nie funkcjonowała żadna tego typu placówka. W pobliżu, na plebanii, była tylko biblioteka, w której pracowała bardzo miła pani poleca­jąca ciekawe książki.

Zaczęło się od tego, że w liceum zorganizowała ze znajomymi festiwal teatralny w Lublinie. Poczuła, jak fantastycznie jest zrobić coś dla innych. Wszystko przekształciło się w fundację, gdzie nauczyła się bardzo wiele, co teraz wykorzystuje w pracy.

W 2015 r., po kilku różnych autorskich projektach z młodzieżą, pomy­ślała o tym, że żyje w konkretnym miejscu i chce zwrócić na nie uwagę.

Miała wtedy 25 lat, bardzo dużo pomysłów i entuzjazmu. Zlokalizowała w Piotrkowie Dom Kultury, o którym wcześniej niewiele wiedziała. Lublin, który jest niedaleko, zawsze oferował więcej i przyciągał możliwościami. Tak się złożyło, że niebawem został ogłoszony konkurs na stanowisko dyrektora tego domu kultury. Sprawa ją zainteresowała i okazała się naj­lepszą kandydatką.

Miała jasną wizję zmiany. Od razu zaczęła realizować swój plan na to miejsce. Chciała dać mu nowe życie. Zaczęła od zaproszenia ludzi z okolicy, którzy mogli przyciągnąć kolejnych. Zaangażowała także twórcze, aktywne osoby z Lublina, które uwierzyły, że inicjatywa jest warta ich zaangażowania, że to się uda. Szybko zorganizowała społeczny i prawie bezkosztowy remont, który zmienił oblicze objętej placówki.

Chciała zakomunikować okolicznym mieszkańcom, że dom kultury działa, a jego drzwi są otwarte. Postanowiła wyjść do ludzi. Najpierw wizy­tami w szkołach zgromadziła grupę dzieci szukających zorganizowa­nego sposobu spędzania czasu. Później całą grupą jeździli po oko­licznych wsiach, zbierając historie odwiedzanych miejsc, z któ­rych powstał spektakl teatralny. Potem przyszedł czas na pierwszą wymianę ubrań, piknik motoryza­cyjny, i ruszyło.

Dla Kasi najważniejsze jest, aby ludzie komunikowali się ze sobą w otwarty, prosty sposób. „Po bardzo intensywnych pierw­szych dwóch latach chcę działać trochę wolniej, ale nie mniej” – tłu­maczy. Chce być wsparciem dla ludzi, mobilizować ich do działania i samodzielnego organizowania roz­maitych przedsięwzięć.

Sama siebie określa jako ide­owca z misją. Nad drzwiami w gabi­necie ma napisane: „Konsekwencja przede wszystkim”, i bardzo stara się trzymać tego hasła.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter